Smarczuk albo o reklamie


Przypomniał niedawno Toyah człowieka nazwiskiem Marczuk. Pan ten jest dziś wiceministrem, a my nie możemy się nadziwić dlaczego partia, w którą zainwestowaliśmy tyle emocji usadza na stanowisku wiceministra faceta jego pokroju. Marczuk zrobił sobie sport, jeszcze jak pracował po gazetach, z obrażania nauczycieli. On się w tym wyspecjalizował i swój haniebny i kłamliwy przekaz adresował do takich jak on korporacyjnych szczurów, którzy nie chcą wychowywać swoich dzieci zwalając odpowiedzialność za to na szkołę. Marczuk promował się intensywnie i na chama, wiedząc najwyraźniej to, czego my nie wiemy – że i tak zostanie tym wiceministrem. My zaś, po odebraniu lekcji Kaczmarka swego czasu, nie możemy się nadziwić, że partia kokietująca nas różnymi dobrymi zmianami, wprowadza jednocześnie na poważne stanowiska takie łachudry. W przypadku Marczuka najbardziej interesują mnie nie jego plecy i koneksje, nie bezradność minister Rafalskiej wobec jego machismo, ale sposób w jaki on się promował. Marczuk bowiem opierał się przez cały czas na kłamstwie, a siła tej promocji polegała na tym, że nikt z Marczukiem mógł polemizować, ponieważ on tej polemiki unikał. To znaczy wystąpił kilka razy w jakichś telewizyjnych ustawkach, ale wszystko było przygotowane tak, żeby każdy widział, że Marczuk ma rację. Ponieważ nie wierzę w przypadkowe zaistnienie Marczuka w mediach, myślę, że jest on częścią większego planu, takiego planu, z którego istnienia sprawy nie zdają sobie ani minister Rafalska ani nawet Jarosław Kaczyński. Marczuk musi być, nie ma innego wyjścia, jednym z elementów planu dewastacji polskiej edukacji. Ja wiem, że można mieć wiele uwag do nauczycieli, ale jeśli będziemy wprowadzać w życie plany Marczuka nie zostanie tutaj nic. Nawet jaszczurki pójdą sobie gdzie indziej.

Napisałem I tom książki socjalistycznej, poświęciłem go mediom i edukacji właśnie. I tam dokładnie widać do czego doprowadzają system kształcenia reformatorzy i różni gutkowie, co to chcą dobrze. Nie będę ujawniał szczegółów, bo nie chcę zdradzać dobrych point, ale jeśli ktoś wychodzi i publicznie wypowiada się na temat edukacji, za cel swoich ataków biorąc nauczycieli, to znaczy, że ten ktoś jest zdrajcą, nasłanym dewastatorem i oszustem. Bardzo trudno jest się jednak mu przeciwstawić, albowiem, jak zaznaczyłem, on chce dobrze, a nauczyciele mają swoje wady. Nie słyszałem jeszcze by ktoś domagał się reformy edukacji, która rozpoczęłaby się od dystrybucji podręczników, wszyscy chcą „naprawiać” nauczycieli i umilać im życie, a Smarczuk, przepraszam Marczuk, kroczy na czele tego pochodu. Podsumowując ten wątek – reformy edukacji nigdy nie zaczyna się od nauczycieli. Prawdziwa reforma to propozycja nowej formy kształcenia zainstalowana najpierw w kilku eksperymentalnych placówkach oświatowych. I takie próby były prowadzone, za schyłkowej komuny, co dziwniejsze. W kilkunastu miasteczkach w Polsce powstały wtedy licea, w których niezamożna młodzież mogła się uczyć systemem znacznie różniącym się od tego co było w całej Polsce. To jest reforma prawdziwa, ale Smarczuk o tym nie wie, bo u niego w szkolie inaczej bywało….Od tamtej pory nikt nie zaproponował niczego sensownego jeśli idzie o edukację, a każda kolejna propozycja jest gorsza od poprzedniej i prowadzi ku większemu jeszcze chaosowi.

Przypadek Smarczuka, sorry, Marczuka, nie jest odosobniony. Siedzieliśmy na tych targach katolickich i słuchaliśmy co tam panie z działu promocji nadają przez megafon. Toyah w pewnym momencie powiedział – oni kopią sobie grób. I miał na myśli księży niestety, którzy w tym wszystkim uczestniczą. Najważniejszymi bohaterami targów, byli prócz oczywiście Terlikowskiego i Górnego, Malejonek i Janek Pospieszalski. Naganianie ludzi na debatę prowadzoną przez tego ostatniego to był szczyt wszystkiego. To było gorsze niż Smarczuk i jego krytyka nauczycieli. No, może gorsza od tego była tylko ta pani z TVN co napisała książkę „Bóg w wielkim mieście”. Janek miał prowadzić debatę o tym czym była Częstochowa dla Polaków dawniej, a czym jest dziś. Malejonek zaś napisał książkę o swoim nawróceniu. Mam wrażenie, że to chyba już 10 książka Malejonka o nawróceniu, bo słyszę o tym regularnie od 20 lat. Trąbiono o tym co 15 minut skutecznie demaskując powierzchowność i aspiracje Pospieszalskiego, oraz tępotę tego drugiego. Nie wiem czy ktokolwiek się skusił na te atrakcje, ale z determinacji i przerażenia, jakie przebijały się w głosie pań zapowiadających te eventy to raczej nikt. Dlaczego wy to chłopaki robicie? To jest przecież przerażające, nachalne i całkowicie nieskuteczne. Poza tym nie ma tam tego, na czym wam najbardziej zależy, nie ma w tym autentyczności i ducha. A skoro nie ma, uznać musimy, że ten sposób promocji, oraz obecność wymienionych w przestrzeni publicznej należy do tej samej kategorii zjawisk co Smarczuk, przepraszam, Marczuk. Jest elementem planu dewastacji działającej i czynnej jeszcze struktury, w tym wypadku Kościoła. Ale jak to – zawoła ktoś – Pospieszalski i Malejonek dają świadectwo! Chcą dobrze! A Smarczuk, to co? Chce źle? On chce jeszcze lepiej niż tamci dwaj.

Nie ma oczywiście mowy, żeby tych ludzi zawrócić z obranej przez nich drogi, to może zrobić tylko Pan Bóg, który ma swoje plany. My takiej mocy nie mamy, choćby z tego powodu, że pełni jesteśmy wątpliwości i wahań, co do własnej naszej działalności. Tamci ich nie mają, przeciwnie, od 30 lat, każdy dzień ich życia niesie potwierdzenie skuteczności ich wyborów i aktywności. Czego więc się czepiamy? Może trzeba po prostu czekać na ich sukces? Nie można czekać na sukces, bo ten sukces, to właśnie owa nędza, którą opisuję. I choć wielu rzeczy pewni nie jesteśmy, co do jednego mamy całkowite przekonanie – żeby osiągać te swoje wymuszone zwycięstwa wymienieni tu ludzie zaistnieć musieli wśród zasad całkowicie im sprzyjających. Można rzec – zmienionych po to, by było im łatwiej. Z nami jest dokładnie odwrotnie, zasady zmieniono tak, by było nam gorzej. My się jednak tym nie przejmujemy. To jest, jak powiadam, rzecz nie podlegająca dyskusji. A więc jeśli tak, to można mieć pewność, że zasady te będą zmieniane dalej, po wśród ludzi sukcesu, triumf jest dziedziczny, a nie wszyscy do niego dorastają. Trzeba więc zmieniać zasady dalej, tak, by umożliwić dziedziczenie sukcesu. Tak się niestety składa, że zasady ustanawia raz na zawsze Pan Bóg, a jakiekolwiek ich zmiany prowadzą jedynie do klęski i dewastacji, do ohydy spustoszenia, choćby nie wiem jak miło się zapowiadało. I myśmy to wyraźnie zobaczyli na Targach Wydawców Katolickich. Widzieliśmy jak dobre przecież chęci – próba zareklamowania dyskusji i książki – zamieniają się w piskliwy wrzask i naganianie klienta, gorsze niż gra w trzy karty. A to przecież tylko powierzchowne spostrzeżenie, rzecz pozornie błaha i bez znaczenia. Pomyślcie jednak co się tam musi dziać pod spodem, jak oni sobie te nagrody i wyróżnienia muszą wyrywać z rąk….I każdy z nich wie, że nigdy nie zostanie wiceministrem, jak ten cały Smarczuk, przepraszam, Smreczuk? Już zapomniałem…musicie mi wybaczyć. Góra stoi.

Na razie to tyle. Zapraszam do księgarni Przy Agorze, do księgarni Tarabuk w Warszawie, do sklepu FOTO MAG, do antykwariatu Tradovium w Krakowie i do sklepu Gufuś w Bielsku Białej.

Przypominam, że mamy już nowy numer Szkoły nawigatorów

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI, 3 kwietnia 2017

 

Zdjęcie główne: Bartosz Marczuk, wiceminister pracy. Fot. Dziennik.pl / Wybór zdjęcia wg.pco

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2 , 2017.04.04.

Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski