Pink Panther: John Sack, Mąka, Łuszczyna i NKWD czyli kto męczył Niemców po wojnie.


Kiedy w grudniu 2016 r. zapadł wyrok skazujący niemiecką stację ZDF za bezpodstawne używanie nazwy „polskie obozy koncentracyjne” z oskarżenia Pana Karola Tendery Polaka i Więźnia niemieckich obozów koncentracyjnych znane z troski o dobre imię polski wydawnictwo o nazwie Znak Horyzont być może już otrzymało z drukarni jeszcze gorące dzieło o ambicjach popularno naukowych autorstwa pana Marka Łuszczyny.

Dzieło nosi tytuł „Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne” i jest dowodem, że pewne środowiska i ich sponsorzy wiedzą doskonale, że przegranie jednej bitwy nie musi oznaczać przegrania wojny. I skoro przebrzydły PiS odgraża się,  że wdroży ustawę zakazującą posługiwania się w sposób nieuprawniony i szkalujący Polskę i Polaków termin „polskie obozy koncentracyjne”, to skoro ten termin jest taki „poręczny” w różnych bataliach wizerunkowych przeciwko Polakom, to można go użyć w innych okolicznościach przyrody.

I kiedy toczył się proces z powództwa Pana Karola Tendery wspieranego przez wielu ludzi dobrej woli a nawet Rzecznika Praw Obywatelskich – już szykowali kolejny atak.

Robota została zlecona facetowi, w którego lansowanie zainwestowano sporo papieru i medialnego czasu już przy okazji jego dwóch pierwszych „dzieł niemal historycznych” a w istocie raczej prymitywnej politgramoty w stylu tabloidu Fakt: panu Markowi Łuszczynie.

Jeśli chodzi o te poprzednie dzieła, to mam na sumieniu wydanie kasy na pierwszy tytuł: „Igły. Zimne Polki , które zmieniły historię”. Tytuł rzucający na kolana a tytuły niektórych rozdziałów nawet bardziej. Np. „Kawa z papieżem Hitlera. Opowieść o Marii Sapieżynie”.  Inne rozdziały były mniej rzucające o ścianę ale niewiele mniej. Natomiast są przeraźliwie banalne i oczywiście autor za nic nie był w stanie udowodnić, że któraś z tych kobiet zamieszanych w wojny wywiadów w jakikolwiek sposób „zmieniła historię”. W dodatku w tytule zawarte są dwie wredne sugestie. Użycie nazwy „Igły” ma się zapewne kojarzyć z bestsellerem Kena Folletta pt. „The Eye of The Needle”, której bohaterem jest bezwzględny morderca i szpieg niemiecki w czasie Blitzu – niejaki Henry Faber, który miał ksywę „Die Nadel” czyli „Igła”. Facet mordował beznamiętnie uciekając przez skromnym brytyjskim policjantem aż się nadział na młodą Angielkę, z którą się nawet przespał ale ona go przejrzała i zastrzeliła jak psa. W filmie sensacyjnym ogląda się to świetnie a Donald Sutherland zrobił z tego szpiona wyjątkowo odrażającą postać.
No i wydawnictwo PWN rzuca w roku 2013 książkę, której tytuł jakoś tak dziwnie ma kojarzyć wspaniałe, szlachetne i odważne Patriotki Polskie jak „cichociemną” gen. Zawacką „Zo” czy agentkę polskiego wywiadu na Niemcy – studentkę panią prof. Głąb/Glomb – Szwarc albo arystokratkę Klementynę Mańkowską z organizacji „Muszkieterzy” – z niemieckim mordercą i nieudanym szpiegiem.  To takie nieprzyjemne odkrycie już na etapie tytułu. Potem jest jeszcze gorzej, bo do grona najodważniejszych i godnych Polek Patriotek, pan Łuszczyna upchnął różne podejrzane figury, nie dość, że nie będące Polkami, to jeszcze należące raczej do gatunku awanturnic kręcących się „koło szpiegowania” – dla kasy. W ten sposób wylądowały w książce i niemiecka arystokratka Benita von Falkenhayn, której rodzina gwałtownie zubożała po I WW a zdemobilizowany niemiecki mąż, utrzymujący żonę pracą na wyścigach, spadł z konia, połamał się i zaczęła się zwyczajna nędza.  Pani Benita zaczęła się gwałtownie rozglądać za jakimiś dochodami i na jej drodze stanął słynny kapitan Sosnowski, chłopak jak malowanie i w dodatku dysponujący sporymi budżetami jako polski szpieg. Pani Benita zdążyła się rozwieść z pierwszym mężem i wyjść za jakiegoś wynalazcę, co  bardzo zwiększyło jej wartość na rynku szpiegowskim. Faktem jest, że pozostawała w kontakcie z uwodzicielskim kapitanem, ale nie była ostrożna i skończyło się to dla niej ścięciem toporem. Wraz z nieostrożną koleżanką.

Jakby czytelnikom było mało opowieści o rzekomej miłości Iana Fleminga do Krystyny Skarbek (dla Anglików – Christine Granville) podpieranej źródłami w postaci powieści Casino Royale, to wcisnął do książki o „zimnych Polkach” jakąś wesolutką Węgierkę a  może Żydówkę węgierską ( w każdym razie córkę Ferenza) pannę Malwinę Gertler, której kwity zostały gdzieś tak koło roku 2008 nagle rzucone do Internetu przez brytyjskie służby i jej życiorys w formie dwóch akapitów powtórzono nawet po turecku i rosyjsku.  Te dwa akapity to informacja o tym, iż panna Gertler „uciekła z Polski w 1937 do Anglii”. Czyli musowo Żydówka uciekająca przed polskimi antysemitami już w 1937. W Londynie spotkała brytyjskiego lorda bez grosza i nagle na scenę wyszedł prawdziwy szpon a prywatnie „sponsor panny Gertler” czyli pan Edward Stalislas Weisblat , polski Żyd, który właśnie dorobił się bajecznej fortuny na dostarczaniu broni dla rządu republikańskiego Hiszpanii w czasie wojny domowej. Kochaneczka miała dzięki temu do dyspozycji czekoladowego Rolsa z kierowcą.

A Weisblatt zaoferował „posag” spłukanemu lordowi 500 funtów gotówką ( dzisiaj ok. 20 tysięcy) za ślub z panną Malwinką. I takim sposobem panna została nagle Lady Howard of Effingham  i miała wejścia na wszystkie lancze, koktajl party w najlepszym towarzystwie. Ale był to już rok 1940 i MI5 miało oko na pana Weisblatta i jego czarodziejkę, która podobno udzielała się również erotycznie w kręgach politycznych. Skończyło się na 3 miesiącach więzienia dla Lady Effingham ( Biała Rosjanka pani Wolkoff miała gorzej bo załapała się na 10 lat odsiadki) a Lord się zbiesił i rozwiódł już w 1946. Bo się okazało, że MI5 było prawie pewne, że Weisblatt był sowieckim szpiegiem a i z Gestapo miał kontakty, podobnie jak pani Malwina, która odwiedzała sowieckiego ambasadora.  Po wojnie pani Malwina zwiała do Australii a dane niejakiego Edwarda Stalislasa Weisblatta można znaleźć w bazach danych urzędów imigracyjnych Brazylii. Bo on miał żonę i dzieci ten Weisblatt, podobno Rosjankę.
Mamy więc i „Polskę” i „zimną Polskę”, która w dodatku „zmieniła świat”. Wspólnie z handlarzem broni, sowieckim wywiadem i Gestapo.

Najbardziej po bandzie autor pojechał sugerując, że pani Sapieżyna z domu Zdziechowska, której ojciec w czasie wojny przebywał w Londynie w ekipie Sikorskiego – w czasie pobytu w Rzymie załapała się na audiencję u Papieża Piusa XII i go „nauczała o potrzebie pomocy Żydom”, co to on się strasznie uchylał przed tym chrześcijańskim obowiązkiem. Biorąc pod uwagę, że pani Sapieżyna zwiała z Polski zaleszczycką szosą i utknęła w czasie wojny we  Francji i jedyną jej obsesją tej epoki było odzyskanie biżuterii, którą członek rodziny zdeponował gdzieś we Włoszech, to ten rzewny opis „Maty Hari” robi wręcz żałosne wrażenie. Ale wciśnięcie ataku na Papieża Piusa XII w książce skierowanej do absolwentek nowej niestresującej matury może się okazać bardzo efektywnym i tanim zabiegiem.

Ponieważ książka jest w twardej okładce i miłym zdjęciem, można ją podarować komuś, kogo się zwyczajnie bardzo nie lubi. To porada pewnego internauty a ja ją popieram.
Ale za to jakie fantastyczne recenzje ten kicz dostał i od Newsweeka i od Wirtulanej Polski (a może Wirtualnej Polonii).

W ślad za tym dziełem Wydawnictwo Naukowe PWN wydało w 2014 r. książkę pana Łuszczyny pt. „Zimne. Polki które nazwano zbrodniarkami”. W tym przypadku zabieg był jeszcze prostszy. Jest to 5 historii wybranych wg jakiejś reguły znanej autorowi i paniom redaktorkom z PWN. Reguły dość czytelnej: jedna „Luna Brystygierowa, która torturowała ale się nawróciła na gorącą katoliczkę”, jedna Polka „co wydała żydowską rodzinę ze strachu” i jedna dzieweczka, co mamusię pokroiła na kawałki, bo ją denerwowała. Do tego jeszcze ofiara gwałtu zbiorowego  w wykonaniu jakiegoś oddziału Dirlewangera, która odczekała 16 lat aby dokonać zemsty.
Jak więc widać, wysokiej rangi funkcjonariusza UB i prawdopodobnie obywatelka ZSRR od 1939 r. ( akcja paszportowa na terenach  II RP  zaanektowanych przez ZSRR) oraz Żydówka z pochodzenia i donosicielka a może i funkcjonariuszka NKWD – została po raz kolejny „zaawansowana” nie tylko na Polkę ale nawet na katoliczkę. A obok postawiono Polski – jakieś kryminalistki, które zdarzają się z każdym społeczeństwie. I teraz ta manipulacja „które nazwano zbrodniarkami”. To znaczy, że one nimi NIE były? A zwłaszcza zapewne Brystygierowa NIE była, tylko „ją tak nazwano”.
Recenzje już spokojniejsze, bo dzieło szyte grubym szpagatem.

No i trzecia część „trylogii Łuszczyny” czyli „Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne” wydana przez niezawodne wydawnictwo Znak Horyzont w 2016 r.

Ogólne przesłanie jest proste bo autor w trakcie wielu wywiadów powtarza je jak mantrę: po II WW dawne niemieckie obozy zostały przejęte przez polskie władze, „więc są polskie”. W dodatku oskarżenia Polaków, że obozy były prowadzone głównie przez Żydów to jawne kłamstwo, bowiem Polacy potrafią wymienić tylko jednego Salomona Morela a przecież był taki Gębarski.
A ogólnie było – 207 obozów „polskich”, w których Polacy zamęczyli biednych Niemców, Ślązaków i Ukraińców. I autor łaskawie dodaje, że też „Żołnierzy AK”. Czyli chyba Polaków.
Pan Łuszczyna otwarcie atakuje IPN twierdząc, że sam się musiał przebijać przez kwity w archiwach powiatowych czy jakoś tak.  I powtarza starą śpiewkę, że „w Warszawie był polski rząd”, więc te „obozy były polskie” i „on się po prostu wstydzi za Polaków”, którzy te obozy koncentracyjne dla Niemców prowadzili a przecież tam było tyle niewinnych osób.  W sumie pan Łuszczyna okazuje się człowiekiem więcej niż dokładnym „na odcinku polskiej zbrodni” kiedy jakoby przeprowadza wywiad z jednym starym ubekiem Pawłem Mąką, Żydem z Będzina, który  jakoby miał potworne przejścia z Polakami przed wojną ( urodził się w 1930 r) a konkretnie w szkole, gdzie się uczył na inżyniera to i profesor go prześladował jako Żyda a koledzy to go ciągle bili. Potem co prawda biło go Gestapo w Katowicach ( bo Pinek Mąka w dzień pracował w niemieckiej fabryce a w nocy wymykał się do partyzantów i strzelał do Niemców z karabinu maszynowego i innej broni aż go złapali), ale to nie było, jak należy rozumieć takie bolesne.

No więc pan Łuszczyna przeprowadza wywiad z Pawłem Mąką, który ma fiszkę w IPN ale bardzo krótką fiszkę i przekonuje nas, że tych Żydów to było na Śląsku mało, nic nie znaczyli, musieli się słuchać, bo w Warszawie wiadomo kto rządził. Polacy.

Bardzo mnie ta nowa koncepcja historii Śląska w okresie 1945-1951 bardzo zainteresowała, bowiem mam w posiadaniu książkę amerykańskiego dziennikarza wojennego i Żyda śp. Johna Sacka pt. „Oko za oko. Przemilczana historia Żydów, którzy w 1945 r. mścili się na Niemcach”. Wydana w Polsce w 1995 r. w Wydawnictwie Apus. No i  w tej książce na str. 83 jest taka informacja:”..Jego ludzie wyzwolili w 1945 r. Będzin a wkrótce Pinek dostał kartkę przebitkowego papieru, która obwieszczała: „Niniejszym wyznaczamy was na Sekretarza Bezpieczeństwa Publicznego na obszar Śląska”. Ta prowincja obejmowała całą południowo-zachodnią Polskę, oraz fragment administrowanej przez Polskę części Niemiec- prawie 5 milionów ludzi (..) i dwieście tysięcy mil kwadratowych…”.

No więc już wiemy, jak wyglądała „godzina Zero” dla nowych służb Bezpieczeństwa na Śląsku. Był luty 1945 r. i Wrocław jeszcze się bronił, podobnie jak w niemieckich rękach była Zielona Góra czy  Szczecin.

A teraz może chronologicznie o tym, kto czym rządził i kogo reprezentował w 1945 r. Wojna jeszcze trwała i na całym terenie Polski i zajmowanych terenach Niemiec – rządziły komendantury Armii Czerwonej i NKWD. I miały jeszcze rządzić kilka miesięcy a nawet lat.

W tym czasie legalnym rządem polskim uznawanym przez wszystkie państwa (poza ZSRR) był Rząd Polski na Uchodźtwie w Londynie. Cofnięcie uznania przez USA i Wielką Brytanię w dniu 6 lipca 1945 r. dla tego rządu z punktu widzenia obywateli RP niczego nie zmieniało. Dla nich był to rząd legalny. W dodatku był to rząd nadal uznawany przez prawie 30 państw takich jak m.in.: Irlandia, Hiszpania, Australia, Południowa Afryka, 19 państw Południowej i Środkowej Ameryki (w tym Kuba) oraz Watykan.
A więc może dla pana Łuszczyny „polskim rządem” był PKWN utworzony w Moskwie przez „bywszą Polkę” Wandę Wasilewską do spółki  ze słynnym Polakiem i patriotą Bermanem Jakubem, ale dla mnie legalnym rządem był i pozostał Rząd Polski w Londynie. Identycznie jak ja dzisiaj myślała moja Rodzina, Sąsiedzi mojej Rodziny i jakieś 95 % polskich obywateli w 1945 r. I zapewne dlatego kiedy pojawił się w Lublinie ten cały PKWN, to musiał otrzymać ochronę wojsk NKWD w ilości 870 sołdatów.
W artykule pana Jacka Pietrzaka w UważamRze  pt. „NKWD pacyfikuje Polskę” podane są suche dane na temat stanów ilościowych NKWD w miarę instalowania się komunistów w Polsce. Po pierwsze w maju 1944 r. dowódca wojsk NKWD do Ochrony Tyłów gen. Iwan Gorbatiuk wraz z gen Sierowem wydali dyrektywę wewnętrzną, w której przestrzegali, że :”… przestrzegali jednostki NKWD, że na terenach, które mają być niebawem wyzwolone, istnieją „wrogo nastawione do nas grupy ludności, które będą dążyć do tego, by w dogodnym momencie uderzyć nam w plecy”.

W samym Lublinie istniały trzy punkty filtracyjne NKWD plus obóz  NKWD na Majdanku. Czyli „polski PKWN” mógł odetchnąć pełną piersią i spać spokojnie. Bowiem 13 października 1944 r. słynny „polski rząd” w osobie niejakiego Berii wydał rozkaz nr 001266 o sformowaniu 64 Zbiorczej Dywizji NKWD, która tworzona była w owym Lublinie. Do 20 października 1944 r jak pisze pan Pietrzak :”… liczyła ona już 9574 żołnierzy, a w grudniu 1944 r. jej stan osobowy przekroczył 14 tys. W tym samy czasie cały aparat bezpieczeństwa PKWN liczył zaledwie 2,5 tys. funkcjonariuszy….”. W maju 1945 r. oddziały NKWD liczyły na terenie Polski już 35 tysięcy a w lecie 1945 r. odpowiednio 45 tysięcy funkcjonariuszy NKWD. W styczniu 1945 r. na rozkaz Berii sformowane zostały 2 dodatkowe dywizje NKWD.
Zadania polegające na wyłapaniu oddziałów polskich i „zneutralizowaniu” polskich elementów patriotycznych ale też nadzór nad demontażem infrastruktury przemysłowej m.in. na Śląsku i zarządzanie obozami filtracyjnymi NKWD, obozami pracy i obozami rolnymi.  W maju 1945 było ich 16 a w pod koniec 1945 r. – 28.
A przecież nie byli to jedyni Rosjanie uprawiający terror na terenach „wyzwolonej Polski” i „wyzwalanego Śląska”. Armia Czerwona kiedy ruszyła w styczniu 1945 r. znad Wisły, liczyła ok. 3,8 mln sołdatów. Oni byli doskonale poinformowani, kiedy mijają granicę niemiecko-polską z 1939 r. i co im wolno.  W wolnej chwili oczywiście.  Oni już obejrzeli filmy propagandowe o wyzwoleniu niemieckiego obozu na Majdanku w Lublinie a doskonale pamiętali „dokonania niemieckie” na terenach Białorusi i ogólnie ZSRR.
Tak więc do tych 45 tysięcy funkcjonariuszy NKWD należy dodać codziennie jakieś 200 tysięcy sołdatów wałęsających się w „wolnych chwilach” kiedy nie było walk i poszukujących różnych fajnych przedmiotów, które chcieli wysłać jako podarki dla mamy i narzeczonej. Zazwyczaj „kolekcjonerstwo” obejmowało: zegarki, biżuterię, sukienki, pantofle ale też rowery a nawet piły. „W pakiecie” był samogon i gwałty.

A teraz przechodzimy do „polskiej administracji” na terenach „wyzwolonej Polski” i „wyzwolonego Śląska”.  Ośrodkiem wszelkiej władzy „niewojskowej” aczkolwiek ściśle współpracującej z NKWD były Wojewódzkie Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.  To oni dostarczali do obozów „wsad” do przemielenia. Czasem sami „przemielali”.
No i mamy przy tej okazji niekończące się dyskusje , czy te WUBP to były „polskie” czy „niepolskie”.  I panowie Grossowie wyjmują statystyki, że tam było co najwyżej 50% Żydów a czasem to nawet mniej.
Mnie zainteresowało, ilu Polaków realnie kierowało Wojewódzkimi Urzędami Bezpieczeństwa , zwłaszcza na Śląsku w momencie „zero” i na samym początku.  No i okazuje się, że nawet docent wiki daje ciekawe dane o narodowości szefów tych WUBP, podlegających MBP.  Wybierając nazwiska tych, którzy kierowali takimi urzędami na początku czyli w latach 1945-1947 dochodzimy do ciekawych ustaleń.
Oto parę fiszek osobowych pokazujących, jak to „Polacy przejęli władzę na Śląsku” w 1945 r. Mamy już tego Pinka Mąkę w randzie kapitana i z tym „przebitkowym papierem z nadaniem”. Wiadomo, że on organizował pierwszą ekipę Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Katowicach i zatrudnił tam m.in. swoich 2 braci, jakieś żydowskie koleżanki z Będzina etc.
A teraz ciekawsze postacie:

1)      Bronisław Trochimowicz, Rosjanin, ur. 1904 r. w rejonie Krasnodarska. W latach 1918-1926 żołnierz Armii Czerwonej zwalczający oddziały „Białych”, w latach 1928-1941 r. kierownik elektrowni i szef budownictwa w Krasnodarze i Leningradzie. W 1943 r. odkomenderowany do Armii Polskiej z ZSRR. Od 22.11.1944 r. z-ca Komendanra Komendantury RBP w Lublinie, w latach 1945-1947 – Z-ca Kierownika UB na Okręg Dolny Śląsk!!! Od 1947 r. szef  WUBP w Gdańsku,

2)     Faustyn Grzybowski, Rosjanin, ur. 1913 w Mikołajewie k. Dnipra, od. 1933 aktywista KPZR i pracownik kołchozu, od 1935 Armia Czerwona, 1938 r. ukończenie szkoły podoficerskiej 64 Pułku NKWD, od 1943 oddelegowany do Armii Polskiej w ZSRR, 13.08.1944- 16.01.1945 – szef WUBP w Białymstoku, 16.01.1945- 30.11. 1945 r. szef WUBP w Lublinie, 06.12.1945- 15.04.1948 r. – szef WUBP we Wrocławiu. Pełne 3 lata.

3)      Józef Kratko  Żyd, ur. 1914 Pińsk, od 09. 1941 ochotnik w Armii Czerwonej, od 15.08. 1944 r. Komendant MO Miasta Stołecznego Warszawy, 1945 – Szef Inspektoratu KG MO w Warszawie, 1946-1947 szef WUBP w Katowicach, 1947-1953 Szef IV Departamentu MBP

4)     Józef Jungman (Jurkowski) Żyd,  ur. 1913 w Lublinie, w latach 30-tych w KZMP, od 1941 r. w Armii Czerwonej, od 1943 r. w Wojsku Polskim w ZSRR, od 1944 r. oficer do zadań specjalnych Resortu Bezpieczeństwa Publicznego PKWN, od 23.01.1945 r. Szef Grupy Operacyjnej na Górny Śląsk, 23.12. 1945 r. szef. WUBP  w Bydgoszczy, 15.03.1948 r. szef WUBP – w Gdańsku, 15.08.1950-30.11.1951 r. w MBP Warszawa, w okresie 1.12.1951- 31.05.1955 r. szef WUBP w Katowicach,  najbliższy szef Pinka Mąki.

5)      Jan Wołkow, Żyd, ur. 1916 Ozdziutynach na Wołyniu, w latach 30-tych w KPZU, od 1939 3 lata w „aparacie partyjnym komunistycznym na Wołyniu”, w 1943 szkolenie w tzw. Polskim Batalionie Szturmowym, w 1944 zrzucony do Polski  w AL. U Grzegorza Korczyńskiego, w okresie 28.09.1945 -2.08.1947 – w WUBP w Gdańsku, śledczy , „prowadził” sprawę „Inki” oraz 5 Brygady Łupaszki na terenie Pomorza,

6)      Nachum Chmielnicki ur. 1914 Żyd, w Kamionce Rosja, w 1945 w WUBP w Katowicach, 1946-1947  z-ca szefa PUBP w Nysie, 1948 – szef PUBP w Bytomiu, 1949 szef PUBP w Lublincu, 1951-1954 – z-ca szefa WUBP w Katowicach,

7)      Beniamin Kanarek ur. 1917 w Tarnowie, Żyd, 1945 oficer śledczy WUBP w Katowicach, 01.01.1946 – kierownik MUBP w Chorzowie, 1946 – szef UBP w Gliwicach, 1948 – inpektor WUBP w Katowicach

8)      Leon Weintraub, ur. 1914 w Sosnowcu, Żyd, 05.03.1945- 31.01.1946 r. w I Wydziale WUBP w Katowicach, 01.02.1946 – 06,.1946 – zca szefa wydziału VII WUBP w Katowicach, 1948-1949 szef wydziału V w WUBP w Katowicach,

W bazie danych IPN jest podobnych przypadków całkiem sporo. Jak np. tow. Broniatowski Mieczysław weteran wojny w Hiszpanii a od 23.11 1944 r. szef Warszawskiej Grupy Operacyjnej WUBP, od 05.03. 1945 dyrektor CS WUBP w Łodzi. Jeśli ktoś ma czas, może szukać. Polacy też tam są w dużych ilościach. Najwięcej takich, którzy przeszli przez szkolenia w Kujbyszewie w NKWD a niektórzy nawet w Smiersz.
John Sack w swojej książce podał listę osób pochodzenia żydowskiego, które w strukturach więziennictwa na Śląsku pełniły stanowiska kierownicze (str. 359) : Lola Potok Ackerfeld Blatt – komendantka więzienia UB w Gliwicach, Kleinhaut Szmul – komendant więzienia w Mysłowicach, Lewin Efraim – komendant więzienia w Nysie, „Solowicz Nachum” – Szef sekcji niemieckiej w Krakowie a następnie w województwie wrocławkim. Podobno pod tym pseudonimem ukrywał się sam późniejszy „papież literatury niemieckiej” Marceli Reich Ranicki, co ustalili dziennikarze niemieccy.

Tak więc oczywiście można starać się udowadniać, że Polacy samodzielnie i bez pomocy innych mścili się na Niemcach, ale widać, że to było dzieło komunistów, których ojczyzną był Związek Sowiecki a nie Polska. No i pozostaje mały problem odpowiedzialności samych Niemców za ludobójstwo na Polakach, Żydach i Rosjanach. Spora część pierwszych obsad WUBP na Śląsku to byli więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych lub ci, co przeżyli śledztwa Gestapo.

 

Pink Panther
11 lutego 2017

 

Źródło:  httphttp://bobry7.salon24.pl/755710,john-sack-maka-luszczyna-i-nkwd-czyli-kto-meczyl-niemcow-po-wojnie,2  , 11.02.2017

 

  • Na zdjęciu tytułowym: Siedziba Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Katowicach, ul. Powstańców 31. fot. za AudioTrip / wybór zdjęć wg.pco

Polish-Club-Online-PCO-logo-2, 2017.02.21

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci