Aleksander Ścios: REALIZM GEOPOLITYCZNY – CZYLI „PARTIA ROSYJSKA”


Leopold Tyrmand, napisał kiedyś o peerelowskich intelektualistach tworzących tzw. „salon" dysydencki, że „przefarbowali się na antykomunizm dopiero wtedy, kiedy nieszkodliwym krzykiem i niezgadzaniem się można już było w Polsce wybornie zarobkować, lepiej niż dotychczasowym służalstwem".

Jest w tym twierdzeniu tak wielki ładunek prawdy, odsłaniającej hipokryzję dzisiejszych „elit”, (wyrosłych przecież z czasów PRL-u) że rozważanie nad fenomenem „partii rosyjskiej” warto rozpocząć od wskazania genezy tego towarzystwa – owej grupki „przefarbowanych na antykomunizm” krzykaczy, którzy po 1989 roku skutecznie wmówili Polakom, że reprezentują ich marzenia o wolnym państwie. To systemowe kłamstwo było możliwe, ponieważ dokonano arcymistrzowskiej operacji opartej na wieloletniej, wielowymiarowej grze, podczas której przekonano niemal całe społeczeństwo, iż ludzie, którzy byli zaledwie schizmatykami wiary komunistycznej sami siebie nazywając „komandosami” i dysydentami, stali się „demokratyczną opozycją” i wspólnie z robotnikami obalili ustrój komunistyczny. To gigantyczne, historyczne oszustwo legło u podstaw poglądu, jakoby III RP powstała na gruzach komunizmu, podczas gdy w rzeczywistości – to komunizm, w zmodyfikowanej, przepoczwarzonej postaci – obrócił w ruinę nasze dążenia do niepodległości.

Skąd w polskiej historii wzięli się ludzie głoszący dziś hasła „pojednania” z Rosją, narzucający mit „zaufania” i konieczność „kompromisu” ze zbrodniczym reżimem płk Putina? Gdzie szukać źródeł „partii rosyjskiej” zapuszczającej coraz głębsze korzenie w naszą rzeczywistość?

Zapewne, tylko ktoś nieświadomy realiów najnowszej historii mógłby odczuwać zdziwienie nagłym pojawieniem się tylu zadeklarowanych „przyjaciół Rosji”. Nie warto tu wspominać o spadkobiercach zbrodniczej partii okupacyjnej, dowcipnie dziś nazwanej lewicą, którzy na zawsze pozostaną mentalnymi kalekami uzależnionymi od myślenia w kategoriach interesów wschodniego sąsiada. Ta sama choroba dotyczy wielotysięcznej rzeszy esbeków i ich agentury, zaprogramowanych dożywotnio na służbę u kremlowskich decydentów.

Większość Polaków żyje jednak w przeświadczeniu, jakoby szereg postaci „opozycji demokratycznej” wywodzących się z Klubu Krzywego Koła, „warszawskiego salonu”, „komandosów” itp. środowisk „konstruktywnej opozycji” prowadziło przez lata PRL-u walkę skierowaną przeciwko systemowi komunistycznemu, uważając Związek Sowiecki za okupanta i ciemiężyciela. Oni sami, skupieni w grupach partyjnych schizmatyków nigdy nie twierdzili, że walczą z sowieckim zniewoleniem. Ich bitwy i działania dotyczyły tylko tych obszarów komunizmu, które nie przystawały do wizji dysydenckich lub były sprzeczne z ich interpretacją doktryny. Niemal wszyscy ludzie „opozycji demokratycznej” – budujący wespół z ekipą Jaruzelskiego podwaliny III RP – to osoby w różny sposób związane z partią komunistyczną: jej członkowie, sympatycy, beneficjanci ówczesnych władz, artyści uwikłani w zależność od reżimu, uczestnicy życia publicznego, piewcy wszelakich odmian komunizmu „z ludzką twarzą”, wieloletni agenci bezpieki, a w najlepszym przypadku „pożyteczni idioci” pełniący z nadania SB rolę koncesjonowanej opozycji. Ich stosunek do ZSRR/Rosji nie podlegał niemal żadnej ewolucji i niezmiennie, przez dziesięciolecia nazywany był „realizmem geopolitycznym”.

„Co to znaczy dzisiaj chcieć niepodległości”? – pytał w roku 1989 Adam Michnik. I odpowiadał:. „Znaczy to konsekwentnie, krok po kroku, przebudowywać Polskę; znaczy to pracować, by doktryna Breżniewa została pogrzebana na zawsze. Jednak nie drogą rozpalania antyrosyjskiej nienawiści ani urządzaniem antysowieckich demonstracji. Wytwarzanie obrazu Polski dyszącej potrzebą antysowieckich akcji jest sprzeczne z polskim interesem narodowym i godzi w politykę rządu Tadeusza Mazowieckiego.”

To słowa głęboko prawdziwe, ponieważ człowiek nazywany w tamtym czasie „naszym premierem” zaledwie 20 lat wcześniej, w 10 numerze "Więzi" dowodził, że "polska droga zakłada wierność zasadzie sojuszu z ZSRR, który określa nasze miejsce na mapie politycznej świata. Dziś zasada sojuszu polsko-radzieckiego staje się elementem narodowego myślenia politycznego".

Tego rodzaju „realizm geopolityczny”, rozumiany jako akceptacja powojennego porządku, w którym dominacja sowiecka miała być nieuniknionym efektem historycznych uwarunkowań, a Polska stanowić przedmiot w grze światowych mocarstw leży u podstaw „ideologii” współczesnej „partii rosyjskiej”. To pogląd narzucony Polakom kulami sowieckich karabinów i pałkami policji politycznej, wsparty na tchórzostwie, konformizmie i mentalności niewolników. We wszystkim, co ludzie tacy jak Michnik, Geremek czy Mazowiecki twierdzili na temat przyszłości Polski – niczym blokada – tkwiła świadomość, że Rosja jest hegemonem, którego polityczna i militarna obecność stanowi granicę nieprzekraczalną dla polskich aspiracji, a wszelkie koncepcje istnienia wolnej Polski muszą mieć na uwadze interes Rosji. To posunięte do granic absurdu przekonanie nakazywało Michnikowi w roku 1989 stawiać na jednej płaszczyźnie interes kata i ofiary, okupanta i okupowanego, gdy powołując się na opinię koncesjonowanego sowieckiego dysydenta twierdził – „Prof. Andriej Sacharow, moralny autorytet Rosji i Europy, powiedział, że "płyniemy w jednej łódce". I łatwiej nam będzie przepłynąć wszystkie mielizny i pułapki, gdy będziemy sobie wzajemnie pomagać. Inaczej utoniemy.” (Polska ZSRR. Dwa inne kraje).

Ta sama, zgubna dla Polski koncepcja „realizmu” dwadzieścia lat później kazała Bronisławowi K. w orędziu przed Zgromadzeniem Narodowym wyznać: "nie będzie stabilnego rozwoju naszego regionu bez współpracy z Rosją" i mówić o „interesie nas wszystkich w pojednaniu z Rosją”.

Politycy Platformy, dla których Michnik czy Mazowiecki są niepodważalnymi autorytetami nie mogą w innych kategoriach widzieć współczesnej Rosji, niż chcą tego „ojcowie założyciele”. Ich dzisiejszy serwilizm, jest w równiej mierze efektem prymitywnych kompleksów i dogmatycznych zabobonów odziedziczonych po środowisku „opozycji demokratycznej”, jak przyjętej dobrowolnie postawy zakładników kłamstwa smoleńskiego. Podobnie też, jak uczestnictwo w zakłamywaniu zbrodni katyńskiej stanowiło dla namiestników kremlowskich przepustkę do władzy i dawało gwarancję „przyjaźni” polsko-sowieckiej, tak współudział w ukrywaniu prawdy o tragedii smoleńskiej ma zapewnić nienaruszalność interesów grupy rządzącej Polską. Byle, były to interesy powiązane z Rosją.

Ponieważ, ani przed, ani tym bardziej po 10 kwietnia nie istniały racjonalne podstawy, by mówić o pozytywnych zmianach w stosunkach polsko-rosyjskich ponura farsa „pojednania” jaką narzucono Polakom po tragicznej śmierci współczesnej elity ma podłoże wynikające z neosowieckiego „realizmu geopolitycznego”, nakazującego postrzegać Rosję poprzez pryzmat porządku jałtańskiego, w którym Polsce wyznaczono rolę satelity w rosyjskiej strefie wpływów. Dla tych ludzi służalstwo wobec płk Putina, okupione rezygnacją z uprawnień państwa suwerennego jest postawą równie oczywistą, jak każda inna zapewniająca „polityczny spokój” i wegetację u władzy.

Zachwyty ludzi „partii moskiewskiej” nad pustymi gesta i władców Kremla i nawoływania do „zbliżenia” są nie tylko dowodem tchórzostwa i ulegania obsesjom geopolitycznym, ale też potwierdzeniem interesowności, ocierającej się o pospolite zaprzaństwo. Przykładem swoich „wyroczni” – Michnika i Wajdy – pielgrzymujących przed dwudziestu laty do Moskwy na polityczne konsultacje, ludzie z grupy rządzącej układają się z reżimem Putina, nie próbując nawet wyjaśniać jaki los planują zgotować Polakom.

Postawa wobec „przyjaciół radzieckich” była w czasach PRL-u jednym z najważniejszych atrybutów, jakim funkcjonariusze komunistyczni mierzyli stopień lojalności i użyteczności swoich towarzyszy oraz czynnikiem decydującym o karierze i awansach. Zupełnie odwrotna hierarchia obowiązywała w społeczeństwie polskim, gdzie postawy antyrosyjskie czy antyradzieckie były postrzegane jako przywilej ludzi wolnych i niezależnych. Była to jedna z tych, wyrazistych cech świadczących, jak mocno komunizm, a w nim podległość Rosji jest obca polskiej tradycji i wartościom.

Ludziom z „salonu dysydenckiego” – o których pisał Tyrmand – równie łatwo przychodziło kolaborować z Gomułką, układać się z Gierkiem, jak siąść do wspólnego stołu z Kiszczakiem. Gdy leżało to w ich interesie, głosili „internacjonalizm” i hasła trockizmu, jak „antykomunizm” i „dialog z Kościołem”. Nigdy też nie wyrzekli się służalczego stosunku wobec Rosji, nazywając swój lęk „geopolitycznym realizmem”.

Alesander Ścios

Artykuł opublikowany w nr.40/2010 Gazety Polskiej

Źródło:

Blog Aleksandra Ściosa – Bez Dekretu
http://bezdekretu.blogspot.com/

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek