17 września 1939 roku słońce zgasło nad Horyniem


17 września mija kolejna rocznica napaści Rosji Sowieckiej na Polskę.

Wpis poniższy poświęcam wspaniałemu, skromnemu człowiekowi z którego doświadczeń życiowych i rad miałem zaszczyt korzystać w swojej społecznej działalności w Domu Polskim w San Francisco. W tamtym czasie rocznica 17 września 1939 roku była niejako zarezerwowana dla Pana Józefa Pętkowskiego, który jako siedemnastolatek wszedł do II wojny światowej, a w zasadzie dostał się do niewoli sowieckiej na granicy wschodnich rubieży Rzeczpospolitej. Kiedy szukałem w internecie ciekawostek o przebiegu działań na wschodniej granicy zasmuciła mnie wiadomość, że na wiosnę,

5 kwietnia 2016 roku odszedł od nas na Wieczną Wartę

Ś.P. JÓZEF PĘTKOWSKI.

Cześć Jego Pamięci!

Wcześniej, 1 września 1939 roku Niemcy zaatakowali Polskę od zachodu. Sowieci łamiąc pakt o nieagresji skorzystali z okazji uderzając na nasze wschodnie tereny. Naocznym świadkiem tamtych wydarzeń był podchorąży Józef Pętkowski. Wychowany w wojskowej rodzinie, jego ojciec, podpułkownik dyplomowany był ostatnim dowódcą 19 Pułku Ułanów Wołyńskich, zginął w Starobielsku.      Waldemar Głodek, PCO

 

*     *     *

 

Gdy rozpoczęła się II Wojna Światowa miałem 17 lat. 17, września 1939 roku, razem z garstką żołnierzy 19. Pułku Ułanów dostałem sie w Ostrogu nad Horyniem do niewoli sowieckiej i zaczęły się moje wojenne wędrówki, które zakończyły się sześć lat później we Włoszech. To, co przeżyłem w latach wojny i co wtedy przesunęło się przed moimi oczym, jest treścią tej książki…napisał Józef Pętkowski w przedmowie do “17 września 1939 roku słońce zgasło nad Horyniem – wspomnienia lwowskiego kadeta”.                      

17. września obudził mnie łoskot gąsiennic jadących czołgów. Świtało. Była godzina 5 rano. Wyskoczyłem na balkon. Po drugiej stronie obrośniętego krzakami parkanu jechały czołgi. Czym prędzej ubrałem się. Mieszkanie puste. Matka musiała wyjść, dowiedzieć się, co się dzieje, nie budząc mnie. Wybiegłem z domu w kierunku na wartownię. Zdawało mi się, że tam było moje miejsce, że tam będę mógł dowiedzieć się czegoś konkretnego.

Zrobiłem to bez chwili wahania, jakby pod nakazem jakiejś niewidzialnej siły, nakazem, od którego nie było odwołania, a który zadecydował o całym moim życiu.

Kolumna czołgów jechała ulicą wzdłuż koszar i nie zatrzymując się przy bramie jechała dalej w kierunku Dubna. Biegnąc zobaczyłem czerwone gwiazdy na czołgach.

Na wartowni kilku ułanów, podoficer – dowódca warty rozmawiał z kimś przez telefon. Skończył rozmowę i zwracając się do swoich ułanów powiedział, że oddziały sowieckie przekraczają granicę i w razie ich wkroczenia na teren koszar ma rozkaz nie stawiać oporu. Rozkaz dostał od dowódcy KOP-u w Ostrogu. Rozkaz ten później był dwukrotnie zmieniany. Przypomniałem sobie ułana woźnicę i pobiegłem do stajni. Konie spokojnie skubały siano, a obok na wiązce słomy, z karabinem przy boku spał ułan. Zerwał się, gdy go szarpnąłem, i chwycił za karabin. Powiedziałem mu, że czołgi sowieckie jadą przez Ostróg. Najpierw napoił konie, potem razem poszliśmy na wartownię.

Przed bramą koło wartowni zebrała się grupa naszych żołnierzy i kilku oficerów rezerwy, którzy przyjechali do Ostroga, do mającego tu powstać Ośrodka Zapasowego Brygady Kawalerii.

Czołgi jechały nadal. Siedzący na czołgach żołnierze sowieccy machali do nas rękoma. Zaczęły jechać samochody z wojskiem i maszerować kolumny piechoty. Wyglądały różnie. Jedne oddziały prezentowały się dobrze, inne wyglądały jak gromady dopiero co zebranych ludzi, wielu żołnierzy z karabinami na sznurku. Kawaleria na mizernych, wychudzonych koniach. Wszyscy wyglądali zmęczeni, jakby po długim marszu, i wszyscy w pośpiechu.

Major Gąsiorowski, który przed paru dniami przyjechał do Ostroga, podszedł do jadącego konno dowódcy maszerującej kolumny piechody i zawołał: “Na kogo wy idziecie?”, na co tamten odkrzyknął: “Na wsiech kto nam po drodze!”. Wkrótce major poszedł do dowództwa batalinou K.O.P.-u, które było niedaleko koszar ułańskich na tej samej ulicy.

Jak zahipnotyzowani wydarzeniami, które spadły na nas niespodziewanie, staliśmy patrząc na tę lawinę obcych ludzi, która płynęła szeroką ulicą. Wkroczenie armii sowieckiej było dla nas gromem z jasnego nieba, którego nikt się nie spodziewał. Polska walczyła z Niemcami, a nie ze Związkiem Sowieckim, z którym miała akt o nieagresji. W tych pierwszych chwilach zaczynającego się dnia panowała konsternacja, zaskoczenie tym, co się stało, na usta cisnęły się pytania, na które nikt nie potrafił odpowiedzieć, nie było czasu zastanawiać się co robić, działały jedynie odruchy. Byliśmy jak ludzie którzy wyrwani ze snu, nagle widzą, że są w pułapce.

Na wartownię przyszła moja matka. Domyśliła się, że mogłem tam być. Matka prosiła mnie, abym wrócił do domu i przebrał się w ubranie cywilne. Była to dla mnie propozycja nie do przyjęcia. Widząc mój upór matka pożegnała się ze mną i ze łzami w oczach powiedziała: “Niech Bóg ma cię w swojej opiece.” Gdy po osiemnastu latach spotkaliśmy się, dowiedziałem się od niej, że musiała wówczas wracać do domu, aby spalić papiery ojca. Ojciec przed wyjazdem zostawił w biurku plik papierów z poleceniami, ale w wypadku nieprzewidzianych wydarzeń, gdyby groziło, że wpadna w obce ręce, spalić je.

Tymczasem zrobił się dzień. Piękna pogoda, niebo bez chmur, jak wszystkie dni od pierwszego dnia wojny. Nad miastem ukazały się dwa polskie samoloty typu “Karaś”. Leciały nisko, widać było wyraźnie sylwetki pilotów. Momentalnie rozległ się gwałtowny ogień broni maszynowej i dział przeciwlotniczych. Całe niebo w pękach rozrywających się pocisków. Samoloty przeleciały nad koszarami, zatoczyły łuk nad miastem i nietknięte odleciały na zachód. Ten epizot, który ujawnił intencje wkraczającej armii, ocknął mnie. Postanowiłem jeszcze raz wstąpić na wartownię, a potem zdecydować, co robić dalej. Ale teraz było już za późno na racjonalne decyzje. Gdy rozmawiałem z dowódcą warty, ktoś krzyknął z korytarza, że rozbrajają wartownika przy bramie. Wyszliśmy na zewnątrz. Od bramy podchodziło do nas kilku oficerów sowieckich z pistoletami w dłoniach. Jeden z nich krzyknął: “zdawaj orużje” (oddawaj broń). Równocześnie z drugiej strony koszarowego placu wyskoczył zza budynku oddział z karabinami, na których osadzone były długie, cienkie bagnety skierowane na nas. Stało się!

Rozbrojenie kilkunastu ułanów nie trwało długo. Po chwili, ustawieni dwójkami, otoczeni przez żołnierzy sowieckich, poprowadzeni zostaliśmy do miasta. Zatrzymali nas przed koszarami KOP-u. O kilka kroków obok zobaczyłem olbrzymią kałużę krwi. Przebiegło mi przez głowę, że będą nas mordować. Zrobiło mi się madło w gardle i poczułem całą moją beznadziejność wobec tego, co działo się wokół mnie.

Jakiś młody oficer sowiecki podszedł do nas, spisał nasze nazwiska i poprowadzeni zostaliśmy przez miasto w kierunku granicy. Po obu stronach ulicy, którą nas prowadzono, stały grupki osłupiałych Poaków. Dwie młode dziewczyny patrzyły na nas, łzy leciały im z oczu.

W tym czasie cału Ostróg zatłoczony był oddziałami sowieckimi. Wydawało się, że byli wszędzie. Ulice pełne piechoty, na rynku artyleria, karmino konie zaprzężone do armat.

Przeszliśmy most na granicznej rzece (Wilia, dopływ Horynia) i znależliśmy się po sowieckiej stronie. Dookoła, jak okiem sięgnąć, masy wojsk. Na Ostróg bez przerwy sunęła lawina ludzi, czołgów, armat. Zatrzymano nas przy strażnicy, gdzie stała już rozbrojona grupa oficerów i żołnierzy KOP-u. Po południu otoczeni sowieckimi żołnierzami ruszyliśmy dalej. Piaszczysta droga prowadziła przez sosnowe lasy, w których obozowały oddziały Czerwonej Armii. Minęliśmy długą kolumnę artylerii i wyszliśmy na otwarte pole. Było gorąco, słońce prażyło, ale od wschodu niebo zaczęło się zaciągać ciemnymi chmurami i błyskało.Nadciągała burza. Przyszła do nas szybko, zaczął padać deszcz, coraz bliżej trzaskały pioruny, zrobił się półmrok. W oddali na wzgórzu widać było Ostróg – jeszcze w płomieniach zachodzącego słońca. Kończył się dzień 17 września pamiętnego 1939 roku….

Józef Pętkowski, “17 września 1939 roku słońce zgasło nad Horyniem – wspomnienia lwowskiego kadeta”. Wydano nakładem autora. Drukarnia Ojców Franciszkanów w Niepokalanowie, 1998.

http://www.ulan-wolynski.org.pl/biuletyn25.html

 

 *     *     *

 

POŻEGNANIE PANA JÓZEFA PĘTKOWSKIEGO

Włodzimierz Majdewicz

 

Józef Pętkowski
Józef Pętkowski

W dniu 5.04.2016 roku zmarł w wieku 93 lat mieszkający San Jose w Californii Pan Józef Pętkowski. Był synem ppłk. dypl. kawalerii Józefa Pętkowskiego ostatniego dowódcy 19 Pułku Ułanów Wołyńskich. Przed wybuchem wojny mieszkał we Lwowie był kadetem w Korpusie Kadetów Nr 1 Marszalka Józefa Piłsudskiego. Rankiem 17 września 1939 roku W Ostrogu wraz z garstką przebywających na terenie koszar żołnierzy 19 Pułku Ułanów Wołyńskich 17 letni kadet Józef Pętkowski został wzięty do sowieckiej niewoli. Przez dwa miesiące był wieziony w Kozielsku. Pewnego dnia nastąpiło wydarzenie, dzięki któremu ocalał. Ta scena została opisana w wydanych prze Józefa Pętkowskiego w 1998 roku wspomnieniach. Książce tej autor nadał znamienny tytuł „17 września 1939 roku SŁOŃCE ZGASŁO NAD HORYNIEM”. ” W wyznaczonym dniu stanęliśmy wszyscy na zbiórce przed sowimi budynkami. Kliku oficerów sowieckich podeszło do nas z zapytaniem, czy są tu jacyś szeregowi z zachodniej Ukrainy, a ponieważ nikt się nie odezwał, zaczęli odchodzić. Wówczas mjr. Gąsiewicz, obok którego stałem, krzyknął po rosyjsku: „Tutaj jest jeden młody chłopak!” i równocześnie z kilku innymi zaczął przynaglać mnie, abym wystąpił, co też zrobiłem. Oficerowie sowieccy spojrzeli na mnie z góry na dół i kazali iść ze sobą.
Nie wiedziałem wówczas, że być może mjr. Gąsiewicz i inni, obok których stałem, a którzy wypychali mnie z szeregu, uratowali mi życie. Ich wszystkich czkała gehenna.” Potem była katorżnicza praca w kopalni rudy żelaza im. Frunze w rejonie przemysłowo górniczym Krzywego Rogu. Potem był Kotłas, budowa torów kolei do Workuty, karczowanie tajgi i prace ziemne na Dalekiej Północy o głodzie często w olbrzymim mrozie w skrajnym wyczerpaniu na granicy śmierci.
Po kilkudniowym transporcie koleją na południe Rosji dotarł do Taiszczewa tam 5 września 1941 roku po raz pierwszy zobaczył gen. Władysława Andersa. Rozpoczęła się organizacja oddziałów. Józef Pętkowski rozpoczął żołnierską służbę w 5 Pułku Artylerii Lekkiej. W listopadzie 1941 roku zgłosił się do Szkoły Podchorążych Piechoty przy 5 Dywizji. W styczniu 1942 roku transportowano koleją do Kirgistanu w okolice Dżałał-Abad. Po ukończeniu Szkoły podchorąży Józef Pętkowski służył w dywizjonie rozpoznawczym. W dywizjonie obowiązywały tradycje kawaleryjskie, dowódcą był ppłk. dypl. Emil Gruszecki. Po atakach choroby tropikalnej dotarł statkiem z Krasnowodzka do portu Phlewi w Iranie.
Po latach napisał „Wyjazd z Sowietów był dla nas wielkim przełomem. Zamykaliśmy rozdział życia, który zaczął się 17 września 1939 roku zdradzieckim napadem Sowietów na Polskę in prowadził przez obozy jenieckie, kopalnie, łagry Północy wywiezienie setek tysięcy ludności polskiej do odległych zakątków Azji, prowadził przez głód, poniewierkę i śmierć tysięcy Polaków.”
W Iraku w ramach reorganizacji dywizjon rozpoznawczy został przeformowany w 5 Pułk Artylerii Przeciwpancernej. Rozpoczął się długi okres intensywnych, mozolnych ćwiczeń w pustynnych warunkach i upale. W sierpniu 1943 roku, po rocznym pobycie na pustyni w Iraku przesunięto do Palestyny. Po kolejnym ostrym nawrocie malarii Józef Pętkowski przebywał w szpitalu.
Gdy wrócił do zdrowia, ruszył w ślad za swym walczącym już we Włoszech Pułkiem. Po pięciu dniach rejsu polskim statkiem „Batory”, który był jednym z pięciu transportowców w konwoju w raz z innymi żołnierzami alianckimi przypłynął do włoskiego portu Taranto. Dotarł do swojego Pułku i otrzymał przydział do 2 Dywizjonu. W walkach pod Piage został ranny. Potem dowodził 3 baterią w 1 Dywizjonie. W czasie ciężkich walk nad rzeką Senio został awansowany na podporucznika. Na czele swej baterii w ramach ofensywy na Bolonię walczył nad rzeką Saterno, walczył pod Corticella i wielu innych miejscach. Za okazane na polu walki męstwo por. Józef Pętkowski odznaczony został Krzyżem Walecznych. Gdy skończyły się działania wojenne. 5 Pułk Artylerii Przeciwpancernej kwaterował w podgórskim miasteczku Bertinoro później w Cervii nad Adriatykiem w pobliżu Rawenny. Latem 1946 roku 2 Korpus przewieziono do Wielkiej Brytanii tam wkrótce nastąpiła demobilizacja.
Przez kilka lat Józef Pętkowski mieszkał w Anglii. Od 1951 żył na emigracji w Stanach Zjednoczonych. Po latach nawiązał kontakt z rtm. Włodzimierzem Bernardem. Był Członkiem Honorowym Stowarzyszenia Rodzina 19 Pułku Ułanów Wołyńskich. Współpracował z redakcją „Ułana Wołyńskiego”. Mimo rzadkich wizyt w Polsce utrzymywał z nami kontakt telefoniczny i korespondencyjny, przekazywał wspomnienia i unikalne materiały, min. unikalną relację por. Chomicza o ostatniej fazie walk 19 Pułku Ułanów we wrześniu 1939 roku. Interesował się aktualną sytuacją w kraju. Tęsknił do Ojczyzny. W różnych formach w istotny sposób wspierał działalność statutową naszego Stowarzyszenia. Odszedł bohaterski żołnierz, patriota, autorytet i serdeczny przyjaciel. Odejście Pana Józefa Pętkowskiego na wieczną wędrówkę to dla nas wielka strata. W wielu rozmowach podkreślał konieczność pamięci o zbrodni w Katyniu. Pamięć o Jego Ojcu dowódcy 19 Pułku Ułanów i wszystkich spoczywających w Katyniu to nasz wielki obowiązek.

Włodzimierz Majdewicz

 

  • Na zdjęciu tytułowym witraż z Kościoła Matki Boskiej Wspomożycielki Wiernych w Warszawie nawiązujący do Odznaki turystycznej PTTK „Szlakiem 19 Pułku Ułanów Wołyńskich”.

 

Źródło: Ułan Wołyński – Nr 58 z kwietnia 2016 roku.

 

Przeczytaj również:  

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2, 2016.09.17 / Aktualizacja 2016.11.24

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek