Aleksander Ścios: TO JEST MOMENT NA LARUM…


Bez Dekretu   

 

Jeśli w roku wyborczym grupa, zwana „rządem E. Kopacz” decyduje się rozpętać konflikt z górnikami i narazić na groźbę ogólnopolskich strajków, należy zakładać przynajmniej dwie okoliczności:

– reżim posiada mocną gwarancję wygranych wyborów i nie obawia się eskalacji protestów,

– grupa E. Kopacz jest wykonawcą decyzji podjętych poza tzw. rządem.

Pierwsza teza znajduje silne uzasadnienie w dwóch obszarach: stabilnej praktyce fałszowania wyników wyborczych oraz w obliczu bezradności i porażającej słabości partii opozycyjnej. Dzisiejsze stwierdzenie E.Kopacz – „moim głównym celem jest zatrzymanie PiS w drodze do władzy” –  choć zawiera w sobie propagandową symulację (jakoby PiS miał szansę na przejęcie władzy), doskonale oddaje priorytety reżimu oraz ujawnia pewność, z jaką oczekuje on tegorocznych wyborów. Dodatkowym atutem władzy pozostaje medialny terroryzm i szczelna osłona ze strony funkcjonariuszy medialnych. Dzięki tym czynnikom, reżim może pozwolić sobie na ignorowanie głosu opinii publicznej i działania nieograniczone obawą utraty rządów.

Istotnym gwarantem bezkarności jest bez wątpienia postawa partii Jarosława Kaczyńskiego, której przedstawiciele nie tylko pozorują „walkę o władzę”, ale usilnie dbają, by nie przerodziła się ona w niekontrolowany wybuch społeczny i nie zakończyła obaleniem systemu III RP. Wyrazem tej postawy było m.in. wygaszenie krytyki związanej ze sfałszowaniem wyborów oraz skanalizowanie zarzewia buntu „pokojową manifestacją”.

Warto sobie uświadomić, że nie ma na świecie opozycji, która w arcyważnym roku wyborczym nie chciałaby maksymalnie wykorzystać równie dogodnej sytuacji, jak powstała podczas konfliktu rząd-górnicy. W tej sprawie można nie tylko odwołać się do każdego Polaka (co spełniałoby marzenia PiS dotarcia do mitycznego elektoratu centrum), ale stosować jak najcięższą i najcelniejszą broń krytyki i sięgać po dowolne narzędzia – włącznie z wezwaniem do strajków, aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa i ulicznych demonstracji. Jeśli mamy do czynienia z opozycją, która ucieka od realnej walki i koncentruje na werbalnych połajankach lub żałosnej „demokracji parlamentarnej”, zasadne wydaje się pytanie – czy partia pana Kaczyńskiego chce i potrafi przejąć władzę?  Logikę tego pytanie zrozumie każdy, kto działania PiS-u ocenia dziś w perspektywie skuteczności i dostrzega konsekwencje decyzji o wystawieniu posła Dudy w wyborach prezydenckich.

Kolejnym czynnikiem wzmacniającym gwarancje reżimu wydaje się postać obecnego przywódcy związku zawodowego „Solidarność”. Bojowa retoryka tego pana w żaden sposób nie odpowiada realnym efektom działań. Nie sposób zapomnieć o niezrealizowanych obietnicach protestów w związku z podwyższeniem wieku emerytalnego (a była to sprawa dla Polaków arcyważna) czy fiasku inicjatyw podejmowanych w ramach tzw. Platformy Oburzonych, gdy Piotr Duda wraz z Pawłem Kukizem słali kuriozalne listy do lokatora Belwederu, upatrując w nim niezależnego i życzliwego arbitra.

Ciepłe relacje szefa związku z Bronisławem Komorowskim są mocną przesłanką do sformułowania hipotezy, że również obecny konflikt może zakończyć się według scenariusza rozpisanego w Belwederze. Propagandowa projekcja o „łagodzącym konflikty” i „budującym w zgodzie” prezydencie, byłaby doskonałym uzupełnieniem kampanii wyborczej polityka PO. Ponieważ trwałość reżimu w żadnym stopniu nie zależy od roszad personalnych i nie ma nic wspólnego z grupą figurantów pod nazwą „rząd Ewy Kopacz”, nie wykluczam, że końcowym efektem eskalacji kryzysu może być wyłonienie wzmocnionego, przedwyborczego rozdania – z premierem Schetyną lub Siemoniakiem na czele. Wprawdzie dyscyplinujące zabiegi przyniosły już wiele korzystnych dla Komorowskiego rozstrzygnięć (wczoraj obietnicę zorganizowania i sfinansowania kampanii prezydenckiej), to w interesie środowiska  belwederskiego leży, by nad przebiegiem wyborów parlamentarnych czuwała ekipa ludzi całkowicie zależnych i oddanych reżimowi prezydenckiemu.

Druga teza – o wykonywaniu poleceń faktycznych decydentów, znajduje uzasadnienie w fakcie, że reżim PO-PSL wykazywał podobną (jak dziś) determinację tylko wówczas, gdy dotyczyło to spraw związanych z rolą rosyjskiego konia trojańskiego lub dyspozycji płynących z UE. Te dwa kręgi decyzyjne kształtują nie tylko politykę zagraniczną III RP, ale od lat mają największy wpływ na rozstrzygnięcia dokonywane na naszym podwórku.. Doskonałym potwierdzeniem jest sprawa otwarcia granicy z obwodem kaliningradzkim, w której naciski Rosji były silnie wspierane przez Angelę Merkel i „błogosławione” przez Brukselę. Ten rosyjsko-niemiecki pomysł, będący jednym z elementów antypolskiego „projektu Prusy Wschodnie”, był przez lata najpilniejszym zadaniem całego rządu (a osobiście ministra Sikorskiego) i został zrealizowany w czasie tzw. polskiej prezydencji w UE.

Zdecydowanie odrzucam przypuszczenia, jakoby projekt likwidacji kopalń był forsowany na rzecz rodzimych oligarchów i miał zaspokoić ich oczekiwania.  Pośpiech i determinacja, z jaką rząd wykonuje to polecenie (zablokowanie informacji na forum parlamentu, odrzucenie konsultacji i superszybka ścieżka legislacyjna) wskazują nie tylko na zlekceważenie „głosu opozycji” i mocne poczucie bezkarności, ale sugerują, że chodzi o rozwiązania na znacznie wyższym poziomie powinności. Nawet ta grupa nie ryzykowałaby medialnej utraty wizerunku (w ramach tzw. pijaru) lub wybuchu niekontrolowanych wydarzeń, gdyby sprawa dotyczyła tylko kieszeni kilku rodzimych biznesmenów.

Nie ma wątpliwości, że kategoryczność działań jest uwarunkowana pozycją tych, którzy z likwidacji polskiego górnictwa mają osiągnąć największe korzyści. Pośpiech świadczy zaś, że chodzi o natychmiastowe zablokowanie wydobycia polskiego węgla i trwałe zdestabilizowanie sytuacji na Śląsku.

Z jeden strony, mamy zatem priorytet interesów rosyjskich – czyli przyspieszenie odbioru coraz wyższych (i gorszej jakości) dostaw węgla (m.in. ukradzionego przez terrorystów w Donbasie). Od kilku miesięcy dostawy te sukcesywnie rosną: w październiku było to 116 tys. ton, w listopadzie 160 tys. i w grudniu 164 tys. ton. Dzięki likwidacji polskich kopalń, będzie to tendencja stała i nieodwracalna. Zwiększenie rosyjskiego eksportu pozwoli podreperować upadający budżet Putina i – co najważniejsze, pogłębi nasze uzależnienie energetyczne od Rosji.

Z drugiej strony, mamy priorytet interesów niemieckich. Po pierwsze politycznych – w ramach których III RP przewidziano rolę „pasa transmisyjnego” (ja określam ją mianem „wycieraczki”) między Rosją a państwami UE.  Donald Tusk określił kiedyś tę „historyczną misję” jako zadanie „usuwania przeszkód stojących na drodze poprawy relacji rosyjsko-niemieckich”. Dziś chodzi o działania polityczne i ekonomiczne, dzięki którym Rosja będzie mogła przywrócić poprawne relacje z krajami UE.

Po drugie – likwidacja polskich kopalń jest bezwzględnie pożądana dla gospodarki niemieckiej. Choć Niemcy wspierają dziś wydobycie (w 2013 kopalnie węgla kamiennego otrzymały 1,111 miliarda euro subwencji, w roku następnym 1,172 miliarda), to w roku 2018 nastąpi definitywne zakończenie i wygaszenie państwowych subwencji. Już za trzy lata skończą pracę ostatnie kopalnie spółki Deutsche Steinkohle, zaś przemysł wydobywczy zostanie przestawiony na pozyskiwanie węgla brunatnego i rozbudowę kopalni potasu, magnezu i rudy żelaza. Nietrudno zrozumieć, że gdyby polskie kopalnie przetrwały do tego czasu, pozycja naszego kraju byłaby zdecydowanie korzystna i pozwoliła zwiększyć konkurencyjność polskiego węgla.

Warto przypomnieć, że w swoim październikowym expose E. Kopacz oświadczyła: „Jedną z pierwszych decyzji, którą podjęłam, jest przyspieszenie prac nad ustawami, które w mądry sposób połączą trzy zasadnicze cele dotyczące bezpieczeństwa energetycznego Polski. Musimy chronić polskie górnictwo przed nieuczciwą konkurencją. Po drugie, nie ustanę w wysiłkach, by ta branża stała się wreszcie rentowna. Unowocześnienie i restrukturyzacja wiedzie do tego celu. Po trzecie, polskie domy muszą być ogrzewane, a koszty energii nie mogą rujnować budżetów domowych”.

Nie przywołuję tych słów, by konfrontować je z faktami (w przypadku deklaracji ludzi PO byłoby to absurdalne) lecz po to, by zwrócić uwagę, że wszyscy eksperci ds. energetyki twierdzili wówczas, iż  ten rząd nie podejmie tak niepopularnych decyzji w roku wyborczym. Dominowały opinie, że owa reforma oznaczałaby zamknięcie wielu kopalń i zwolnienia pracowników, zaś (ewentualna) poprawa kondycji byłaby odczuwalna w horyzoncie czasowym przekraczającym najbliższe wybory.

Jeśli te racjonalne przewidywania upadły, a grupa, zwana rządem Kopacz zdecydowała się na rozpętanie konfliktu i radykalne rozstrzygnięcia – tym bardziej trzeba pytać o rzeczywistych decydentów i upatrywać ich poza rodzimymi strukturami.

Życzliwość komisarzy i polityków Zachodu, a w szczególności serdeczności Angeli Merkel, mają bardzo konkretny wymiar. W równym stopniu dotyczy on świadomości, że rząd PO-PSL jest tworem słabym i podatnym na unijne naciski, jak przekonania, że nie będzie on przeciwstawiał się Rosji ani tworzył przeszkód w realizacji polityki pojałtańskiej.

Polski węgiel, kopalnie, górnicy i ich rodziny, a szerzej – nasze bezpieczeństwo energetyczne, stanowi dziś przedmiot rozgrywki, w której nikt nie pyta o polskie interesy i rację stanu. Machina światowej dyplomacji i europejskiej propagandy jest nieodmiennie nastawiona na „szukanie porozumienia” z Putinem, co w konsekwencji musi doprowadzić nie tylko do oddania Ukrainy, ale uczynienia z Polski rosyjskiego dominium. To oznacza, że ta sama machina pracuje już na kolejne zwycięstwo wyborcze reżimu Komorowskiego i grupy PO-PSL. Pracuje zaś, bo ten układ nigdy nie sprzeciwi się antypolskiemu paktowi Moskwy i Berlina, bezwzględnie zadba o „spokój nad Wisłą” i zagwarantuje przywódcom Zachodu, że Polsce nie zagrozi „epidemia rusofobii”. Za takie gwarancje, rządzący Polską reżim może liczyć na pełne wsparcie eurołajdaków.

Gdy były szef NSZZ Solidarność, Janusz Śniadek mówi – „To jest moment na larum dla Polaków. To nie jest sprawa tylko górników. To jest sprawa nas wszystkich. I my nie mamy innego wyjścia jak wygrać tę batalię” – trzeba te słowa traktować z najwyższą powagą. Jestem przekonany, że likwidacja polskich kopalń i pozbawienie pracy tysięcy Polaków to cena, za jaką reżim chce uzyskać gwarancje kolejnych lat sprawowania rządów. Jeśli pozwolimy ją zapłacić – ten rok wyborczy już zakończył się klęską.

 

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com     

 
Zródło: http://bezdekretu.blogspot.com/2015/01/to-jest-moment-na-larum.html , 14 stycznia 2015

Na zdjęciu rząd Ewy Kopacz. Fot. Radek Pietruszka/PAP, za: wiadomosci.wp.pl – wybor zdjęcia wg.pco

Więcej artykułów Aleksandra Ściosa na naszym portalu   >   >   >   TUTAJ.

POLISH CLUB ONLINE, 2015.01.15

Autor: Aleksander Ścios