Boniek: Mogę prosić autograf? Jawohl. Skończmy z tym szaleństwem!


zbigniew-boniek-foto-bartek-syta-polskapressZe Zbigniewem Bońkiem, byłym piłkarzem i selekcjonerem reprezentacji Polski, rozmawia Cezary Kowalski.

Oglądał Pan mecz reprezentacji Polski z Koreą?
Bez przesady. Mam co robić. Nie wypowiadam się na temat gry naszych zawodników i trenera Franciszka Smudy, mam ważniejsze sprawy na głowie. Jeśli trener uważa, że to był ważny i potrzebny test, to daj Boże, aby w czymś mu pomógł.

Można wiedzieć, co to za sprawy odciągnęły Pana od telewizora?
Obiad jadłem.

Eskapada do Seulu i mecz z Białorusią w Niemczech są mocno krytykowane…
Myślę, że praca magisterska pod tytułem "Mecze reprezentacji z Koreą i Białorusią a ich wpływ na wynik kadry na Euro 2012" byłaby nie do obrony. Nawijanie makaronu na uszy i twierdzenie, że trzeba gdzieś jechać przez pół świata, bo to wynika z jakichś umów telewizyjnych, a mecz z Białorusią odbędzie się na neutralnym gruncie, aby zawodnicy mieli bliżej do domu, należałoby rozpatrywać w kategoriach humorystycznych. Ale zostawmy to. Postanowiłem, że będę już oszczędzał Franka Smudę. W Polsce mamy dwie partie w piłce nożnej. Do tej, której się wszystko nie podoba, zapisać się łatwiej. Ja nie mam zamiaru. Niech ta kadra trenuje i wreszcie robi jakiś postęp. Czasu do mistrzostw jest coraz mniej.

Organizator, firma Sportfive, tłumaczy, że trudno znaleźć godnego rywala, bo ci walczą w eliminacjach do Euro. Wydaje się to dość rzeczowe.
Zgadzam się z tym i jestem w stanie w to uwierzyć. Trzeba by tylko to sensownie wytłumaczyć zawodnikom i kibicom. Zwołać konferencje prasową. Powiedzieć, po co tam jedziemy, na jak długo i po co to wszystko jest potrzebne. Tymczasem wokół tej drużyny panuje absolutny chaos. Gdzieś się coś po cichu załatwia, nieznane są motywy, cele. Na taką konferencję należałoby zaprosić fizjologa, psychologa, podeprzeć czymś takie eskapady. Jakoś je uzasadnić. Tymczasem kierownictwo kadry samo się wpuszcza w maliny. Przecież to oczywiste, że media będą krytykować, a piłkarze unikać wyjazdów.

Ale przecież żeby ocieplić wizerunek reprezentacji Polski i usprawnić przekaz, zatrudniono dyrektora do spraw medialnych Tomasza Rząsę.
Z tymi dyrektorami to też trzeba by się zastanowić, o co w tym wszystkim chodzi. Najpierw miał nim być Tomasz Wałdoch, który już miał angaż w Schalke 04 Gelsenkirchen i okazało się, że został wykiwany i przez to stracił pracę w Niemczech i teraz jest bezrobotny. Później był Jan Furtok, bo mu skarpetki pachniały w odpowiedni sposób, a ostatnio Konrad Paśniewski z firmy Sportfive, która prowadzi interesy z PZPN. Pytam się otwarcie, czy gdziekolwiek na świecie taka sytuacja byłaby możliwa? Teraz jest Tomek Rząsa, owszem, sympatyczny chłopak, ale nikt tak naprawdę nie wie, czym on się zajmuje. Także organizacja i atmosfera wokół tej drużyny to prawdziwa pięta achillesowa.

Sądzi Pan, że kilka kontuzji zgłoszonych tuż przed wyjazdem to efekt tego chaosu?
Myślę, że tak. A przy okazji rodzi się pytanie, czy np. Smuda nie powinien przeprosić się z takim Arturem Borucem? Wiadomo, że teraz Szczęsnego nagle zabolały plecy, i okazało się, że nie może grać. A ja się pytam, co się stanie, jeśli Szczęsnego zabolą plecy tuż przed pierwszym meczem mistrzostw Europy? I co wtedy? Postawimy na bramkarza, który w klubie jest tylko rezerwowym?

A Pan, jako selekcjoner, powołałby do zawodnika, który publicznie Pana znieważył?
Owszem. Pamiętam, że Boruc nazwał Franka Nikodemem Dyzmą i prostakiem, ale przecież nie on jeden w tym kraju. A Monika Olejnik nie nazwała selekcjonera w ten sam sposób?

Aby zachować autorytet, nie można dać się obrażać.
Z piłkarzami i trenerami jest jak z małżeństwami. Gdyby po każdej kłótni były rozwody, to nie byłoby już żadnego małżeństwa.

Wyobraża Pan sobie, aby jakiś włoski piłkarz nazwał trenera Cesare Prandellego prostakiem, a niemiecki Joachima Löwa i mogliby nadal grać w reprezentacji?
Oczywiście, że tak. Setki razy zdarzały się na świecie podobne sytuacje. Sport to jest przecież po części show-biznes. Mnie nawet nie chodzi o to, żeby w jakiś sposób agitować za Borucem. Na celu mam tylko przedstawienie problemu. Za dużo jest jakichś niejasności, kłótni, podtekstów. Potrzeba lepszego PR, kogoś, kto by to ogarnął.

Nie podoba się Panu coraz większa liczba obcokrajowców w kadrze, a sam – jako wiceprezes PZPN – przekonywał Pan prezydenta i prezydentową, aby Emmanuel Olisadebe dostał polski paszport…
Nie widzi pan różnicy? Wtedy to był wyjątek. Wybitny w tamtych czasach zawodnik ożenił się z Polką, nauczył się mówić po polsku. Wpadliśmy na pomysł, że znacząco doda jakości drużynie, i tak się stało. W dużej mierze dzięki niemu po 16 latach awansowaliśmy do finałów mistrzostw świata. Naród go pokochał. Ale jeśli ten precedens, którego byłem sprawcą, wpłynął na to, co się dzieje teraz, to przyznaję się. Popełniłem błąd. Gdybym wiedział, jak to się wszystko potoczy, tobym tego nie zrobił.

Aż tak Panu doskwiera kilku zawodników w reprezentacji z polskimi korzeniami, którzy postanowili zagrać w drużynie Smudy podczas Euro 2012?
Mnie nic nie doskwiera. Jestem Europejczykiem, mieszkam i żyję wygodnie, nic mnie nie boli. Jestem otwarty na obcokrajowców, znam języki obce. Trudno mi zarzucić jakąś ksenofobię. Wypowiadam się, bo kiedyś grałem w piłkę w reprezentacji Polski i wydaje mi się, że mam prawo do oceny w tej kwestii. Mówię, że mi się to nie podoba. Nie podoba mi się, że w kadrze grają zawodnicy, którzy ani nie mówią, ani nie rozumieją po polsku. Taka sytuacja może mieć miejsce w klubie, to jest normalne, ale nie w reprezentacji. Myśli pan, że w drużynach niemieckiej, francuskiej albo włoskiej podczas obiadu, odprawy czy treningu nie mówi się w ich języku? A u nas, niestety tak to wygląda. Ja już nie mówię jedynie o kwestiach typowo etycznych, ale choćby praktycznych. Komunikacja w drużynie, która spotyka się ze sobą tylko raz na jakiś czas, jest bardzo istotna.

Ale losy Polaków w latach komunizmu różnie się toczyły. Wyjeżdżali, szukając normalnego życia, a ich dzieci rodziły się we Francji, Niemczech, Holandii, Wielkiej Brytanii. W naszym przypadku można by brać pod uwagę także kontekst, jednak wyjątkowość tej sytuacji.
Moje dzieci też urodziły się we Włoszech, ale są Polakami i gdyby, powiedzmy, grały w tenisa na bardzo wysokim poziomie, to w ogóle nie byłoby kwestii narodowej. Graliby dla Polski, bo są Polakami. Czują się nimi, mówią po polsku. Koniec, kropka. Euzebiusz Smolarek urodził się w Niemczech, ale jak przyjechał grać w reprezentacji, to się normalnie po polsku potrafił wypowiedzieć. Bo go rodzice nauczyli. Moim zdaniem, aby grać w polskiej reprezentacji, trzeba mieć Polskę w sercu. Kochać ją. Ja właśnie dlatego w niej grałem.

Damien Perquis też twierdzi, że kocha Polskę i dlatego chce grać dla kraju swoich przodków.
To niech sobie twierdzi. Z jednej strony nie mam prawa mu nie wierzyć, ale… jakoś nie dowierzam. Podobnie jest w innych przypadkach. Dlaczego taki Obraniak po trzech latach gry w naszej drużynie nie nauczył się polskiego? Bo nie traktuje tej drużyny emocjonalnie. Owszem, w karierze mu pewnie te występy pomagają, ale jednak powinien z siebie dać więcej. Zresztą z nimi nie jest tak jak z Olisadebe. Oni są tylko lepszym bądź gorszym uzupełnieniem. Na pewno nie graczami wybitnymi. Gwiazdami tej drużyny są Lewandowski, Błaszczykowski, Szczęsny czy Dudka. A nie Polanski, Boenisch, Perquis czy Obraniak. I dobrze, że jeszcze są, bo kibice będą się mogli jakoś dogadać. W innych przypadkach na pytanie o autograf w najlepszym wypadku usłyszą: jawohl! Przecież to jest komedia. Poza tym zwróćmy uwagę na jedną rzecz. Oni wszyscy sami się do Franciszka Smudy zgłosili i widać, że taki Perquis to nie ten rozmiar kapelusza. Ale dobrze, nie podoba mi się to, ale niech robią swoje. Chciałbym, aby na tym Euro drużyna Smudy zaprezentowała się przyzwoicie. Z jednej strony, mówię, co mnie boli, z drugiej – nie chcę nakręcać negatywnych emocji, bo chciałbym kibicować tej reprezentacji.

Ostatnio Brazylijczyk Thiago Cionek z Jagiellonii Białystok dostał polski paszport. Smuda pewnie go nie powoła, bo atmosfera w kwestii "farbowanych lisów" zrobiła się coraz bardziej gęsta. Ale tak naprawdę, skoro się otworzyło furtkę, to jaka jest różnica między tym pierwszym, który przetarł szlak, a jedenastym i dwunastym? Też powinien dostać szansę jeśli prezentuje poziom, który predestynuje go do gry w reprezentacji.
Każdy błąd ma to do siebie, że można go próbować naprawić. Trzeba napisać reguły od nowa i stawiać jakieś klarowne kryteria, więcej wymagać. Skoro raz się zrobiło błąd, nie można go powielać tysiąc razy. Trzeba zatrzymać to szaleństwo.
Jeszcze nie tak dawno wypowiadał się Pan o idei gry Maora Meliksona dla Polski.
To było na tej samej zasadzie co w przypadku Olisadebe. Gdy pół roku temu prezes Wisły Kraków Bogdan Basałaj zdradził, że Melikson ma polski paszport, trzeba było działać dyskretnie i dyplomatycznie. Wtedy jeszcze nie miał występów w reprezentacji Izraela. Można się było zastanawiać i rozważać, bo Melikson to taka klasa zawodnika, jakiego w Polsce wcześniej nie było. No ale to, co stało się w jego sprawie w ostatnich tygodniach, to już jest prawdziwa komedia. Jakieś przepychanki menedżerów, gry działaczy, oświadczenia zawodnika. No, po prostu dramat. W ogóle w kwestii tych zawodników z zagranicy powoływanych do reprezentacji Polski powinna obowiązywać podstawowa zasada – jakość, a nie liczba. Wydaje mi się, że obecnie mamy przerost tej drugiej.

Myśli Pan, że wzrastająca forma strzelecka Roberta Lewandowskiego to efekt jego ćwiczeń z trenerem napastników z królem strzelców polskiej ekstraklasy Tomaszem Frankowskim?
Niech pan mnie nie rozśmiesza. Nic nie mam do Tomka i bardzo go lubię, ale jego obecność w kadrze i pełnienie takiej funkcji to jakiś ewenement na skalę światową. Myśli pan, że Francesco Totti, Alessandro Del Piero, czyli wielu innych zaawansowanych wiekowo zawodników, którzy nie grają już w reprezentacji, ale wciąż są czynnymi zawodnikami w klubach, mogliby znaleźć miejsce w sztabie włoskiej kadry? To nie do pomyślenia. Czy to normalne, żeby zostawić swoją obecną drużynę i lecieć samolotem przez pół świata? Przez sześć dni zrobi około czternaście tysięcy kilometrów, przeprowadzi ze dwa treningi. Ciekawe, czy Franek Smuda wytłumaczył kiedyś trenerowi Jagiellonii Białystok Czesławowi Michniewiczowi, o co w tym wszystkim chodzi. Coś mi się wydaje, że to jakiś dziwny układ na zupełnie innym szczeblu, i żałuję, że taki błyskotliwy chłopak jak Frankowski tak dał się podpuścić.

Ale jak Frankowski wraca z wyjazdu na kadrę, to i tak zawsze ze dwie bramki strzela i z reguły jest najlepszy w drużynie.
Bo jest świetnym napastnikiem. Ja mówię tylko o tym, że zatrudnianie czynnego zawodnika w kadrze jest nieprofesjonalne i – moim zdaniem – żadnych korzyści nie przynosi ani kadrze, ani drużynie z Białegostoku.

Rozmawiał Cezary Kowalski

Zrodlo: polskitimes.pl/sport

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek