Aleksander Ścios: WOKÓŁ STANU WOJENNEGO


Fot. nowinki.be
Fot. nowinki.be

Niewiele osób pamięta, że jedną z pierwszych inicjatyw ustawodawczych Bronisława Komorowskiego, była nowelizacja ustawy o stanie wojennym oraz kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych. Została ona przyjętą przez Sejm w błyskawicznym tempie. Celem noweli (jak zapewniał posłów minister Stanisław Koziej), było wprowadzenie do obiegu prawnego „kategorii cyberprzestrzeni”, a prezydencki projekt miał powstać w związku z pracami Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN).

Na pytanie zadane wówczas Koziejowi przez jednego z posłów PiS, skąd tak wielki pospiech, padła odpowiedź: „Każdy miesiąc zwłoki we wprowadzeniu podstaw prawnych dla praktycznych działań w zakresie bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni jest czasem straconym. […] Nie widzę powodu, aby zwlekać, tylko dlatego, że ktoś z niezrozumiałych powodów insynuuje, iż prezydent chciałby wykorzystać nowe regulacje dla łatwiejszego wprowadzenia stanu wojennego, bo ktoś w Internecie na niego czyha.”

Rzeczywiście, przyjęta tuż przed wyborami 2011 roku nowela mogła stanowić skuteczne narzędzie reżimu prezydenckiego, pozwalała bowiem na wprowadzenie stanu wojennego w sytuacji „zewnętrznego zagrożenia państwa, w tym spowodowanego działaniami o charakterze terrorystycznym lub działaniami w cyberprzestrzeni”.

Zagrożenia te definiowano jako „celowe działania, godzące w niepodległość,  niepodzielność terytorium, ważny interes gospodarczy Rzeczypospolitej Polskiej lub zmierzające do uniemożliwienia albo poważnego zakłócenia normalnego funkcjonowania państwa”.

Opiniując belwederski projekt, prof. dr hab. Andrzej Szmyt, ekspert ds. legislacji w Biurze Analiz Sejmowych, wyraził wątpliwość co do potrzeby i kształtu proponowanej nowelizacji i zwrócił uwagę, że termin „działania w cyberprzestrzeni” nie został w żaden sposób zdefiniowany i jest terminem „o nieustalonej treści normatywnej, raczej dość potoczną „zbitką pojęciową”. Zdaniem prof. Szmyta „prawne dookreślenie” tego pojęcia ma istotne znaczenie, gdyż „wiąże się z konsekwencjami w sferze praw i wolności człowieka i obywatela.

Posłowie z komisji sejmowej nie otrzymali wówczas zamówionych ekspertyz prawnych, a te które sporządzono, były bez wyjątku negatywne i zwracały uwagę, że w krajach, na które powoływał się gen. Koziej nie ma przepisów zbliżonych do tych, które chce wprowadzić lokator Belwederu.

Ustawa zgłoszona przez Komorowskiego stanowiła, że o „szczególnych zagrożeniach dla ustroju państwa” związanych z „działaniami w cyberprzestrzeni” decyduje Rada Ministrów w oparciu o prawo, które nie zawierało żadnej definicji tych określeń. Decyzja RM tym zakresie będzie zatem całkowicie fakultatywna i zależna od doraźnej interpretacji. Po zgłoszeniu wniosku do prezydenta, miałby on prawo wprowadzić stan wojenny lub stan wyjątkowy na części albo na całym terytorium państwa. Przyjęcie takiej regulacji rozszerzało konstytucyjny katalog sytuacji pozwalających na wprowadzenie stanu wojennego (zewnętrzne zagrożenie państwa, zbrojna napaść na terytorium RP lub gdy z umowy międzynarodowej wynika zobowiązanie do wspólnej obrony przeciwko agresji) o bardzo niejasny i nie sprecyzowany czynnik.

Już wówczas pojawiły się obawy, że przy pomocy tego narzędzia będzie można zablokować zmiany groźne dla rządzących lub podważyć niekorzystny werdykt wyborczy.

Uczynić to tym łatwiej, że w praktyce ustawa zrównuje „zagrożenia w cyberprzestrzeni” z zagrożeniem terrorystycznymi, zaś brak definicji otwiera drogę do nadużyć. Można sobie np. wyobrazić, że prezydent wprowadza stan wyjątkowy, ponieważ w okresie przedwyborczym nastąpił atak na serwery rządowe lub na wiele dni zablokowano działalność Sejmu. Jeśli atak spowodowałby paraliż prac Rady Ministrów, a przy okazji wykradziono by informacje „ważne dla bezpieczeństwa państwa”, może być to uznane za  „szczególne zagrożenie dla ustroju” i dawać podstawę do wprowadzenia stanu wyjątkowego.

unkcjonująca w obecnym kształcie ustawa stwarza także ogromne możliwości przeprowadzenia prowokacji przez wrogie państwa. Dość przyjąć, że służby któregoś z państw chcą zdestabilizować sytuację w Polsce i dokonują symulacji ataków cybernetycznych ma instytucje rządowe.

Choć od przyjęcia prezydenckiej ustawy upłynęły ponad dwa lata, to zawarte w niej terminy nadal nie zostały zdefiniowane i pozwalają na swobodną interpretację zagrożeń. Ponieważ zakończono już prace nad SPBN, a Pałac Prezydencki wykazuje inicjatywę w wielu innych obszarach bezpieczeństwa, trudno pozbyć się wrażenia, że mamy do czynienia z działaniem zamierzonym.

Ustawa o stanie wojennym oraz o kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych, przypomina dziś przysłowiowy rewolwer leżący na scenie teatralnej. Jeśli jest prawdą, że wystrzela on w ostatnim akcie, trzeba z uwagą śledzić spektakl reżyserowany przez Belweder. Wrażenie to potęgują nie tylko kolejne działania służące umocnieniu władzy ośrodka prezydenckiego, ale akty prawne przygotowywane obecnie przez Radę Ministrów.

Projekt ustawy o Żandarmerii Wojskowej oraz rozporządzenie Prezesa Rady Ministrów w sprawie użycia żołnierzy ŻW do udzielenia pomocy Policji, dotyczą właśnie sytuacji nadzwyczajnych i wyraźnie sugerują, że formacja ta ma stać się służbą wojskową o szerokich uprawnieniach policyjnych, wymierzonych  wobec osób cywilnych.

Najnowszą propozycją w tym zakresie, jest projekt rozporządzenia RM w sprawie szczegółowych zasad użycia oddziałów i pododdziałów Sił Zbrojnych RP w czasie stanu wyjątkowego. Wbrew twierdzeniom zawartym w uzasadnieniu, jakoby dotyczył on tylko zmian wymuszonych wejściem w życie ustawy o środkach przymusu bezpośredniego i broni palnej i miał związek z reorganizacją systemu kierowania i dowodzenia armią, obecny projekt zasadniczo różni się od obowiązującego dotąd rozporządzenia z marca 2003 roku.

Przede wszystkim, podkreśla się w nim kompetencje prezydenta i stwierdza, iż użycie oddziałów wojska następuje w celu wykonania postanowienia prezydenta o wprowadzeniu stanu wyjątkowego. W odróżnieniu od poprzedniej regulacji, rozporządzenie nakłada na szefa MON obowiązek szczegółowego  informowania prezydenta o użyciu oddziałów wojska, a w miejsce szefa służb wojskowych (w rozp. z 2003 był to szef WSI) wyznacza Komendanta Głównego Żandarmerii Wojskowej, jako jednego z koordynatorów działań jednostek wojska. ŻW ma również zająć się dokumentowaniem działań podejmowanych w trakcie interwencji.

W obecnym projekcie zrezygnowano z przepisu nakładającego na dowódców oddziałów Sił Zbrojnych obowiązek udzielenia pomocy medycznej osobom rannym wskutek działania tych oddziałów. Nie przewiduje się również, by tak jak dotychczas, mieli oni nakaz zawiadamiania przełożonego i prokuratora o śmierci osób, uszkodzeniu ciała lub szkody w mieniu – wywołanych interwencją wojska. Nie muszą nawet zabezpieczać miejsca zdarzenia, dbać o ślady i dowody. Na mocy obecnego rozporządzenia, dowódcy oddziałów wojska stają się zatem panami życia i śmierci i otrzymują wręcz nieograniczone kompetencje.

W państwie, które dotąd nie policzyło ofiar stanu wojennego i nadal chroni komunistycznych morderców, takie regulacje prawne powinny budzić najwyższy niepokój.

Tym większy, jeśli w uzasadnieniu projektu innego rozporządzenia, dotyczącego użycia ŻW do pomocy policji, czytamy, iż będzie ono „testem dla służb odpowiedzialnych za stan bezpieczeństwa i porządku publicznego w zakresie właściwego zapobiegania i przeciwdziałania zidentyfikowanym ryzykom, a także likwidacji wszelkich źródeł napięć i niepokojów społecznych”.

Jeśli podobne „testy” mają dotyczyć użycia wojska i służą wzmacnianiu reżimu prezydenckiego,  rekwizyt stanu wojennego staje się dziś realną bronią.

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com

Artykuł opublikowany w nr 43/2013 Gazety Polskiej.

Za:  http://bezdekretu.blogspot.com/2013/10/woko-stanu-wojennego.html , 24 października 2013.

Przeczytaj więcej artykułów Aleksandra Ściosa  >   >   >   TUTAJ.

Wybór zdjęcia wg/PCO

POLISH CLUB ONLINE, 2013.10.287

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek