Krzysztof Baliński: POLSKIE SPRAWY W POLSKIE RĘCE


Warszawska-Gazeta-logo

 

Durne wypowiedzi nie zdarzają się tylko Petru. Kilka tygodni temu Waszczykowski porównał Trybunał Konstytucyjny do irańskich ajatollahów, którzy „orzekają według własnego mniemania, co jest legalne, a co nie”. Być może wypowiedź taka w morzu innych, równie durnych przeszłaby bez echa, gdyby nie to, że w tym samym czasie w Iranie przebywała delegacja polskich przedsiębiorców. Waszczykowski był swego czasu ambasadorem w Teheranie, wie jak takie słowa odczytują Irańczycy i czym to się skończyło – w pierwszych dniach swego tam pobytu, w szerokim gronie dyplomatów rzekł: „nikt z was nie przebije mnie w proizraelskości”. Znany z niekontrolowanego gadulstwa, odpierając zarzuty Putina ws. tarczy antyrakietowej, użył argumentu: ten system ma bronić Europy przed atakiem z Iranu. Polska dyplomacja potrzebuje nie tylko nowej strategii, ale także kompetentnego ministra, fachowo posługującego się dyplomatycznym instrumentarium.

Kiedyś na Bliskim Wschodzie Polska miała silne aktywa, dobre kontakty, miliardowe kontrakty, ale prawie wszystkich się wyzbyła. Dziś ponosi tylko porażki. W miejsce strategii stosunków z tym regionem straszy ministrem z alergią na połowę świata, którego myślenie zdominował obraz Bliskiego Wschodu – siedliska muzułmańskich antysemitów i terrorystów. Iran, a wcześniej Persja to ważny kraj, w ważnym regionie świata. To państwo, które cieszyło się w Polsce szacunkiem, i z którym wiązały nas wspaniałe tradycje współpracy. Wczasie II wojny światowej znalazły w nim schronienie tysiące Polaków. Na początku br. USA i UE zniosły sankcje gospodarcze nałożone na Teheran, Iran wraca do międzynarodowej gry, a firmy zachodnie wracają do Iranu, intensywnie zabiegając o kontrakty handlowe. Także polski biznes uważa, że Iran ma szczególne znaczenie, że może być głównym partnerem w regionie. Polskie spółki zamierzają zainwestować 2 mld dolarów w eksploatację złóż gazu oraz wznowić import irańskiej ropy. Przekonane są, że w niedalekiej przyszłości obroty handlowe sięgną miliard dolarów. W maju gościł w Warszawie szef irańskiej dyplomacji Mohammed Dżawad Zarif. Towarzyszyła mu 60-osobowa delegacja biznesmenów. Większość Polaków uważa, że mamy nieudolnych polityków. To prawda, ale nie do końca. Nieudolność bywa często programowa. Nieudolność takiego Sikorskiego była porażająca, jednakże z punktu widzenia interesów jego mocodawców była niezwykle skuteczna, bo realizował ich interesy. A w tym intelekt ministra nie był potrzebny. Jaki to ma związek z Waszczykowskim? Odpowiedź zostawiamy czytelnikom.

I jeszcze jedno – są sytuacje w dyplomacji, w których docenia się mówienie, i są, w których docenia się milczenie.„Wielkie i poważne państwa odróżniają się od małych i niepoważnych tym, że swoją politykę opierają wyłącznie na interesach, a nie emocjach” – tak interes narodowy definiował Bismarck. Kłania się tu też Lord Palmerston, którego doktryna obowiązuje w Londynie, i to z dobrym skutkiem, do dziś: „Państwa nie mają wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko ich interesy i obowiązek ich ochrony”. Innymi słowy, w krajach poważnych naczelnym zadaniem dyplomacji jest realizacja interesów własnego państwa. Tymczasem u nas politycy unikają jak ognia dwóch słów – interes narodowy. Zostały one wręcz wyklęte, politykom przez gardło nie przechodzą, brzmią podejrzanie. Przemiany ustrojowe po ’89 tworzyły nadzieję, że nowe władze zdefiniują polski interes narodowy i będą myśleć jego kategoriami. Tak się nie stało. Interes narodowy padł ofiarą tych, którzy myślenie o interesach Polski zwalczali jako przejaw nacjonalizmu. Taki, dla przykładu, Bartoszewski zdefiniował go tak: „Polska to panna stara, brzydka i bez posagu”, a Polacy to „ciemniacy, którzy pisać i czytać nie potrafią”. I dał tym samym receptę na postępowanie wobec świata: ciemniacy i brzydka panna nie powinni obstawać przy obronie swoich interesów, lecz przymilać się innym. Kanonu polskiego interesu narodowego nie sformułowano nie tylko dlatego, że nie było woli podjęcia takiego wysiłku, ale dlatego, że nie było komu tego zrobić. Dyplomację wzięli bowiem w pacht ludzie wywodzący się z najbardziej antypolskich struktur, pozbawieni poczucia lojalności wobec kraju, których związek z polskością sprowadzał się do miejsca zamieszkania, a nawet gorzej – V kolumna świadomie wchodząca w układ z obcymi na szkodę RP. Skutki tego odczuwamy do dziś: nie potrafimy funkcjonować w świecie w sposób autonomiczny; nie wiemy, co służy nam, a co innym. Człowiekiem, który wyzwanie takie starał się podjąć (chociaż w sposób nieco nieudolny) był Lech Kaczyński. Ośmielił się nie zgodzić z opinią starego durnia o „pannie starej, brzydkiej”. Ale i on miał na tym polu wpadki. Jego wykładnia interesu narodowego była prosta: Żydzi mają przemożny wpływ na amerykańską politykę i jeśli zainteresujemy ich Polską, to ich interesy staną się interesem USA i uda się wyzwolić kraj z geopolitycznego przekleństwa. Innymi słowy – im więcej Żydów i ich interesów w Polsce, tym więcej Amerykanów i tym większe bezpieczeństwo Polski. Rozumowanie egzotyczne, bo Żydzi układają się bezpośrednio z naszymi sąsiadami, mają w Moskwie i Berlinie silne aktywa i wyrobiony oraz skuteczny nawyk układania się wyłącznie z silniejszymi. Taką filozofię opartą na miłości do jednego państwa, bez względu na polskie interesy, wyartykułował niegdyś w Jerozolimie w przemówieniu do weteranów (czyli dezerterów) armii Andersa: możecie być pewni, że niezależnie od sytuacji będziemy z wami. Tego rodzaju infantylne postawy obecne są i dzisiaj – Polska powinna stać u boku tego czy innego państwa niezależnie od tego, czy jej się to opłaca, czy nie. A co do Żydów, to bierzmy z nich przykład, i kalkulując dyplomatyczne posunięcia, wzorem żydowskiego handełsa pytajmy: Jaki ja mam w tym interes? albo Kto mi popilnuje interesu?

Scenariusz, w którym Ukraina jest porzucona przez Zachód, a Polska przygląda się temu z rozdziawioną gębę wydawał się koszmarem. Niestety, tak się właśnie dzieje. Z pewnością powiedzieć można – przegrała, i to z kretesem, Polska. Skąd chroniczna polska nieudolność odnalezienia się w międzynarodowej grze? Tam gdzie inni zadają pytanie, co z tego będziemy mieli, my pytamy: kto ma rację. Dziś za Ukrainę, poza Polską, a ściślej mówiąc politykami , nikt nie chce umierać. Nasi” dla Ukraińców są gotowi uczynić wszystko. ZarównoPiS, jak i ostro zwalczająca go opozycja w sprawach Ukrainy przemawiają jednym głosem. Drobne animozje wynikają jedynie w licytowaniu się, kto da więcej. Nie uderza ich przy tym, że takie same poglądy ma gazeta potomków funków Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, którzy Polakom krzywd wyrządzili nie mniej niż UPA. Na wszelkie pytania mają tylko jedną odpowiedź: bij Moskala. Oto próbka takiego myślenia: moglibyśmy grać rolę lidera w regionie, gdybyśmy powiedzieli Ukraińcom: Putin oferował wam 20 mld euro, my na razie dajemy 2 czy 3, ale wkrótce uzbieramy więcej. Na całego w tej sprawie poszedł doradca Waszczykowskiego o długim nazwisku i równie długim wąsie. Na zarzut, iż Ukraina nigdy nie zwróci nam 4-miliardowego kredytu, odparł: Powstrzymanie Rosji musi kosztować. Odda, nie odda – warto zainwestować. Poza kredytem, Rosję powstrzymują sankcjami, ale o jednym nie pomyśleli – Niemcy ustawili nas w roli jedynego kraju walczącego o sankcje, których sami nie egzekwują. Wychodzimy na świrów. Dla Waszczykowskiego sensem istnienia Polski jest bycie przeciwnikiem Moskwy, a to oznacza, że Polska nie ma żadnych swoich interesów na Wschodzie, że jej powołaniem jest przysparzania szkody innym zamiast dobra Polsce oraz dbania o własne fobie.

Powinniśmy wspierać unijne aspiracje Ankary po ukraińskiej lekcji (…) Polska i Turcja mają szereg wspólnych interesów, są zaniepokojone wzrostem ekspansjonizmu rosyjskiego – tyle Waszczykowski. A tyle my: Europa przeżywa głęboki kryzys tożsamości. Bruksela prowadzi aktywną politykę destrukcji państw narodowych i chrześcijaństwa, trendy te pogłębia inwazja muzułmańskich imigrantów, a wprowadzenie do takiego osłabionego organizmu dynamicznej demograficznie i religijnie Turcji oznacza jego zupełny rozkład. Waszczykowski zataił, że na rzecz Turcji lobbuje pod naciskiem Waszyngtonu, co jest postawą satelicką, niegodną ministra suwerennego państwa, niebudującą powagi Polski na arenie międzynarodowej. Waszczykowski i jego doradcy mówią też: My Polacy, mamy wobec Turków zobowiązania historyczne i moralne, a nasi przodkowie walczyli u boku Turków przeciwko Rosji w wojnie krymskiej. Ale nie mówią o tym, że Polska broniła chrześcijańskiej Europy przed tureckimi hordami, że Turcja dokonała masowych mordów na chrześcijańskich Ormianach i Grekach i że okupuje połowę chrześcijańskiego Cypru. Nie mówią też, dlaczego by nie przyjąć do UE Afganistanu, który dał łupnia Ruskim, i Arabii Saudyjskiej która dozbraja Czeczeńców, czy Chiny za nękanie ruskich nad Amurem! Z troską pochylają się nad losem Krymskich Tatarów, bo ich wrogami są Rosjanie. A nam kojarzą się z łupieżczymi najazdami, Legnicą i z azjatycką dziczą.

 

  • Cały artykuł możesz przeczyta w tygodniku „Warszawska gazeta” – nr. 24 (450) z 17-23 czerwca 2016.

 

Krzysztof Baliński  

 

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2, 2016.06.07

Avatar

Autor: Krzysztof Baliński