Aleksander Ścios: MY i ONI – O WSPÓLNOCIE W KTÓREJ NIE MA MIEJSCA DLA UPIORÓW


polska-flaga-03-foto-inter.jpgW artykule „Dlaczego nie mogę wziąć udziału w ankiecie” z roku 1947, opublikowanym w czasopiśmie „Lwów i Wilno”, Józef Mackiewicz pisał:

Stan wojny z najeźdźcą nie znaczy, jak go chcą niektórzy ośmieszyć, porywanie się „z kłonicą na bombę atomową”. Ale znaczy tego rodzaju postawę moralną, która by wpływała hamująco na spadek po równi pochyłej, po której toczy się w tej chwili cały naród. Tej właśnie równi pochyłej, spowodowanej przez pewne środowiska na emigracji i w kraju, której dziś, dla zatuszowania swej odpowiedzialności, nadają niewinne miano: „przemiany społeczno-polityczne”! – Nie wyobrażam sobie bowiem, jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent”.

W wypowiedzi Mackiewicza odnajdujemy najważniejszy, charakterystyczny rys autentycznego antykomunizmu – jako świadomej postawy moralnej opartej na wytyczeniu „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami”. Ta granica ma rozdzielać dwa, nieprzystające do siebie światy – komunizmu i jego kolejnej hybrydy ukrytej pod nazwą „nowej” państwowości, od polskości i tego co z nią nierozerwalnie związane.

Tak rozumiany antykomunizm oznacza w istocie powrót do podstawowej, zatartej dziś dychotomii My-Oni – jako wartości porządkującej i chroniącej nasz świat. Pozwala oddzielić dobro od zła, uformować narodową tożsamość i wydobyć się z nieokreśloności.

To poczucie odrębności wyznacza granice tego kim jesteśmy, do jakiego kręgu kultury należymy, co identyfikujemy jako nasze i wartościowe. Wskazanie nieprzyjaciół, nazwanie obcych – pełni ważną funkcję społeczną i buduje grupową solidarność. Chroni przed relatywizmem i błędną identyfikacją. Jest konieczne, by świat stał się uporządkowaną rzeczywistością, a nie chaosem przypadkowych, nienazwanych relacji.

Ukazanie tych różnic, podkreślenie podziałów, jest dla komunizmu zabójcze. Ujawnia jego otchłań, obnaża intencje, skazuje na odrzucenie. Obsesyjnym dążeniem komunistów było zatem tworzenie „frontów jedności narodu”, „kolektywów” i sztucznych „wspólnot”, w których  czynnikiem integrującym miały być hasła niesione na komunistycznych sztandarach. Bliźniacza obsesja, wsparta kazuistyczną retoryką towarzyszy od lat działaniom grupy rządzącej Polską. Ta dążność ujawnia lęk przed dychotomią My-Oni, przed wytyczeniem ostrych podziałów, w których pojęcia „swój” i „obcy” nabierają elementarnego znaczenia i decydują o dokonywanych wyborach.

Antykomunizm Polski międzywojennej czerpał siłę ze zrozumienia tej dychotomii, był wyrazem sprzeciwu wobec „Onych” – obcych polskiej kulturze treści antychrześcijańskich i antycywilizacyjnych, niesionych przez komunizm. W tej relacji – bycie Polakiem, musiało warunkować postawę antykomunistyczną. Nie sposób było pogodzić tych dwóch, tak różnych światów, bez narażenia na utratę polskości. […]

Filip Musiał i Jacek Kłoczkowski we wstępie do antologii tekstów „W obronie niepodległości. Antykomunizm w II Rzeczypospolitej”, trafnie zauważyli:

„Polska przedwojenna została pogrzebana na polach bitew kampanii wrześniowej, w masowych grobach Katynia, w lochach Pawiaka i Szucha, w Palmirskim lesie. To, co udało się uchronić przed okupacyjnym terrorem, zostało zmiażdżone przez sowiecki walec i dekady panowania niesuwerennej dyktatury. Celem Związku Sowieckiego i współpracujących z nim polskich komunistów było wypalenie gorącym żelazem wszystkiego, co wiązałoby się z antykomunistyczną tradycją II Rzeczypospolitej, zerwanie tym samym ciągłości polskich tradycji intelektualnych. Działania te w znacznej mierze powiodły się, a ich skutki są tym bardziej trwałe, że w wolnej Polsce dzieje rodzimej myśli politycznej interesują ledwie niewielkie grono pasjonatów.”

Od antykomunizmu II Rzeczpospolitej oddziela nas nie tylko historia okupacji, w tym ponad czterdziestu lat sowieckiej dyktatury. Pomiędzy tamtą postawą, a dzisiejszym rozumieniem antykomunizmu rozciąga się ogromna przepaść wytyczona fałszem „nowej świadomości”. Nie obejmuje ona tylko  tradycji intelektualnych, ale wnika znacznie głębiej, w samą istotę  bytu narodowego.

Zaszczepiona w czasach Polski „ludowej”, umacniana przez lata indoktrynacji, została przyjęta przez Polaków razem z hańbą okrągłego stołu i mitologią towarzyszącą powstaniu III RP.

Gdy Adam Michnik w rozmowie z Jackiem Żakowskim na temat „Traktatu o gnidach” mówił: „Nigdy nie przyjąłem formuły, ze w Polsce przez czterdzieści lat de facto trwała sowiecka okupacja. Byłem zdania, ze PRL to jest polska państwowość pozbawiona suwerenności. Ta państwowość jednak istniała i stanowiła pewną wartość ” – wyrażał pogląd środowiska „opozycji demokratycznej”, ale też beneficjentów PRL-u i tych milionów Polaków, którzy pogodzili się z hańbą komunizmu. Ta część społeczeństwa poddała się procesom legalizacji okupacji sowieckiej i uznała PRL za trwały element polskości. Już wówczas nastąpiła rezygnacja z podstawowej dychotomii My-Oni i wyzbycie się świadomości, że komunizm jest wytworem obcym i wrogim.

Rok 1989 doprowadził do sytuacji stokroć groźniejszej, pogłębiając otchłań fałszu i prowadząc do tragicznej w skutkach asymilacji komunizmu i polskości.

Wprawdzie III RP zbudowano na fundamencie PRL-u, wespół z tysiącami donosicieli, zdrajców i bandytów, wprawdzie zachowano ciągłość personalną i nie rozliczono zbrodni komunizmu, wprawdzie w życiu publicznym brylują esbecy, kapusie i ludzie kompartii, wprawdzie mediami rządzą esbeckie klany, a gospodarką agenturalne układy, wprawdzie niszczy się pamięć o ofiarach komunizmu, walczy z polską kulturą i patriotyzmem – w powszechnym przekonaniu jest ona państwem polskim, w pełni suwerennym i niepodległym, a rządzące nią mechanizmy definiuje się  pojęciami prawa i demokracji.

To przekonanie – tak sprzeczne z elementarnymi faktami, z doświadczeniem historycznym i empirycznym, stanowi o zwycięstwie komunizmu i jego sukcesorów. To przekonanie uniemożliwia również rekonstrukcję autentycznych postaw antykomunistycznych, wywołuje destrukcyjny dysonans poznawczy i decyduje o słabości przeciwników reżimu.

Nie można mówić o antykomunizmie w społeczeństwie, które uwierzyło w „śmierć” komunizmu, a w postaciach współczesnej Polski dostrzega reprezentantów interesu narodowego. Nie można widzieć „obcych” w strukturach władzy, która uznawana jest za wolną i demokratyczną – tylko dlatego, że o jej powołaniu decyduje wybór sterowany ręką medialnych demiurgów. Nie ma miejsca na dychotomię My-Oni w przestrzeni zakłamanej i zagarniętej przez ośrodki propagandy, w której „strażnikami podziałów” są semantyczni terroryści, a piewcami zgody narodowej użyteczni idioci, deliberujących o potrzebie „pojednania”.

Zwalczając komunizm trzeba najpierw pobudzić ludzi do myślenia, aby widzieli rzeczywistość, a tym samym wyzwolić ich spod władzy emocji. Jest to jednak często zadanie trudne, zwłaszcza w wypadku ludzi prymitywnych, powodujących się uczuciem i nie wprawionych w myśleniu krytycznym”  – pisał Józef Bocheński, dostrzegając problem tych, którzy brali komunizm „nie za to, czym jest, ale za coś zgodnego z ich własnymi poglądami”.

Trzeba sobie uświadomić, że to, co nazywa się dziś antykomunizmem, ma niewiele wspólnego z tradycją II Rzeczpospolitej. Najczęstszym błędem jest mylenie antykomunizmu z opozycyjnością wobec układu rządzącego III RP. Ponieważ od lat rządzi Polską grupa nawiązująca wprost do sukcesji komunistycznej, a z każdym dniem przybywa widocznych oznak tej sukcesji, wielu Polaków przyznaje się do antykomunizmu, manifestując tym samym sprzeciw wobec reżimu. Podobnie reagują politycy Prawa i Sprawiedliwości, oceniając swoją opozycyjność również w nawiązaniu do działalności prowadzonej w czasach PRL. Dość powszechne jest przekonanie, wyrażone przez Jarosława Kaczyńskiego, że „w Polsce mamy do czynienia ze skrajną formą systemu postkomunistycznego, który broni się metodami wychodzącymi poza demokrację”.

Tego typu postawa ujawnia podstawowy problem związany z przyjęciem „nowej świadomości”, której częścią jest wiara w „śmierć” komunizmu oraz w legalizm i demokrację III RP.  Już tylko używanie terminu „postkomunizm”, a zatem definiującego okres, który nastąpił po upadku komunizmu, sprawia, że ten rodzaj opozycji (w ramach systemu politycznego dzisiejszego państwa), nie ma nic wspólnego z autentycznym antykomunizmem. Mówiąc o rzeczywistości postkomunistycznej, zakłada się bowiem, że komunizm w istocie upadł, a obecnie doświadczamy jego niektórych, zmodyfikowanych oznak. Wywodzą się one wprawdzie z komunizmu, mogą mieć związek jego „ideologią”, są jednak rodzajem zaburzenia, rysy powstałej na zdrowym fundamencie państwowości.

Bez wątpienia, wprowadzenie terminu „postkomunizm” jest dowodem zwycięstwa strategii dezinformacji i odgrywa wielką rolę w komunistycznej mistyfikacji.

Jarosław Marek Rymkiewicz doskonale dostrzegł to zagrożenie: „Kiedy mówimy: postkomuna, postkolonializm, państwo postnarodowe czy posteuropejskie, a społeczeństwo posthistoryczne – w tym miejscu wychodzi też na jaw nasza rozpaczliwa bezradność językowa (a zatem i duchowa) wobec tego, co stało się w ostatnich trzech dziesięcioleciach i co teraz dzieje się w Polsce. Nie potrafimy nazwać obecnej Polski, ustalić, co to jest za twór, opowiedzieć, jaka jest nasza tutejsza sytuacja.”

Dostrzeganie objawów „postkomunizmu”, w niczym nie podważa wiary w tzw. demokrację III RP, a tym bardziej nie może prowadzić do zanegowania układu okrągłego stołu i sięgnięcia po dychotomię My-Oni.

Z tej przyczyny, Jarosław Kaczyński mógł powiedzieć – „Musimy walczyć, by demokracja dobrze funkcjonowała” i uznać, że „jeżeli zabraknie walki o demokrację, to pewnego dnia możemy się obudzić w takim systemie, który obecnie kształtuje się na Ukrainie. Jest tam opozycja, są wybory, ale tak naprawdę o demokracji nie można mówić. Nam do takiej sytuacji jeszcze daleko, ale możemy w tym kierunku ewoluować, jeśli się nie zmobilizujemy.

W ramach takiej postawy można oczywiście dążyć do modyfikacji lub reformy systemu – nigdy jednak do jego obalenia. Ta postawa zakłada sprzeciw wobec „form postkomunistycznych”, nie może jednak prowadzić do zanegowania samego fundamentu III RP. W ramach tej postawy jest miejsce na współpracę z komunistami i ich sukcesorami, na polemikę z wytworami medialnych terrorystów, budowanie „programów politycznych” i wiarę w mechanizmy demokracji. Nie ma natomiast miejsca na „ostre widzenie świata”, wytyczenie granic polskości i nazwania po imieniu „obcych”, na podważenie filarów, na których wspiera się karykatura obecnej państwowości. […]

Należało oczekiwać, że doświadczenia ostatnich lat, a w szczególności ogrom tragedii smoleńskiej i ujawnione w następnych latach zachowania grupy rządzącej, doprowadzą do odbudowy autentycznych postaw antykomunistycznych. Czas ten odkrył przed Polakami niewyobrażalne pokłady obcości i nienawiści, tkwiące w ludziach mieniących się „elitą” dzisiejszego państwa. Obnażył bezmiar obojętności na zło, ogrom fałszu i hipokryzji, odsłonił upiorną pustkę i niewolniczą mentalność. Ujawnił też najgłębsze podziały, biegnące nie wzdłuż rzekomych różnic politycznych, lecz w głąb ludzkich sumień i systemów wartości, dotykające samych podstaw człowieczeństwa i narodowej tożsamości.

To wówczas okazało się, że terytorium Polski zaludnia ogromna armia apatrydów – bękartów bez ziemi i poczucia wspólnoty narodowej, całkowicie obca naszej kulturze i tradycji. Zobaczyliśmy ludzi powtarzający rosyjskie łgarstwa, usłyszeliśmy szyderstwa ze śmierci rodaków, ujrzeliśmy watahę oddającą mocz na znicze i „stróżów prawa” kradnących krzyże i kwiaty złożone  ofiarom.

Ci sami ludzie czcili pamięć sowieckich najeźdźców, honorowali bandytów i kolaborantów, słali dziękczynne adresy do kremlowskich ludobójców. Nawoływali Polaków do „pojednania”, „łączyli w żałobie” i załganym frazesem – „bądźmy wszyscy razem” próbowali  zatrzeć nieprzekraczalne granice.

Takie doświadczenie powinno wywołać narodowy wstrząs i postawić nas przed zasadniczym pytaniem: kim są ci ludzie, z jakiego świata pochodzą i jakim hołdują wartościom? Czy wolno nazywać ich rodakami i obdarzać mianem Polaka – tylko dlatego, że zrządzeniem losu urodzili się na polskiej ziemi? Czy w polskiej kulturze istnieje przyzwolenie na nienawiść tak wielką, by drwiła z prawa do dochodzenia prawdy o śmierci osób bliskich? Czy w granicach polskości może być miejsce na taką nikczemność, która lży i oskarża rodziny zamordowanych „na nieludzkiej ziemi”?  To doświadczenie powinno też uprzytomnić – czym jest obecne państwo i do kogo należy, jaki jest jego stosunek do polskości i w jakich kategoriach postrzega swoje powinności wobec narodowej wspólnoty.

Leopold Tyrmand w „Cywilizacji komunizmu” napisał – „Życie w komunizmie jest piekłem, ale nie dla wszystkich. Jest piekłem dla ludzi dobrej woli. Dla uczciwych. Dla rozsądnych. Dla chcących pracować z pożytkiem dla siebie i dla innych. Dla przedsiębiorczych. Dla tych, którzy chcą coś zrobić lepiej, wydajniej, ładniej. Dla tych, którzy chcą rozwijać, wzbogacać, pomnażać. Dla wrażliwych. Dla prostolinijnych i skromnych. Natomiast dobrze prosperują w komunizmie głupcy nie dostrzegający własnej marności i śmieszności. Doskonale powodzi się służalcom, oportunistom i konformistom; wiedzie im się tym lepiej, że z czystym sumieniem mogą nie robić nic, albowiem i tak nie sądzą, że należy coś robić w zamian za serwilizm – czują się zwolnieni z wszelkiej odpowiedzialności co wzmaga ich znakomite samopoczucie”.

Świat, który wielu z nas odkryło dopiero po 10 kwietnia, był miejscem „głupców nie dostrzegających własnej marności i śmieszności”. Ale też miejscem kanalii i plugawych kreatur. Tworzył ich przestrzeń, w identyczny sposób, jak mord katyński stworzył miejsce dla komunistycznych „elit”.

Takie doświadczenia mają moc oczyszczającą życie narodu, mogą decydować o jego ocaleniu lub przyspieszyć upadek. Niosą okrutną, acz prawdziwą diagnozą stanu państwa i społeczeństwa. Za sprawą tego doświadczenia dotknęliśmy wówczas natury zła, herbertowskiej „czystej negatywności” – z której komunizm uczynił obszar „straszliwego zamazania”.

Tragedia smoleńska nie rozbiła nas na „dwie Polski” i nie przecięła linią „politycznych podziałów”. Obnażyła to tylko, co ukrywano przez dziesięciolecia i odsłoniła prawdę, której bano się wykrzyczeć. Fundamentem tej prawdy jest istnienie głębokiej dychotomii My-Oni, ujawniającej całkowite wyobcowanie i wynarodowienie ogromnej części społeczeństwa. Ta prawda przynosi wiedzę o spustoszeniach jakie poczynił komunizm, ukazuje ogrom degeneracji „elit” i milionów ofiar „nowej świadomości”.

To co nas podzieliło – to się już nie sklei”  – napisał Jarosław Marek Rymkiewicz po 10 kwietnia 2010 roku. Odwaga i uczciwość tego stwierdzenia wywołuje lęk nawet wśród najzagorzalszych krytyków obecnego układu. Prawda ta jest wypychana z obszaru publicystki, pomijana przez intelektualistów, niedostrzegana przez polityków opozycji. Zauważalny jest silny opór przed uznaniem tak oczywistego podziału. Samo mówienie o nim bywa postrzegane jako gorszące i niewygodne.

Ten sam poeta przypomniał rzecz jeszcze straszniejszą: „Mickiewicz tłumaczy nam wyraźnie, że istnieją dwie Polski. Jest Polska rosyjskich kolaborantów, tych, którzy występują w „Salonie warszawskim” z III części „Dziadów”, i jest Polska tych Polaków, którzy chcą pozostać wierni swoim narodowym obowiązkom”.

Odnajdujemy w tych słowach diagnozę współczesnej Polski, rozpoznanie stanu, w jakim znaleźliśmy się po okresie „ustrojowej transformacji”. Ukazanie świata „rosyjskich kolaborantów”   i  Polski, „tych którzy chcą pozostać wierni” wyznacza zakres dzisiejszego podziału, definiując „Onych” i „Naszych” z niezwykłą precyzją. Nie przypadkiem, ta historyczna parabola  okazuje się aktualna i umiejscawia naprzeciw siebie dwie, nieprzystające rzeczywistości – polskość i komunizm. […]

Szukając sensu współczesnej postawy antykomunistycznej, warto ponownie sięgnąć do wypowiedzi Rymkiewicza. Robię to ze świadomością, że w całej niezależnej publicystyce, w wystąpieniach polskich intelektualistów i ludzi nauki, nie ma choćby jednego zdania zawierającego równie doniosły i rzetelny postulat. Mówiąc o „Polsce rosyjskich kolaborantów”, poeta stwierdził:

Nawet nazywać ich nie warto – w ogóle nie warto się nimi zajmować, najlepiej jest uznać, że ich nie ma. Trzeba wychodzić, kiedy wchodzą, odwracać się, kiedy do nas podchodzą. Polska należy do nas, a oni niech sobie gadają w swoich postkolonialnych telewizjach, co chcą, niech sobie piszą w swoich postkolonialnych gazetach, co im się podoba. Nas to nie dotyczy.”

Uzupełnieniem tego postulatu były słowa:

W wielkiej wspólnocie żyjących nie ma miejsca ani dla wampirów, ani dla upiorów, ani dla zmór nocnych. Mickiewicz nie zaprasza ich do wspólnego stołu. „Czy widzisz Pański krzyż? / Nie chcesz jadła, napoju? / Zostawże nas w pokoju. / A kysz, a kysz!”. To są słowa Guślarza, który w II części „Dziadów” wygania z cmentarza upiory atakujące gminną wspólnotę. Jesteś upiorem, a więc zostaw nas w spokoju, a kysz, a kysz. Nie możesz z nami jeść przy naszym stole.” […]

W tej postawie nie ma miejsca na kompromis i brak konsekwencji. Jak nie ma punktów wspólnych między dwoma krańcowo różnymi światami, z których jeden czerpie siłę z tysiącletniej tradycji i kultury chrześcijańskiej, drugi zaś przynosi śmierć i zniszczenie. Próba połączenia tych światów, musi skończyć się klęską wartości i pochłonięciem ich przez „rozbestwione kłamstwo”. Nie wolno wierzyć, że z kolaboracji ze złem wychodzi się zwycięsko lub idąc z nim na ustępstwa, da się ocalić dobro.  Takie myślenie cechuje ludzi słabych i ograniczonych, podważa naturalny porządek, w którym zło nie jest częścią lecz przeciwieństwem dobra.

Świadomość, że takie kompromisy nie istnieją i należy wytyczyć ostrą „granicę między pojęciami” jest darem niedostępnym dla większości osób deklarujących sprzeciw wobec reżimu. Prowadzi to nie tylko do szukania „dróg porozumienia” czy tchórzliwego zamazywania różnic, ale do wartościowania wszystkiego co robią lub mówią „obcy” i  racjonalizowania tego przekazu. Uwagą obdarza się wytwory ośrodków propagandy, chwyta słowa wypowiadane przez rządzących, przykłada wagę do wystąpień, wsłuchuje w głos semantycznych terrorystów. Tak rozumiana opozycyjność ogranicza się do przyjęcia postawy amoralnego koniunkturalizmu, w której „prowadzenie polemiki” i ujadanie w rytm narzuconych tematów ma dowodzić odwagi i intelektualnej sprawności. W istocie – tacy politycy czy publicyści działają w interesie przeciwnika, nobilitują go, poddają się jego narracji, pozwalają sterować swoimi reakcjami i obszarem zainteresowań. Są niewolnikami cudzych myśli i uczestnikami medialnych spektakli, odgrywając w nich rolę użytecznych statystów. […]

Słowa Jarosława Rymkiewicza -„w wielkiej wspólnocie żyjących nie ma miejsca ani dla wampirów, ani dla upiorów” pozwalają zrozumieć lęk, jaki musi towarzyszyć zderzeniu „Onych” ze świadomą postawą antykomunistyczną. Wyrazem tego lęku są próby budowania fałszywych wspólnot oraz postulaty „zgody narodowej”. Obawa przed wykluczeniem jest widoczna w histerycznych reakcjach na każdy przejaw dychotomii My-Oni, na samo ujawnienie tego podziału lub mówienie o nim.

Pozostawienie „Onych” „poza wspólnotą żyjących”, wyrzucenie za granicę naszej uwagi, pozbawia tych ludzi niemal ontologicznej podstawy egzystencji, skazuje na pustkę i spycha w niebyt. W ich reakcji obronnej ujawnia się lęk pasożyta, który utracił organizm żywiciela, lęk herbertowskiej „czystej negatywności”, której odmówiono „ontologicznego statusu”.

W obszarze życia publicznego, takie „odrzucenie” jest koniecznością. Nie można budować społeczności ludzi wolnych wraz z tymi, którzy noszą piętno niewolnictwa. Kto próbuje takiej sztuki – nie tylko nie ocali niewolników, ale zgubi ludzi pragnących wolności.[…]

To nie my potrzebujemy ich obecności i nie my znajdujemy się na „obcej” ziemi. Od dziesiątków lat komunizm i jego sukcesorzy chcą czerpać z naszego potencjału, żerować na polskości i „jeść przy naszym stole”. Pozwalać na to – to oddać im naszą ojczyznę i przyszłość narodu.

Józef Mackiewicz, którego słowa wielokrotnie przywoływałem w tej książce, nakreślił kiedyś „metodę walki” z komunizmem. W tekście z 1936 roku napisał:

My musimy komunizm wyniszczyć, wyplenić, wystrzelać! Żadnych względów, żadnego kompromisu! Nie możemy im dawać forów, nie możemy stwarzać takich warunków walki, które z góry przesądzają na naszą niekorzyść. Musimy zastosować ten sam żelazno-konsekwentny system. A tym bardziej posiadamy ku temu prawo, ponieważ jesteśmy nie stroną zaczepną, a obronną!

Te mocne słowa są echem tradycji, którą utraciliśmy w czasie hańby komunizmu. Echem polskiej dumy z posiadania własnej ojczyzny i narodowych świętości. Nie nawołują do nienawiści, lecz mają źródło w zrozumieniu grozy komunizmu i jego antypolskich celów.

Antykomunizm-bron-utracona-aleksander-scios-okladkaOceniając realia III RP i stan świadomości polskiego społeczeństwa, nie sądzę, by ta „metoda walki” została łatwo zaakceptowana. Podobnie, jak postawa antykomunistyczna, wymagająca determinacji, cywilnej odwagi i poczucia dumy narodowej.

Jedna i druga, nie wskazują prostych dróg do zwycięstwa i stanowią raczej antidotum na czas upodlenia, dając przy tym szansę przetrwania i zatrzymania procesu „spadku po równi pochyłej”. Mogą budować narodową tożsamość i chronić przed wtargnięciem „obcych”. Są jednak koniecznym minimum, byśmy z chaotycznego pobojowiska  rzeczy i pojęć mogli  odtworzyć własną przestrzeń i zapełnić ją polskością.

Czeka nas długi i wyniszczający marsz, bo państwa realnego komunizmu, jego bękarty i hybrydy, nie upadają pod ciosami demokracji. Anektują jej fasadę, by ukryć zbójeckie intencje,  nie po to jednak, by oddać władzę. Odzyskać ją można tylko w taki sposób, jak została narzucona. I nie za cenę słów czy politycznego kuglarstwa, lecz ofiar, krwi i wyrzeczeń.

Postawa, o której piszę w tej książce, może przygotować nas do zapłacenia takiej ceny.

Tekst – refleksja w dniu narodowego święta – składa się z fragmentów ostatniego rozdziału mojej książki „Antykomunizm-broń utracona”, wydanej w roku 2013 przez wyd. Bollinari Publishing House.

Aleksander Ścios 
bezdekretu.blogspot.com

Źródło: http://bezdekretu.blogspot.com/2014/05/my-i-oni-o-wspolnocie-w-ktorej-nie-ma.html , 3 maja 2014.

Przeczytaj więcej artykułów Aleksandra Ściosa  >   >   >   TUTAJ.

Wybór zdjęcia wg/PCO

POLISH CLUB ONLINE, 2014.05.03

Autor: Aleksander Ścios