Grzegorz Kucharczyk: Nowe oblicze ekumenizmu


polonia-christiana-logo

 

Nie przebrzmiały jeszcze echa papieskiej wizyty w Lund, a już mamy kolejny krok w kierunku ekumenizmu i wzajemnego ubogacenia się. Na czym ma polegać nowy, subtelniejszy rodzaj ekumenicznej wrażliwości? Jak zawsze w tego typu przypadkach w awangardzie są nasi zachodni sąsiedzi, którzy słowem i czynem odpowiadają: zgodnie i ekumenicznie, my, chrześcijanie ponad podziałami, wypieramy się wspólnie znaku krzyża, by tak ubogaceni, tym lepiej wyjść naprzeciw duchowej wrażliwości naszych braci muzułmanów.

Aberracja? Humbug? Niestety rzeczywistość. Podczas odbytej w połowie października wspólnej, ekumenicznej pielgrzymki do Ziemi Świętej (w ramach wspólnych, katolickich – ewangelickich obchodów rocznicy protestanckiej reformacji) przewodniczący Konferencji Episkopatu Niemiec kardynał Reinhard Marx oraz prezydent konferencji Kościołów Ewangelickich w Niemczech (EKD) Heinrich Bedford – Strohm odwiedzili Wzgórze Świątynne w Jerozolimie, na którym stoją dzisiaj dwa wielkie meczety: Al–Aksa (Na Skale) i meczet Omara. Nietrudno było zauważyć na zdjęciach dokumentujących wizytę, że obydwaj reprezentanci największych wspólnot chrześcijańskich w Niemczech nie mają na piersiach swoich krzyży.

Sposób tłumaczenia tej decyzji o zdjęciu znaku Męki Chrystusowej w mieście, w którym Ona dokonała się jest dowodem jak bardzo do przodu poszedł dialog ekumeniczny nad Renem. Tabory wiary dawno zostały w tyle, a obydwa Kościoły komunikiem zbliżają się do przepaści. Zarówno strona ewangelicka jak i katolicka zgodnie bowiem wyjaśniały, że chodziło o to, by „nie ranić uczuć religijnych muzułmanów”. W odpowiedzi na falę krytyki, która przetoczyła się w prasie niemieckiej rzecznik konferencji episkopatu Niemiec Matthias Kopp 4 listopada deklarował: „Goście z Niemiec dali wyraźnie do zrozumienia: uważamy się tutaj za gości. Nasza wizyta odbywa się bez jakichkolwiek postulatów, które by mogły być obciążeniem dla i tak trudnej i napiętej sytuacji [w Jerozolimie]. Ekumeniczna delegacja wysłała w ten sposób jasny sygnał do stron konfliktu w Jerozolimie i na Bliskim Wschodzie: pokój jest możliwy do osiągnięcia tylko dzięki szacunkowi, mądrości, roztropności i pokorze”. Zdjęcie krzyża było więc „gestem powściągliwości” (eine Geste der Zurückhaltung).

Tego typu wyjaśnienia w niczym nie odbiegają od tłumaczenia zaprezentowanego przez stronę ewangelicką. 28 października Heinrich Bedford – Strohm tłumaczył dziennikarzom na konferencji prasowej, że zdjęcie krzyża z piersi „traktuje za normalny przypadek”, ponieważ „w tej szczególnej sytuacji panującej w Jerozolimie, byłoby czymś niewłaściwym niespełnienie życzeń naszych muzułmańskich gospodarzy”.

Sprawa więc wygląda mniej więcej tak: chrześcijanie – i to dość ważni – z Niemiec przybywają do Jerozolimy, do miasta, gdzie na krzyżu umarł Zbawiciel, odwiedzają miejsce, gdzie jest stuprocentowo pewne, że On tam bywał (Wzgórze Świątynne) i w geście powściągliwości, by nie drażnić tych, którzy nie wierzą w Chrystusa, w zbawczą moc Jego Męki zdejmują Jej znak. Bo są inne priorytety. Teraz w nowej wrażliwości ekumenicznej, koniecznie wiodącej do wzajemnego ubogacania się, nie chodzi o głoszenie/świadczenie Prawdy. Priorytetem jest pokój i stabilizacja. Z powodu tak ustalonych priorytetów obydwa Kościoły programowo i wspólnie wyrzekają się misji ewangelizacyjnej wśród imigrantów (w większości nie wierzących w Chrystusa) przybywających do Niemiec, a całkiem niedawno ich ważni reprezentanci zdjęli krzyż.

Bo to ma być chrześcijaństwo bez krzyża. Skandaliczny (w dosłownym tego słowa rozumieniu) gest kardynała (księcia Kościoła!) Marxa i jego ewangelickiego partnera w ekumenicznym dialogu wpisuje się w obserwowaną przynajmniej od czasów synodu biskupów ds. rodziny ofensywy „radosnego chrześcijaństwa”. Wstrzemięźliwość małżonków żyjących w ponownych, cywilnych związkach? W żadnym wypadku. Przecież co rusz kardynał Marx, Kasper i inni promotorzy „zmiany paradygmatu Kościoła” wyjaśniali i wyjaśniają, że sensem Ewangelii jest radość, a nie „znęcanie się nad człowiekiem”. O krzyżu wspominają zaś  tylko „konserwatywni rygoryści”, na równi jednostronni jak „niepoprawni progresiści” (cyt. za kardynałem Kasperem). W dawnych wiekach cywilizacji christianitas (była taka) pokolenia chrześcijan chlubiły się, że zdążając ze zbrojnymi pielgrzymkami do Jerozolimy „brały krzyż”. Dzisiaj dzięki pogłębionemu dialogowi ekumenicznemu wiodącemu do wzajemnego ubogacenia się wiemy, że w Jerozolimie krzyż należy zdjąć. Bo są ważniejsze sprawy.

Co ciekawe, incydent w Jerozolimie wywołał w Niemczech równie ekumeniczną krytykę. Do konferencji episkopatu Niemiec napłynęło sporo mailów od wierzących w Chrystusa (a nie przede wszystkim w pokój i stabilizację) katolików. Oburzyły się również tabloidy. Największy z nich „Bild” zamieścił – w duchu ekumenicznej wrażliwości – krytyczny komentarz żydowskiego historyka Michaela Wolffsohna, który odnosząc się do zachowania kardynała Marxa i prezydenta EKD napisał: „widocznie pod pojęciem tolerancji rozumieją oni coś zbliżonego do poddania się”.

Dożyliśmy przedziwnych czasów, gdy żydowski autor wyrzuca chrześcijanom (w tym kardynałowi Świętego Kościoła rzymskiego) „wyparcie się po prostu chrześcijańskiego symbolu” i zachowanie „bardziej papieskie od papieża”, przypominając w tym kontekście, że w 2006 roku Benedykt XVI odwiedzając Błękitny Meczet w Stambule krzyża nie zdjął.

Z kolei Miriam Hollstein na łamach „Bil dam Sonntag” (6 listopada) w komentarzu pod tytułem „Nie odkładajcie krzyża!” zauważa, że „czymś jeszcze bardziej niezrozumiałym jest fakt, że obydwaj reprezentanci Kościołów niemieckich zdjęli swoje krzyże podczas wizyty na Wzgórzu Świątynnym – na prośbę swoich muzułmańskich gospodarzy. Jako znak szacunku. Dla mnie jest to fałszywy znak. W Jerozolimie Jezus przyjął na siebie krzyż. Jego naśladowcy w tym samym miejscu krzyż odłożyli”.

Odezwał się również „Der Spiegel”, którego trudno przecież podejrzewać o „religijny fundamentalizm” i „konserwatywny rygoryzm”. A tymczasem w najnowszym wydaniu tego lewicowego tygodnika jego redaktor (Jan Fleischhauer) w komentarzu „Chrześcijaństwo oraz islam – poddanie”, nieprzypadkowo w swoim tytule nawiązującym do głośnej książki M. Houllebecqa, pisze: „Czym jak nie wyparciem się wiary należy nazwać sytuację, gdy dwaj ważni reprezentanci chrześcijaństwa podczas pielgrzymki, mając na względzie wrażliwość muzułmanów, zdejmują swoje krzyże? W historii chrześcijaństwa wielu ludzi umarło za to, że odrzucili właśnie takie postępowanie. Można to nazwać czymś nierozsądnym lub uporem, ale w kościołach są oni dzisiaj czczeni jako święci i męczennicy. Tak to już jest z wiarą: wiernym imponuje stałość, a nie kapitulacja przed obcymi potęgami”. Na koniec J. Fleischhauer przypomina, że inkryminowany gest „przypada w czasie, gdy dla chrześcijan w wielu krajach wyznawanie wiary nie było wcześniej tak niebezpieczne, jak teraz”.

No cóż. Znając modus operandi ekumenicznego przemysłu należy się niebawem spodziewać wspólnej deklaracji katolicko-ewangelicko-muzułmańskiej na temat krzyża w świecie współczesnym, w świetle potrzeb współczesnego człowieka.

Tylko, że On mówi: „Kto chce iść za mną….” i ostrzega: „Kto się wyprze Syna Człowieczego….”.

 

Grzegorz Kucharczyk
Źródło: Polonia Christiana, 13 listopada 2016

 

  • Na zdjęciu tytułowym: Zbliżenie ewangielicko-katolickie, pezydent ewangelików Heinrich Bedford-Strohm i kardynał Reinhard Marx. Fot. Picture-Alliance/DW, F. von Erichsen. Źródło: dw.com, 21.04.2016

 

Więcej artykułów prof. Grzegorza Kucharczyka na naszym portalu  >   >   >   TUTAJ.

 

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2

, 2016.11.13

Related posts

Top