Waldemar Glodek: Sprawdzeni w utrwalaniu stanu wojennego funkcjonariusze państwowi ciagle na placu boju


Stan wojenny z powodu wyrażenia sprzeciwu wobec jego wprowadzenia odczułem na własnej skórze, dlatego nie są mi obojętne kierunki przemian zachodzących w Polsce. Ciągle nie mam przekonania, że Polska jest krajem wolnym, demokratycznym takim o jakim mówią rządzący w wyniku biesiady w Magdalence i okrągłostołowych zobowiązań; a powtarzają o tej wolności im liczni usłużni.

clip_image002Do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami skłonił mnie artykuł jaki ukazał się na łamach tygodnika Nasza Polska pióra Pawła Sergiejczyka „Edward Zalewski – prokurator nie do zdarcia”[1]. Autor opisuje sylwetkę człowieka desygnowanego przez prezydenta Bronisława Komorowskiego do Krajowej Rady Prokuratury, który z takimi rekomendacjami został wybrany jej pierwszym przewodniczącym. I nie byłoby to nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że gładko awansował w okresie stanu wojennego i wtedy kiedy gremialnie rzucano legitymacje partyjne on aktywnie uczestniczył w odbudowywaniu PZPR. Więcej, i wcale nie mało, w przytoczonym artykule. Przypuszczam, że takie przypadki nie są odosobnione zarówno w policji jak i w wojsku.

Dwa lata temu mianowano wiceszefem Komendy Głównej Policji gen. clip_image004Kazimierza Szwajcowskiego[2], który był w oddziałach SB zabezpieczających 16 grudnia 1981 r. pacyfikacje strajkujących górników w kopani Wujek. Zginęło 9 górników a 21 zostało rannych. Sprawdzeni w tamtym czasie aktywiści awansują na komendantów i generałów. Pełnią odpowiedzialne funkcje w związkach sportowych. Przecież były przeglądy kadrowe, lustracje, dekomunizacje i nic. Przysłowiowe bajery, łącznie z pożytkiem jaki przed laty przyniosło opublikowanie listy agentów.

Dzisiaj, jestem przekonany, że puszczenie w ruch przez redaktora Wildsteina częściowego spisu nazwisk ludzi, których teczki były zakładane i kompletowane przez ubecję, esbecję czy też informację wojskową i zdeponowane zostały w Instytucie Pamięci Narodowej nie było jednak walką redaktora o upublicznienie agentów i wiedzy o nich, o czym może i marzył. Odniosło to w dużej części przeciwny skutek. Agentura zwarła szeregi i wykorzystała sytuację do „ganiania złodzieja”. Jazgot jaki wytworzył się wokół listy posłużył odwróceniu uwagi od walki o upublicznienie teczek na wzór niemiecki; aczkolwiek dzisiaj można mieć wątpliwość czy taką wolę mieli rządzący Polską w tym czasie. W efekcie zajęto się ganianiem po nazwiskach, których powtarzalność w języku polskim jest wcale nie mała. Zresztą innych nazwisk o dziwo na tej liście wcale nie jest zbyt wiele, aczkolwiek uchodzimy za kraj gościnny.

Wielbiciele redaktora Wildsteina oceniają akt ujawnienia przez niego listy nazwisk czynem wysoce patriotycznym. W zasadzie za ujawnienie tajemnicy IPN’u żadnych znaczących konsekwencji nie poniósł bo zwolnienie z pracy i znalezienie jej wkrótce to jest niczym w stosunku do wilczego biletu. Swym czynem nie wiele ułatwił ściganie funkcjonariuszy lub agentów aparatu bezpieczeństwa i służb specjalnych, otworzył zaś szeroko wrota do oskarżania i ścigania ludzi, którzy już w stanie wojennym, czy też wcześniej ponieśli konsekwencje swoich decyzji i działalności. Zaczęto roztrząsać czy lojalka jest godna potępienia czy jeszcze za mało aby gościa uważać za agenta. A grube ryby zarówno przed ujawnieniem listy jak i po niej czuły się bezpiecznie. Ich przezorność z racji czy to jakiejś funkcji w służbach czy solidnej współpracy z nimi gwarantowała dobre ustawienie się zarówno w kraju jak i za granicą. A mówiąc prawdę to po dziś dzień są pod ochroną swoich zasłużonych kolegów, których przykłady przytoczyłem wcześniej.

Niech moje osobiste tarapaty będą jednym z przykładów jak można było wykorzystać listę redaktora Bronisława Wildsteina.

Wśród kalifornijskiej Polonii w San Francisco Bay Area działa wiele organizacji. Jeszcze przed kilkunastu laty do większości należały te z długim rodowodem, historycznie sięgające czasów emigracji przed represjami po nieudanych powstaniach, stycznioclip_image006wego i listopadowego; weteranów II wojny światowej i uczestników Powstania Warszaskiego 1944 r. Z czasem przybywało nowych, organizowanych często z powodu odwiecznego konfliktu starych i młodych. Stare organizacje miały swoje rygory młode zaś potrzeby. Jedne działały preżnie, inne wegetowały. Moje kłopoty zaczęły się z chwilą kiedy za namową polonijnych seniorów wysiłkiem znajomych, przyjaciół, rodziny i własnym „reanimowaliśmy” Dom Polski w San Francisco.

Przywrócenie aktywnego życia Domowi Polskiemu zachęciło Polonię do korzystania z niego jak za dobrych lat. W wyremontowanym i odnowionym Domu Polskim chętnie spędzano swój czas wolny i celebrowano różne patriotyczne rocznice a także prywatne uroczystości. Występowali artyści, również ci, którym ani ambasady ani konsulaty niby już wolnej Polski nie organizowały turów artystycznych. Osoby pomijane przez oficjałów państwowych mogły spotkać się z rodakami w czasie swojej podróży po Kalifornii. Oczywiście nie na rękę było to ludziom realizującym zapotrzebowania konsulatu w Los Angeles, które często nie budziły entuzjazmu ze względu na wygórowane wymagania. Różne przedstawicielstwa rządowe i firmy z Polski wspomagały bezpośrednio lub pośrednio swoje organizacje. Dom Polski od swojego powstania w 1926 roku był niezależna organizacją i taką był również w czasie mojej prezesury. Większość dyrektorów Domu Polskiego uważała że wcześniej wypracowane wzorce działalności są lepsze i nie zobowiązujące. Aczkolwiek niektóre osoby wchodzące w skład rady dyrektorów usilnie starały się o podporządkowanie naszej działalności konsulatowi, to jednak nie miały jeszcze wtedy większości.

clip_image008 Nasze sukcesy kłuły w oczy odkolorowanych reprezentantów nadwiślańskich władców. Z czasem przeszkadzanie przez bliskich im ludzi stawało się co raz bardziej uciążliwe. Donosy do różnych władz stanowych i pomówienia nie przyniosły oczekiwanego załamania się działalności i rozwoju Domu Polskiego.

Posuwano się coraz dalej. 21 lutego 2003 roku panowie Karol Żerucha i Edmund Sławomir Lewandowski nie wytrzymali; czy to za namową, czy też z własnej inicjatywy, zamaszyście podpisali i skierowali do sądu spreparowany akt oskarżenia[3] przeciwko organizacji Św. Stanisława, Domowi Polskiemu i kilku jego dyrektorom, w tym mnie – jako prezesowi. W ten sposób uwiarygodnili nasze wcześniejsze przypuszczenia odnośnie bankrutującej ich prestiżowej organizacji.

Dom Polski w tym czasie był w zasadzie jedynym ośrodkiem polonijnym bez żadnych zobowiązań finansowych i działał całkowicie niezależnie. Dlatego fałszywie oskarżając zaplanowano wykończenie jego działaczy, czego konsekwencji nie trudno się było domyśleć. Wiedząc o słabości spreparowanych zarzutów i możliwości przegrania zaczęli proponować porozumienie, podstępnie nie wycofując sprawy z sądu[4].

Zaplanowane błyskawiczne przejęcie Domu Polskiego nie udało się. Z powodu różnych forteli prawnych Karola Żeruchy i Edmunda Sławomira Lewandowskiego proces przedłużał się i z powodu bezpodstawnych oskarżeń nie dawał nadziei oskarżycielom na przechwycenie Domu Polskiego[5].

I wtedy ukazała się lista redaktora Bronisława Wildsteina. Pan Edmund Sławomir Lewandowski po przewertowaniu nazwisk znalazł brzmiące tak jak moje. Dzisiaj odnoszę wrażenie że z tej listy, a może i z jakichś innych źródeł, udało mu się zastraszyć wiele osób.

Zaczęło się wygryzanie prezesa. W akcję wkroczył Gabriel Michta[6] z donosem na mnie do prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej i Związku Narodowego Polskiego pana Edwarda J. Moskala. Redaktor Cepielik zawierzając relacjom E. S. Lewandowskiego rozsyłał emaile jaki to ten Głodek be, a jaki to cacy Lewanowski; udostępniając łamy swojej gazety wychodzącej w Los Angeles „News of Polonia” na publikowanie bezpodstawnych oskarżeń. Energiczny i biegły w pisaniu pokrętnych elaboratów, były prezes polonijnego banku POLAM w Redwood City pan Zdzisław Zakrzewski, zresztą później wysoko odznaczony przez nadwiślańskie władze, nie pozostawał w tyle z rozwijaniem agenturalnego tematu. Zaś ostatnia małżonka polonijnego bankiera, pani Zofia, ówczesna prezeska POLAM pilnie śledziła przebieg sprawy w towarzystwie polonijnego mecenasa w ławkach przeznaczonych dla kibiców. Dziwili się, że sąd nie daje wiary oskarżeniom jakie generował oskarżyciel Edmund Sławomir Lewandowski zapominając, że takie argumenty mogą posłużyć do skazania jedynie przez peerelowskie sądy. Chociaż, jak ostatnio można się przekonać te zasady nad Wisłą obowiązują nadal.

Dom Polski proces wygrał i działa po dzień dzisiejszy, aczkolwiek już z nie takim samym rozmachem. Innym rozdziałem jest zawieszenie (dokładnie „suspended” w Stanowym rejestrze) chronionej i prestiżowej organizacji, która tak huczne bale z udziałem odbarwionej dyplomacji organizowała w najdroższych hotelach San Francisco. Ale to już temat na oddzielną okazję.

Latem ubiegłego roku z Instytutu Pamięci Narodowej odebrałem swoją teczkę z dokumentami. Była tam, ma inny numer niż ten, który lansował z niekompletnej listy wrzuconej przez Bronisława Wildsteina oskarżając mnie Edmund Sławomir Lewandowski. Jej zawartość w niczym nie uzasadnia pomówień jakich cała lustracyjna zgraja pod batutą Edmunda L. w stosunku do mojej osoby się dopuściła. Dzisiaj jestem przekonany, że wiedział on o tym, że tamta teczka nie była moją. Czy chciał się swoją działalnością przed kimś wykazać? Chciałbym wierzyć, że to jedynie objawy niczym nieuzasadnionej zazdrości o jakiej pisał Melchior Wańkowicz.

Waldemar Głodek
Polish Club Online
4 października 2010
www.polishclub.org

 
[1] Paweł Sergiejczyk: “Edward Zalewski – prokurator nie do zdarcia” – „Nasza Polska” Nr 39 (778) z 28 września 2010 r. – http://www.naszapolska.pl/index.php/component/content/article/42-gowne/1597-pawe-siergiejczyk-qedward-zalewski-prokurator-nie-do-zdarciaq

[2] Wiceszef policji pacyfikował kopalnie Wujek – Rz 10 X 2008.

[3] The lawsuit against the Polish Club of San Francisco and its directors (CGC03417625-1-0). Format PDF .

[4] Waldemar Głodek – Piórkiem prezesa. Szukanie porozumienia w wykonaniu Żerychy i Lewandowskiego. Format PDF.

 

[5] Brutalny atak na Dom Polski odparty. Czy Temida w San Francisco może udać się na wakacje? – Format PDF .

[6]  Donos na Waldemara Glodka skierowany do prezesa Edwarda J. Moskala, który napisali i podpisali: dr. Leo Wierzbicki, Yan Pawlak, Gabriel Michta i Bronisław Kobierski – 14 lutego 2005. Format PDF .

 

 

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2, 2010.10.04

 

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek