Ojciec sióstr Radwańskich: Warto być państwowcem


radwanscy-foto-interPatriotyzm to jest słowo niemodne, ale bycie patriotą nie przeszkadza w biznesie czy sporcie wyczynowym. To wręcz pomaga w osiąganiu wyników sportowych, bo dostarcza większej motywacji. Rodzina Radwańskich nie wstydzi się godła czy biało-czerwonej flagi. My się tym afiszujemy” – mówi Piotr Radwański, były zawodnik, ojciec i trener czołowych polskich tenisistek Agnieszki i Urszuli Radwańskich, w rozmowie z Filipem Rdesińskim.

Opublikował Pan niedawno na swojej stronie internetowej oświadczenie nawołujące do obejrzenia filmu Mgła i rzetelnego wyjaśnienia okoliczności tragedii smoleńskiej. Skąd taka inicjatywa?

Takie jednostki jak ja aktywują się wtedy, kiedy źle się dzieje. Katastrofa smoleńska jest wydarzeniem niespotykanym w historii. Żaden inny kraj czegoś podobnego nie przeżył. Dlatego uznałem, że należy przerwać milczenie, wyrazić swoje zdanie na ten temat i obronić tych, którzy się już bronić nie mogą. Rodzice uczyli mnie, żeby nie pozostawać obojętnym na tego typu wydarzenia i to samo chcę przekazać moim córkom. Jesteśmy osobami publicznymi i jeżeli się wypowiemy, zamieścimy oświadczenie w internecie, wielu ludzi to przeczyta. Mamy instrumenty, dzięki którym możemy co najmniej zwrócić czyjąś uwagę na dany problem. Osobiście uważam, że był to dobry pomysł. Zależało nam na rozpropagowaniu filmu. Szczególnie wśród ludzi młodych.

Pana córka, a zarazem czołowa polska tenisistka Agnieszka Radwańska, odcięła się jednak w jednym z wywiadów od tego oświadczenia, twierdząc, że nie należy mieszać sportu z polityką.

Agnieszka chciała uciąć dywagacje polityczne na ten temat. Nam przecież chodziło głównie o promocję filmu Mgła, a nie wdawanie się w bieżący spór polityczny. Sportu nie należy mieszać do polityki bezpośrednio, ale nie było jakoś oburzonych głosów, gdy w komitecie honorowym Bronisława Komorowskiego pojawiło się kilkanaście osób związanych ze sportem.

I one mogły mieszać zaangażowanie w sport z deklaracjami politycznymi?

W tym rzecz. Przypominam sobie akcję pod Krzyżem Pamięci. Jeden z aktorów wypowiedział się publicznie i zrobiła się wrzawa. Salon był oburzony. Czy aktorom nie wolno się wypowiadać? Czy nie wolno się wypowiadać księżom? Sportowcom też nie wolno? Uważam, że każdy ma do tego prawo. Niech wypowiedzą się ci, którzy mówią innym głosem. Proszę bardzo. Ja nie zarabiam dzięki Salonowi. Jestem poza układami i mogę mówić, co mi leży na duszy.

Nie boi się Pan krytyki ze strony części polskiego establishmentu?

Żal mi tych ludzi. Większość z nich jest niesamodzielna, bo żyje na garnuszku takich czy innych układów. Czasem widzę, jak uruchamia się tzw. autorytety moralne mówiące chórem. To jest straszne. No ale co mogą tacy ludzie zrobić? Muszą przecież coś do garnka włożyć.

Pokazały to dobitnie czasy stalinowskie. Najłatwiej złamać inteligencję. Czy to są metody brutalne polegające na łamaniu kości, czy związane z ułatwieniem bądź utrudnieniem komuś kariery, to już inna sprawa. Nie chcę tych ludzi potępiać. Jest mi ich po ludzku żal.

Wróćmy do Mgły. W jaki sposób się Pan dowiedział?

Z portalu Niezależna.pl. Często wchodzę na ten portal.

I jakie były Pana refleksje po obejrzeniu filmu?

Fakty przedstawione w Mgle nie zaskoczyły mnie, bo od początku śledzę, co się dzieje w sprawie tragedii smoleńskiej. Za największą wartość tego filmu uważam to, że jego głównymi bohaterami byli bezpośredni świadkowie tych okropnych zdarzeń. Najmocniej uderzył mnie widok tych smutnych twarzy. W ich opowieści, emocjach nie było za grosz aktorstwa. To naprawdę była naturalna rozpacz i wspomnienia tych strasznych wydarzeń.

Każdy z nas ciężko przeżył tę tragedię. A w jaki sposób Pan dowiedział się o katastrofie samolotu?

Mieliśmy właśnie trening w wojskowych halach sportowych przy ul. Rakowickiej. Było po dziewiątej rano. Nagle do hali wszedł gen. Mieczysław Bieniek i powiedział, że spadł samolot. Nasza koleżanka zaczęła płakać. Ja rzuciłem rakietą o ziemię. Byłem jak w amoku. Niewiele pamiętam, co się wówczas działo. Piorunujące wrażenie zrobiły na mnie później wdowy tych bohaterskich ludzi, którzy zginęli w katastrofie. Te piękne, mądre i smutne kobiety o zapłakanych oczach.

Znał Pan osobiście którąś z ofiar katastrofy?

Byłem kiedyś żołnierzem. Służyłem w czerwonych beretach i z tamtych czasów znałem dowódcę Wojsk Specjalnych gen. Włodzimierza Potasińskiego. Tuż przed tragedią prowadziliśmy też ważne rozmowy z ministrem Tomaszem Mertą. Latem na trzydziestolecie „Solidarności” dziewczyny miały grać ze specjalną rocznicową naszywką. Sprawa była prawie dogadana i wówczas wydarzyła się ta straszna tragedia. Później nie było woli, żeby ten projekt zrealizować. „Solidarność” w wyborach stanęła po stronie Jarosława Kaczyńskiego i komuś nie zależało na tym, aby promować symbol będący „po niewłaściwej stronie”.

Nie każdy sportowiec angażuje się w akcje promujące rocznice ważnych wydarzeń historycznych. Pańska rodzina przywiązuje dużą wagę do wartości patriotycznych?

Oczywiście, że tak. Przez siedem lat byłem na emigracji zarobkowej w Niemczech. Być sportowcem w Ameryce, Niemczech czy Francji jest o wiele łatwiejsze niż w Polsce. Na Zachodzie miałem jak u Pana Boga za piecem. Gdy jednak Agnieszka i Ula miały pójść do szkoły, wróciliśmy do Polski. Wiedziałem, że powinienem wychować córki na Polki, na polskie sportsmenki, a nie niemieckie czy amerykańskie. Już sama decyzja o powrocie świadczy o naszym stosunku do ojczyzny. Proszę mi wierzyć, na emigracji było o wiele łatwiej. Patriotyzm to jest słowo niemodne, ale bycie patriotą nie przeszkadza w biznesie czy sporcie wyczynowym. Wychowanie patriotyczne wręcz pomaga w osiąganiu wyników sportowych, bo dostarcza większych motywacji.

Często bywa Pan w Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Francji czy Australii. Czy tamte narody są mniej zakompleksione i częściej przyznają się do swoich uczuć patriotycznych?

Amerykanie są wychowywani w duchu bardzo patriotycznym. U nich zawsze powiewają flagi. Hymn grany jest nawet przed niskiej rangi zawodami. Podobnie jest w Niemczech. Tam także kładzie się duży nacisk na ten aspekt. W Polsce rzeczywiście widać czasem pewien problem z okazywaniem uczuć patriotycznych. Rodzina Radwańskich nie wstydzi się godła czy biało-czerwonej flagi. My się z tym wręcz afiszujemy. Ja w czasie świąt niemieckich ubierałem córki w stroje krakowskie. Dziwnie się na mnie patrzono, ale uważałem, że jeśli płacę podatki i uczciwie zarabiam, to mam prawo jako przedstawiciel mniejszości polskiej w Niemczech do okazywania własnych uczuć narodowych.
Skąd tyle ducha patriotycznego w rodzinie Radwańskich?

Kraków należał do zaboru, w którym okazywanie własnej tożsamości narodowej było łatwiejsze. Dlatego tu można znaleźć dziś więcej rodzin takich jak nasza.
Moi dziadkowie w czasie wojny oglądali straszne sceny. Okna ich domu wychodziły na niemieckie więzienie. Później przyszły okropne czasy stalinowskie. Z trzech restauracji, które prowadzili w czasach stalinowskich, pozostała im jedna. I z niej w 1955 r. ich wyrzucono. Opowiadali mi o tym wszystkim. Zawsze u nas w domu komuna to był wróg numer jeden. Ja w czasie stanu wojennego rwałem się do walki. Chciałem radykalnej rozprawy z komunistami. Babcia wówczas mi mówiła: – Słuchaj, już tacy byli, po lasach ich ganiano i mordowano. Lepiej zrobić to inaczej. – I ta piękna, mądra kobieta dobrze radziła. Moją złość rozładowałem w sporcie. Dziś ważne, żeby być państwowcem, myśleć i działać propaństwowo. To pragnę zaszczepić też swoim córkom.

Całość wywiadu z ojcem sióstr Radwańskich w tygodniku “Gazeta Polska”

Za: Wolna Polska, 18 lutego 2011

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek