Fronda.pl: „Wilno na wszelkie sposoby stara się zlituanizować mniejszość polską”


Z prof. dr hab. Zbigniewem Kurczem z Zakładu Socjologii Pogranicza Uniwersytetu Wrocławskiego rozmawia Petar Petrović.

Fronda.pl: Polacy mieszkający na Wileńszczyźnie nie są zadowoleni ze sposobu, w jaki traktują ich władze Litwy. Jak to możliwe, że kraj, należący do Unii Europejskiej, demokratyczny, z którym łączy nas tak wiele pod względem kulturowo-historyczno-politycznym, jest tak nieprzychylnie nastawiony do naszych rodaków? Nie pomagają apele, powoływanie się na parafowane dokumenty… Wydaje się, że jeśli polski rząd nie tupnie w końcu nogą, to chyba tylko skargi do Trybunału w Strasburgu mogą przynieść efekt.

Prof. dr hab. Zbigniew Kurcz: Litwini starają się omijać dyrektywy europejskie w sprawie mniejszości narodowych, twierdzą bowiem, że dla nich ważniejsze pod tym względem jest ich własne prawodawstwo. A już najbardziej przewrażliwieni są na punkcie języka. To dotyczy zarówno szkół, jak i nierozwiązanej prawie od ćwierć wieku pisowni polskich nazwisk w paszportach litewskich. Karane jest też używanie podwójnego nazewnictwa miejscowości i posługiwanie się pisanym polskim w punktach informacyjnych.

Patrząc przez pryzmat tego, jak mocno bronione są dzisiaj w UE prawa wszelkich mniejszości, dziwi fakt, że takie zgoła oczywiste żądania są przez stronę litewską lekceważone. Dlaczego władzom polskim nie udało się do tej pory wywrzeć presji na litewskich politykach?

Polski rząd, gdyby tylko zechciał, pewnie mógłby te sprawy załatwić. Ale gdy rozmawia się z Polakami na Litwie, a ja tam byłem wielokrotnie, w różnych latach, prowadząc badania naukowe, to można usłyszeć, że polskie władze i przede wszystkim ich przedstawiciele w Wilnie nie traktują na poważnie ich problemów. Starają się, w imię „odwiecznej przyjaźni” i „najlepszych stosunków w dziejach”, bagatelizować kłopoty swoich rodaków. Kiedy dokonywano reformy administracyjnej, poprzez dołączanie małych gmin do Wilna, co powodowało, że Polacy mieli mniejsze szanse na wprowadzenie swoich przedstawicieli, na znak protestu zorganizowali oni dużą demonstrację. Wyszedł do nich polski ambasador i wyraził zdziwienie z powodu ich protestu. W jego odczuciu powinni się oni cieszyć, gdyż dana im została możliwość życia w mieście. Ten przykład w pełni odzwierciedla podejście polityków z Warszawy.

Przedstawiciele mniejszości polskiej alarmują, że władze chcą decyzjami administracyjnymi, pod przykrywką reformy szkolnictwa, doprowadzić do upadku polskiej sieci szkół. Według ich szacunków spowoduje to zamknięcie prawie połowy z ok. 120 placówek.

Tak dobrze rozwiniętego polskiego szkolnictwa, pomimo postępującej redukcji obszaru polskich wpływów edukacyjnych, jak na Litwie, nie ma w żadnym innym kraju. Zostało ono założone jeszcze w czasach radzieckich, dlatego Litwinom było trudno, na zasadzie dekretu, zlikwidować je w swoim niepodległym państwie. Oni dążą do stopniowej homogenizacji społeczeństwa. Powołują się na szczytne hasła praw człowieka itd., a tak naprawdę dbają tylko o własne interesy narodowe. Podobną taktykę stosują np. Niemcy w stosunku do Serbów Łużyckich, którym także likwiduje się klasy, gdy nie udaje im się osiągnąć odpowiedniego limitu uczniów. Polska zaś bardzo poważnie traktuje prawa mniejszości narodowych i nie ma mowy o żadnych ograniczeniach, „podbieraniu uczniów”, czy rozbijaniu wspólnot.

Dowiadujemy się też, że Litwini w każdej miejscowości, nawet w zdecydowanej większości zamieszkałej przez Polaków, budują szkoły publiczne. Robią to w celu zachęcenia polskich rodziców do zapisywania tam swoich dzieci, a nie do placówek polskich. Ta taktyka przynosi efekty – ilość dzieci uczestniczących w polskim systemie kształcenia stale się zmniejsza.

Litewskie szkoły są dofinansowywane w większym stopniu niż polskie. Dzięki temu ich dyrektorów stać na pobudowanie basenów, sal komputerowych, czy boisk sportowych o wysokim standardzie. Część rodziców polskiego pochodzenia zabiega o to, by posłać swoje dzieci do ośrodków lepiej wyposażonych, by zapewnić swoim pociechom lepszą przyszłość. Związane jest to też z liczebnością klas i szkół, gdyż placówki litewskie nie muszą się obawiać tego, że podzielą los zamykanych szkół polskich. Dzieci i młodzieży jest coraz mniej, co powoduje, że o każdego polskiego ucznia trwa zażarty bój.

Szkolnictwo to jednak nie jedyne zmartwienie tamtejszych Polaków. Mają też wielkie problemy z odzyskaniem swojego mienia zagrabionego przez komunistów.

To prawda, reprywatyzacja dotknęła ich w znikomym stopniu. W efekcie część ludności, która nie ma co do garnka włożyć, niezbyt zabiega o edukowanie dzieci w języku polskim. Tym bardziej, że czynione są starania, by przedmiot ten nie był uwzględniany na maturze. W rezultacie część rodziców może się zastanawiać, po co ich dzieci mają się go uczyć, skoro jest to dodatkowy egzamin, kolejne obciążenie, które może utrudnić dostanie się na wymarzony kierunek wyższych studiów.

Jak to możliwe, że Litwinom zwracane są majątki, a Polakom nie? Istnieje jakiś zapis prawny?

W prawodawstwie litewskim oczywiście nie znajdziemy żadnego przepisu negującego zwracanie majątków obywatelom litewskim polskiego pochodzenia, ale urzędnicy załatwiają podania Polaków nie latami, ale przez dziesięciolecia, mówiąc, że zginęły dokumenty lub że pola są poszatkowane i trzeba je najpierw skomasować albo proponują im ziemię w gorszym pod względem atrakcyjności miejscu.

Czy Litwini odczuwają strach przed tym, że mniejszość polska może im się za bardzo rozrosnąć? Przecież przyrost naturalny u obu społeczności jest bardzo niski, a Polaków jest ok. 250 tys., co stanowi 7 procent społeczeństwa.

W prywatnych rozmowach Litwini mówią, żebyśmy się im nie dziwili, bo jesteśmy wielkim narodem, a ich jest tylko trzy miliony. Wydaje się, że dominuje u nich następujący sposób myślenia: My się was boimy, już kiedyś udało wam się nad nami panować, wyciągnęliśmy jednak z tego odpowiednie wnioski i już więcej nie dopuścimy do takiej sytuacji. Polskie władze stoją na stanowisku, że jeśliby się upominały o swoich rodaków, to to mogłoby wywołać lęk Litwinów i nadszarpnąć „znakomite” stosunki między naszymi krajami.

Nieustannie słyszymy o tym, jakie to dobre relacje panują pomiędzy Warszawą i Wilnem, ale coraz rzadziej przekładają się one na efektywną współpracę. Wielu ekspertów podkreśla, że tak naprawdę Litwa nie widzi już w Polsce żadnego strategicznego partnera i coraz bardziej kieruje się ku państwom skandynawskim. Ciągle duże wpływy mają tam też Rosjanie.

Litwini działają racjonalnie i patrzą przez pryzmat tego, jakie mogą ze współpracy odnieść korzyści. Sentymenty zostawiają sobie na czas takich wydarzeń, jak 600-lecie bitwy pod Grunwaldem, wtedy można się uśmiechać do woli, przytakiwać i poklepywać po plecach.

Zna Pan jakichś rodowitych Litwinów, którzy stają w obronie polskiej mniejszości?

Jeśli już pojawiają się takie głosy, to nie one decydują o ustawach. Nawet wychwalany w naszych mediach Vytautas Landsbergis, wraz ze swoją żoną, sięgali swojego czasu po nieruchomości, po które od lat dopominali się Polacy.

Czy przedstawiciele mniejszości polskiej mają jakieś szanse na lawirowanie pomiędzy lewicą i prawicą, by wymusić poprawienie sytuacji swojej społeczności?

Obecnie Polacy na Litwie mają stosunkowo silną strukturę polityczną – Akcję Wyborczą Polaków na Litwie. Ale oprócz przejęcia władzy w niektórych samorządach i wchodzenia np. w sojusze z mniejszością rosyjską, nie stanowi ona języczka u wagi litewskiej sceny politycznej. Jest jeszcze bardzo nie lubiany w tym kraju europoseł Waldemar Tomaszewski, który stara się poruszać problematykę dotyczącą polskiej mniejszości na europejskich salonach.

Problemem w naszych relacjach jest też inna interpretacja wspólnej państwowości.

Litwini twierdzą, że okres trwania Unii polsko-litewskiej to był czas uzależnienia od wielkiego sąsiada i polonizacji Litwy. A to nie była polonizacja tylko samopolonizacja, dla wielu Litwinów polska kultura była po prostu bardzo atrakcyjna. Oni uważają jednak, że to się działo pod przymusem i nie chcą pamiętać, że to sami bojarowie chcieli być „pierwszymi” Polakami i często udawało im się to osiągnąć. Jeśli uwzględnimy wszystkich naszych sąsiadów, najpóźniej traktat o dobrych stosunkach podpisaliśmy właśnie z Litwą, dopiero w 1994 roku. Było to spowodowane żądaniami Wilna, byśmy potępili wyprawę Żeligowskiego.

Wydaje się, że polski rząd ani nie ma pomysłu na prowadzenie polityki wschodniej, dlatego tylko pozoruje ciągłe zainteresowanie tym kierunkiem, ani nie potrafi wymusić na swoich partnerach przestrzegania umów. Nie wyobrażam sobie, żeby taka sytuacja, jaka ma miejsce na Litwie, mogła się powtórzyć np. w przypadku mniejszości niemieckiej w Polsce.

Ma pan rację. Problem jest w tym, że my trochę bezrefleksyjnie mówimy o naszej polityce wschodniej, gdyż nie przekłada się ona na żadne konkrety. Nasza ustępliwość powoduje, że stajemy się zakładnikami mylnych założeń. Trzeba dążyć do jak najlepszych stosunków z Litwą i innymi wschodnimi sąsiadami, ale nie kosztem naszej mniejszości, bo tak nie zachowuje się żadne inne państwo.

Rozmawiał Petar Petrović

Autor rozmowy jest dziennikarzem Polskiego Radia

Źródło:

Fronda.pl Portal poświęcony, 21 października 2010 r.: http://www.fornda.pl
http://www.fronda.pl/news/czytaj/wilno_na_wszelkie_sposoby_stara_sie_zlituanizowac_mniejszosc_po_1#

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek