Stanisław Michalkiewicz: Konfidenci w służbie koncepcji


michalkiewicz-stanislaw-foto01-interAch, jaki to musiał być pracowity dzień dla konfidentów, ten cały 11 listopada! Najpierw marsz „Razem dla Niepodległej” z udziałem prezydenta Komorowskiego w asyście wojska, policji i urzędników. To te grupy, z orkiestrą na czele, tworzyły trzon pochodu, natomiast konfidentom przypadło zadanie inne. Oni z kolei tworzyli trzon tłumu, który z chodników przyglądał się galówce, wiwatował, a następnie spontanicznie przyłączał się do manifestacji. Nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć, że żeby prezydent z małżonką i tyloma dygnitarzami przemaszerował ulicami Warszawy, to trasa przemarszu musiała zostać tak przygotowana, by w telewizji, która dostała rozkaz transmitowania przebiegu zajścia, wszystko wyglądało na pełny spontan i odlot.

Jednak taki spontan i odlot musi być najpierw drobiazgowo przygotowany nie tylko pod kątem bezpieczeństwa, ale również – spontaniczności. A komuż zaufać, w czyje wypróbowane ręce złożyć bezpieczeństwo prezydenta, małżonki i dygnitarzy, jeśli nie w wypróbowane ręce konfidentów? Któż może lepiej wiedzieć, jak się radować na widok prezydenta, małżonki, marszałka Borusewicza, czy wicepremiera Pawlaka? Któż może lepiej wiedzieć, jakie wznosić okrzyki – jeśli nie konfidenci? Wyobrażam sobie ileż rozmów i bliskich spotkań III stopnia musieli odbyć z oficerami prowadzącymi i specjalistami od imprez masowych, żeby na manifestacji wszystko było gites tenteges. Oczywiście trochę to kosztowało, ale mówi się: trudno. Tradycja, zwłaszcza taka nowa świecka musi kosztować, ale nie ma co żałować wydatków na igrzyska, bo przecież prawdziwej polityki nasz nieszczęśliwy kraj robić już nie może. Wyobrażam sobie, jaką gigantyczną akcję werbunkową agentury musiały w ciągu ostatnich 12 miesięcy wykonać służby i policja po ubiegłorocznej zapowiedzi prezydenta, że poprowadzi prawdziwy marsz patriotyczny.

A przecież uczestnictwo w spontanicznej galówce prezydenckiej to był dopiero początek, bo naprawdę odpowiedzialne zadania czekały konfidentów dopiero podczas Marszu Niepodległości. Z uwagi na ogrom tych zadań i ich odpowiedzialny charakter, trzeba było agenturę wzmocnić funkcjonariuszami kadrowymi. Wprawdzie poprzebierali się za konfidentów, ale dla większej ostentacji nie tylko pozakładali kominiarki, a nawet pokazywali antenki telefonów: „ja wołga, ja wołga, wzywam wisłę bitte kommen!” Potem rzecznik policyjny twierdził, że to byli antyterroryści, którzy mieli wyłapywać z tłumu szczególnie niebezpiecznych demonstrantów. Oczywiście możemy spokojnie włożyć to między bajki, bo tymi najbardziej niebezpiecznymi demonstrantami byli przecież konfidenci, których obarczono zadaniem atakowania formacji umundurowanych, żeby te już bez przeszkód mogły rozpocząć realizowanie scenariusza zaplanowanego przez fachowców. Utwierdza mnie w tych podejrzeniach deklaracja pani prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz, która zwolenników teorii spiskowej wezwała do udowodnienia swoich podejrzeń. Widocznie skądś wie, że udowodnienie czegokolwiek nie wchodzi w rachubę, bo ani niezależna prokuratura, ani niezawisłe sądy żadnemu dowodowi nie dadzą wiary.

No dobrze – ale po co właściwie to wszystko, po co mobilizacja konfidentów, po co ostentacyjne policyjne prowokacje? Myślę, że złożyło się na to kilka przyczyn. Po pierwsze – po co Marsz Niepodległości, skoro prezydent zorganizował „Razem dla Niepodległej”? Wiadomo, że skoro już powstanie państwowy stragan z pietruszką, to policja prędzej czy później dostanie rozkaz rozwalania straganów prywatnych. Druga przyczyna ma charakter pedagogiczny. Chodzi o odzwyczajenie naszego mniej wartościowego narodu tubylczego od demonstracji ulicznych. Kryzys zbliża się do „zielonej wyspy” nieubłaganie, więc lepiej zawczasu wszystkich zacząć odzwyczajać, żeby nie odpowiadali na apele „zaczinszczikow”.

Trzecia wreszcie przyczyna wydaje się najpoważniejsza – a wskazaniem na nią była inicjatywa Sojuszu Lewicy Demokratycznej, by zdelegalizować ONR i Młodzież Wszechpolską. Ta inicjatywa jest bowiem klamrą spinającą wszystkie poczynania watah rządzących naszym nieszczęśliwym krajem przed prawdopodobnym przyspieszeniem scenariusza rozbiorowego. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że Sojusz Lewicy Demokratycznej, którego najtwardszym jądrem jest banda dawnych sowieckich kolaborantów, najwyraźniej próbuje nastręczyć się na kolaboranta nowemu „sojusznikowi”, który na tej części terytorium państwowego, jaka pozostanie po załatwieniu przez Niemcy remanentów wojennych, zainstaluje tu Żydoland. W obliczu takiej perspektywy jest oczywiste, że radykalne formacje narodowe są nie tylko niepotrzebne, ale również – głęboko szkodliwe, bo w Żydolandzie owszem – też będzie dominował nacjonalizm, ale nie polski, tylko żydowski.

Już teraz z obfitości serca usta mówią i pan red. Seweryn Blumsztaj nie może powstrzymać odruchu oburzenia serca gorejącego na widok młodych polskich nacjonałów, że ukradli „nam” Polskę. Bo przecież nie po to Fejgin z Romkowskim wyszarpali Polskę z rąk mniej wartościowego narodu tubylczego wraz z paznokciami, żeby teraz fejginiętom ktoś tę zdobycz „ukradł” i to w dodatku – w biały dzień 11 listopada! Dlatego Władysław Pasikowski nakręcił „Pogrossie”, dlatego dawni sowieccy kolaboranci z SLD próbują zawczasu podlizać się nowemu sojusznikowi w nadziei, że powierzy im funkcję nadzorców mniej wartościowego narodu tubylczego, a podejrzewany przeze mnie o ostrą polityczną wściekliznę pan poseł Stefan Niesiołowski obszczekuje mnie podczas przesłuchania u „Stokrotki”.

Stanisław Michalkiewicz

http://michalkiewicz.pl/

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Nasza Polska”.

Zrodlo: Stanislaw MICHALKIEWICZ – Strona autorska – Tygodnik „Nasza Polska” 21 listopada 2012

POLISH CLUB ONLINE, 2012.11.21

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek