Józef Pętkowski – 17 września 1939 roku słońce zgasło nad Horyniem


17 września mija kolejna rocznica napaści Rosji Sowieckiej na Polskę. Wcześniej, 1 września 1939 roku Niemcy zaatakowali Polskę od zachodu. Sowieci łamiąc pakt o nieagresji skorzystali z okazji uderzając na nasze wschodnie tereny. Naocznym świadkiem tamtych wydarzeń jest zamieszkały w Kalifornii Józef Pętkowski; był wtedy podchorążym. Wychowany w wojskowej rodzinie, jego ojciec, podpułkownik dyplomowany był ostatnim dowódcą 19 Pułku Ułanów Wołyńskich, zginął w Starobielsku.

Gdy rozpoczęła się II Wojna Światowa miałem 17 lat. 17, września 1939 roku, razem z garstką żołnierzy 19. Pułku Ułanów dostałem sie w Ostrogu nad Horyniem do niewoli sowieckiej i zaczęły się moje wojenne wędrówki, które zakończyły się sześć lat później we Włoszech. To, co przeżyłem w latach wojny i co wtedy przesunęło się przed moimi oczym, jest treścią tej książki… – pisze Józef Pętkowski w przedmowie do “17 września 1939 roku słońce zgasło nad Horyniem – wspomnienia lwowskiego kadeta”.

Człowiek skromny i bardzo życzliwy. Szczególnie wdzięczny mu jestem za słowa uznania i otuchy w czasie, kiedy jako prezes Domu Polskiego w San Francisco wraz z gronem oddanych ludzi przywracaliśmy blask tej najstarszej polonijnej placówce. Rosnąca aktywność i popularność Domu Polskiego spotkała się wtedy z histerycznym atakiem; szczególnie aktywne było grono członków i sympatyków koncesjonowanych przez postomunistyczne konsulaty organizacji.               Waldemar Głodek

 

. . . . . . . . . .

 

17. września obudził mnie łoskot gąsiennic jadących czołgów. Świtało. Była godzina 5 rano. Wyskoczyłem na balkon. Po drugiej stronie obrośniętego krzakami parkanu jechały czołgi. Czym prędzej ubrałem się. Mieszkanie puste. Matka musiała wyjść, dowiedzieć się, co się dzieje, nie budząc mnie. Wybiegłem z domu w kierunku na wartownię. Zdawało mi się, że tam było moje miejsce, że tam będę mógł dowiedzieć się czegoś konkretnego.

Zrobiłem to bez chwili wahania, jakby pod nakazem jakiejś niewidzialnej siły, nakazem, od którego nie było odwołania, a który zadecydował o całym moim życiu.

Kolumna czołgów jechała ulicą wzdłuż koszar i nie zatrzymując się przy bramie jechała dalej w kierunku Dubna. Biegnąc zobaczyłem czerwone gwiazdy na czołgach.

Na wartowni kilku ułanów, podoficer – dowódca warty rozmawiał z kimś przez telefon. Skończył rozmowę i zwracając się do swoich ułanów powiedział, że oddziały sowieckie przekraczają granicę i w razie ich wkroczenia na teren koszar ma rozkaz nie stawiać oporu. Rozkaz dostał od dowódcy KOP-u w Ostrogu. Rozkaz ten później był dwukrotnie zmieniany. Przypomniałem sobie ułana woźnicę i pobiegłem do stajni. Konie spokojnie skubały siano, a obok na wiązce słomy, z karabinem przy boku spał ułan. Zerwał się, gdy go szarpnąłem, i chwycił za karabin. Powiedziałem mu, że czołgi sowieckie jadą przez Ostróg. Najpierw napoił konie, potem razem poszliśmy na wartownię.

Przed bramą koło wartowni zebrała się grupa naszych żołnierzy i kilku oficerów rezerwy, którzy przyjechali do Ostroga, do mającego tu powstać Ośrodka Zapasowego Brygady Kawalerii.

Czołgi jechały nadal. Siedzący na czołgach żołnierze sowieccy machali do nas rękoma. Zaczęły jechać samochody z wojskiem i maszerować kolumny piechoty. Wyglądały różnie. Jedne oddziały prezentowały się dobrze, inne wyglądały jak gromady dopiero co zebranych ludzi, wielu żołnierzy z karabinami na sznurku. Kawaleria na mizernych, wychudzonych koniach. Wszyscy wyglądali zmęczeni, jakby po długim marszu, i wszyscy w pośpiechu.

Major Gąsiorowski, który przed paru dniami przyjechał do Ostroga, podszedł do jadącego konno dowódcy maszerującej kolumny piechody i zawołał: “Na kogo wy idziecie?”, na co tamten odkrzyknął: “Na wsiech kto nam po drodze!”. Wkrótce major poszedł do dowództwa batalinou K.O.P.-u, które było niedaleko koszar ułańskich na tej samej ulicy.

Jak zahipnotyzowani wydarzeniami, które spadły na nas niespodziewanie, staliśmy patrząc na tę lawinę obcych ludzi, która płynęła szeroką ulicą. Wkroczenie armii sowieckiej było dla nas gromem z jasnego nieba, którego nikt się nie spodziewał. Polska walczyła z Niemcami, a nie ze Związkiem Sowieckim, z którym miała akt o nieagresji. W tych pierwszych chwilach zaczynającego się dnia panowała konsternacja, zaskoczenie tym, co się stało, na usta cisnęły się pytania, na które nikt nie potrafił odpowiedzieć, nie było czasu zastanawiać się co robić, działały jedynie odruchy. Byliśmy jak ludzie którzy wyrwani ze snu, nagle widzą, że są w pułapce.

Na wartownię przyszła moja matka. Domyśliła się, że mogłem tam być. Matka prosiła mnie, abym wrócił do domu i przebrał się w ubranie cywilne. Była to dla mnie propozycja nie do przyjęcia. Widząc mój upór matka pożegnała się ze mną i ze łzami w oczach powiedziała: “Niech Bóg ma cię w swojej opiece.” Gdy po osiemnastu latach spotkaliśmy się, dowiedziałem się od niej, że musiała wówczas wracać do domu, aby spalić papiery ojca. Ojciec przed wyjazdem zostawił w biurku plik papierów z poleceniami, ale w wypadku nieprzewidzianych wydarzeń, gdyby groziło, że wpadna w obce ręce, spalić je.

Tymczasem zrobił się dzień. Piękna pogoda, niebo bez chmur, jak wszystkie dni od pierwszego dnia wojny. Nad miastem ukazały się dwa polskie samoloty typu “Karaś”. Leciały nisko, widać było wyraźnie sylwetki pilotów. Momentalnie rozległ się gwałtowny ogień broni maszynowej i dział przeciwlotniczych. Całe niebo w pękach rozrywających się pocisków. Samoloty przeleciały nad koszarami, zatoczyły łuk nad miastem i nietknięte odleciały na zachód. Ten epizot, który ujawnił intencje wkraczającej armii, ocknął mnie. Postanowiłem jeszcze raz wstąpić na wartownię, a potem zdecydować, co robić dalej. Ale teraz było już za późno na racjonalne decyzje. Gdy rozmawiałem z dowódcą warty, ktoś krzyknął z korytarza, że rozbrajają wartownika przy bramie. Wyszliśmy na zewnątrz. Od bramy podchodziło do nas kilku oficerów sowieckich z pistoletami w dłoniach. Jeden z nich krzyknął: “zdawaj orużje” (oddawaj broń). Równocześnie z drugiej strony koszarowego placu wyskoczył zza budynku oddział z karabinami, na których osadzone były długie, cienkie bagnety skierowane na nas. Stało się!

Rozbrojenie kilkunastu ułanów nie trwało długo. Po chwili, ustawieni dwójkami, otoczeni przez żołnierzy sowieckich, poprowadzeni zostaliśmy do miasta. Zatrzymali nas przed koszarami KOP-u. O kilka kroków obok zobaczyłem olbrzymią kałużę krwi. Przebiegło mi przez głowę, że będą nas mordować. Zrobiło mi się madło w gardle i poczułem całą moją beznadziejność wobec tego, co działo się wokół mnie.

Jakiś młody oficer sowiecki podszedł do nas, spisał nasze nazwiska i poprowadzeni zostaliśmy przez miasto w kierunku granicy. Po obu stronach ulicy, którą nas prowadzono, stały grupki osłupiałych Poaków. Dwie młode dziewczyny patrzyły na nas, łzy leciały im z oczu.

W tym czasie cału Ostróg zatłoczony był oddziałami sowieckimi. Wydawało się, że byli wszędzie. Ulice pełne piechoty, na rynku artyleria, karmino konie zaprzężone do armat.

Przeszliśmy most na granicznej rzece (Wilia, dopływ Horynia) i znależliśmy się po sowieckiej stronie. Dookoła, jak okiem sięgnąć, masy wojsk. Na Ostróg bez przerwy sunęła lawina ludzi, czołgów, armat. Zatrzymano nas przy strażnicy, gdzie stała już rozbrojona grupa oficerów i żołnierzy KOP-u. Po południu otoczeni sowieckimi żołnierzami ruszyliśmy dalej. Piaszczysta droga prowadziła przez sosnowe lasy, w których obozowały oddziały Czerwonej Armii. Minęliśmy długą kolumnę artylerii i wyszliśmy na otwarte pole. Było gorąco, słońce prażyło, ale od wschodu niebo zaczęło się zaciągać ciemnymi chmurami i błyskało.Nadciągała burza. Przyszła do nas szybko, zaczął padać deszcz, coraz bliżej trzaskały pioruny, zrobił się półmrok. W oddali na wzgórzu widać było Ostróg – jeszcze w płomieniach zachodzącego słońca. Kończył się dzień 17 września pamiętnego 1939 roku….

Józef Pętkowski, “17 września 1939 roku słońce zgasło nad Horyniem – wspomnienia lwowskiego kadeta”. Wydano nakładem autora. Drukarnia Ojców Franciszkanów w Niepokalanowie, 1998.

http://www.ulan-wolynski.org.pl/biuletyn25.html

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek