Mleczny interes Andrzeja G.


Oskarżony o wyłudzenie kilku milionów złotych kredytów z BGŻ Andrzej G., niewiele robi sobie z ciążących na nim zarzutów. Zajmuje się doprowadzaniem do upadłości dobrze prosperujących spółek by potem przejąć je za bezcen.

Zanim opowiemy o zamiłowaniu Andrzeja G. (jest oskarżonym w sprawie o wyłudzenie dlatego jego nazwisko musi pozostać jedynie inicjałem) do doprowadzania do upadłości dobrze prosperujących firm, wspomnieć musimy o aferze BGŻ datowanej na połowę lat 90-tych, której G. był niekwestionowanym bohaterem.

Andrzej G., właściciel m.in. firm Andex i Gama, zaciągnął w BGŻ w ciągu jednego roku – przy niemałej pomocy pracowników ostrołęckiego oddziału banku – kilka kredytów na łączną kwotę znacznie przekraczającą 4 mln zł (przez lata takich kredytów nazbierało się znacznie więcej bo kilkadziesiąt). Żadnego z nich nie spłacił. Jego przyjaciele bankowcy spisywali je w straty banku i zapominali o sprawie. Proceder prawdopodobnie nigdy nie ujrzałby światła dziennego i nikt nie zacząłby się w niej babrać, gdyby nie przypadek – prywatyzacja banku.

Do 2004 roku pakiet kontrolny – 70% akcji BGŻ trzymał w ręku Minister Skarbu Państwa. Do zmian doszło pod koniec roku. Bank zyskał znaczących zagranicznych akcjonariuszy. Holenderski Rabobank objął 13,76 % akcji, a Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju – 15%. Zanim jednak doszło do transakcji, nowi akcjonariusze przestudiowali szczegółowe informacje o kondycji banku. Do akcji ruszył Departament Audytu Wewnętrznego i Kontroli. Jego pracownicy prześledzili zarówno archiwa centrali, jak i oddziałów terenowych. Szczególną ich uwagę zwróciła historia kredytowa firm Andrzeja G. z Pułtuska (Andex i Gama).

Bank przeprowadził wewnętrzną kontrolę m.in. w oddziale w Ostrołęce. Kontrolowano losowo wybrane umowy kredytowe sprzed lat. Pod ocenę audytorów poszły – tak się pechowo dla ówczesnych pracowników oddziału złożyło – umowy zawarte pomiędzy 1994 a 1995 rokiem. Wśród nich umowy z firmami Andrzeja G.

Andrzej G. miał wyjątkową pozycję w banku. Traktowany był lepiej niż VIP. Nie za darmo. W Andexie, jednej z jego firm, pracował mąż zastępcy naczelnika wydziału kredytów ostrołęckiego oddziału, a mąż naczelnik wydziału prowadził z G. interesy. Dzięki takim umocowaniom, przedsiębiorca i firmy powiązane z nim kapitałowo, zaciągnęli kilkadziesiąt kredytów na kwotę przekraczającą 50 mln złotych. Ale prokuratura zainteresowała się zaledwie kilkoma: 1 mln zł kredytu inwestycyjnego na adaptację pomieszczeń i zakup urządzeń do produkcji (grudzień 1994), 1,5 mln zł krótkoterminowego kredytu obrotowego na sfinansowanie działalności bieżącej (wrzesień 1995) i 2,175 mln kredytu na zakup środków trwałych (grudzień 1995).

Zarzuty postawione zostały w końcu pięciu pracownikom banku, w tym ówczesnemu dyrektorowi oddziału, naczelnikowi i zastępcy naczelnika wydziału kredytów, radcy prawnemu i zastępcy głównego księgowego. Oraz Andrzejowi G. – kredytobiorcy. Ostatecznie na ławie oskarżonych zasiadł G. i trzech bankowców (II Wydział Karny, sygn. akt w SR w Ostrołęce: II K 387/07). Były dyrektor nie doczekał pierwszej rozprawy. Zmarł w Boże Narodzenie 2004 roku.

Afera BGŻ wciąż nie została do końca wyjaśniona. Proces jeszcze się nie zakończył. To jednak nie przeszkadza krewkiemu przedsiębiorcy w prowadzeniu dalszej działalności – balansującej na granicy prawa.

Rozwiązania siłowe

Próbując w kilku słowach scharakteryzować ulubioną działalność Andrzeja G. można powiedzieć, że lider rynku mleczarskiego w Polsce, obchodząc prawo przejmuje kontrolę nad kolejnymi firmami. Pomaga mu w tym nieudolność prokuratury, urzędników wymiaru sprawiedliwości oraz zaangażowanie kancelarii prawnej prowadzonej przez byłego prokuratora.

Wiodące na polskim rynku mleczarskim konsorcjum Polmlek należące m.in. do G., znalazło się pod lupą wymiaru sprawiedliwości nocą z 25 na 26 kwietnia 2010 roku. Wtedy, o 4 rano, grupa ponad 60 zamaskowanych mężczyzn opanowała potężny zakład produkcyjny w Stodzewie pod Warszawą. Ku zdumieniu ochroniarzy, zamaskowani mężczyźni podawali się za policjantów wykonujących swoje obowiązki. Ochroniarzy przed prokuratorem zeznali, że napastnicy ubrani byli w czarne uniformy i kominiarki. Wtargnęli do zakładu z okrzykiem „Policja! Gleba!”, wymachując przy tym karabinami.

Napastnicy przekazali zakład we władanie firmie BGK, należącej do właścicieli Polmleku, który kilka miesięcy wcześniej wydzierżawił cześć hal w Stodzewie od ich właściciela – Dariusza Myrchy, producenta „flipsów”, popularnych na całą Polskę chrupek kukurydzianych.

Król flipsów i jego przygoda z G.

Kłopoty Myrchy pojawiły jesienią 2009 roku. Z powodu kryzysu spadły obroty i rentowność firmy, a zaniepokojone banki sugerowały cięcia w zatrudnieniu i restrukturyzację. Myrcha zwlekał ze zwolnieniami. Wkrótce umowę wypowiedział kluczowy kredytodawca – Deutsche Bank. W ślad za nim poszły następne banki i leasingodawcy (Fortis Leasing i SEB Leasing). Wtedy u Myrchy pojawił się Andrzej G.

– Polecił mi go znajomy – wspomina Myrcha. – Dopiero potem się dowiedziałem, że znajomy był z nim związany. Jego żona wkrótce znalazła intratną posadę w jednej z kontrolowanych przez G. spółek. G. był ujmujący. Zapewniał wsparcie w pozyskaniu kredytów. W zamian, chciał dzierżawić część nieużywanych hal na preferencyjnych warunkach.

Zawarta umowa zakładała, że BGK od października 2009 roku będzie płacić za dzierżawę 30 tys. złotych miesięcznie. I płaciła. Przez dwa miesiące, potem przestała. Co więcej, nowy dzierżawca obstawił cały zakład swoją ochroną, która otrzymała wyraźne instrukcje – zakaz wpuszczania Myrchy na teren jego własnego zakładu. W ten sposób przedsiębiorca z dnia na dzień stracił nie tylko fizyczny dostęp do swojego majątku, ale przede wszystkim do swojego biura, w tym także kontrolę nad firmową dokumentacją.

Odsiecz litewska

Oszukany przedsiębiorca wypowiedział umowę dzierżawy i wystawił swój majątek na sprzedaż. Oferta zainteresowała litewskich inwestorów. W lutym kupili zakład w Stodzewie wraz z jego długami. Roszada właścicielska nastąpiła niemal w ostatniej chwili. W marcu bowiem do sądu wpłynął wniosek o upadłość firmy Dariusza Myrchy. Sąd, mimo trwających rozmów litwinów z wierzycielami, ogłosił upadłość.

BGK otrzymało od Litwinów, jeszcze przed upadłością, serię pisemnych wezwań do wydania majątku. Wszystkie pozostały bez odpowiedzi. Zostały zignorowane również przez syndyka, którego pracę nadzorował sąd upadłościowy. Po dwóch miesiącach oczekiwania na jakąkolwiek reakcję, Litwini w asyście policji oficjalnie przejęli zakłady wypraszając pracowników BGK za bramę. Nie na długo.

Dwa tygodnie później, nocą z 26 na 27 kwietnia, grupa ponad 60 mężczyzn z karabinami, napadła na zakład obezwładniając ochronę i przekazując go z powrotem pod kontrolę BGK. Sprawą zajęła się prokuratura, a syndyk stanął po stronie napastnika zeznając, że… unieważnił umowę sprzedaży zakładu Litwinom. Na poparcie swoich słów przedstawił postanowienie sądu wyrażające zgodę na odstąpienie od umowy sprzedaży zakładu Litwinom. Z postanowienia wynika, że sąd „zalegalizował” siłowe przejęciem zakładu przez BGK… już po fakcie – 2 dni po szturmie. Sprawę prawomocnie rozstrzygnął sąd II instancji dopiero pół roku później uznając rację Litwinów, a działania syndyka za nieuprawnione, ale było już za późno.

Solidne umocowania Andrzeja G.

Przychylność syndyka mniej dziwi, gdy przyjrzeć się osobie ich prawnika. Mecenas Tadeusz Piłat występuje w sprawie „Flipsów” jako pełnomocnik BGK. Piłat zasłynął w mediach przy okazji prywatyzacji Wydawnictw Naukowo-Technicznych, którą interesowało się CBA. Aresztowano i postawiono zarzutu m.in. znanej celebrytce, Weronice Marczuk, wobec której Zarzuty korupcyjne zostały ostatecznie oddalone. Nadal ciążą jednak na Bogusławie S., prezesie WNT. Miał on przyjąć 10 tys. euro „zaliczki” łapówki od agenta CBA w zamian za „przychylność” w trakcie prywatyzacji państwowych Wydawnictw. Spotkania Bogusława S. z agentem podającym się za biznesmena zaaranżował zaufany prawnik prezesa WNT – mec. Tadeusz Piłat.

Kancelaria Piłata (Piłat i Partnerzy) była właścicielem innej spółki pod nazwą „Wydawnictwa Naukowo Techniczne”. Nie, to nie literówka. Firma Piłata nosi taką samą nazwę, co państwowe Wydawnictwo. W jej radzie nadzorczej zasiadał syndyk „Flipsów”, Michał Jan Wereszczyński, prywatnie – biznesowy partner Piłata. Wspólne interesy syndyka „Flipsów” i prawnika, który walczy w imieniu BGK o przejęcie majątku po “Flipsach” to nie wszystko. Wereszczyński wciąż zasiada w zarządzie (a przez ostatnie 2 i pół roku był na jego czele) rodzinnej spółki państwa Piłatów „Towarzystwo Doradztwa i Konsultingu – KONSULENT”.

Były prokurator i (nie)znani sprawcy

Nocny szturm na „Flipsy” zorganizował mec. Filip Dopierała. Tak zeznał Adam Kanigowski, prezes BGK. – Przez mojego adwokata została wynajęta firma ochroniarska DS Fokus, celem przejęcia zabezpieczenia, mienia stanowiącego moją i syndyka własność – zeznał do protokołu z policyjnego przesłuchania Kanigowski.

 

Filip Dopierała pracował wcześniej (przez 7 lat) jako prokurator w Warszawie. Zajmował się zwalczaniem przestępczości gospodarczej. Dziś prowadzi Kancelarię LTA. Należy zatem założyć, że jako specjalista, w przypadku zdarzenia takiego jak nocna napaść kilkudziesięciu zamaskowanych i uzbrojonych mężczyzn na zakład produkcyjny, będzie umiał podać szczegóły. Zwłaszcza, że brał czynny udział w organizowaniu szturmu. Niestety. Nie podał. Również szefowie agencji ochrony, których wynajął Dopierała do przejęcia zakładu nabrali wody w usta. Należy założyć, że zamaskowani napastnicy nie byli ochroniarzami. Mieli zasłonięte twarze, używali karabinów i podawali się za policję, czego ochroniarzom robić nie wolno. Chyba, że firma ochroniarska z pełną świadomością lekceważy przepisy i prowadzi armię zaciężną według zasad ustanowionych przez siebie, mając w głębokim poważaniu prawo polskie.

Prokuratura w Garwolinie też się nie popisała. Umorzyła sprawę „wobec niewykrycia sprawców”. Tę decyzję podtrzymał Sąd Okręgowy w Siedlcach podkreślając, że „sprawcą przestępstwa może być tylko i wyłącznie osoba (lub osoby) realizująca swoim zachowaniem znamiona czynu zabronionego, nie zaś np. firma jako całość”.

Od wypadku do upadłości

Polmlek pod rządami Andrzeja G. wydaje się stać ponad prawem. Przekonano się o tym także w Ostrowii Mazowieckiej, gdzie firma przejęła w sposób iście bandycki kolejną spółkę.

W 2006 roku Mazowiecka Spółdzielnia Mleczarska „Ostrowia” zaciągnęła kredyty na kwotę 52 milionów złotych. Dzięki nim kupiła nowoczesną linię produkcyjną, zwiększyła obroty i systematycznie zatrudniała kolejnych pracowników, stając się głównym pracodawcą dla okolicznych mieszkańców. Andrzej G. wystąpił wówczas z ofertą przejęcia Spółdzielni. Józef Spychalski, prezes „Ostrowii” odmówił. I wydarzył się tragiczny w skutkach wypadek samochodowy, w którym Spychalski zginął. Chwilę potem, do „Ostrowii” wrócił G. z kolejną propozycją. Tym razem nowe władze „Ostrowii” nawiązały rozmowy z potentatem branży mleczarskiej i wkrótce podjęły z nim ścisłą współpracę. Jedną z pierwszych decyzji wynikających ze współpracy z G. było… wstrzymanie spłaty kredytów.

Wkrótce potem, „Ostrowia” oddała firmie Andrzeja G. większość swoich aktywów, a zarząd Spółdzielni wysłał na urlop niemal wszystkich pracowników. Ci natychmiast podpisali umowy z Polmlekiem. Spółdzielnia oddała Polmlekowi w dzierżawę cały swój zakład z nowoczesnymi liniami produkcji za czynsz o wartości zaledwie 45 tys. złotych miesięcznie, a ten, tak jak w przypadku wytwórni flipsów, nie zapłacił nawet złotówki. Sprawą zajęła się prokuratura. Do dziś bada m.in. to, czy zarząd spółdzielni, w zamian za uzyskanie korzyści majątkowych, celowo doprowadził w firmę do ruiny? Po ogłoszeniu upadłości (wobec takich działań bankructwo było tylko kwestią czasu) przez sąd, jedną z pierwszych decyzji syndyka było o rozpisanie przetargu na nową dzierżawę…


Prawnicy naszych konkurentów są naszymi…

Do przetargu stanęło pięć firm, wśród nich firma Andrzeja G. oraz nikomu nieznana w branży „Nerina”, zarejestrowana rok wcześniej w prywatnym mieszkaniu, z kapitałem zakładowym 5 tysięcy złotych.

Nerina kilka dni przed przetargiem spółka zmieniła właściciela, zarząd i siedzibę, kapitału nie podniosła. Krajowy Rejestr Sądowy odnotował tę zmianę dopiero 3 dni po przetargu. “Nerina” wpłaciła wadium, i nieoczekiwanie zaoferowała najwyższą cenę – 670 tys. złotych miesięcznie, wygrywając w cuglach. Umowy dzierżawy – ku zdumieniu syndyka i zarządu „Ostrowii” – jednak nie podpisała. Na żądanie syndyka, wpłaciła natomiast kaucję (3 miesięczną dzierżawę czyli 2,01 mln zł).

Ale Nerina była sprytna. W rewanżu za kaucję, zażądała od Skarbu Państwa 4 milionów złotych odszkodowania. Pismo do sędziego komisarza sporządziła mec. Milada Czajkowska, partnerka Filipa Dopierały w Kancelarii LTA.

Syndyk unieważnił przetarg i rozpisano nowy. Tym razem „Nerina” już nie startowała. Przetarg wygrał dotychczasowy dzierżawca „Ostrowii” czyli Polmlek. Aby przebić konkurencję Polmlek zobowiązał się płacić co miesiąc za dzierżawę 400 tysięcy złotych, czyli blisko 10 razy tyle, ile płacił dotychczas.

milk0313Wkrótce jednak Andrzej G. w imieniu Polmleku… wypowiedział umowę dzierżawy. Z uzasadnienia wynika, że nie może jej podpisać, ze względu na… roszczenia zwycięzcy unieważnionego przetargu. Słowem: pretekstem dla zerwania umowy, stały się roszczenia “konkurencyjnej” Neriny sformułowane przez mec. Czajkowską z LTA.

23 marca 2011 roku miał się odbyć się przetarg na cały majątek upadłej MSM „Ostrowia”, który syndyk wycenił na 69 milionów złotych. Pozostał nierozstrzygnięty. Główny zainteresowany, Andrzej G. z Polmleku, oświadczył że nie wziął w nim udziału, bo wyznaczona cena była nierealna. Kolejny zaplanowano na środę, 20 kwietnia. Cena wywoławcza zmalała o 20 milionów. Andrzej G. „rozważa” swój udział.

Autor: QL

Zrodlo: NOWY EKRAN, 18.04.2011

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci