Ks. prof. Czesław S. Bartnik: Wybiórcza historia


ks-prof-czeslaw-bartnik_02

Trzeba poprzeć bardzo słuszną walkę o kontynuowanie nauki historii w II i III klasie liceum. Ale nie można przeoczyć problemu, jakim jest ujmowanie treści w podręcznikach do historii dla gimnazjów i liceów w Polsce obecnej. Historia bowiem jest wieloaspektowa, wieloznaczeniowa i bardzo trudna do ujęcia obiektywnego i poprawnego. Czy zatem w nauczaniu historii nie jest potrzebna jakaś istotna korekta, także merytoryczna?

Ogólnie trzeba powiedzieć, że nasze podręczniki do nauki historii w gimnazjach i liceach starają się ująć całość dziejów ludzkich od najstarszych kultur po czasy ostatnie i obejmują wszystkie ważniejsze kultury, państwa i imperia.

Świadczy to o uniwersalizmie naszego nauczania, co nie zawsze ma miejsce w innych krajach. Podręczniki te uwzględniają najnowsze wyniki naukowe, są w miarę obiektywne, erudycyjne, wyważone, a w starszych klasach stosowana jest w nich metoda „historii rozumiejącej” i przyczynowej.

Pod względem dydaktycznym, metodycznym i ekspresywnym są wręcz doskonałe, choć obliczone trochę na „obrazkową” młodzież przypominają raczej komiksy, a nie wykład. Niektóre jednak budzą w pewnych momentach zaniepokojenie swymi zabarwieniami postmarksistowskimi, postmodernistycznymi i liberalistycznymi, głównie w przedstawianiu warstwy religijnej, kościelnej, patriotycznej i innych wyższych wartości, staczając się niekiedy do poziomu propagandy historycznej. Myślę, że trzeba, by te rzeczy koniecznie wyrugować.
Stronnicze podteksty

Ciekawe, że podręczniki dla gimnazjów stoją ogólnie raczej wyżej niż dla liceów. Biorę pod uwagę przede wszystkim historię Europy, chrześcijaństwa, w tym Polski.

Podręczniki gimnazjalne przedstawiają na ogół poprawnie i bez kompleksów dzieje chrześcijaństwa i strukturę Kościoła katolickiego i innych wyznań, właściwą motywację wypraw krzyżowych, jak i ich znieprawienie, proces walki panów o władzę nad Kościołem, obronę Indian, reformy w wieku XVI, katolicki mecenat nad nauką i sztuką, chrześcijańską działalność społeczną, charytatywną i oświatową, ukazują Polskę w czasach średniowiecznych i później jako „raj dla Żydów” i „państwo bez stosów” (J. Tazbir), demokrację szlachecką, rozwój kultury duchowej i moralnej oraz znaczenie polskiego państwa i Kościoła w dziejach Europy. Takich dobrych ujęć jest dużo.

Jednak i w tych niektórych podręcznikach natrafia się niekiedy na zdania w pewnym sensie, wyraźnym lub podtekstowym, pomniejszające czy nawet poniżające Kościół, a także Polskę, tak jakby chodziło o ich planowe niszczenie, powtarza się np. stereotyp historyków antychrześcijańskich, jakoby renesans nie był sekwencją faz rozwojowych, lecz miałby wyrastać tylko z buntu przeciwko Kościołowi i społeczno-moralnej dyscyplinie religijnej w ogóle.

W konsekwencji dodaje się niekiedy, że protestantyzm przyniósł Europie i Polsce wolność społeczną i religijną, demokrację i humanizację życia przez swoje „oprotestowanie” Kościoła katolickiego, podczas gdy w owych czasach protestantyzm wywołał raczej tylko ogólny ferment, częściowo twórczy, a częściowo negatywny: Luter opowiedział się za rzezią buntujących się chłopów w Niemczech, spowodował dyktaturę religijną w postaci zasady: cuius regio eius religio (czyj kraj, czyja władza, tego religia), co doprowadziło do ciężkich i długich wojen religijnych.

Podobnie zbyt stronnicza jest teza, że Polska w owych czasach była zacofana, a dopiero protestantyzm przyczynił się istotnie do postępu społecznego, kulturalnego i religijnego, że wprowadził u nas wolność społeczną, domyślnie: od Kościoła katolickiego, że pierwszy zakładał szkoły parafialne, rozwijał literaturę i sztukę i że nie królowie i książęta polscy, lecz dopiero książę pruski Albrecht Hohenzollern był koryfeuszem kultury polskiej.

Niewątpliwie protestantyzm przyczynił się bardzo do rozwoju języka narodowego, nawet w Kościele, i do ożywienia problemów religijnych dzięki polemikom, ale szkoły parafialne, a ponadto jeszcze katedralne, były u nas już dwa czy trzy wieki wcześniej; panowie protestanccy jeszcze bardziej uciskali chłopów i innowierców niż katoliccy, a książę Albrecht zabiegał o polski tron.

Jest też dziwna wycieczka pod adresem biskupów polskich, że prześladowali innowierców, z wyjątkiem jednak rzemieślników i mistrzów, których mieli zatrudniać w swoich majątkach, żeby „tylko się bogacić”. Tymczasem trzeba pamiętać, że polska tolerancja budziła podziw w Europie, wyrzucenie zaś arian w 1658 r. było raczej dziełem panów protestanckich, którym rozbijali misje, a niektórzy biskupi katoliccy ukrywali u siebie pewne grupy arian.

Skąd też taka wielka pochwała wielkiej Encyklopedii Francuskiej (1757-1776), że była światła, bo „demaskowała” zabobony (religijne?), negowała dogmaty wiary i wyśmiewała głupotę kleru, który właśnie miał przeszkadzać w jej wydawaniu. Z kolei również ruch masoński miałby głosić wyższą doskonałość moralną, równość i braterstwo ludzi bez względu na pochodzenie, wyznanie czy narodowość – w przeciwieństwie do Kościoła.

A zakon jezuitów, powstały w XVI wieku, miałby być jakimś wynaturzeniem katolicyzmu, bo chciał wzmocnić Kościół na forum publicznym i państwowym, czego nie mogły przyjąć władze państwowe.

Oryginalne jest natomiast przedstawienie antysemityzmu, mianowicie zrodził się on nie na tle religijnym, lecz na podłożu handlowym, rzemieślniczym i w ogóle gospodarczym, a przeciwnicy Żydów tylko powoływali się sztucznie przed chrześcijanami na motywy religijne.

Pogromy Żydów, czyli napady na nich i grabienie ich mienia, miały u nas miejsce tylko na terenach podległych Rosji. Polska zaś, zwłaszcza jagiellońska, dała Żydom wielką autonomię i sprzyjała rozwojowi ich kultury. Są to ważne stwierdzenia.
Kłopoty z interpretacją

Podręczniki do historii dla liceów, w zakresie normalnym i poszerzonym, są – moim zdaniem – też na ogół doskonałe pod względem technicznym, dydaktycznym i erudycyjnym. Jednak niektóre, zwłaszcza wydawane przez Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, mają dużo nienaukowych naleciałości ideologicznych ze skrajnego liberalizmu, poglądowego pesymizmu, rzekomo „oczyszczającego” superkrytycyzmu wobec Kościoła, narodu i patriotyzmu oraz judeochrześcijaństwo przeciwstawiają Kościołowi polskiemu.

Przypomina mi się tu wypowiedź prof. Stanisława Herbsta, jednego z redaktorów kilkutomowej „Historii Polski”, wydawanej po polskim Październiku ´56 roku. Otóż wskazał on na dziwny paradoks: autorzy marksistowscy i niekiedy partyjni pisali obiektywnie w duchu klasycznym i dosyć pozytywnie o Polsce, a był kłopot z historykami katolickimi, schlebiającymi nowym prądom, bo pisali w duchu materializmu historycznego i przesadnie krytycznie o Polsce i o Kościele. A oto niektóre ważniejsze momenty negatywne podręczników licealnych.

Różne są, jak wiemy, poglądy co do kolebki Słowian w zależności od podstaw historycznych, archeologicznych, językowych i innych. Według jednych, kolebką Słowian są tereny nad Odrą i Wisłą, według drugich, prowincja praska, według trzecich, terytorium między Soławą a Łabą, według innych – Dolny Dunaj.

Otóż pewna autorka ogłosiła za prof. Kazimierzem Godlewskim jako już dogmat, że kolebką Słowian były tereny północnej Ukrainy i południowej Białorusi i najstarszą kulturą słowiańską jest kultura kijowska. Ale to nic. Cały sęk w tym, że przyjmowanie za kolebkę ziem polskich uznała za umysłowość Mieczysława Moczara (!), za fanatyczny polski patriotyzm i emocjonalny dogmatyzm, nacjonalizm i ksenofobię.

Niektórzy uczą, że chrześcijaństwo przechodziło w historii istotne przemiany nawet co do dogmatów, że dogmaty są tylko tworem soborów bez objawienia, że prymat papieski pojawił się dopiero w V w. w Rzymie i że zorganizowana hierarchia kościelna wystąpiła dopiero w szczytowym średniowieczu. Karol Wielki jako katolik miał wprowadzać chrześcijaństwo ogniem i mieczem nie tylko w buntującej się politycznie Saksonii, ale wszędzie tak, że dzięki monarszej i kościelnej przemocy chrześcijaństwo stało się w średniowieczu religią dominującą na kontynencie europejskim.

Duchowni byli intruzami na dworach panów, wykorzystując to, że tylko oni byli wykształceni. Król Polski Bolesław Chrobry prowadził cały czas politykę najazdów, wojen i grabieży. Za jego czasów kraj był też bardzo obciążony gospodarczo, bo król musiał dużo łożyć na Kościół i duchowieństwo, które – domyślnie – było bardzo pazerne i zachłanne. Słowem, duchowieństwo w wiekach X i XI rozwalało Kościół w Europie, a ratowali go świeccy, tak jakby stali oni dużo wyżej w owych ciężkich czasach.

O wyprawach krzyżowych, nawet trzech pierwszych, nie decydowały względy religijne, jak ochrona miejsc świętych w Jerozolimie przed muzułmanami, lecz przerost demograficzny w Europie, żądza grabieży, szukanie nowych ziem dla panów, rozpusta, no i żądza papiestwa, by się jeszcze bardziej bogacić, najbardziej w porównaniu z innymi państwami, i panować politycznie nad światem. W tym duchu również rządzili Polską wówczas biskupi ponad książętami.

W ślad za papiestwem i niżsi duchowni, zwłaszcza niektóre zakony, jak templariusze i joannici, mieli w krajach duże znaczenie, bo posiedli ogromne dobra i majątki, a nie płacili podatków. Jest to taki niewytłumaczalny wyraz wściekłości umysłowego prostaka, który chciałby, by Kościół żył i działał bez jakichkolwiek środków materialnych. Ma to miejsce nie tylko wśród chrześcijan. Na przykład w Chinach w IX w. za dynastii Tangów cesarz zabrał wszystkim mnichom buddyjskim klasztory i mienie, choć żyli tylko z jałmużny, tyle że dobrze gospodarzyli.

Niektórzy autorzy wyraźnie gardzą naukową historią kościelną, a nawet nie rozumieją kościelnych terminów i pojęć oraz przekręcają fakty. Piszą np. że sobór w Bazylei w 1437 r. uznał „autonomię husytów”, tymczasem uznał on tylko najbardziej umiarkowany odłam husytów – utrakwistów (chcieli Komunii także pod postacią wina), ale i tej decyzji nie aprobowali papieże, bo to była forma tworzenia Kościoła bez hierarchii. Gdzie indziej autorzy piszą, że „odpust” to „darowanie grzechów za pieniądze”, tymczasem chodziło o darowanie kar za grzechy dzięki modlitwie Kościoła.

Niektóre podręczniki dla liceów podają, że w okresie reformacji i później polski Kościół surowo tępił protestantów, był fanatyczny i ksenofobiczny, nie rozumiał tolerancji religijnej, bronił się przed protestantami, stosował terror, konfliktował społeczeństwo, dzielił je i wprowadzał inkwizycję.

Ciągle atakował ludzi inaczej wierzących i o innych obyczajach. Tymczasem wszystko było odwrotnie i to właśnie Polacy pierwsi w Europie ustanowili pełną tolerancję wyznaniową i religijną.

Dlaczego młodzież jest tak przewrotnie ustawiana do Kościoła i Polaków? A trzeba jeszcze pamiętać, ile jeszcze dodają od siebie niekiedy wykładowcy, którzy chcą się przed młodzieżą „popisać” swoją „postępowością i oryginalnością”. Zresztą i na uniwersytetach zdarzają się wykładowcy, którzy wyżywają się w nienawiści do religii i Polski.

Pewien podręcznik notuje, że Unia Lubelska z 1569 r. była okazją do zagarnięcia Litwie przez Polskę Wołynia, Kijowszczyzny i wschodniego Podola, co też uwikłało Polskę w wieczne zatargi z Kozakami, których polskie wojsko miało masami wyrzynać.

Tymczasem panowie owych terenów przystąpili sami do Korony, bo tutaj otrzymywali wolność bez porównania większą niż w poddaniu Litwie. Stąd też funkcjonowała niekiedy nazwa Polski – Rzeczpospolita Trojga Narodów. Autorzy chętnie też pastwią się nad sarmatyzmem polskim, nawet za jego hasła przywiązania do Ojczyzny, do katolicyzmu, przyjmowania wyjątkowego posłannictwa Polski i za kult bohaterów narodowych.

Szczególnie negatywnie bywają przedstawiani jezuici: jako armia Kościoła, zaborcza, nietolerancyjna, religijna fanatycznie, rządząca państwem i gromadząca sobie bogactwa. Toteż wyrażana jest radość z ich kasacji w roku 1773 i dodatkowo z zabrania im dóbr, w których mogła powstać Komisja Edukacji Narodowej. A i cały polski Kościół za czasów saskich miał być podobny: ciemny, sprzyjający kłótliwości, pijaństwu, zabobonom, polskim niechęciom do wiedzy i nauki.

Jest natomiast wychwalana masoneria, że rozwijała myśl oświeceniową i naukę, dawała twórczą ideologię i szerzyła idee równości, wolności i braterstwa. W ogóle oświecenie w Polsce zrodziło warstwę świeckiej inteligencji, dziennikarstwo, publicystykę, świat artystów, prawników i światłych mieszczan. A Wielka Rewolucja Francuska ma olbrzymie zasługi w tym, że wprowadziła wolność religijną (przez rzezie katolików w Wandei?), śluby cywilne i podporządkowanie Kościoła państwu.

O Soborze Watykańskim I z roku 1870 czytamy, że uchwalił on prymat papieski, czyli „nieomylność nie tylko w sprawach wiary i moralności, lecz także we wszystkich dziedzinach życia”, coś tak idiotycznego pisali niektórzy wrodzy Kościołowi politycy w XIX wieku.

Tymczasem prymat oznacza władzę zwierzchnią nad całym Kościołem, a nieomylność odnosi się tylko do dogmatycznej interpretacji prawd objawionych. Toteż były tylko dwa dogmatyczne nieomylne akty prymatu, zresztą wyrażające wiarę całego Kościoła, w tym i wiernych, a mianowicie w ogłoszeniu dogmatu Niepokalanego Poczęcia Matki Bożej (w 1854 r.) i Jej Wniebowzięcia (w 1950 r.). Naukowiec historyk musi znać i naukową historię Kościoła, jeśli pisze sam o Kościele. Nie musi on wierzyć w to, co Kościół mówi, ale nie może przekręcać lub nie znać treści pojęć kościelnych.
Gross jako autorytet

Niektórzy autorzy podręczników historii dla liceów mają za złe Kościołowi hiszpańskiemu, że w czasie wojny domowej zgodził się na to, żeby poparł go gen. Franco. Z tego wynika, że Kościół winien opowiedzieć się raczej za komunistami, którzy mordowali duchownych, palili świątynie i zabijali znaczniejszych katolików świeckich. Autorzy uważają zapewne, że Kościół powinien odnosić się jednakowo i do morderców, i do obrońców, tak jak i dziś forsuje się pogląd, że powinien traktować jednakowo partie pozytywne i moralne, jak i partie negatywne i niemoralne, niszczące Polskę.

W niektórych podręcznikach wydanych przez Znak czytamy, że „Polacy współuczestniczyli w mordowaniu Żydów” w czasie wojny i mordowali ich po wojnie. I tak już w roku 1941 miały w Polsce miejsce pogromy Żydów, przy czym „Niemcy wykorzystywali ludność polską”.

Nie jakieś przestępcze jednostki, lecz „ludność”, a więc regularnie i powszechnie. Wspomina się tu Jedwabne i 20 innych miejscowości, w których Niemcy mieli tylko tworzyć klimat, a fizycznie mordowali Polacy. Przy tym zarzuca się hierarchii polskiej, że milczała niejako przyzwalająco, a Żydów ratowały tylko niektóre klasztory i najwięcej inteligencja świecka. A przecież księża w całej Polsce wystawiali choćby metryki chrztu Żydom, ryzykując też obozem lub życiem.

Jednak – czytamy w tych podręcznikach – szmalcownicy i konfidenci polscy szantażowali Żydów lub denuncjowali ukrywających się, a także zabijali uciekinierów z pociągów transportujących ich do obozów śmierci.

Także partyzanci polscy mordowali Żydów ukrywających się w lasach pod pretekstem „likwidowania band żydowsko-komunistycznych”. Nie mówi się, że niektórzy partyzanci żydowscy współpracujący z NKWD grabili ciągle pobliskie wsie polskie, zabierając chłopom wszystko: żywność, dobytek, odzież, buty i różne przedmioty gospodarcze, jak było to np. na Grodzieńszczyźnie. Tam wieś Koniuchy musiała się w końcu uzbroić, ale wówczas oddział owej partyzantki pod dowództwem Jaakowa Prennera zaatakował wieś. Spalił ją, a całą ludność, łącznie z kobietami i dziećmi wymordował.

Podobnie ograbiono też 10 innych okolicznych wsi. W rezultacie młodzież polską uczy się oficjalnie, że ogół Polaków współpracował z Niemcami w dokonywaniu holokaustu: „Gdyby nie Polacy i ich pomoc – bierna i czynna – w „rozwiązaniu” kwestii żydowskiej w Polsce, Niemcy nigdy nie odnieśliby takiego sukcesu”. I tak paszkwile Jana Tomasza Grossa wchodzą do naszej oświaty jako źródła nauki historii, właściwie z podtekstem, że ogół Polaków mordował Żydów.

Pewien podręcznik w temacie ruchu oporu za okupacji stawia na pierwszym miejscu Gwardię Ludową (potem: Armię Ludową), stanowiącą ramię NKWD, i podaje jako wielki ich wyczyn napad w roku 1943 na kawiarnię Café Club w Warszawie. Na drugim miejscu wymienia Bataliony Chłopskie (BCh), a dopiero na trzecim Armię Krajową (AK), nie omawiając jej dokonań. Tak się pisze jeszcze w roku 2004.

Niektórzy twierdzą, że za tragedię na Wołyniu i w Galicji Wschodniej odpowiadają i Ukraińcy, i AK. Stefan Bandera, twórca Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), jest przedstawiany jako wielki patriota ukraiński, więziony za to przez Niemców, a UPA stworzyli dopiero jego następcy. AK nie ograniczała się do ochrony Polaków, lecz dokonywała akcji odwetowych, mordując w sumie 15-20 tysięcy ludzi, w tym kobiety i dzieci. A w końcu Polacy – nie okupanci sowieccy – zorganizowali akcję „Wisła”, mordując Ukraińców lub wypędzając ich do Rosji, czy też wysiedlając na Ziemie Odzyskane. W każdym razie wszystkim wielkim zbrodniom winni są w dużej części Polacy.

Czytamy też, że w roku 1946 Polacy dokonali z własnej inicjatywy pogromu 42 Żydów w Kielcach, a ogólnie w latach 1944-1947 mieli zamordować w Polsce 1,5 tysiąca Żydów. Czynili to z powodów zbrodniczych, rabunkowych i religijnych, domyślnie – jako katolicy.

Nie można żadnej winy zrzucić na Sowietów, ponieważ w latach 1944-1948 Polska była samodzielna, nie była obezwładniona przez Sowietów, a tylko politycy PPR podporządkowali ją dobrowolnie interesom Kremla. Z tego przedstawienia wynika wprost, że Polacy nie są zdolni do tworzenia własnego państwa i swój nieszczęśliwy los zawdzięczają sobie samym. Powstanie Warszawskie w roku 1944 było wielkim, ale tragicznym zrywem AK, bo jego przywódcy nie porozumieli się ze Stalinem. Ten idiotyzm jest już wysoce bezczelny.

Niewysokie jest wreszcie mniemanie o Polakach i o „Solidarności”. W pewnym podręczniku czytamy, że w „Solidarności” były dwa nurty: jeden ugodowy, Wałęsy, zresztą konfliktowego, a drugi wymuszający reformy systemu komunistycznego z Jackiem Kuroniem na czele, i tylko ten drugi był słuszny. I tylko on zrealizował ustalenia Okrągłego Stołu, przekształcając się w Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna (ROAD), potem w Unię Demokratyczną (UD), a wreszcie w Unię Wolności (UW). I – domyślnie – tylko temu ruchowi należała się władza nad Polską. Społeczeństwo polskie tradycyjne kompromitowało to, że w roku 1991 utworzyło blisko 100 partii nieposiadających ani zmysłu społecznego, ani jasnych programów politycznych.

W żadnym podręczniku nie ma właściwego docenienia historycznej roli Kościoła w Europie i w Polsce, nie ma mowy o martyrologii patriotów polskich, w tym duchowieństwa w obozach, nie ma wzmianki o Nowennie Millennium Chrztu Polski ani o dokonaniach bł. Jana Pawła II. O Soborze Watykańskim II wspomina się tylko, że się zebrał, przypomina mi to nasze gimnazjalne żarty z zebrań obywatelskich: „Obywatele, zebraliśmy się, żeby się rozejść”. To była kpina z owych zebrań. Nie ma nawet wzmianki o znaczeniu wsi polskiej, o prostych ludziach, o bohaterach obu okupacji, niemieckiej i sowieckiej. W ogóle jest silna alergia na polskość, naród, katolickość, religię i klasyczną kulturę polską, choć jeszcze używa się słowa „naród”.
Łagodzenie wizerunku Rosji sowieckiej

Ogólnie nasze stosunki z Rosją sowiecką są przedstawiane tak, jakby to wszystko działo się gdzieś w starożytnej Grecji. Nie mówi się o straszliwej deportacji Polaków z Marchlewszczyzny na Ukrainie w roku 1935 ani z Dzierżyńszczyzny na Białorusi z roku 1938, nie mówi się o masowych mordach na Polakach i wywózkach w latach 1939-1941, gułagach, o okupacji Polski od roku 1944, o mordowaniu patriotów i niszczeniu kultury polskiej, o obławie augustowskiej w roku 1945, w której zginęło 1100 osób, i o cierpieniach podczas okupacji sowieckiej do roku 1989, która przyniosła duchową i moralną degenerację Narodu.

Mimo wszystko bardzo słusznie szuka się dziś sposobów nawiązania współpracy, prawdziwej przyjaźni i wzajemnego wybaczenia między narodem polskim i narodami współczesnej Federacji Rosyjskiej. I w tym powinna odegrać ważną rolę także religia chrześcijańska. Zostały utworzone odpowiednie komisje ze strony Cerkwi prawosławnej i Kościoła katolickiego, jednak jest to sprawa bardzo trudna i skomplikowana, pierwsza propozycja listu nawiązującego do listu między Episkopatem polskim a niemieckim: „Przepraszamy i prosimy o przebaczenie”, w redakcji strony rosyjskiej była całkowicie polityczna, a nie religijna. Obecnie podobno wspólny list jest już uzgodniony przez obie wysokie strony i ma być podpisany w sierpniu bieżącego roku.

Treść listu jest trzymana w ścisłej tajemnicy. Obawiamy się jednak, że obecnie nie ma odpowiedniego klimatu na podpisanie tego dokumentu. Mógłby on być owocny i przyjęty serdecznie przez Polaków raczej dopiero po ukończeniu śledztw w sprawie katastrofy smoleńskiej, po zgodzie Rosji na oddanie wraku samolotu i pozostałych dowodów oraz po zgodzie na wzniesienie pomnika katastrofy bez politycznej cenzury napisu na nim i bez gróźb wojskowych rosyjskich pod adresem wolnej Polski.

Obawiamy się, by taki „ugodowy” list nie stał się narzędziem umacniania nad nami rosyjskiej strefy wpływów, do czego Rosja niewątpliwie dąży, a także by i nasz obecny rząd nie potraktował go jako naszego hołdu wasalskiego wobec Rosji w swojej wasalizującej polityce wobec niej. Ponadto nie ma też odpowiedniego klimatu ze strony naszych władz obecnych, gdyż rząd, prezydent, PO, SLD i Ruch Palikota nie mają wyższych idei ani politycznych, ani intelektualnych i wszczynają otwartą walkę z Kościołem na bazie ideologicznej, ekonomicznej, społecznej, kulturalnej, historycznej i medialnej m.in. przez eliminację głosu Kościoła na multipleksie cyfrowym i zastąpienie go głosem fałszywie katolickim w postaci kanału religia.tv w TVN.

Owszem, nasze władze dziś zdobią się „Polską”, lecz tylko jako kotylionem. Poza tym nasz kraj jest w kompletnym chaosie, co rzutuje też na pozycję Kościoła katolickiego. Jeśli już przesłanie to ma być podpisane, to oby było owocne.

Wydarzenia historyczne, zwłaszcza wielkie, są wieloaspektowe i wielosensowne, stąd też – poza wartościami matematycznymi i empirycznymi – mogą otrzymywać dosyć różne interpretacje naukowe.

Bardzo wybitny metodolog historii, marksista, prof. Jerzy Topolski, z którym trochę współpracowałem, mówił m.in. bardzo ważne rzeczy: że wydarzenia historyczne nie są „nagie”, lecz są historiograficzne, czyli są ujmowane przez pryzmat osoby historyka, że historyk musi często korzystać także z wiedzy pozaźródłowej (np. z filozofii) i że stosuje on również naukowe sądy aksjologiczne (wartościujące) w aspekcie i prawdy, i dobra, i moralności.

Tymczasem u nas, o ile starsi historycy są dziś na ogół znakomici, bardzo erudycyjni, obiektywni, mądrzy i dociekający mozolnie prawdy – wyróżniają się w tym spośród wielu historyków na świecie – o tyle historycy młodzi pozostający pod wpływem postmodernizmu lub/i liberalizmu nie posługują się już naukową metodą historiograficzną i często piszą jeszcze bardziej irracjonalnie i propagandowo niż poważni marksiści.

Na koniec trzeba chyba powiedzieć coś przekornego. Bardzo słusznie tylu wybitnych profesorów i nauczycieli historii, a także polityków oraz wychowawców młodzieży walczy z obłędnym w naukach pragmatyzmem o kontynuację nauki historii w II i III klasie licealnej, ale czy warto w sytuacji, gdy dużo treści nauczanych jest błędnych i wręcz antywartościowych?

Może należałoby, żeby najpierw mądrzy specjaliści przyjrzeli się tym treściom. Kto je dopuszcza do szkół? Wolność demagogii i błądzenia? To nie jest nauczanie historii. Nauka historii przecież kształtuje i wyposaża ucznia często na całe życie, a większość uczniów już nigdy potem do lektur historycznych nie sięgnie. Toteż religia i Polska nie mogą być zohydzane przez pseudohistoryków.

Przy tym ogólna sytuacja umysłowa jest niemal tragiczna. Polska ulega coraz głębszemu rozkładowi intelektualnemu, społecznemu, moralnemu, kulturalnemu i prawniczemu, idąc, niestety, za modnym, ale obłędnym nurtem współczesnej myśli antywartościowej. Dzieje się to głównie z winy władz, polityków i dużej części inteligencji, którzy idą za modą, a nie mają głębszego rozumienia człowieka i świata. Oczywiście, nie rozumieją też historii, która jest istotną formą egzystencji człowieka, jednostki i społeczności w rozwoju ku pełni człowieczeństwa. Nie wyjdziemy z tej zapaści, jeśli nie zmusimy ludzi nieodpowiedzialnych do odejścia.

Ks. prof. Czesław S. Bartnik
14 lipca 2012

Artykul ukazal sie w sobotnio-niedzielnym wydaniu dziennika: NASZ DZIENNIK, Nr 163 (4398 ) z 14-15 lipca 2012 r.w czesci “Mysl jest bronia.”

Zrodlo: http://www.naszdziennik.pl/mysl/3903,wybiorcza-historia.html

POLISH CLUB ONLINE, 2012.07.15

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci