Grzegorz Eberhardt – Niemcy nie byli abstrakcją

23 paź 2012 o 0:00

Share Button

Prof. Janusz Kazimierz Zawodny - fot za findagrave.comKilka tygodni temu zmarł prof. Janusz K. Zawodny (1921–2012). Historyk, patriota, politolog. Kolejność dowolna, każdy termin, jakim się go nazwie, trafny. Ale po pierwsze autor książki „Uczestnicy i świadkowie Powstania Warszawskiego. Wywiady”. Śmierć jej autora sprowokowała do sięgnięcia do niej po raz któryś.

I znowu przeczytałem ją od deski do deski. Ta kolejna lektura przypomniała mi, że autor osobiście brał udział w Powstaniu. Dzięki temu wiedział, jakie pytania stawiać, jak głęboko i dla jakich powodów może wkraczać w najintymniejsze sprawy. Przecież nie dla taniej sensacji, a dla ukazania, jakim piekłem, a na pewno innym światem w odróżnieniu od czasu pokoju, były owe 63 dni walki z Niemcami. Książka jest wyjątkiem w tego typu pracach naukowych – odpowiada na pytanie „dlaczego Powstanie wybuchło”, ale też odpowiada na pytanie o jego żołnierzy, ich motywacje ideowo-polityczne, uczucia. Absolutna większość osób występujących w książce w pełni akceptuje decyzję o Powstaniu – tak osoby prominentne jak i „zwykli” jego uczestnicy – cywile, wojskowi. Krótko mówiąc – nie było alternatywy; Zawodny do znanych na ogół nam dobrze polskich wypowiedzi dodaje kilka wypowiedzi ludzi Zachodu. Warto tu chyba przytoczyć słowa George’a Kenana, w tamtym czasie ministra-radcy ambasady Stanów Zjednoczonych w Moskwie: „gdyby to polscy komuniści kontrolowani przez Kreml wywołali powstanie przeciwko Niemcom, Rosjanie nie czekaliby po drugiej stronie rzeki”. Krótko mówiąc, chcąc być gospodarzami wobec „wyzwolicieli” musieliśmy ich powitać; Porowski („Sowa”), prezydent wyzwolonego od Niemców miasta „miał wyjechać na rogatki Pragi i powiedzieć pierwszemu oficerowi sowieckiemu, że jako prezydent miasta wita ich i prosi o kontakty z nimi, z ich władzami w celu załatwienia wszystkich spraw związanych z wkroczeniem wojsk sowieckich do Warszawy” – wspominał po latach jeden z uczestników książki Zawodnego, Stefan Korboński, ówczesny Dyrektor Departamentu Spraw Wewnętrznych w Delegaturze Rządu na Kraj. Niemcy przecież nie dali tej możliwości. Rozpoczęła się masakra – ludności miasta, jego żołnierzy.

I właśnie w trakcie tej kolejnej lektury dzieła Zawodnego zwracam głównie uwagę na ten cywilny aspekt jego relacji. Np. w Śródmieściu były ogromne problemy z wodą. Było tam zaledwie 14 studzien i dwa ujęcia artezyjskie dla ok. 300 tys. ludzi. To powodowało m.in. spekulacje. Kara za nią była jedna – rozstrzelanie. Wspomina o dwóch takich wyrokach kpt. Bohdan Kwiatkowski, szef sztabu Komendy Obwodu Śródmieście Południe AK. On też wspomina o istniejącym wówczas bandytyzmie. Np. pluton „Gryfa”, dopuszczający się grabieży biżuterii, złota, dolarów. Roman Niedzielski, komendant Obwodu Żoliborz wspomina z kolei o przyłapaniu dwóch powstańców na szabrowaniu, postawieni przed sądem otrzymali karę śmierci, wyrok wykonano…

Nie brakowało wśród powstańców agentury niemieckiej. Po latach wspominała Irena Milko-Więckowska, łączniczka: „Gdzie tylko było parę domów zajętych przez AK, to w 15 minut później artyleria i stukasy brały obiekt pod obstrzał. Jeśli jednostka AK poszła do kościoła – to w 15 minut potem kościół był pod obstrzałem”. Nie dziwne więc, iż zdarzały się przypadki przesadnego wyczulenia w tej kwestii. I tak np. ofiarą tej histerii o mało nie padł… generał Okulicki, akurat cierpiący na bezsenność oraz na katar. Na skutek tego ostatniego „wyrzucał często przez okno chusteczki z ligniny. Obserwowano ten dom, nasza żandarmeria wpadła pewnego dnia i aresztowała go. Okulicki, nie mówiąc nic kim jest, prosił ciągle, aby go zaprowadzono do KG AK. Ale zabrano go na żandarmerię i telefonowano do wszystkich dowódców, zapewniając, że istniał związek między bombardowaniami a światełkiem i ligniną w lokalu «podejrzanego». Chciano nas rozstrzelać” – wspominała po latach por. „Janina”, Janina Pronaszko-Konopacka, łączniczka i sekretarka Okulickiego.

Właśnie, kobiety w Powstaniu! Temat raczej zbywany wielkimi słowami, komplementami. Zawodny swym rozmówcom pozwolił na szczerość, na przedstawienie faktów, które chyba najcelniej przedstawiają złożoność tamtych dni. Np. opowieść łączniczki Haliny Degórskiej, wspominającej kolegę – powstańca, który miał ochotę na miłość z nią: „Odmówiłam mu – on później zginął, a ja miałam wyrzuty sumienia”.

Mężczyźni też pamiętają, np. akowiec Jerzy Janczewski: „Pod presją walki wybuchała intensywność uczuć. Istniało pewne rozluźnienie norm. Znałem osiemnastoletnią sanitariuszkę, która uważała mnie za bohatera. Alkoholu nie piliśmy, ale jak w nocy znaleźliśmy puste mieszkanie, to się kochaliśmy, oddając się sobie bez reszty”.

Jeśli już o kobietach to trzeba wspomnieć o kobietach-łączniczkach, bohaterkach kanałów warszawskich. Medycyna nie miała wcześniej tego typu doświadczeń, czas pokazał, iż przebywanie w kanałach często skutkowało później u kobiet ogromnymi problemami ginekologicznymi. Mówi o tym np. szef łączności Powstania, mjr Kazimierz Larys.

Kondycję zdrowotną powstańców ocenia dr Kazimierz Tuleja. Wspomina m.in. o absolutnym braku chorób wenerycznych. W ogóle mało ludzie wtedy chorowali. Nie było przeziębień (no, z wyjątkiem Okulickiego, o czym była już mowa) czy innych, normalnych chorób w czasie pokoju. Najczęstszą dolegliwością była biegunka. U kobiet stwierdzono np. b. częste wstrzymanie menstruacji. Spowodowane to było niewątpliwie osłabieniem fizycznym organizmu i stresem psychicznym. Ten sam medyk wspominał jak został zasypany wraz z kilkoma sanitariuszkami w piwnicy. Gdy zaczęli się dusić z braku powietrza,0 nakazał im sikać w chustki i przez nie oddychać. „Dziewczęta z emocji nie mogły oddać moczu. Złapałem kawałki gazy, zmoczyłem je sam i rozdałem sanitariuszkom. Kilka osób udusiło się wtedy – ale moje dziewczęta, a było ich 6, ocalały… ale pluły potem jeszcze przez kilka dni!”

O ludności cywilnej na ogół mówi się w tej pracy pozytywnie. Nie ukrywane jest jednak zanikanie, wraz z kolejnym dniem walk, podziwu dla walczących. Mówi się też i o takich mężczyznach, „których nie można było wyciągnąć z piwnic do odkopywania gruzów. Na początku powstania ludność nas błogosławiła, a pod koniec przeklinała” – wspominała Jadwiga Gac, sanitariuszka i łączniczka. Ta sama kobieta wspominała w roku 1968: „W początkach powstania wszyscy gorliwie wierzyli, widziało się to na każdym kroku. Ale pod koniec bluźnierstwa rozpowszechniły się wszędzie”.

Janina Pierre-Skrzyńska, łączniczka, przydzielona m.in. do kontaktów z ludnością cywilną wspominała po latach: „niezliczone wędrówki po zburzonych domach, po piwnicach i schronach, rozmawiałyśmy z ludźmi, pytałyśmy, obiecywałyśmy pomoc, cierpliwie spisywałyśmy żądane ewidencje… Ale z godziny na godzinę sytuacja zmieniała się, przybywali nowi ewakuowani, ginęli dziesiątkami ludzie zasypani pod gruzami. Napotykałyśmy wszędzie przeraźliwie smutne obrazy. Niewypowiedziana nędza otaczała nas zewsząd. Nędza tych ludzi brudnych, przerażonych, wrogich, którym pozostało tak mało człowieczeństwa. Słyszałyśmy coraz częstsze narzekania, skargi, liczne przekleństwa rzucane w naszą stronę, bo to przez nas stało się to ogólne nieszczęście”.

Dużo w tej książce o Niemcach. Wspominał ich m.in. ks. Tomasz Rostworowski, kapelan powstańczy. O dobrym traktowaniu przez Polaków rannych Niemców czy też wziętych do niewoli. Ale i o tych Niemcach, którzy wymordowali rannych w szpitalu na Długiej 7. Czy o tych, którzy 5 sierpnia rozstrzelali 60 pracowników szpitala Wolskiego na Płockiej 26 oraz około 300 chorych – o tym mówi lekarz Tadeusz Podgórski.

A jednak „Ranni Niemcy byli traktowani w polskich szpitalach na równi z innymi rannymi” (relacja Marii Bukowskiej). Wspominała w latach 60. Jadwiga Gac, sanitariuszka: „Było to w połowie sierpnia, w gmachu PKO. Opatrywałyśmy jeńców niemieckich. Prowadziłam rannego Niemca na operację a on nie mógł zrozumieć, dlaczego mu pomagam, dlaczego my nie chcemy odpłacić się za ich okrucieństwo i nie zabijamy go od razu”. Inna sanitariuszka Danuta Turkowska: „W szpitalu na ulicy Długiej umierał strzelec AK Ludwik Owsiany, student. Leżał na jednym materacu z rannym Niemcem. Zaproponowałam Ludwikowi, że przesunę trochę dalej tego Niemca, aby mu zrobić więcej miejsca. Ale Ludwik poprosił o zostawienie go tam, gdzie leżał”.

Za każdym razem inne partie tej książki zyskują aktualność. Tym razem, jest to m.in. wątek niemiecki. To oczywisty efekt coraz bezczelniejszego przerabiania historii na wersję, w której głównymi sprawcami II wojny są Polacy ze szczególnym podkreśleniem – rzekomego – decydującego udziału tychże Polaków w mordowaniu… Żydów. Tę niesprawiedliwość widzą już nawet i obcokrajowcy. Kilka dni temu można było przeczytać w „Uważam Rze. Historia” rozmowę z amerykańskim historykiem Richardem Lukasem, który komentując nienormalnie skromną obecność Niemców w tej najnowszej wersji historii stwierdza: „Niemcy są abstrakcją”.

Niestety, nie byli abstrakcją! I świadczą o tym chociażby relacje zawarte w książce prof. Zawodnego, efekcie jedenastu lat pracy, stanowiącej zbiór kilkudziesięciu wywiadów tak ze zwykłymi, „szarymi” uczestnikami walk, jak i z szefostwem Powstania; osobami, które podjęły decyzję o jego wybuchu, ale także i tę o podpisaniu kapitulacji.

Grzegorz Eberhardt

Zrodlo: Salon24.pl – solidarni I niezalezni 18.10.2012

Na zdjeciu prof. Janusz Kazimierz Zawodny – Fot za findagrave.com / Wybor wg/PCO

POLISH CLUB ONLINE, 2012.10.22

Kategorie : Historia | Polska