Her­bert, gdy chciał się po­śmiać się­gał po pra­cę Sta­li­na o ję­zy­ko­znaw­stwie


sztuka-sztuce-foto-interPrzeżyć PRL

A czy Sta­lin mógł mieć na my­śli Brat­kow­skie­go lek­ko sza­fu­ją­ce­go „fa­szy­zmem”? Woł­ka – ca­ło­kształt. Re­dak­to­ra Mich­ni­ka prze­ko­nu­ją­ce­go Ro­sjan, że część pol­skie­go spo­łe­czeń­stwa jest cho­ra na ru­so­fo­bię i kse­no­fo­bię, Mich­ni­ka roz­wi­ja­ją­ce­go myśl o głup­cach i swo­ło­czy? O lu­dziach z ogro­du zoo­lo­gicz­ne­go?…

W luź­nej roz­mo­wie świą­tecz­nej za­py­ta­ny zo­sta­łem, czy czy­ta­łem „Mil­len­nium”. Trzy gru­be to­misz­cza – zo­sta­łem po­in­for­mo­wa­ny – a więc po­wi­nie­nem uznać: jest co czy­tać. Lu­bię gru­be książ­ki.
Czy ja­ka­kol­wiek książ­ka mo­że li­czyć mniej niż 350 stro­nic?

Mo­że, ale nie po­win­na. Opty­mal­na ilość to po­nad 600. Wia­do­mo wów­czas, że po­czu­cie nie­do­sy­tu bę­dzie pro­por­cjo­nal­nie do gru­bo­ści książ­ki mniej­sze.

Na py­ta­nie o try­lo­gię Lars­so­na – spraw­dzi­łem, lek­tu­ra 2128 stron, licz­ba za­chę­ca­ją­ca – od­po­wie­dzia­łem, że czy­tam dzien­ni­ki i li­sty, wspo­mnie­nia i bio­gra­fie. Do­da­łem prze­pra­sza­ją­co, że po pro­stu na be­le­try­sty­kę nie mam już cza­su. Nie do­da­łem, że do be­le­try­sty­ki nie za­li­czam Bro­ni­sła­wa Wild­ste­ina „Do­li­ny ni­co­ści”,
czy An­ny Bo­jar­skiej „Cze­go na­uczył mnie Au­gust”. Fan­ta­sty­ki Cy­ri­la Bo­uy­eu­re czy Frisz­ke­go
też. Czy­li to czy­tam.

I nie cho­dzi o brak cza­su w per­spek­ty­wie dnia, li­czą­ce­go le­d­wie 24 go­dzi­ny (cze­mu ta na­sza Zie­mia nie ob­ra­ca się wol­niej)
– cho­dzi o to, że ja­sno zda­ję so­bie spra­wę, że licz­ba ksią­żek, któ­re zdą­żę jesz­cze prze­czy­tać jest ogra­ni­czo­na. Pięć­set? Za­pew­ne nie ty­siąc.

Za­sta­nów­my się wspól­nie
czy­tel­ni­ku. Oto mo­je dy­le­ma­ty. Za­glą­dam na stro­nę in­ter­ne­to­wą za­cne­go wy­daw­nic­twa Ar­ca­na, na­tra­fiam na Fer­dy­nan­da Go­etla czy Ja­nu­sza Kra­siń­skie­go. I co mam po­cząć? Ze stro­ny IPN do­wia­du­ję się, że Szcze­cin wy­dał „Wol­ne me­dia? Śro­do­wi­sko dzien­ni­kar­skie w 1989 ro­ku”, i co?

Z ar­ty­ku­łu Ra­fa­ła Ziem­kie­wi­cza „Kro­ni­ka cza­sów za­ra­zy” do­wia­du­ję się o wy­da­niu za­pi­sków Je­rze­go Do­bro­wol­skie­go. Au­tor pi­sze – „Koń­czę i za­czy­nam
od no­wa. To trze­ba prze­czy­tać i prze­żyć – jesz­cze raz”. Czy mo­głem nie prze­czy­tać?
Jak mo­gę wziąć do rę­ki Lars­so­na, nie po­znaw­szy my­śli Do­bro­wol­skie­go? Czy mo­gę Co­be­na, sko­ro nie skoń­czy­łem Kra­siń­skie­go czy jesz­cze cie­płych li­stów Dą­brow­skiej i Stem­pow­skie­go? To, ze Brow­na nie bio­rę do rę­ki po­win­no być oczy­wi­ste. No chy­ba, że w ta­kim sa­mym ce­lu, co Mich­ni­ka – dla stu­diów.

Je­że­li cho­dzi o Do­bro­wol­skie­go, to z gó­ry wie­dzia­łem, że po­dzie­lę zda­nie Ziem­kie­wi­cza, gdyż czy­tam w re­cen­zji o pe­ere­lu:  "po­zo­sta­ło co­dzien­ne zby­dlę­ce­nie, po­wszech­na de­pra­wa­cja, i przede wszyst­kim kłam­stwo, kłam­stwo, kłam­stwo…" I czy­tam o za­pi­skach czło­wie­ka pra­we­go, za­nu­rzo­ne­go w ku­rew­skim, do cna za­łga­nym, do cna zde­pra­wo­wa­nym świe­cie.

I wy­ja­śniam mło­de­mu czy­tel­ni­ko­wi – PRL to nie sznu­rek do sno­po­wią­za­łek i je­go brak, to nie pa­pier to­a­le­to­wy uwią­za­ny u szyi Kon­wic­kie­go na No­wym Świe­cie czy Ire­ny Dzie­dzic „Te­le-echo”, to tak­że nie hu­mor z kro­nik fil­mo­wych i nie Ba­re­ja. PRL to nie py­ta­nie na ła­mach or­ga­nu z Czer­skiej, kto bo­ha­te­rem, a kto zdraj­cą i kto pa­trio­tą i dla­cze­go Ja­ru­zel­ski.

Py­ta­nia ta­kie mo­że for­mu­ło­wać tyl­ko ktoś prze­siąk­nię­ty złą wo­lą.
PRL to de­pra­wa­cja i kłam­stwo. Ła­ma­nie krę­go­słu­pów, ko­la­bo­ra­cja i hań­ba. PRL to nie przy­ja­cie­le Urban z rów­nie wy­brzu­szo­nym Mich­ni­kiem na wspól­nym zdję­ciu, za­do­wo­le­ni z sie­bie. PRL to rzecz­nik rzą­du szczu­ją­cy na lu­dzi, to ten Urban z kon­fe­ren­cji pra­so­wych wska­zu­ją­cy dzien­ni­ka­rzom po­dą­ża­ją­cym ścież­ka­mi bły­ska­wicz­nych ka­rier ce­le nie­na­wi­ści.

A więc … Wspo­mnie­nia, Li­sty i Dzien­ni­ki. Nie­któ­re czy­tam wy­łącz­nie po­mię­dzy zda­nia­mi, po bły­ska­wicz­nym prze­czy­ta­niu kil­ku­set stron za­pa­mię­tu­ję to, co naj­waż­niej­sze, wy­ra­biam zda­nie i wiem, co ko­niecz­nie na­le­ży jesz­cze prze­czy­tać. Nie ma tam mo­wy o Pot­te­rze czy be­le­try­za­cji roz­te­rek du­cho­wych Bau­man­na czy Schaf­fa. Ich ta­jem­ni­ca znaj­du­je się w ar­chi­wum IPN.

„Dzien­ni­ki” to mię­dzy in­ny­mi An­drzej Ki­jow­ski – do któ­re­go co­raz rza­dziej się­gam, gdyż Pol­skę wprost za­la­ła fa­la tsu­na­mi ksią­żek wspo­mnie­nio­wych, hi­sto­rycz­nych, oraz o „bo­ha­te­rach” PRL. Jest już i Bo­rej­sza i Ber­man, jest Frisz­ke­go Ku­roń i Mo­dze­lew­ski, jest fran­cu­ski Mich­nik. I szyb­ka dy­gre­sja w tym miej­scu – bra­ku­je syn­tez.

Czy ktoś po­tra­fi wska­zać syn­te­tycz­nie na­pi­sa­ną, z przy­pi­sa­mi i po­rząd­nym in­dek­sem osób i po­jęć – rów­nież po­jęć pod­kre­ślam, z bo­ga­tą bi­blio­gra­fią pra­ca o PRL?
O in­sta­lo­wa­niu ko­mu­ni­zmu, o so­wie­ty­za­cji Pol­ski jest świet­na książ­ka „Po­la­cy wo­bec prze­mo­cy 1944-1956”, ale wy­da­na – uwa­ga – pięt­na­ście lat te­mu, trud­no do­stęp­na. Czy po pięt­na­stu la­tach nie ma ni­cze­go no­we­go? Ta­ki An­drzej Frisz­ke za­czy­na grun­tow­nie stu­dio­wać i opi­sy­wać dzie­je PRL po­czy­na­jąc od ro­ku 1956. Po­sta­wy spo­łecz­ne in­te­re­su­ją go przede wszyst­kim po ro­ku 56-ym. Ale prze­cież ten Ku­roń i Mich­nik wzię­li się skądś na tym świe­cie? Prze­cież o żar­li­wym wy­cho­wy­wa­niu dzie­ci śro­do­wi­ska ko­man­do­sów w du­chu ko­mu­ni­stycz­nym nie pi­sał wróg, tyl­ko na­uczy­ciel i ich przy­ja­ciel. Ten­że bun­tow­nik Mo­dze­lew­ski z księ­ży­ca nie spadł Pro­fe­so­rze Frisz­ke.
Syn­te­zy bra­ku­je. An­drzej Pacz­kow­ski ostro oce­nia ko­mu­nizm, od­no­to­wu­ję to, ale z ko­mu­ni­sta­mi się pie­ści. Ty­mi wcze­sny­mi.

Wra­ca­jąc do dzien­ni­ków z cza­sów czer­wo­nej za­ra­zy.
Ki­jow­skie­go lu­bię – więc co ja­kiś czas się­gam po je­go „Dzien­ni­ki” z przy­jem­no­ścią, Dą­brow­skiej nie lu­bię, ale czy­tam z ogrom­nym za­in­te­re­so­wa­niem, du­żo w niej tre­ści. An­na Ko­wal­ska czy ostat­ni Iwasz­kie­wicz, nie lu­bię, ale pa­da­ją na­zwi­ska i po­da­ją fak­ty, któ­re moż­na we­ry­fi­ko­wać czy­ta­jąc in­ne dzien­ni­ki i ko­lej­ne li­sty. Ja­na Le­cho­nia bar­dzo lu­bię – wciąż wra­cam, się­gam do nie­go jak po od­trut­kę na … Kot­ta czy Ra­kow­skie­go. Zresz­tą ufry­zo­wa­ny na li­be­ra­ła ko­mu­ni­sta Ra­kow­ski to tyl­ko la­ta 63-68. Na­zwi­ska są i kon­tek­sty też. Gdzie, więc czas na "Shre­ka" czy "Za­gu­bio­nych"?
A więc nie mam cza­su na kry­mi­nał­ki. Nie mam cza­su na lżej­szą lek­tu­rę i na fil­my. Film się wol­no oglą­da, a książ­kę po­ły­ka.

A re­laks? Gdzie czas na re­laks? Her­bert, gdy chciał się po­śmiać się­gał po pra­cę Sta­li­na o ję­zy­ko­znaw­stwie. Le­ży przede mną cien­ka ksią­żecz­ka – bro­szur­ka li­czą­ca 49 stron, a więc ty­le co nic – „W spra­wie mark­si­zmu w ję­zy­ko­znaw­stwie”. I Wiel­ki Ję­zy­ko­znaw­ca wy­kła­da myśl, że ję­zyk, ja­ko śro­dek ko­mu­ni­ko­wa­nia się lu­dzi ob­słu­gu­je wszyst­kie kla­sy, i wy­ka­zu­je wo­bec tych­że klas – ten­że ję­zyk – obo­jęt­ność
– no do­brze.

Jed­nak­że lu­dzie – jak za­uwa­ża Sta­lin, zwra­cam się w tym miej­scu do to­wa­rzy­cha z Czer­skiej – nie są obo­jęt­ni wo­bec ję­zy­ka. Niech je­den czy dru­gi, Mi­chał Gło­wiń­ski czy Mar­cin Król prze­czy­ta­ją (od­świe­żą po­bra­ne na­uki), co o ję­zy­ku gór­nych warstw bur­żu­azji, wy­ko­rzy­stu­ją­cych ję­zyk we wła­snym in­te­re­sie, pi­sał Sta­lin.

Otóż pró­bu­ją „na­rzu­cić mu swój szcze­gól­ny lek­sy­kon, swe szcze­gól­ne ter­mi­ny, swe szcze­gól­ne wy­ra­że­nia. Pod tym wzglę­dem wy­róż­nia­ją się zwłasz­cza gór­ne war­stwy klas po­sia­da­ją­cych, któ­re ode­rwa­ły się od na­ro­du i nie­na­wi­dzą go …”.

Po­wtór­ka z hi­sto­rii – w no­wych ro­lach, w in­nych ma­skach?
A czy Sta­lin mógł mieć na my­śli Brat­kow­skie­go lek­ko sza­fu­ją­ce­go „fa­szy­zmem”? Woł­ka – ca­ło­kształt. Re­dak­to­ra Mich­ni­ka prze­ko­nu­ją­ce­go Ro­sjan, że część pol­skie­go spo­łe­czeń­stwa jest cho­ra na ru­so­fo­bię i kse­no­fo­bię, Mich­ni­ka roz­wi­ja­ją­ce­go myśl o głup­cach i swo­ło­czy? O lu­dziach z ogro­du zoo­lo­gicz­ne­go? (SIC)

Po­now­nie An­drzej Ki­jow­ski i je­go no­tat­ki. Pi­sząc o wal­ce o swo­bo­dy de­mo­kra­tycz­ne za­no­to­wał pod da­tą 28 mar­ca 1967 ro­ku, że kla­sycz­na opo­zy­cja wol­no­ści i za­leż­no­ści zni­ka w ustro­jach qu­osi-to­ta­li­tar­nych, ustę­pu­jąc miej­sca opo­zy­cji mię­dzy sa­mot­no­ścią a wspól­no­tą. My­śląc o pań­stwach „no­wo­cze­snych” (cu­dzy­słów mój), to­tal­nych, no­to­wał, że ka­rą naj­cięż­szą i naj­do­tkliw­szym środ­kiem wy­ko­ny­wa­nia wła­dzy jest „wy­ob­co­wa­nie”, osa­mot­nie­nie jed­nost­ki.

„Pań­stwo za po­mo­cą swych po­tęż­nych środ­ków pro­pa­gan­dy — przez pra­sę, ra­dio, te­le­wi­zję (…) mó­wi jed­no­st­ce: już nikt nie my­śli tak jak ty, je­steś ostat­ni, je­steś sam, je­steś in­ny, za­póź­nio­ny, nie masz tu żad­nych szans dla sie­bie, dla two­ich dzie­ci… Chy­ba,
że się zmie­nisz”.

Czy Mi­cha­le Gło­wiń­ski, ba­da­czu no­wo­mo­wy tak wie­le się zmie­ni­ło od 1967 ro­ku? Swo­łocz z ogro­du zoo­lo­gicz­ne­go, kse­no­fob i ru­so­fob. Czy me­dia nie są jesz­cze bar­dziej po­tęż­ne niż w ro­ku 1967? Czy to spo­strze­że­nie przy za­cho­wa­niu wła­ści­wych pro­por­cji ana­lo­gii nie opi­su­je na­sze­go, pol­skie­go „dzi­siaj”?

Cy­ril Bo­uy­eu­re w opo­wie­ści o Mich­ni­ku za­sta­na­wia się – świę­ty czy ma­ni­pu­la­tor. „Po­ku­sa świę­to­ści ni­g­dy nie by­ła mu ob­ca”, łą­czył się z la­ic­ki­mi świę­ty­mi, któ­rych tak ce­nił. Wcze­śniej Adam Bo­niec­ki pi­sał o „świę­tym Ada­mie”, że za­da­je się i ja­da „z grzesz­ni­ka­mi, cel­ni­ka­mi i nie­rząd­ni­ca­mi” – i do­da­wał, że już bar­dzo daw­no te­mu ten za­rzut po­sta­wio­no ko­muś in­ne­mu.

A kto za­da­je się z ludź­mi z Kra­kow­skie­go Przed­mie­ścia Mich­ni­ku? Kto ni­mi po­mia­ta?

A za ty­dzień „Kwiat­ki świę­te­go Ada­ma” – chy­ba, że coś się wy­da­rzy.

Rekontra

Żródło: Warszawskagazeta.pl, Rekontra, 8 maja 2011

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek