Monika G. Bartoszewicz: Islamska agresja i zagubiony Zachód


POLONIA CHRISTIANA

 

„New York Times” ocenzurował karykatury “Charlie Hebdo” powołując się na “wrażliwość religijną” po dekadach radosnych przedruków satyr uderzających w samo serce chrześcijaństwa. Wrażliwością religijną nazywa się bowiem obecnie pełne hipokryzji tchórzostwo, ujawniające się z całą siłą w obliczu zagrożenia islamską przemocą.

Europa po ataku terrorystycznym na redakcję brukowca “Charlie Hebdo” coś bezpowrotnie utraciła. Na tę utratę wskazują pełne sprzeczności odpowiedzi na atak: z jednej strony bezrefleksyjne skandowanie „Je suis Charlie!”, z drugiej (szczególnie wśród społeczności muzułmańskich) odmowa uznania, że doszło do czegoś złego. Politycy zachowali się jakby we Francji zdarzył się jakiś naturalny kataklizm wymagający przytulenia i ciepłych słów. Mało było jednak sensownych analiz, które odpowiedziałyby na to jak poradzić sobie z tym, do czego doszło i jaką konstruktywną postawę przyjąć wobec tego wydarzenia.

Komentatorzy bezrefleksyjnie przyjęli, że atak był w istocie zamachem na wolność słowa, po czym natychmiast obwieścili, iż jedynym moralnie godnym responsem jest rozszerzenie do możliwych granic swobody wypowiedzi i bronienie jej ze wszystkich sił. Tonację, w jakiej utrzymany jest ten argument uchwycił nowy redaktor naczelny pisma „Charlie Hebdo” wzywając ludzi do stanięcia w obronie „sekularyzmu”. W rezultacie nawet konserwatywni komentatorzy zaczęli przebąkiwać w mediach, że ludzie religijni (bez względu na przekonania) będą musieli „przyzwyczaić się” do publicznych, wysoce obraźliwych bluźnierstw wobec własnego wyznania. Wykładano przy tym, że jedyną alternatywą dla takiej akceptacji jest popadnięcie w morderczy amok i powtórka paryskiego scenariusza. To, że można być zniesmaczonym kubłami pomyj wylewanych przez media na ludzi religijnych, uznawać jednocześnie, że cenzura jest niekoniecznie słuszną ideą a morderstwo uważać za złe, nie mieści się w „oświeconych” głowach. A przecież jedynie uznanie całej złożoności reakcji może posłużyć jako fundament cywilizowanego porozumienia – wybór narzucanej odgórnie dychotomii: „albo jesteś Charlie, albo popierasz morderców” prowadzi z jednej strony do dyskryminacji ludzi religijnych, z drugiej zaś do etno-religijnej przemocy.

Lewicowi mędrcy i „Zaczarowany ołówek”

A jednak dokładnie ten schemat powtarza się na całym świecie. W Ameryce „New York Times” ocenzurował karykatury “Charlie Hebdo” powołując się na “wrażliwość religijną” po dekadach radosnych przedruków satyr uderzających w samo serce chrześcijaństwa (włączając w to wizerunek krucyfiksu zanurzonego w słoiku z uryną). Wrażliwością religijną nazywa się bowiem obecnie tchórzostwo pełne hipokryzji ujawniające się z całą siłą w obliczu zagrożenia islamską przemocą.

W Anglii lewicowa gazeta „The Guardian” zorganizowała konferencję „We are Charlie”. Uczestnicy zastanawiali się, dlaczego „Charlie Hebdo” padło ofiarą przemocy i jak powinny na to wydarzenie odpowiedzieć inne media. Panel był zdominowany przez osoby, którym los przeciętnego Europejczyka jest obojętny tak długo, jak rzeczony Europejczyk nie jest „białym rasistą” bądź „islamofobem” szerzącym „mowę nienawiści”. Ale co ważniejsze, na dyskusji zebrali się ludzie, których główną pracą jest zaprzeczanie rzeczywistości. W ich świecie bronią przeciw terroryzmowi jest śmiech. Ołówek pokona każdą broń palną. Obecność wielkich, niezasymilowanych społeczności w krajach europejskich nie ma żadnego znaczenia, ponieważ wszelkie patologie można zaklinać za pomocą kilku obrazków – zupełnie jak w starej kreskówce „Zaczarowany ołówek”.

Jedyną komiczną (chociaż na sposób tragifarsy) cechą tego zebrania było przekonanie jego uczestników, że „Guardian” jest medium wspierającym swobodę wypowiedzi. Jest to bezwstydne kłamstwo – w Wielkiej Brytanii karykatury „Charlie Hebdo” byłyby niezgodne z obowiązującym prawem zabraniającym „mowy nienawiści” wobec jakiejkolwiek rasy, religii czy orientacji seksualnej, prawem, które „Guardian” w pełni popiera. Przypomnijmy także, że mówimy o medium, które udając czempiona swobody wypowiedzi rutynowo usuwa ze swojej strony internetowej komentarze będące w sprzeczności z obowiązującym światopoglądem. Po wydarzeniach takich, jak zamieszki w Londynie głównym komentarzem pod publikacjami na ten temat była powielana wielokrotnie informacja: „Komentarz został usunięty przez moderatora ponieważ narusza standardy społeczności”. Zatem cenzura jest dla „Guardiana” rzeczą oczywistą i pożądaną, jeśli ucisza tych, którzy się nie zgadzają z linią redakcji, bez względu na to, jak racjonalne argumenty by przedstawiali.

Przykładów na to, że „Guardian” nie wierzy w uczciwą debatę jest wiele, wystarczy podać tylko jeden, by zrozumieć w obszarze jakich tabu się poruszamy. Kiedy w roku 2007 laureat nagrody Nobla James Watson ujawnił swoje poglądy na temat ilorazu inteligencji osób czarnoskórych, na łamach gazety odbył się karnawał natrząsania z prawa do swobody wypowiedzi: „Jeżeli o nie chodzi, to prawo, to jest ono i musi być ograniczane. Nie mamy prawa do tego, by krzyczeć ‘pali się!’ w zatłoczonym teatrze lub by używać ‘mowy nienawiści’ – przynajmniej tak jest w Europie w przeciwieństwie do tego, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych”, pisano wtedy na łamach gazety. Po siedmiu latach, polityka „Guardiana” wobec wolności słowa nie zmieniła się, w niedawnym felietonie mogliśmy przeczytać: „Być może wyjaśnił tajemnice DNA, ale zasłużył na ostracyzm”. Przyznajmy, że brzmi to nieco dziwnie – bez względu na to, czy podzielamy zdanie profesora Watsona na temat inteligencji osób czarnoskórych, czy nie. Ze strony medium podającego się za otwarte i liberalne należałoby się spodziewać raczej zaproszenia do debaty niż ostracyzmu oraz racjonalnych argumentów zamiast cenzury.

Meandry wolności słowa

Rezultaty dyskusji zorganizowanej przez brytyjską gazetę nie mogą nikogo zaskoczyć. Wolność słowa jest „święta”, ale tylko wtedy, kiedy szanuje „świętości” współczesne – religia do nich nie należy, chyba że mamy do czynienia ze szczególnymi przypadkami chronionymi w ramach poprawności politycznej. Okazało się, iż tylko głupcy mogą wierzyć, że przyczyną paryskiej masakry był islam. Przecież, argumentowano, Baszar al-Assad, który wcale nie jest religijny robi w Syrii to samo. Innymi słowy, o ile wszelkie ataki na wolność słowa nie są motywowane religijnie, to żaden z nich nie jest. Najwyraźniej przydałby się tutaj podstawowy kurs logiki.

Jednak pomimo szumnych słów i marszy i deklaracji „Je suis Charlie” nie obserwujemy entuzjazmu pójścia w ślady „Charlie Hebdo”. Nikomu nie spieszy się do przedruku karykatur. Wręcz przeciwnie, okazało się, że wiele wiodących mediów wprowadziło zasady zakazujące ukazywania jakichkolwiek wizerunków Mahometa. Wśród nich znajdują się tak wpływowe media jak CNN czy BBC. Ignorując własną cenzurę „Guardian” natychmiast potępił Brytyjczyków, jako „największych tchórzy świata”. Ale już dyskusje prowadzone na antenie BBC były interesujące. Choćby ta, w której nie uczestniczył ani jeden biały Anglik i która wyraźnie nakreśliła kontury tego, co jest, a co nie jest dozwolone w ramach swobody wypowiedzi. Nie powinno zatem dziwić, że szef arabskiej stacji BBC nawołuje by zamachowców z Paryża nie nazywać terrorystami.

Jeden po drugim bojownicy o wolność słowa okazują się więc być malowanymi rycerzami. Duński dziennikarz Flemming Rose paradował po czerwonych dywanach w całej Europie po tym, jak jego gazeta „Jyllands-Posten” opublikowała karykatury Mahometa w 2005 roku. Za ten czyn muzułmanie nagrodzili go wyrokiem śmierci, ale Rose nie ugiął się wtedy pod presją. Niestety okazało się, że ten sam dziennikarz wpadł na pomysł opublikowania irańskich karykatur drwiących sobie z Holokaustu. Szefowie żurnalisty natychmiast uniemożliwili te zamierzenia i obrazki nigdy nie zostały opublikowane na łamach „Jyllands-Posten”. Flemming Rose dokonał słusznej samokrytyki a potem się okazało, że udał się na bezterminowy urlop, ponieważ najwyraźniej potrzebuje czasu, żeby zrozumieć co może, a co nigdy nie powinno być obiektem satyrycznych żartów. Zajęło mu to kilka miesięcy. Dzięki Gilad Atzmon wiemy też, że samo Charlie Hebdo” także uciekało się do cenzury na tle religijnym (nie chcąc obrazić żydów).

Kolejnym przykładem jest Indeks Cenzury (Index on Censorship), który poprzez swoją szefową Jodie Ginsberg gorąco apelował o przedruk obraźliwych karykatur. Najwyraźniej zanik pamięci spowodował brak jakichkolwiek dysonansów poznawczych czy wstydu, bowiem kiedy został zamordowany Theo Van Gogh za swój film „Poddanie” o przemocy wobec kobiet sankcjonowanej Koranem, Indeks Cenzury odmówił bronienia obrazu twierdząc, że sprzeciwia się „mowie nienawiści” z takim samym ferworem, z jakim broni swobody wypowiedzi.

Totalitaryzm przeciw religii

Jednak gładka powierzchnia obowiązującej narracji pęka i pojawiają się na niej coraz to nowe rysy. Niby chodzi o wolność słowa, ale jednak nie do końca. O stawienie czoła terroryzmowi, ale przecież nie można odciąć się od tak od teorii o uciskanych emigrantach. Jako bohaterów wciąż przedstawia się karykaturzystów, chociaż o wiele lepiej do miana męczennika za wielokulturowy sekularyzm nadawał się policjant Ahmed Merabet, który także zginął w czasie ataku. Dziwnym trafem motyw „Je suis Ahmed” się nie przyjął, a już na pewno nie został podchwycony przez media. Zauważyć wszakże należy, że ostrze krytyki skierowane jest wyłącznie w stronę tych, którzy odmawiają agresywnego wykorzystywania wolności słowa. Wynika to z nigdzie niewerbalizowanego założenia, że publikowanie jeszcze większej liczby jeszcze bardziej obraźliwych rysunków jeszcze bardziej bezpardonowo wyśmiewających wierzenia ludzi religijnych zapobiegnie wszystkim przyszłym nieszczęściom. Mamy tu do czynienia z totalitaryzmem antyreligijnym jeszcze bardziej ślepym niż to, co obserwujemy w krajach muzułmańskich, gdzie chrześcijaństwo jest niemal nielegalne. W nowej Europie wszelkie ekscesy religijne powinny być nielegalne – szkoda, że demiurgowie tego nowego świata nie zdają sobie sprawy, że na próżno będzie w nim można szukać pokoju, nie mówiąc już o takich drobiazgach jak zdrowe społeczeństwo czy prawdziwa wolność.

Wśród tych, którzy udają, że ich szaleńcza ideologia nie przyczyniła się do tego, co zaszło w Paryżu, byli nie tylko ludzie mediów, ale także politycy. Trudno by było o karykaturę, która odpowiednio mogłaby zobrazować to, czego świadkami byliśmy podczas sławetnego marszu. Zdjęcia, do których możni tego świata tak wdzięcznie pozowali nie tylko były ustawione pod publiczkę, ale sami ich bohaterowie mają na sumieniu poważne wykroczenia przeciwko wolności słowa, której rzekomo bronią. Wprawdzie przedstawiają się jako obrońcy demokracji, jednak bronią tylko swojej własnej potęgi – bez względu na koszty jej utrzymania. Te okazały się dla Europy i Europejczyków bardzo wysokie, ale przecież nie spłaciliśmy jeszcze do końca kredytu masowej imigracji i bezpardonowej sekularyzacji kontynentu. Wprost przeciwnie – odsetki wciąż rosną.

Monika Gabriela Bartoszewicz

Fot. REUTERS/Luke MacGregor/Forum

Źródło:   http://www.pch24.pl/islamska-agresja-i-zagubiony-zachod,33829,i.html , 2015-09-12

POLISH CLUB ONLINE, 2015.02.12

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci