Prof. Krystyna Pawłowicz: Prawo unijne poza kontrolą


posel-Krystyna-Pawlowicz-fot-podlasie24-rpiPrezydent RP i premier ogłaszają nam, że lekiem na polski i europejski kryzys jest "więcej Europy" w Polsce, "ściślejsza integracja z UE", także integracja polityczna, jak postraszył niedawno minister spraw zagranicznych. Prezydent i premier oraz minister spraw zagranicznych tak aktywnie i gorliwie realizują scalające Polskę krok po kroku z UE traktaty, że całkowicie stracili z pola widzenia własną, polską Konstytucję. Najwyraźniej nie pamiętają już, jakie są konstytucyjne fundamenty państwa polskiego. Zapomnieli też najwyraźniej, że przysięgali "dochować wierności postanowieniom Konstytucji" (premier i ministrowie), a prezydent dodatkowo, że będzie m.in. "strzegł niezłomnie godności Narodu i niepodległości".

Konstytucja polska w jednym ze swych pierwszych przepisów oraz w preambule podkreśla status Narodu jako suwerena i stwierdza, iż "władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu" (art. 4). Artykuł 5 nakłada zaś na Rzeczpospolitą, tj. wszystkich polskich obywateli i polskie władze, m.in. obowiązek "strzeżenia niepodległości Polski".

Niepatriotyczne zawołanie prezydenta, premiera i ministra spraw zagranicznych o "więcej Unii w Polsce", tj. o więcej uprawnień decyzyjnych i kontrolnych UE w Polsce i wobec Polski, oznacza tym samym – bo logicznie musi oznaczać – wolę wyzbywania się własnych, polskich kompetencji władzy i decyzji na rzecz organów unijnych, by tej Unii w Polsce było więcej, by Unia mogła w Polsce, o Polsce i za Polskę decydować.

Ograniczanie suwerena
Zawołania najwyższych władz polskich o więcej Unii, podobnie zresztą jak sama akcesja Polski w jej struktury, oznaczają jednak naruszenie wielu zasad polskiej Konstytucji, zwłaszcza zasady określonej w art. 4, iż "władza zwierzchnia w RP należy do Narodu, który tę władzę w Polsce sprawuje bezpośrednio (w referendum) lub przez swoich przedstawicieli, tzn. przez wybranych przez siebie posłów". Oznacza to, że do posłów, do Sejmu należy wykonywanie w imieniu swego Narodu władzy zwierzchniej, nadrzędnej w Polsce.

Podkreśla to też art. 95 Konstytucji, który władzę ustawodawczą, władzę tworzenia prawa w Polsce przekazuje Sejmowi i Senatowi. Cytowany przepis powierza Sejmowi także kontrolę nad działalnością Rady Ministrów "w zakresie określonym przepisami Konstytucji i ustaw".

Ostatnie słowo przewidujące tylko w jakimś "zakresie", do jakiegoś "zakresu" konstytucyjne i nawet ustawowe ograniczenie parlamentarnej kontroli rządu nie do końca jest spójne ze wstępnym przepisem Konstytucji określającym, że "władza zwierzchnia" – cała władza zwierzchnia, bez ograniczeń – należy do Narodu, do jego reprezentanta, tj. do Sejmu. Artykuł 95 Konstytucji nie powinien w tej sytuacji ograniczać uprawnień kontrolnych Sejmu (Narodu) wobec Rady Ministrów do jakiegoś niejasnego konstytucyjnego "zakresu", który miałby (drogą jakiejś subiektywnej interpretacji) wynikać z Konstytucji. A już zupełnie niezrozumiałe i naruszające zasadę zwierzchności Narodu jest postanowienie art. 95 Konstytucji dopuszczające ograniczenie parlamentarnej kontroli Rady Ministrów o jakieś "zakresy" określone w ustawie. Ustawa – będąc aktem niższej rangi niż Konstytucja – nie może bowiem w żaden sposób przewidywać jakichkolwiek ograniczeń "zakresu" kontroli sejmowej nad Radą Ministrów, skoro art. 4 Konstytucji pełnię władzy zwierzchniej w RP przyznaje Narodowi, tj. jego przedstawicielom (Sejmowi). Wykonywanie zaś pełni władzy oznacza też pełne co do zakresu prawo kontroli władzy wykonawczej, administracji, urzędników. Ustawa może jedynie określić ewentualnie procedurę tej kontroli Rady Ministrów przez Sejm; nie może jej jednak ograniczać.

Zamykanie ust opozycji
Niestety, na poziomie ustawowym obowiązują ważne ustrojowo ustawy, które ograniczają istotnie zwierzchnią władzę Sejmu np. w stosunkach z UE. Ustawa z 8 października 2010 r. o współpracy Rady Ministrów z Sejmem i Senatem w sprawach związanych z członkostwem Rzeczypospolitej w UE nie przewiduje dla parlamentu żadnych, w żadnych sprawach i przy podejmowaniu jakichkolwiek decyzji przez rząd uprawnień blokujących dla Sejmu. Ustawa ta przewiduje jedynie obowiązek Rady Ministrów informowania Sejmu o swych działaniach "w sprawach związanych z członkostwem Rzeczypospolitej w UE". Sejm zaś może tylko opiniować niektóre decyzje i stanowiska rządu lub "przyjmować informacje do wiadomości". Żadnego przejawu konstytucyjnie "zwierzchniej" roli Sejmu w sprawach UE w ustawach nie ma, mimo że współpraca Rady Ministrów, tj. władzy wykonawczej, z organami Unii Europejskiej koncentruje się na stanowieniu unijnego prawa, czyli na funkcjach prawodawczych w obszarze prawa europejskiego, które potem wpływa kanałem na Polskę. W obszarze więc prawa europejskiego naruszana jest zasada zwierzchności Narodu (Sejmu) oraz zasada, iż prawo tworzą organy wybierane w wyborach powszechnych (a nie organy wykonawcze, administracja czy urzędnicy). Rada Ministrów ma tu bowiem głos decydujący. Sejm zaś został od wpływu na prawo unijne odsunięty i zastąpiony przez rząd; został sprowadzony do roli tylko podmiotu opiniującego działalność Rady Ministrów i projekty regulacji unijnych organów oraz roli wysłuchującego rządowych informacji. Sejm nie ma tu żadnego prawa decyzji o czymkolwiek dotyczącym Unii Europejskiej.

W upokorzonej (z punktu widzenia przepisów Konstytucji o "zwierzchniej" roli Narodu) sejmowej Komisji ds. Unii Europejskiej posłowie opozycji mogą tylko bezradnie przyglądać się niezwykle niekiedy szkodliwym stanowiskom rządu zajmowanym co do różnorodnych projektów regulacji unijnych. Posłowie opozycji czują się podwójnie jako przedstawiciele suwerena ograniczeni w realizacji swych kontrolnych obowiązków. Z jednej strony cytowana ustawa z 2010 r. o współpracy Rady Ministrów z Sejmem i Senatem nie przewiduje – jak wspomniałam – żadnego realnego decyzyjnego wpływu posłów na stanowienie prawa unijnego, obowiązującego później w Polsce. To pierwsze istotne ograniczenie uprawnień prawotwórczych posłów na rzecz Rady Ministrów – organu wykonawczego, który – jak wspomniano – ma być przez Sejm "kontrolowany".

Dodatkowe ograniczenie w wykonywaniu kontrolnych funkcji posłów dotyczy tylko posłów opozycji, którzy broniąc poważnie naruszanych przez stanowiska rządu i projekty organów Unii interesów Polski, są zawsze przegłosowywani przez większość koalicji PO, PSL, RP i SLD w Komisji ds. Unii Europejskiej. Posłowie PiS, którzy w Sejmie reprezentują aż 1/3 wyborców, nie mają żadnego wpływu na treść uchwalanych przez Komisję opinii. Komisja ds. Unii Europejskiej, która swą koalicyjną większością zawsze popiera stanowisko rządu, nie godzi się nawet na zamieszczanie w końcowej opinii Komisji dla rządu odrębnych stanowisk opozycji, choć mogłoby to przecież tylko poszerzyć – dla dobra spraw i interesów Polski – zakres argumentów do zastanowienia. Pomogłoby podjąć najlepszą dla Polski decyzję i zająć w Unii najkorzystniejsze stanowisko. Argumenty opozycji są jednak zamilczane, gdyż ich zestawienie z "brakiem zastrzeżeń" w opinii kompromitowałoby większość posłów głosujących bezrefleksyjnie, bez wrażliwości dla interesów polskich, zawsze głosujących jak rząd/UE chce, wbrew najbardziej oczywistym kontrargumentom.

Konstytucyjne uprawnienia kontrolne posłów są w Komisji ds. UE radykalnie ograniczane, gdyż kierująca komisją zbyt młoda, niedoświadczona w przedmiocie osoba arogancko ogranicza czas wypowiedzi posłów opozycji, często skandalicznie komentując ich krytyczne poglądy wobec rządu.

Maszynka do głosowania
Problem z właściwym wykonywaniem funkcji kontrolnych posła w sejmowej Komisji ds. Unii Europejskiej wiąże się także z poważnymi utrudnieniami organizacyjnymi. Posłowie otrzymują bowiem często do zbadania i oceny materiały już nieaktualne; dostają je na kilka dni przed upływem terminu dla przygotowania opinii lub po tym terminie, gdy ich analiza nie ma znaczenia.

Posłowie nie otrzymują zwykle – nawet na usilne żądania – informacji o działaniach rządu w fundamentalnych dla Polski sprawach związanych ze sprawami europejskimi, np. dotyczącymi podpisania przez rząd paktu fiskalnego.

Posłowie sejmowej Komisji ds. Unii Europejskiej, której przewodnicząca nigdy nie stara się znaleźć dla dobra Polski konsensusu, są bezradni, gdy większość komisji w ślad za rządem popiera lub nie reaguje na bezpodstawne wkraczanie Unii w suwerenne kompetencje państwa polskiego.

Można by niekiedy podejrzewać, iż rząd przedstawiający Komisji ds. Unii Europejskiej do zaopiniowania projekty aktów unijnych sam ich nie czytał, gdyż wyraża pozytywne opinie o najbardziej nawet szkodliwych propozycjach. Na przykład uznaje za zgodne z prawem przejmowanie do unijnej regulacji spraw podatkowych, choć są to traktatowo kompetencje suwerennego państwa członkowskiego. Koalicyjnym posłom nie przeszkadzają działania zmierzające do faktycznego ograniczenia i osłabienia siły głosu Polski w strukturach Unii Europejskiej i bezmyślnie, jak chce rząd, popierają unijne propozycje nowych metod obliczeń statystycznych liczby ludności, które w efekcie zmniejszają liczbę ludności Polski o blisko 3 procent. Młoda, źle wychowana, arogancko odnosząca się do starszych od siebie osób przewodnicząca komisji kończy zwykle uargumentowane protesty posłów PiS swym całkowicie niepopartym żadnym merytorycznym stwierdzeniem: "A ja osobiście nie widzę tu żadnego zagrożenia". I mechanicznie PO przegłosowuje najbardziej skandaliczne, szkodliwe unijne projekty.

Posłowie PiS nie mogą korzystać ze swych kontrolnych funkcji ani ich wykonywać, gdy są przegłosowywani w interesie Unii Europejskiej, która swymi regulacjami głęboko wykracza poza umocowanie traktatowe i wkracza w suwerenne kompetencje państw członkowskich, np. w sprawie opieki konsularnej nad polskimi obywatelami za granicą, która według propozycji Unii Europejskiej doprowadzi do wypierania polskich placówek konsularnych w państwach trzecich. Rząd godzi się tym samym na łamanie poczucia przynależności, więzi państwowej Polaków.

Posłowie PiS są głęboko ignorowani, a ich oczywiste, bardzo ważne argumenty lekceważone i mechanicznie, z definicji odrzucane. Posłowie nie mają możliwości wykonywania swoich konstytucyjnych funkcji. Żadne ich argumenty dla ochrony wolności gospodarczej polskich przedsiębiorców, ochrony bezpieczeństwa lotnictwa cywilnego, ochrony przed unijną agencją patentową polskich przedsiębiorców i wiele innych nie są w ogóle nigdy brane pod uwagę. Sejm, podobnie jak rząd, nie chroni już interesów polskich, a zorientowany jest na "przyklepanie" dowolnego aktu unijnego.

Posłowie opozycji sprowadzeni zostali przez PO i PSL do roli posłów drugiej kategorii, choć wszystkie mandaty są równe. Opozycja nie sprawuje nie tylko władzy (co jest oczywiste i z tym się trzeba zgodzić). Jednak opozycja nie sprawuje także kontroli, nie ma też zwykłego "wglądu" w sprawy kraju.

W sprawach stosunków z Unią Europejską posłowie zalewani dziesiątkami wielostronicowych unijnych dokumentów, z którymi w ciągu kilku, kilkunastu godzin nie są w stanie się zapoznać, o głębszej analizie nie mówiąc. Często obszerne dokumenty otrzymujemy w momencie rozpoczęcia zebrania. Nikt z posłów nie jest w stanie zbadać wszystkich na bieżąco rozpatrywanych regulacji, wybiera więc jedną – dwie do nieco głębszego przejrzenia. A są też regulacje unijne, które Komisja akceptuje nawet bez zaglądania do nich, sugerując się samym tytułem przy ocenie ich ważności.

Mówiąc krótko: sejmowa kontrola prawa unijnego jest najczęstszą fikcją. Ma charakter wyrywkowy, przypadkowy i zawsze akceptujący, z prowspólnotowych pozycji. Pełni fikcji poselskiej pracy dopełnia bariera terminologiczna i niemożność ściślejszego zrozumienia unijnych tekstów prawnych. Wśród nich takie określenia i zwroty, jak: "aktywne starzenie się", "inteligentna energia", "inteligentny rozwój", "unijne ośrodki doskonałości i atrakcyjności Unii Europejskiej" itp.

Polski Sejm i rząd, biorąc udział w tej fikcyjnej, kompromitującej procedurze "tworzenia prawa" unijnego, stworzonej traktatami i mającej wmówić niewtajemniczonym, że jest to sposób i przejaw "poszerzania unijnej demokracji", łamie polską Konstytucję, unijne procedury "kontroli i współudziału parlamentów narodowych w tworzeniu prawa" są dla posłów i dla mnie osobiście upokarzające i niegodne posła polskiego. Europeizacji i idącej za nią infantylizacji prawa odpowiada degradacja i Sejmu, i polskich parlamentarzystów. Więcej Unii, panie prezydencie? Jeszcze więcej Unii, panie premierze?

Prof. Krystyna Pawłowicz
profesor UKSW, poseł na Sejm (PiS)

Za: NASZ DZIENNIK, 17 kwietnia 2012, Nr 90 (4325)

POLISH CLUB ONLINE, 2012.0416

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek