Werbowali na ulicy–Rozmowa z prof. Samuelem Sandlerem


Samuel-Sendler-Mao-fot-Infornurt2

Dlaczego tak mało starych komunistów szczerze mówi o sobie?

Ze wstydu. Wstydzą się przyznać do własnej głupoty. Więcej – tępoty. My byliśmy głupcami i naiwniakami. Rozmowa z prof. Samuelem Sandlerem

– Ja byłem fanatyk. Wiesz o tym?

Pan?!

– Mów mi po imieniu.

Niemożliwe!

– No tak. Moja przyjaciółka Mozesowa, przedstawiając mnie Belli, przyszłej żonie, rzekła: dobry człowiek, ale fanatyk. Miałem 20 lat. Młody człowiek nie może nie być fanatykiem.
Z łódzkiego getta ocalało 860 osób.

– Ale gdyby Armia Czerwona nie stanęła na Wiśle, wyczekując agonii Powstania Warszawskiego, byłyby tysiące. Łódzkie getto Niemcy zlikwidowali dopiero 28 i 29 sierpnia. Ze stacji Radegast wywieźli wtedy do Auschwitz mego młodszego brata i 70 tysięcy Żydów.

Nas zostawili do wysprzątania getta. Zamknęli w obozie. Ładowaliśmy do wagonów pozostawiony przez Żydów dobytek. Potem mieli się z nami rozprawić. Cztery doły były już dla nas wykopane. Kilka dni przed radziecką ofensywą pochowaliśmy się w przygotowanych wcześniej kryjówkach. I kiedy w połowie stycznia Niemcy zaczęli uciekać, my (śmiech) z młodzieńczego obłędu wyskoczyliśmy z ukrycia, by ich rozbrajać. Spotkani Polacy błagali nas: nie róbcie tego, oni zaraz mogą wrócić. Łódź to było przerażone miasto, Polacy byli całkowicie sterroryzowani. Tylko jednego Żyda znałem, któremu udało się przeżyć w Łodzi na aryjskich papierach.

Teresa, pilnuj mnie, bo jestem jak rabin ze "Skrzypka na dachu". On mówił, że u Żydów na wszystko jest modlitwa. A ja na wszystko mam opowieść.

19 stycznia nastąpiło wyzwolenie Łodzi.

– Nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Wymyśliłem, że pójdziemy całą grupą do fabryki Elektrobudowa. Byłem elektrotechnikiem. Przyjęli nas, zaczęliśmy pracować.

Po kilku dniach zwołano zebranie załogi. Przedwojenny PPS-owiec wygłosił przemówienie, że wszystko teraz w Polsce będzie należało do robotników i my będziemy gospodarzami tej fabryki.

Przed wojną jej właścicielem był Niemiec.

Tylko Polacy – podkreślił – będą nią zarządzali. Spojrzał na nas i dodał: oraz Żydkowie, bo oni też cierpieli (śmiech).

Po dwóch, trzech tygodniach idę ulicą Pomorską. Nagle podchodzi do mnie porucznik w polskim mundurze wojskowym i proponuje mi pracę w cenzurze wojennej. Wtedy ludzi do pracy w wojsku i w bezpieczeństwie łapali nawet na ulicy. Zobaczyli żydowską twarz i werbowali.

Dlaczego żydowską?

– Z wygody, żeby się jacyś volksdeutsche nie wkręcili do wojska, bo podobno próbowali. A Żyda nie trzeba było sprawdzać. Na pewno nie współpracował z Niemcami i nie był volksdeutschem. O to chodziło. Moje dwie przyjaciółki z obozu: Helenka Bergson, lekarka z zawodu, i Bianka Wojdysławska, też trafiły tam z ulicy. Doskoczyli do nich jacyś oficerowie z armii, zapytali: czytałyście Żeromskiego? Czytały i od razu zostały przyjęte do pracy.

Mnie zaczepił porucznik Rozenblum, zapytał, co robiłem w czasie wojny. Byłem w getcie w grupie antyfaszystowskiej. Dobrze. Ile klas skończyłeś – dwie gimnazjalne i w getcie uczyłem się na tajnym komplecie – bardzo dobrze. Czy jesteś lewicowy? O, tak. My w getcie byliśmy nawet za bardzo. Ale to nie było dla nich ważne.

Nie?

– Nie. Moja przyszła żona nie miała pojęcia, co dzieje się w świecie. Wywieziono ją z Kalisza do obozu w Częstochowie, pracowała w firmie Hasag i po wyzwoleniu Mozesowa ściągnęła ją do Łodzi. Poleciła Bellę naczelnikowi wydziału cenzury, kapitanowi Aleksandrowi Lemańskiemu. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej nazywał się Izrael Lajchman. Bella miała 17 lat, nie wiedziała, kim jest Bierut, czym Polska Ludowa. To powiedzieli: nie szkodzi, dowie się.

Rzuciłem pracę w fabryce i poszedłem do cenzury wojennej. Kontrolowałem listy cywilne i wojskowe. Jeszcze trwała wojna. Zgłosiłem się do kapitana Lemańskiego, żeby mnie wysłał na front, bo ja nie chcę pracować w cenzurze, chcę być w wojsku. Trzy razy zgłaszałem się do raportu. Odpowiedzieli: w wojsku już jesteś, i dali zaświadczenie, że zostałem wcielony w ramach wojskowej mobilizacji. Chodziłem w mundurze, ale bez rangi. Byłem na etacie kapitana.

Pracowałeś w Wydziale Cenzury Wojennej Resortu Bezpieczeństwa Publicznego?

-Tak oficjalnie się to nazywało. Resort sukcesywnie otwierał nowe wydziały terenowe w różnych miastach. Organizowałem ich pracę w Bydgoszczy, potem przerzucili mnie do Piotrkowa.

W czerwcu, po czterech miesiącach pracy, dostałem dwa tygodnie urlopu. Likwidowali cenzurę wojenną i kazali po urlopie zgłosić się do Warszawy. Wróciłem z Piotrkowa do Łodzi i słyszę, że otwierają rok wstępny na uniwersytet. Zgłosiłem się.

Nie miałeś matury.

– Sekretarka zapisała – dwie klasy gimnazjalne i tajne komplety. To wystarczyło, żeby mnie dopuścili do egzaminów wstępnych. Zaczynały się w poniedziałek. Tego dnia miałem zgłosić się w Warszawie. No trudno, co będzie, to będzie.

Kompletnie skompromitowałem się na egzaminie z geografii. Prof. Jarzębski zapytał mnie o główną rzekę w Hiszpanii. Nie pamiętałem i mówię: Guadalajara. Toczyły się tam krwawe walki Brygad Międzynarodowych, którymi jako 11-letni chłopak się pasjonowałem.

Jarzębski popatrzył na mnie jak na wariata. Guadalajara była malutkim dopływem Ebro. Przejrzał moje papiery, wyczytał, że jestem z getta, i z ogromną życzliwością mnie potraktował.

Słabo wypadłem z matematyki, choć Mozesowa, która zdała już na politechnikę, trochę mnie poduczyła. Trafiłem jednak na Witolda Janowskiego, nie spalił mnie, choć mógł. Powiedział, że coś wiem, że wierzy, iż braki nadrobię, i mnie przepuścił. Janowski jest przykładem, co z porządnych ludzi zrobiła Polska Ludowa (śmiech). Został potem profesorem matematyki i w 1968 okazał się jedną z czołowych swołoczy na Uniwersytecie Łódzkim.

Następnego dnia zdawałem język polski i to mnie uratowało. Byłem bardzo oczytany. Czytałem od ósmego roku życia wszystko, co mi wpadło do ręki. Rzucałem się nawet na stare gazety, które ojciec kupował do pakowania śledzi, bo prowadził z matką sklep spożywczy. Krzyczał na mnie, że potrzebuje papieru do sklepu, a ja gazety wydzielałem mu partiami, po przeczytaniu.

Zostałem przyjęty na uniwersytet.

W środę stawiłem się w Warszawie u kapitana Taboryskiego. Przeprosiłem za dwudniowe spóźnienie i zaczynam tłumaczyć, dlaczego. Wpierw posiedzisz w kozie – krzyknął – dwa tygodnie, a później z tobą porozmawiamy.

On na mnie krzyczał. Też Żyd. Ja chcę się uczyć – prosiłem go, prawie płacząc. Wyjdź! – wrzasnął. – Zastanowimy się, co z tobą zrobić.
W gabinecie siedziała też Wierbłowska, żona Stefana, wielkiego działacza w PPR. Ona pełniła funkcję kierowniczki wydziału, Taboryski był jej zastępcą. Miałem wrażenie, że słuchała mnie z życzliwością.

Czekałem na ławce w korytarzu. Poślą mnie albo do bezpieki, albo do cenzury międzynarodowej, bo znałem niemiecki i w getcie nauczyłem się trochę angielskiego. Byłem zrozpaczony.

Zawołał do gabinetu. Będziesz zwolniony – oświadczył. Jestem przekonany, że to Wierbłowska się nade mną ulitowała. Mogłem studiować.

Mjr Hannę Wierbłowską zwolnili z MBP w 1949 roku, a ppłk. Michała Taboryskiego w 1956 roku.

– Byłem tak rozgorączkowany, że wszystko chciałem studiować. Studiowałem polonistykę i socjologię. A kiedy otworzyli w Łodzi prywatną szkołę dziennikarską, też się zapisałem.

Sprowadziłem się do Belli. Ona mieszkała w kamienicy przydzielonej pracownikom cenzury wojennej, a jak cenzurę rozwiązano, te mieszkania im zostawiono. Naszym sąsiadem był porucznik Rozenblum, ten, który zwerbował mnie do cenzury. Jego żona pracowała w komitecie partyjnym. Mieli służącą Niemkę przysłaną im z obozu. Któregoś razu…

…poczekaj, z jakiego obozu?

– Dla Niemców, którzy nie zdążyli uciec. Mężczyzn gonili codziennie do fabryk, a kobiety przydzielano wysokim funkcjonariuszom partyjnym czy rządowym jako służące.

Widzę: drzwi mieszkania Rozenbluma otwarte, a on ją bije. W mordę wam dam – zrobiłem awanturę – jak to się jeszcze raz powtórzy!
Rozenblum poleciał ze skargą na mnie do administracji, że mieszkam nielegalnie, bo nie mamy ślubu. Rzeczywiście nie mieliśmy. Jako komunista uważałem, że ślub to burżuazyjny przeżytek i my go nie potrzebujemy. Wyrzucili mnie więc z mieszkania. Bella poszła następnego dnia do administracji i załatwiła.

Ślub?

– Nie, nie, pozwolenie zamieszkania. A ślub musieliśmy w końcu wziąć trzy lata później, kiedy przenieśliśmy się do Wrocławia i powiedzieli mi: nie dostaniesz mieszkania, jeżeli nie będziesz miał aktu ślubu. Wziąłem. A Rozenblum po 1956 roku został głównym publicystą "Głosu Robotniczego" w Łodzi. Cyniczny facet, pisał wstępniaki jako Wiktor Lemiesz.

W szkole dziennikarskiej poznałem studentkę, która pracowała jako urzędniczka w Polskiej Agencji Prasowej. Namówiła mnie, żebym spróbował coś tam dorobić.

Julia Mincowa była szefową PAP-u i żoną Hilarego Minca, wicepremiera od gospodarki. Powiedziała: bardzo chętnie was zatrudnimy.

Nie zasugerowała: zmieńcie imię?

– Nie, Samuela tolerowano.

A kogo nie?

– Izaaka, Mordechaja.

Ona powiedziała coś innego. Nie mnie osobiście, ale publicznie, na odprawie.

Miało być referendum "Trzy razy tak". Na odprawie Mincowa poinstruowała nas: jak gdzieś pójdzie źle, to nie trzeba podawać dokładnej informacji, można trochę pokręcić. Wiedzieć o tym – wytłumaczyła nam – będą tylko ci na miejscu, a świat dowie się czegoś innego.
Miałem 21 lat i wiesz, co słuchając tego myślałem? Dzisiaj też zresztą tak myślę. Że to nie byli komuniści. To byli radzieccy ludzie. Oni przyjechali z Rosji zdemoralizowani, zepsuci.

Może zniszczeni?

– Oni w Związku Radzieckim przekonali się, że jeśli chce się przeżyć, trzeba być w gangu. Nie uważałem ich za komunistów.

Tylko siebie?

– Odpowiem ci wierszykiem. Bolesław Drobner miał syna Mieczysława, zajmował się scenografią.

"Pyta się młodszy Drobner starszego Drobnera / na czym się właściwie socjalizm opiera / A ten wzniósłszy ręce obie / powie: na mnie i na tobie".

W PAP-ie uprawiałem tzw. repo

terkę. Zajmowałem się otwieraniem fabryk, uruchamianiem produkcji. Wtedy było łatwo, te same wiadomości robiło się po kilka razy. Byłem lichym dziennikarzem, pisałem dla chleba. Studia mnie absorbowały, nie miałem czasu na dziennikarkę.

Z Kubą Litwinem, moim przyjacielem z getta i ze studiów, mieliśmy napisać korespondencję do "Głosu Ludu". On nic nie napisał, a ja – głupi – napisałem coś, czego do dzisiaj się wstydzę. Że jak przywożą węgiel ze Śląska, to trzeba pilnować, bo ludzie go rozkradają. Ja tym nieszczęsnym ludziom – wyobrażasz sobie! – miałem za złe, że oni kradną węgiel. A przecież ci ludzie kradli ze straszliwej biedy. Łódź była okropna. Najbardziej na rewolucji ustrojowej ucierpieli robotnicy. Pchano ich do ciężkiej roboty, źle opłacano. W Łodzi była przerażająca nędza. Widziałem kobiety dojeżdżające do pracy z Koluszek, mdlały w tramwajach.

Dam ci kolejny przykład naszej głupoty. Mój przyjaciel z gettowej organizacji antyfaszystowskiej miał szwagra, który wrócił z Rosji. Opowiadał, jak tam było. I w pewnym momencie przyznał się, że z młyna kradł mąkę. Mój przyjaciel był tym oburzony. Jak komunista może kraść! Szwagier tłumaczył, że z głodu, że głodowaliśmy, a ten żadnych tłumaczeń nie przyjmował i nękał go, żeby złożył samokrytykę.

Rozumiesz teraz, dlaczego tak mało starych komunistów szczerze mówi o sobie?

Ze wstydu. Wstydzą się przyznać do własnej głupoty. Więcej – tępoty. My byliśmy głupcami i naiwniakami.
Chcę ci teraz powiedzieć o Żydach. Pozwolisz?

Mów.

– W 1948 roku przyjechaliśmy z żoną do Wrocławia. Dalej miałem etat w PAP-ie i kończyłem socjologię na Uniwersytecie Wrocławskim. Postanowiłem uszyć sobie garnitur. Gotowych – jak wiesz – wtedy nie było. Miałem materiał, musiałem znaleźć krawca. Idę Podwalem Odrzańskim i szukam. Widzę napis: krawiec męski, żeński i wojskowy. No to musi być Żyd. Żaden Polak nie wymyśliłby takiej zbitki przymiotnikowej. Wchodzę, rzeczywiście Żyd, przedwojenny komunista. Ledwo mówił po polsku. Miał takie powiedzonko: z powodu pochyłość. Wtrącał je w prawie każdym zdaniu. Nagle dowiaduję się, że miejski komitet wrocławski skierował mego krawca do Teatru Polskiego, żeby szkolił ideologicznie aktorów. Byłem zaskoczony. Przecież takie rzeczy siały antysemityzm. Nie siały – poprawiam się, bo był – ale wzmacniały.

Garnitur uszył?

– Uszył. Potem wyjechał do Izraela,

Żydzi nie byli bez winy. To ci chcę przekazać. Adolf Rudnicki kiedyś powiedział: przestałem idealizować Żydów, oni są niespokojni i superaktywni. Żydzi, i mam na to dziesiątki przykładów, są nie tylko super-, ale wręcz hiperaktywni. I gdziekolwiek się zjawiali, w jakiejkolwiek pracy – podkreślam: jakiejkolwiek – starali się wybić. Ta ich nadaktywność wynikała – nie wykluczam – z rasy śródziemnomorskiej. Z nadpobudliwości. Ja też macham bez przerwy rękami jak śródziemnomorski człowiek, zauważyłaś?

Jasne.

– Winiłem Żydów, że zmieniali swoje żydowskie nazwiska, że ukrywali swoje pochodzenie. Ale najbardziej winiłem ich za to, że chcieli robić kariery, pchali się na wysokie stanowiska. Od początku uważałem, że popełniają wielki błąd.

Domyślasz się, po co ci to mówię?

Próbuję.

– Że o tym, gdzie kto trafił, decydował często przypadek. I że Żydom częściej niż Polakom składano przeróżne propozycje. A odrzucanie ich wymagało pewnej odwagi i charakteru.

Nie za proste?

– Słuchaj.

Któregoś dnia Rychlik, I sekretarz komitetu partyjnego na Uniwersytecie Wrocławskim, zawiadomił mnie, że wzywają mnie do Warszawy. Komitet Centralny dzwonił do komitetu wrocławskiego, żeby dać im odpowiednich towarzyszy, i KW poleciło mnie i jeszcze kilku innych pracowników uniwersytetu. Rychlik, który prywatnie był szwagrem Władysława Matwina, ówczesnego I sekretarza we Wrocławiu, powiedział: kazali mi, żebyś się zgłosił w alei Wojska Polskiego, bo chcą odbyć z tobą rozmowę. Pojechałem. Wchodzę do mieszkania. Widzę, że chyba prywatne. Mówię, że dostałem wezwanie. Jakiś pan wystawia rękę i mówi: Sienkiewicz jestem. Myślałem, że to żart. Właśnie na polonistyce pisałem pracę o "Trylogii" Sienkiewicza. Wiesz, o kim mówię?

Chyba o płk. Witoldzie Sienkiewiczu, dyrektorze departamentu z MBP?

– Zgadza się. Nie Żyd. Dlaczego się śmiejesz?

Bo wiedziałam, że to powiesz.

– Mentalnością sowiecką obciążeni byli nie tylko Żydzi, Polaków też ta przypadłość nie ominęła. I jak nie było różnicy między Bierutem i Bermanem, tak nie było między Sienkiewiczem a Komarem.

Siada ze mną przy biurku i mówi: wezwaliśmy was, bo chcieliśmy wam zaproponować pewną pracę. – Słucham. – My chcemy – mówi – zwerbować was do kontrwywiadu.

Patrzę na niego i cały czas myślę: Sienkiewicz? Co za Sienkiewicz? On chyba żartuje. Ja wtedy dosłownie żyłem Sienkiewiczem. Dla mnie pisanie o Sienkiewiczu było wyzwaniem, "Trylogię" traktowano jako patriotyczną lekturę dla pokrzepienia serc. Dlatego jej nie wydawano. Wydawano tylko "Krzyżaków" i w PIW-ie, w zamkniętej prenumeracie, "Pisma zebrane". Nic więcej.

Odpowiadam: zajmuję się pracą naukową, bardzo ją lubię, chcę ją wykonywać. Mówi: będziecie mogli pracować naukowo, będziecie jeździli za granicę.

Odmówiłem. Jakbyś mnie zapytała, dlaczego, nie umiałbym ci odpowiedzieć. Nie smakowała mi ta robota i tyle. Chociaż byłem komunistą i żadnych zastrzeżeń moralnych czy ideowych nie miałem. Tylko te osobiste, że naprawdę bardzo chciałem być pracownikiem naukowym.

On zauważył, że się wykręcam, i dał mi spokój. Ale z Uniwersytetu Wrocławskiego zniknęło w tym czasie kilka osób, m.in. dyrektor administracyjny, i kiedy po kilku latach spotkałem go w Warszawie na ulicy, powiedział, że pracuje w Instytucie Badań Jądrowych.

A co z Sienkiewiczem?

– Wyrzucili go z MBP po 1956 roku i umarł.

Pytam o Henryka.

– Rozmachnąłem się i pracę magisterską napisałem na ponad sto stron. Prof. Tadeusz Mikulski, mój promotor, wezwał mnie do siebie i oświadczył, że moja praca spełnia warunki doktorskiej dysertacji.

Też byłeś hiperaktywny.

– Z uwielbienia dla Sienkiewicza mi tak wyszło. „Trylogię” czytałem jeszcze przed wojną, przed egzaminem do gimnazjum. Z pracy doktorskiej zrobiłem książkę „Wokół »Trylogii «”. Złożyłem do wydawnictwa. I jestem na dworcu kolejowym w Warszawie z Janem Kottem. Spotykamy Jerzego Pańskiego. Był wtedy szefem cenzury. Nie znałem go. Kott mnie przedstawia, a on: ach, to wy! Mamy problem z waszą książką. W Komitecie Centralnym zastanawiają się, czy skonfiskować, czy puścić.

Gówniarz byłem. Miałem 25 lat. Bardzo mnie to rozochociło, że oni mają ze mną problem i o mnie dyskutują. Książkę puścili. Ukazała się w 1952 roku. Gadano oczywiście w kawiarniach, że na pewno dlatego, iż przyjechałem z Rosji i byłem oficerem armii, nie wiem – sowieckiej czy polskiej, bo przecież nikomu innemu nie pozwolono by pisać pozytywnie o Sienkiewiczu. Ale to, jak wiesz, nie było prawdą. Problem tkwił w tym, że nikt z tak zwanych marksistów pisać o Sienkiewiczu nie próbował. Najwybitniejsi krytycy uważali być może, że temat banalny, a młodzi bali się ryzykować. Pan – powiedziała mi Zofia Bachurzewska-Bartoszewska, ówczesna kierowniczka działu klasyki w PIW-ie, kiedy ją po latach spotkałem w polskiej ambasadzie w Waszyngtonie – otworzył drogę do wydawania w PRL-u Sienkiewicza i ile razy patrzę na półkę z Sienkiewiczem, myślę o panu.

Przeniosłem się do Warszawy. Zamieszkaliśmy na Mazowieckiej 7, na jednym piętrze z Kulisiewiczami. On był grafikiem. Bardzo się z nimi zaprzyjaźniliśmy. Oni traktowali nas jak swoje dzieci.

Nie lubiłem Warszawy. Wydawała mi się martwym miastem. Trupiarnia – skarżyłem się Basi – puste ulice, strach wychodzić wieczorem. A ona mi mówiła: nie znasz Warszawy przedwojennej, była pełna życia. Może.

Przed wojną w oficynie naszej kamienicy mieszkał Julian Tuwim. Dowiedziałem się tego od Seweryna Pollaka, przez krótki czas był jego sekretarzem. Przyszedł i opowiedział, że Tuwim, który miał bardzo semicki wygląd, bał się wychodzić na ulicę. Dzieci za nim krzyczały: Żydek, Żydek. Słyszałaś o tym?

Nie.

– W czasie wojny było tak samo. Wiem to od Janki Kowalskiej, która była kuzynką Gomułkowej i obie ukrywały się w Warszawie na fałszywych papierach. W 1944 roku spotkały się przypadkowo na Chmielnej, zaczęły rozmawiać i nagle usłyszały obok siebie krzyk: Żydówy! To krzyczały dzieciaki. One je rozpoznały.

A po wojnie?

– Po wojnie Gomułkowa okazała się wstrętnym babsztylem, prowadziła akcję odżydzania aparatu partyjnego, coś potwornego, ale w czasie okupacji była ściganą Żydówką i uciekała z Janką podwórkami Nowego Światu. Widzisz, jakie to wszystko jest straszliwie skomplikowane psychologicznie?

W 1954 roku zaczyna się odwilż. Polska Akademia Nauk dostała z Rosyjskiej Akademii Nauk zaproszenie dla trzech pracowników naukowych humanistyki. Zostałem wytypowany.

W Moskwie był wtedy mój przyjaciel Wiktor Woroszylski. Studiował w Instytucie Gorkiego. Dowiedział się, że jestem, i przyleciał do hotelu. Nie poznałem człowieka. On w Polsce był zapalony komunista, fanatyk. Ja też, ale on większy (śmiech). On nie tylko kochał komunizm i Związek Radziecki, miał jeszcze bzika na punkcie Majakowskiego. Bez przerwy atakował Wygodzkiego i Ważyka, że nie piszą jak Majakowski. I głosił, że za kilka lat nie trzeba będzie w Polsce tłumaczyć wierszy Majakowskiego, bo wszyscy będziemy znali język rosyjski.

W hotelu od razu ciągnie mnie na bok i stłumionym głosem mówi: słuchaj, tu jest piekło. Tu nie ma ani komunizmu, ani socjalizmu, tu jest bandytyzm. Byłem przerażony.

Usiedliśmy w jakiejś kawiarni i on mi szeptem po polsku opowiadał tak straszne rzeczy, że nawet powtórzyć nie potrafię.

Nie bał się?

– On mówił szeptem, po polsku.

Ale powinien chyba ciebie!

– Mnie?! My przecież przyjaźniliśmy się.

Ale byłeś komunistą.

– Byłem, ale prawdziwym, nie z moskiewskiego gangu. Dlatego Wiktor, jak był moim przyjacielem, tak by został, bez względu na zmianę poglądów.

Wyszliśmy z kawiarni. Słuchaj – pytam go na ulicy – a są tu jeszcze jacyś komuniści? Mówi: są, ale zgnojeni. – Możesz mnie z jakimś poznać? Mówi: tak, zawiadomię ich.

Następnego dnia jedziemy. Z rosyjskiej Akademii Nauk miałem talony, na które można było brać samochód. Biorę i jedziemy na Wzgórza Leninowskie. Wiktor umówił się z Loszą, zgnojonym komunistą, który był filozofem i robił doktorat u ówczesnego ministra kultury Aleksiejewa. Po drodze widzę: budują teatr. Popatrz – pokazuję mu – będzie ładny. A on: nie wiesz, jaka okropna korupcja za tym stoi. Pokazuję mu osiedle mieszkaniowe, macha ręką i powtarza swoje: łajdactwo, bandytyzm, korupcja.

Drzwi otwiera nam młoda kobieta: Żenia Lipkes! Moja znajoma, była adiunktem na Uniwersytecie Warszawskim. Pochodziła z Kresów, pojechała na stypendium do Moskwy i wyszła za Rosjanina.

Usiedliśmy i Losza z Wiktorem zaczęli opowiadać mi, co się tu dzieje. W ZSRR trwała właśnie kolejna walka z kosmopolityzmem.

Miałem wrażenie, że licytowali się między sobą, który zaszokuje mnie większym okropieństwem. Jeden mówił, że politbiuro na ulicach porywa kobiety, a drugi natychmiast dodawał, że dla Berii, bo Beria je gwałci. Jeden, że NKWD morduje, a drugi, że miliony wysyła do łagrów.

Bo wcześniej o tym nie wiedziałeś?

– Nie wiedziałem.

O Katyniu też nie?

– Chyba wierzyłem, że ich Niemcy wymordowali.

O biciu, zamykaniu…

– Nie przepytuj mnie.

Wiedziałem, że w Związku Radzieckim wymordowali Komunistyczną Partię Polski, a w Polsce prześladuje się akowców i zabija ludzi. Może mi nie uwierzysz, ale ja od początku uważałem, że są to straszliwe wypaczenia, i nie szukałem dla nich usprawiedliwień. Jednak mędrkowałem. Pytałem siebie: ilu może być w Polsce komunistów? Dziesięć tysięcy, góra piętnaście. Reszta to karierowicze, którzy przyklejają się do każdej władzy.

Zastanawiałem się, czy można zbudować komunizm w kraju, w którym nie ma właściwie komunistów, naród tego ustroju nie popiera i tylko dzięki radzieckim bagnetom jest wprowadzany. I dochodziłem do wniosku, że można. Trzeba tylko przekonać ludzi, że to piękna idea, bo przecież oprócz złych rzeczy działy się dobre: reforma rolna, bezpłatna oświata, biblioteki, domy kultury, tanie teatry, kina, darmowe szpitale, wczasy. Z tego mędrkowania wychodziło mi, że trzeba tej rewolucji ustrojowej dać dziesięć lat. I po dziesięciu latach dopiero uczciwie ocenić. Albo się rozwinie, albo zdegeneruje.

Czułem się winny, że zaufałem temu systemowi. Że popierałem go, że mu służyłem. Wszystkie ataki na komunistów, jakie wtedy padały, zwłaszcza po przemówieniu Chruszczowa w 1956 roku, uważałem za słuszne. To ludzie – w obliczu tych zbrodni, które popełniono – mieli rację, negując ten system, nie my. Do dzisiaj uważam, że Stalin popełnił większe zbrodnie niż Hitler.

Hitler otwarcie głosił, czego chce i co zrobi. W "Mein Kampf" wyraźnie zapowiedział, że będzie walczył z komunizmem i z Żydami, wszystko więc było jasne. A Stalin uprawiał obłudę. Przez dziesiątki lat.

W 1957 roku przyjechał do Warszawy mój majster z łódzkiego getta. Koniecznie chciał się ze mną zobaczyć.

Komunista?

– Nie. Po wojnie otworzył fabryczkę produkującą części elektrotechniczne do statków, był przedsiębiorczym facetem.

Poszliśmy do kawiarni w Alejach Jerozolimskich, nazywała się chyba Kukułka, wchodziło się z bramy. Sandler – oświadczył mi – postanowiłem wyjechać. Miał wyrzuty sumienia, że wyjeżdża. Lubił mnie, chciał się z tego wyjazdu przede mną wytłumaczyć. Powiedział: wiesz, że byłem życzliwy dla tego systemu, chciałem w nim egzystować, ale dali mi domiar podatkowy i w rezultacie oni bez moich części nie uruchomią swoich statków, a ja zbankrutowałem. Sandler – powiedział – przyznajcie mi, że ten eksperyment się nie udał.

Oczekiwał ode mnie, że przyznam mu rację. Potrzebował tej satysfakcji. Zgadzam się – odpowiedziałem mu – ten eksperyment się nie udał.

Z przekonaniem?

– Absolutnym. W 1958 roku dostałem roczne stypendium do Francji.

Z jakimiś instrukcjami?

– Bez żadnych. To było stypendium naukowe, zajmowałem się wtedy pisarstwem Andrzeja Struga. Ale pytanie jest słuszne. Jak Andrzej Wasilewski, wtedy jeszcze mój przyjaciel, wyjeżdżał do ambasady do Włoch, to przychodził i opowiadał mi, czego uczą go przed wyjazdem.

Miał zostać radcą kulturalnym w Rzymie.

– Ale kształciła go bezpieka. Jak się zakłada podsłuch, jak się bronić przed podsłuchem, jakie są aparaty. I wiesz, co było najśmieszniejsze: nagle zamilkł. Czego jeszcze go uczyli, nie pytałem.

We Francji rządy objął wtedy generał de Gaulle. A Francuska Partia Komunistyczna w wolnych demokratycznych wyborach zdobyła 4 mln głosów. Nie rozumiałem, o co chodzi.

Poszliśmy z Marysią Żmigrodzką na ich wiec zobaczyć, jak to wygląda. Marysia też pracowała w IBL-u i była na podobnym jak ja stypendium. Przemawiali Georges Marchais i Jacques Duclos. Zapamiętałem Duclos. Miał wąsy, okulary. On właściwie nie mówił, lecz skandował. Cały czas porównując rządy w Związku Radzieckim do rządów de Gaulle’a. Skandował więc: Związek Radziecki uchwalił zbudowanie 30 mln nowych mieszkań, niech pan de Gaulle pokaże, czy coś takiego potrafi zrobić. Kobietom w Związku Radzieckim przedłużono urlop macierzyński z pięciu miesięcy do siedmiu, niech pan de Gaulle pokaże, czy to potrafi. Związek Radziecki modernizuje przemysł, niech pan de Gaulle itd. I wtedy zrozumiałem, dlaczego komuniści we Francji mają takie wzięcie. Dopiero wtedy! Powiedziałem do Żmigrodzkiej: słuchaj, oni socjalizm dodają do kapitalizmu. I obietnice, którymi szermuje się w Związku Radzieckim, biorą za rzeczywistość, bo jeszcze nie wiedzą, co wiemy już my, że to są: słowa, słowa, słowa.

Dostałem list od Stanisława Kota. Przez jedno "t". Wiesz, o co chodzi?

Nie.

– To dobrze. Bo chciałem to wytłumaczyć niedawno komuś w Ameryce, ale mi się nie udało. Przerwała i powiedziała: wiem, bo moi rodzice mieli w nazwisku dwa "t" i zmienili na jedno. (Śmiech).

Dwa "t" mieli Żydzi, jedno katolicy. Kot z jednym "t", który miał – czego też na pewno nie wiesz – żonę Żydówkę, a sam był pochodzenia chłopskiego, napisał mi, że chce się ze mną spotkać.

Intrygant.

– Tak go przedstawiają. Ale to nieprawda, on był porządnym człowiekiem i nie żadnym intrygantem, tylko graczem politycznym. Kiedy go poznałem, żadnych gier już nie uprawiał i był starym samotnym człowiekiem. Mieszkał w hoteliku Malte na rue de Richelieu. Raz byłem u niego. W jego pokoiku tylko łóżko się mieściło. Biedował. Żył ze stypendiów naukowych amerykańskiej Fundacji Forda, które załatwiał mu Wiktor Weintraub.

Profesor z Harvardu.

– Ale w Rosji, gdzie się poznali, było odwrotnie. To Kot, jako ambasador rządu Sikorskiego, zaopiekował się Weintraubem. Widzisz, jakie to życie jest pokomplikowane?

Hotel Malte znajdował się naprzeciwko Biblioteque nationale, gdzie przesiadywałem. Kot wpadał do mnie i chodźcie na kawę – mówił – albo na obiad. Szliśmy. Był strasznym plotkarzem. Opowiadał o swoich przygodach i twierdził, że Stalin (śmiech) był twórcą potęgi militarnej, politycznej i przemysłowej Rosji. A ja mówiłem, co myślę o systemie komunistycznym i o zbrodniach Stalina.

Opowiadał mi też o Cacie-Mackiewiczu. W 1945 roku, kiedy w Warszawie był Rząd Jedności Narodowej, a Kot był ambasadorem w Rzymie, Cat, który był wtedy premierem rządu emigracyjnego, powiedział mu, że chce wrócić do Polski. Kot wziął jego podanie i pojechał do wiceministra Modzelewskiego. Rzymowski był ministrem spraw zagranicznych, a Zygmunt Modzelewski wiceministrem.

Powiedział Modzelewskiemu: jako ambasador mam obowiązek pana poinformować, że premier polskiego rządu emigracyjnego sugeruje, iż chce wrócić do Polski. A Modzelewski wziął te papiery, włożył do szuflady i powiedział: niech ta kanalia jeszcze poczeka. I kanalia nie wróciła.

Cat wrócił.

– Zgadza się, ale w 12 lat później. I musiał za swój powrót zapłacić.

Skąd wiesz?

– Słuchaj. Po powrocie z Paryża przyszedł do nas na obiad prof. Jan Hulewicz, uczeń Kota z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Opowiadam mu o spotkaniach z Kotem, on mówi, że przed Październikiem toby UB się do mnie z tego powodu dobrało, ja się śmieję i dzwoni telefon. Słyszę, że mam zgłosić się do UB.

SB, po 1956 roku była Służba Bezpieczeństwa.

– A co za różnica? Idę. Wzięli mnie na drugie piętro, posadzili i jakiś kapitan milicji do mnie: pan był w kontakcie z agentem CIA. Od razu wiedziałem, że chodzi im o Kota.

Kto doniósł?

– Zaraz się dowiesz.

Mówię: Stanisław Kot nie jest żadnym agentem. Jest wybitnym polskim uczonym. Ubek pyta: Jaki jest stosunek Kota do władz polskich? I znowu swoje, że Kot jest agentem. Podniosłem głos, że jak będzie go dalej wyzywać od agentów CIA, przestanę z nim rozmawiać.

Powiedziałem: Kot akceptuje polskie reformy, uważa, że dużo dobrych rzeczy dzieje się w naszym ustroju. Tylko rządzących nazywa bandą idiotów.

Zobaczycie – powiedziałem na koniec – Stanisław Kot może wam zrobić kawał i entuzjastycznie witany zjechać do Polski.

I tu nastąpiło clou. Ubek ze wschodnim zaśpiewem powiedział mi: dlaczego nie? Jak zapłaci, to go przyjmiemy. Zapytałem: co znaczy zapłaci? I usłyszałem: no, jak Cat-Mackiewicz. Wtedy dowiedziałem się, że za powrót do Polski trzeba płacić.

Jak zapłacił?

– Nie wiem. Nie pytałem. A po tygodniu dostałem telefon z sekretariatu ubeka, że towarzysz kapitan chce się ze mną zobaczyć przed CDT-em o godz. 4 po południu. Idę. Jak UB wzywa, trzeba iść.

Spotykamy się na ulicy. Proponuje: chodźmy na kawę. Powiedziałem: ja z panem na kawę nie idę. I rozeszliśmy się.

Nie pytał, dlaczego nie?

– Nie musiał. Znał moje poglądy. Śledzili mnie potem parę tygodni zupełnie niepotrzebnie.

Pytałaś, skąd wiedzieli.

Na Marszałkowskiej była kawiarnio-restauracja Niespodzianka. Wracałem kiedyś z zajęć w Łodzi, żony nie było, pojechała z córką do Krynicy, to poszedłem zjeść tam kolację. Wchodzę, zamawiam jedzenie. Niedaleko mnie siedzi facet, półpijany. Dopił, co miał, podchodzi: ja was skądś znam – mówi. Mnie? A skąd? Mówi: ja jestem od Winiewicza, z kontrrazwietki. Zdziwiłem się. Nie wiedziałem, że Winiewicz był szefem kontrwywiadu.

Józef, wiceminister spraw zagranicznych?

– Widocznie. Stary endek, to była dla niego bardzo dobra kryjówka.

Przysiada się do mnie. Byliście – pyta – w Paryżu? Mówię: byłem, w 1958-59. To stamtąd – ucieszył się. On mnie tam obserwował.
Zawsze śmiałem się z kolegami, że więcej dowiadywaliśmy się od ubeków niż oni od nas.

Ale to nie była cała prawda.

– Wiem. Ale chcę ci oddać atmosferę lat 60. trochę z innej strony, niż zwykle się opisuje. Bo było też tak: miałem przyjaciela z dzieciństwa. Nazywał się Zeksinger. Chłopak o dużych ambicjach, w getcie marzył, by zostać lotnikiem. Przeszedł Oświęcim i w 1946 roku wylądował w Izraelu. Był policjantem drogowym. Wielokrotnie próbował przyjechać do Polski, ale odmawiali mu wizy. Dowiedział się, że w Berlinie Zachodnim w Polskiej Misji Wojskowej dają łatwiej, więc pojechał do Berlina i dostał. W latach 60. był już na emeryturze i dorabiał jako strażnik w jakimś banku. Bardzo spodobało mu się w NRD, bo jest tam – mówił – prawdziwa okupacja sowiecka. I zachwycił się Polską. Tłumaczę mu: słuchaj, tu bardzo złe rzeczy się dzieją, i opowiadam o gnojeniu ludzi, ich eksploatowaniu, niesprawiedliwościach, biedzie. A on mi z entuzjazmem, że buduje się mieszkania i szkoły. I powiedział mi rzecz dla nas już wtedy oczywistą, jednak w świecie kapitalistycznym zanikłą lub zanikającą. Wy macie bezpłatne uniwersytety, a jak się ma bezpłatne szkolnictwo, to się ma wszystko.

I miał rację.

– Dlatego więcej z nim nie dyskutowałem. Po pięciu dniach nagle dzwoni: Samek, wyjeżdżam. Co się stało? Przyjdź, to opowiem. Poszedł na pocztę wysłać listy do domu, doszli go jacyś faceci i zaproponowali mu współpracę z wywiadem. Nie wiem, cholera, czy go obserwowali, a może i podsłuchiwali. Momentalnie spakował się i wyjechał.

Zbierałem w tym czasie wspomnienia o Andrzeju Strugu. Ktoś mi powiedział, że znał go Jan Wyka. Był poetą, wcześniej dąbrowszczakiem, redaktorem gazety Brygady Międzynarodowej w Hiszpanii. Spotkałem się z nim w klubie Empiku, na rogu Nowego Światu i Alej Jerozolimskich. Miał obsesję antypartyjną. Był już wyrzucony z partii. Usiadł tyłem do Domu Partii, wyjaśnił, że nie może na niego patrzeć. Poprosiłem o napisanie wspomnień o Strugu. Po paru miesiącach napisał. Nazywały się "Trzy spotkania ze Strugiem". Oddałem do cenzury. Wyrzucili mu dwa w całości, bo dopatrzyli się akcentów antykomunistycznych, a w trzecim zostawili tylko kawałek, w którym Wyka opowiedział, jak Strug wyrobił mu paszport na wyjazd do Hiszpanii. Głupio mi było, ale musiałem mu to powiedzieć. Zapytałem, czy w ogóle chce to drukować. A on do mnie: panie Samuelu, gdyby zostawili tylko nazwisko, też bym pana prosił o wydrukowanie.

W 1965 roku zrobiono proces Janowi Nepomucenowi Millerowi.

I Wańkowiczowi. Za to, że drukowali swoje artykuły w prasie emigracyjnej.

– Jasienica z Lipskim ustalili, że będę biegłym w procesie Millera. Sąd się nie zgodził. Zgłosiłem się na świadka obrony. Miller to był stary PPS-owiec. Na rozprawie uprawiałem jego apologię. Że miał ogromne poczucie sprawiedliwości, że był przeciwko obozom koncentracyjnym, gułagom, co myślę, że mu nie pomogło (śmiech). I że w 1938 roku napisał w "Robotniku", iż rząd polski powinien stanąć w obronie polskich obywateli – Wandurskiego i Brunona Jasieńskiego, których aresztowali w Związku Radzieckim.

Tak go też przechwaliłem jako krytyka, że Aniela Steinsbergowa, która go broniła razem z Janem Olszewskim, zapytała mnie przed sądem, czy Miller był przed wojną największym krytykiem literackim w Polsce. Powiedziałem wykrętnie, że w krytyce istnieją różne kierunki, a Miller jest bardzo indywidualistyczny.

Dostał 18 miesięcy w zawieszeniu.

– Idę kiedyś z córką. Mieszkał niedaleko mnie, na Marszałkowskiej. Spotykamy go, mówię jej: o, Miller. Witamy się. A Hania, która miała wtedy osiem lat, pyta: tatusiu, czy to jest ten pan, którego uratowałeś przed więzieniem?

To, jak wiesz, nie była prawda, bo wyroki zapadały nie w sądzie, ale mówię ci o tym, żeby opisać atmosferę lat 60.

Rok później nie dostałem oczywiście profesury. Wszyscy byliśmy na garnuszku. To nie moje, Jastrun mi opowiadał. Zawołał go Kliszko do siebie i zapytał: dlaczego pisze pan takie smutne wiersze? Jastrun krytyką Kliszki bardzo się przejął. Zapytałem go: panie Mieczysławie, po co? nie warto. A on: jestem przecież na garnuszku, wszyscy jesteśmy na garnuszku.

Gomułka wygłosił przemówienie na plenum. Mówiło się, że napisał je Adam Schaff. Że trudna sytuacja i wszystkim jest ciężko, czyli te same bzdury co zwykle, ale podane w innym tonie, zmiękczającym – bez pretensji do narodu, zwłaszcza inteligencji, że narzeka, i z dodatkiem, że dla ludzi trzeba być wyrozumiałym. Poszedłem do Żółkiewskiego pod pretekstem jakichś spraw IBL-owskich, był sekretarzem I wydziału w PAN, urzędował w Pałacu Kultury. Czy to coś znaczy? – pytam go. A Żółkiewski, że nic, i powiedział mi ważną rzecz. Sytuacja gospodarcza jest rzeczywiście ciężka, oni wiedzą, że tracą popularność, i muszą uderzyć. Tylko od paru lat kłócą się – w kogo: w studentów, inteligencję czy w Żydów, o niczym innym nie myślą. To powiedział mi członek KC. Byłem zdumiony.

I jak wiesz, uderzyli we wszystkich. W 1968 roku.

Według którego scenariusza?

– Nie było jednego, moim zdaniem. W partii działały różne frakcje. I nagle się zeszły. Były powody: studenci się rozzuchwalili, inteligencja była rozczarowana, a Żydzi źle się zachowali, wyrażając sympatię dla Izraela po wygranej przez nich wojnie sześciodniowej. I zaczęła się heca.

Ludzie na ulicach otwarcie demonstrowali swój antysemityzm. Antysemicka kampania była chyba pierwszą i ostatnią, jaką udało się władzom Polski Ludowej przeprowadzić skutecznie.

Jastrun był w straszliwej depresji. Jakieś zupełne absurdy wygadywał. Że nam, Żydom, Polacy nigdy nie wybaczą. Poszedłem do niego. Jak zaczął swoją śpiewkę, to ja: panie Mieczysławie – przerwałem mu – pan przecież wie, że na szczytach polskiej kultury poza Krasińskim nie było antysemityzmu. Antysemitą nie był ani Mickiewicz, ani Słowacki, Norwid, Orzeszkowa.

I wtedy Jastrun powiedział: panie Samuelu, kiedy wychodzę na ulicę Iwicką i wsiadam do autobusu, to nie spotykam Mickiewicza, Słowackiego czy Norwida, tylko chamów. Wybuchnęliśmy śmiechem.

Wyjechał Kołakowski, Baczko, Bauman.

Spotkałem Lisiecką na dziedzińcu uniwersytetu, zapytała: a pan co zamierza zrobić? Była wtedy z płk. Załuskim. Mówię: wyjechać, ale jeśli Praska Wiosna w Czechosłowacji się uda, zostanę. Od tego zależy.

Zobaczyłem na Kruczej Kubę Litwina, wykładał marksizm w Wyższej Szkole Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Szedł drugą stroną ulicy. Krzyknąłem do niego przez ulicę: wyjeżdżasz? – Nie. – Dlaczego nie? – Bo nie chcę – odkrzyknął – narodu polskiego pozbawić jednej z pięciu jego cech.

O czym mówisz?

– Nie znasz tego? Stalin dał definicję narodu. Wymienił pięć cech narodu: historia, grunt socjalny, dziedzictwo, język i tradycja narodowa. Jakubowi chodziło o antysemityzm (śmiech). Nie każdy Żyd wygląda na Żyda, ale on miał szczególnie ostre rysy żydowskie. Bardzo pięknie mi odpowiedział. On został, jego żona z dziećmi wyjechała.

Chcesz wiedzieć, jaka jest najkrótsza definicja mego wyjazdu z Polski? Hanka Krall napisała dla mnie fraszkę w latach 60.: "Samuelu, Samuelu, co ty robisz w tym burdelu". A Samuel Fiszman w 1969 roku dopisał drugą: "Takich dwóch Samuelów nie ma nawet w Izraelu?".

Obaj zamieszkaliście w Stanach Zjednoczonych.

– Nie od razu. Wcześniej był Izrael. Ale najpierw Wiedeń.

Przyjechaliśmy do Wiednia. Stoję na dworcu kolejowym z żoną i dzieckiem i zastanawiam się, dokąd iść. Czy do agencji żydowskiej, czy do ambasady duńskiej, jak mi kazali.

Podchodzi facet z żydowskiej agencji. Patrzę: dość prymitywny. Pyta po polsku: dokąd pan jedzie? Mówię: nie wiem. A on: dosyć było czasu, żeby się namyślić (śmiech), i poszedł. Wybuchnęliśmy z żoną śmiechem. Byliśmy zmęczeni całonocną podróżą i przygnębieni, ale ten facet bardzo poprawił nam humor.

Nagle wraca. Macha do nas z daleka i woła: czy jest Hirszowicz i Sandler? Sandler – mówię – to ja. Depesza do pana. To była depesza z uniwersytetu w Tel Awiwie. Że chcą mnie zatrudnić, są nami zainteresowani. No to w porządku, jedziemy do Izraela. Tylko jeden problem – słowa nie znam po hebrajsku. Do dzisiaj zresztą nie znam.

Jest taki dowcip. Chodził Żyd codziennie przez 50 lat pod ścianę płaczu, modlił się o pokój w Palestynie i kładł swoje karteczki. Jakaś dziennikarka się o tym dowiedziała, poszła do niego i pyta: co pan po 50 latach o tym modleniu się sądzi? A on: mam wrażenie, że mówię do ściany (śmiech).

Jak myślisz, czy z mojego gadania też to wychodzi?

Na zdjeciu: Prof. Samuel Sandler na audiencji u Mao.

Zrodlo: Infonurt2.com

POLISH CLUB ONLINE, 2012.03.04

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek