Michał Mońko: · PIĘKNI I TAJNI


Emblema_Stasi_GDRPięknie żyli przeciw reżimowi – pięknie i tajnie. Między zabieganymi, pochłoniętymi codziennością ludźmi, wyróżniali się niezłomną postawą opozycjonistów. To było ich powołanie, służba… i chleb. Niekiedy chleb gorzki, splamiony krwią, ale zawsze pewny. Rzucony przez władzę, jak kość rzucona psu pod pański stół. Byli „tajnymi współpracownikami rozpracowującymi”, czyli psami partii. Pracowali jako konfidenci MfS, czyli Ministerium fur Staatssicherheit dawnej NRD.

Psy stanowili przednią linię służby bezpieczeństwa. Działali w tzw. środowisku wroga. Na zapleczu wroga. W domu, w sypialni i w kuchni wroga realnego socjalizmu. Rozpracowywali środowiska, w których żyli, donosili na tych, których rzekomo kochali. Wrogiem partii mógł być mąż, przyjaciel, sąsiad… każdy, kogo wskazała partia. To ona, partia komunistyczna, mówiła, kto jest, a kto nie jest wrogiem, kto jest swój, a kto należy do opozycji.

„Opozycja ? – śmiał się w 1990 roku, po upadku NRD, szef Stasi, Erich Mielke. – To ja decydowałem, kto jest, a kto nie jest opozycją”. Salony, kawiarnie podziwiały prześladowanych, którzy cierpieli za miliony, nierzadko musieli pędzić życie tułaczy, chroniąc swą prywatność w ustronnych daczach pod Berlinem albo w Kloster na wyspie Hiddensee. W tym czasie rzeczywisty przeciwnik komuny był wyrzucany z pracy, pozbawiany mieszkania, skazywany na wieloletnie więzienie.

Podwójne życie rzekomej opozycji, niekiedy życie potrójne, a nawet poczwórne, nie było wygodne. Oficjalnie trzeba było chodzić w siermiężnym swetrze, w obszarpanych sztruksach, we flanelowej koszuli. I trzeba było jechać rowerem na koniec miasta, by tam wreszcie wsiąść do wygodnego samochodu i dalej jechać już jak człowiek gdzieś do leśnego zajazdu na kolację z alkoholem i panienkami.

Psie życie miało też swoje uroki. Bezkarność ! Pies mógł zabić. I nic. Pies mógł gardzić ulicą. I nic. Zwykli ludzie nazywani byli w raportach stonką. Literatura raportów IM pokazuje świat nadludzi ze Stasi i świat ludzi z ulicy, z uczelni, z fabryk. W archiwach byłego Ministerium für Staatssicherheit DDR jest sto osiemdziesiąt kilometrów teczek, w tym osiemnaście kilometrów akt osobowych i jedenaście kilometrów teczek operacyjnych.

W żelaznych skrzynkach znajduje się 36 milionów fiszek z nazwiskami. Najważniejsze akta gromadził departament dwudziesty, rozpracowujący opozycję. Tu wysyłała dyrektywy SED (Sozialistische Einheitspartei Deutschlands), czyli Niemiecka Socjalistyczna Partia Jedności. Każdy kilometr teczek, każdy metr i centymetr – to wielokrotnie zweryfikowane, pewne dane. Każde nazwisko – to człowiek sprawdzony i pewny, jak dzień po nocy. Dzisiaj aktami Stasi zawiaduje Instytut Gaucka, czyli Bundesbeauftragte fur die Unterlagen des Staatssicherheitsdienstes der ehemaligen Deutschen Demokratischen Republik (BstU).

Niedawno Instytut Gaucka odwiedziła pani kanclerz Angela Merkel. Odwiedziła po to, by zwrócić uwagę Niemców na przeszłość Niemiec. Pani kanclerz powiedziała, że to, co robi Instytut, jest ważne dla przyszłości RFN. Chodzi bowiem o to, by już nigdy władza nie opierała się na zbrodniczej partii i na pasach partii.

Psy w roli opozycji – to pomysł praktykowany przez carską ochranę. Stasi była udoskonaloną wersją carskiego systemu. Nad utrzymaniem i prowadzeniem każdego IM czuwali wyspecjalizowani w ochronie i dezinformacji współpracownicy i funkcjonariusze MfS. Tworzone było image „tajnego współpracownika rozpracowującego”, a także imege jego rodziny – żony i dzieci. Nikt w NRD nie miał prawa być większym opozycjonistą od IM. Nikt nie mógł być bardziej ludzki, bardziej bezinteresowny, bardziej radykalny i bardziej „napalony” na reżim.

Lothar de Maizire, czołowy działacz Ost-CDU i Kościoła Ewangelickiego, funkcjonował na wysokich piętrach polityki, społeczeństwa i państwa. Budził powszechną sympatię, szacunek i zaufanie. Był kaleką – niedowład lewego ramienia i lewej ręki. I w ogóle wyglądał niezdrowo, ale pięknie i szlachetnie. „Nawet komuna musi mnie szanować – mawiał. – Kamieniami nie będę rzucał w Honeckera. Ale mogę mu wygarnąć w oczy, co myślę.

I któż, jak nie de Maizire, miałby zostać pierwszym premierem wybijającej się na wolność NRD ?! Skromny i szlachetny. Zawsze w ciemnym garniturze. Niewysoki, pochylony. Twarz prowincjonalnego buchaltera. Blada, na nosie okulary. Wysokie czoło, łysawy. Na skroniach – siwizna. Ręce artysty – delikatne, wypielęgnowane. Wieczorami grał na wiolonczeli. Najchętniej utwory religijne starych mistrzów.

„Ten człowiek to sama dobroć – pisała Jill Smollow, amerykaäska reporterka. – On nie mówi, on słodko szczebiocze. Przywraca wiarę w człowieka. Poświęcił się dla innych. Niczego nie chce w zamian dla siebie”. W istocie, de Maizire IM Czerny poświęcił się dla Stasi. Jego życie – podwójne, potrójne, a czasami poczwórne – było życiem tajnego szpicla, rozpracowującego środowiska opozycyjne, głównie w Kościele Ewangelickim. Ale gdyby przed laty ktoś powiedział, że Lothar de Maizire jest agentem służby bezpieczeństwa – miliony ludzi krzyknęłyby: brednie!

Bo przecież de Maizire był adwokatem i wyrozumiałym powiernikiem antykomunistów i oskarżycielem represyjnego reżimu. Był akuszerem wolnych Niemiec. Nie krył swej gorącej wiary w Boga. Powoływał się na Kościół, w którym odgrywał czołową rolę. „Bez oparcia o Kościół – mówił – moja cała praca skazana byłaby na fiasko”. Działał w Zarządzie Głównym Ost-CDU, kierował Zespołem Zagadnień Kościelnych.

Niejeden opozycjonista z otoczenia de Maizire’a – przyciśnięty biedą albo strachem – wyłamał się z antykomunistycznej działalności, poświęcał się zarabianiu na chleb, robieniu kariery. Ale de Maizire był niezmordowany, zawsze twardy, niepokorny, można rzec: niezłomny. Kiedy został pierwszym premierem „odrodzonej” NRD, działała już w Stasi specjalna Operativgruppe Warschau, kierowana do 1984 roku przez Karla Heinza Herbricha.

Najistotniejsze akta grupy „Warschau”, dotyczące agentury w „Solidarności” i w polskiej opozycji, były niszczone bądź wywożone przez Rosjan już po roku 1986, kiedy było wiadomo, kto będzie kim w Polsce po tzw. „okrągłym stole” z kantami.

Wolfgang Schnur IM Torsten był w mediach człowiekiem – filarem demokracji i filarem opozycji antykomunistycznej. Był człowiekiem z pierwszych stron gazet! To był sztandar wolności i prawdy. I któż, jak nie on, miałby zostać przywódcą Partii Demokratycznej w chwili upadku NRD?! Któż mógłby posądzić Schnura o to, że jest tajnym współpracownikiem rozpracowującym ? Chyba tylko wariat !

A przecież właśnie pracował dla MfS. Był na pierwszej linii walki z własnym narodem. Z przyjaciółmi, z kolegami. Stasi zapewniało mu rozgłos, dopóki nie spalił się jako konfident. Jego teczka została odkryta. Razem z nim przepadła największa we wschodnich Niemczech partia polityczna. Jej baza – to głównie inteligencja, a program – wolność polityczna i liberalizm gospodarczy.

W latach osiemdziesiątych w grupie warszawskiej działał Ernst Volkmar IM Christian, funkcjonariusz MfS od 1962 roku. Volkmar razem z żoną Juttą bywał już w 1980 roku i później w Gdańsku, Warszawie i Poznaniu. Jego ostatni raport pochodzi z 14 listopada 1989 roku, kiedy w Warszawie rezydował od trzech miesięcy rząd nowej Polski ! W tym czasie oficerowie prowadzący Volkmara zostali nagrodzeni, awansowani i zapewnieni, że współpraca oficerów MfS i MSW będzie „nadal trwała i zacieśniała się”.

Prawdę o rzeczywistej opozycji antykomunistycznej i o opozycji organizowanej poza Stasi skrywają szare, miejscami pożółkłe, teczki w archiwach byłego Ministerium fur Staatssicherheit w Berlinie i w innych miastach Niemiec. Teczki przy berlińskiej Normannstrasse zajmują ponad sto kilometrów półek! Akta okręgowe Stasi – krótsze, rozproszone w oddziałach – zajmują osiemdziesiąt kilometrów. Gdyby jedna osoba chciała uporządkować sto osiemdziesiąt kilometrów akt Stasi – musiałaby pracować przeszło dwieście trzydzieści jeden lat!

System Stasi wykształcił swoją własną, oryginalną organizację, której podstawą była informacja. Stasi żywiła się informacją i produkowała dezinformację. Jedyna sfera, nie opanowana przez Stasi, to przypadkowe zgromadzenia i fragmenty ulicznych murów – dwa skromne, ale użyteczne media. Ale służba bezpieczeństwa – mając do dyspozycji – telewizję, prasę, film, teatr i książki – potrafiła z dnia na dzień wykreować odpowiednią sytuację i odpowiedniego do sytuacji człowieka opozycji.

Nagle objawiali się oryginalni, przenikliwi pisarze, filmowcy, naukowcy dziennikarze. Tworzyli dzieła, wskazujące na ich wrażliwość społeczną i polityczną. Ich dzieła po prostu objawiały się w wydawnictwach, na ekranach kin, w bibliotekach, w gazetach. Powstawała literatura donosu.

Sascha Anderson został stworzony przez Stasi prawie od zera. Funkcjonował jako… działacz literacki, kabaretowy i dziennikarski – miał wszędzie wejścia i właśnie to było cenne dla Stasi. Gdy został tajnym współpracownikiem rozpracowującym – służba bezpieczeństwa postarała się, by Anderson był dosłownie człowiekiem Renesansu. Żeby był liberalnym wydawcą i pisarzem, i ceramikiem, i scenarzystą, i animatorem kultury, a przede wszystkim – sprawnym agentem IMB.

Reiner Fink, IM Heiner, rektor Uniwersytetu im. Humboldta, aż do 1989 był agentem Stasi. Kiedy w 1991 roku został zweryfikowany jako konfident Stasi, nikt w to nie chciał uwierzyć. Kiedy Fink został zdjęty ze stanowiska, na uczelni doszło nawet do demonstracji. Podobnie było w Jenie, gdy Gerhard Riege, profesor prawa, został zdemaskowany jako agent Stasi. Niedługo potem Riege został posłem do Bundestagu z ramienia PDS (Partei des Demokratischen Sozialismus).

Opozycja organizowana przez Stasi – to byli różni ludzie. Między nimi byli rektorzy uniwersytetów, profesorowie teologii, pisarze, dziennikarze, dostojnicy kościelni, dyplomaci, politycy, ale także stoczniowcy, nauczyciele, szatniarze, elektrycy i opiekunki domowe.

Ernest Volkmar, IM „Christian”, oficjalnie – robotnik, więzień polityczny – zaangażowany był w działalność charytatywną. „Opluwany” przez prasę jako wichrzyciel i antysocjalistyczny element, postrzegany był przez swe otoczenie jako piękny i szlachetny antykomunista. Nikt nie wiedział, że jest on piękny i tajny. Volkmar utrzymywał kontakty z gdańską „Solidarnością”. Kiedy jechał do Gdańska – brutalnie traktowany przez celników i przez straż graniczną. Był aresztowany, więziony, bity. Wiadomości o tym wszystkim – przenikały przez grube, pruskie mury katowni, trafiały na łamy wolnej prasy.

W więzieniu Volkmar traktowany był z całą godnością: mógł pisać, czytać, oglądać telewizję i uprawiać pomidory. Jeśli rzeczywiście siedział. Bo najczęściej, gdy prasa pisała, że Volkmar siedzi – on faktycznie odpoczywał w ośrodku Stasi. Grał z kumplami w tenisa, kąpał się w basenie, jadł wedle normy ustalonej przez dietetyków, a wieczorem bawił się i pił piwo.

System Stasi promował i pchał do góry nawet użyteczne miernoty, jeśli te miernoty były elementami systemu. Naukowcy, pisarze, dziennikarze – w oparciu i przy pomocy Stasi – robili błyskotliwe kariery. Ale nawet najzdolniejsi naukowcy, pisarze, kompozytorzy, filmowcy – rzeczywiści przeciwnicy systemu – nie mieli szans na kariery, nawet na dobrą pracę. Można dziś spytać – ilu zdolnych, utalentowanych ludzi wypchnięto na margines życia politycznego, nauki, literatury, dziennikarstwa?

Stasi sięgała do mózgów, do szpiku kości i do… żołądków. Przeraża to i skłania do głębokiego zastanowienia nad naturą szczególnego rodzaju konfidentów, którzy byli skrytymi wrogami swoich oficjalnych przyjaciół, małżonków, sąsiadów, kolegów, sióstr, współwyznawców. Najczęściej byli to ambitni nieudacznicy, których potrzeby były znacznie większe od możliwości ich zaspokojenia.

Nikogo nie dziwiło, że dobrzy i szlachetni ludzie opozycji – szykanowani, prześladowani, szarpani – żyją nie tylko pięknie, ale i dobrze. Podróżują, udzielają wywiadów zagranicznym telewizjom, piszą książki, mają czas na teatr i na działalność społeczną. Nikt nie zastanawiał się, skąd mają środki na utrzymanie. Co sprawia, że gdy innym żyje się źle i coraz gorzej – oni mają się całkiem dobrze.

Kiedy amerykański dziennikarz, John Graham, na przyjęciu u Volkmara, zapytał jednego z opozycjonistów: „A co pan robi ?” – usłyszał w odpowiedzi: „Ja ? Jestem opozycją !”. „No, a z czego pan żyje ?”. „Ja ?”. Tu interweniował Volkmar: „Jakie tam życie ! Więzienna misa nas utrzymuje !” I dziennikarz uwierzył.

W archiwum MfS przy berlińskiej Normannstrasse stoją pudła ze zdjęciami, skrzynki z nagraniami dźwięków i obrazów. Stoją słoiki z zapachami. Każdy, kto się wychylił poza polityczną linię, wykreśloną przez partię, był inwigilowany, fotografowany, nagrywany, obwąchiwany. Następnie oficer MfS przedstawiał mu propozycję nie do odrzucenia.

Stasi dosłownie żerowała na wszelkiego rodzaju psychicznych, fizycznych i charakterologicznych powikłaniach, urazach, wynaturzeniach, zboczeniach. Potrafiła po mistrzowsku grać rekwizytami świętości, patriotyzmu, miłości, nienawiści, zazdrości. Byli rzeczywiście Antychrystami dwudziestego wieku. Joachim Gauck nazywa ich >>ludźmi diabła<<. Nie o wszystkich jest wiedza, bo nie wszyscy musieli podpisywać: wystarczyła współpraca i milczenie.

Tajni współpracownicy Stasi, szczególnie zaś współpracownicy rozpracowujący IM – sprawiają dziś wrażenie ludzi głęboko pokrzywdzonych… pomówieniami o współpracę ze Stasi. Mają zresztą po swojej stronie pewną część uformowanej przez komunę opinii publicznej. „Na ogół nie mają poczucia winy – mówi Joachim Gauck. – Mają pieniądze i znowu chcą przewodzić narodowi”.

Spośród wielu konfidentów IM, ostatecznie rozpoznanych, żaden się nie przyznał i tylko jeden, Gerhard Riege, deputowany do Bundestagu, powiesił się. Gunter Wallraff, głośny dziennikarz, agent Stasi, zamilkł. Wolfgang Vogel, który wykupił z NRD aż 34 tysiące więźniów i pracował od 1954 roku dla Stasi – miał na względzie „tylko dobro człowieka”. Lothar de Maizire wciąż grał na wiolonczeli.

Otwarcie choćby jednej szarej teczki, na którymś kilometrze akt przy Normannstrasse w Berlinie wywołuje gwałtowny sprzeciw: – Nieprawda! – krzyczą ludzie, zwani w NRD stonką. – Bzdura ! – wołają konfidenci, którzy nie musieli niczego podpisywać i nazywali swój naród stonką. – Niemożliwe ! – upierają się ci, którym „tajni współpracownicy rozpracowujący” (Inoffiziellen Mitarbeiter Bearbeitung – IM) zabrali pół wieku życia. Milczą ci, którym konfidenci IM zabrali całe życie.

„A gdyby nawet byli… konfidentami” – słychać głosy działaczy na rzecz przestrzegania praw politycznych. „Dość zła wyrządziliśmy ludziom swymi podejrzeniami i lustracją”. „Dajmy spokój, nie rozdrapujmy ran. To przeszłość”. Ale dawne psiska, czyli dzisiejsze psy, nie należą do przeszłości. Chcą władzy. Są po lewej i po prawej stronie. Bo dla nich życie bez władzy traci sens. Chodzić do roboty ze stonką, wracać z roboty ze stonką – to nie dla psów.

Georg Gysi IM Notariusz, adwokat współpracujący ze Stasi, jest politykiem, członkiem PDS. Rainer Rupp IM Topaz przekazał Centrali Stasi i KGB ponad 1000 tajnych dokumentów. Był doradcą politycznym PDS, która współrządzi demokratycznymi Niemcami. Dzieci i wnuki funkcjonariuszy, konfidentów, generałów i sędziów byłej NRD mają się dobrze i nawet nie myślą o tym, żeby jakoś odkupić winy i zbrodnie swoich ojców i dziadków.

Szef konfidentów, Erich Mielke, słynny z tego, że karcił towarzyszy z KGB za „łagodność”, powiedział w sądzie: „Mam czyste sumienie. Pracowałem dla partii. Kocham ludzi. Żyłem i chcę żyć dla ich dobra.

Michał Mońko
4 marca 2009

Źródło: Wiadomości.polskieradio.pl, 4 marca 2009 r.

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci

  •  Bardzo podobnie, choc moze nie az tak perfekcyjnie…bylo i nadal jest w PRL-Bis

  • giz

    Witam, znam ten artykuł pana Michała, często do niego powracam i również polecam innym. Niestety artykuł znika z polskich serwerów, dlatego pragnę Wam gorąco podziękować za jego przechowanie. Właśnie ponownie do niego wróciłem pisząc kolejną notkę w Salonie24. Przy okazji zapraszam http://giz3.salon24.pl