O Ireneuszu Jabłońskim, Januszu Korwin-Mikkem i innych osobach


Uciekajcie zawczasu na bezpieczną pozycję oskarżyciela
(Carl Schmitt)

 

W marcu tego roku „Gazeta Polska” „zdemaskowała” wiceprezydenta Łodzi Ireneusza Jabłońskiego: był on 30 lat temu przez pewien czas współpracownikiem ówczesnego wywiadu. Jest to informacja mająca dziś zerową wartość informacyjną czy poznawczą. Jednak z drugiej strony tego typu polityczne „sensacje ubiegłego wieku” są zawsze w kogoś wymierzone. Dzieje się tak w różnych systemach politycznych, ale w systemie partyjnej demokracji polemiczność (od gr. pólemos – wojna) pojęć, słów, wypowiedzi ulega spotęgowaniu („przeciwko komu ta cisza?” – pytał Carl Schmitt).

Uderza się oczywiście w pierwszej kolejności w samego Jabłońskiego, a co za tym idzie w samorządowe władze Łodzi zdominowane przez Platformę Obywatelską, ale także w inne środowiska (zob. niżej). Prezydent Łodzi Hanna Zdanowska (PO) dowiedziawszy się z „Gazety Polskiej”, że jej zastępca 30 lat temu był „agentem”, wpadła w moralną panikę i błyskawicznie wyrzuciła Jabłońskiego ze stanowiska, nadrabiając w ten sposób karygodny brak czujności przy mianowaniu go na wiceprezydenta.

Temat podjął Janusz Korwin-Mikke wydając nawet specjalne oświadczenie w tej sprawie. JKM wyraził następującą sugestię: „P. Jabłoński – zgoda – «nielegałem» nigdy nie został. Najprawdopodobniej został, podobnie jak p. Lech Wałęsa, przejęty przez WSI. Z takich służb zasadniczo nigdy się całkiem nie wychodzi”. W oświadczeniu JKM napisał ponadto: „Informacja, że p. Ireneusz Jabłoński był oficerem wywiadu PRL specjalnie mnie nie zaskoczyła. Zawsze to podejrzewałem. Podejrzewałem zresztą, że większość moich byłych Kolegów z UPR, którzy próbowali dokonać przewrotu po zgłoszeniu przeze mnie Uchwały Lustracyjnej – miała takie czy inne powiązania ze «służbami»”.

Wiadomości TVP 1 z dnia 29.03.2017 nadały wypowiedź pracownika IPN Witolda Bagieńskiego sugerującego, że Jabłoński mógł realizować jakieś inne agenturalne zadania na terenie kraju po 1989 roku. W tym samym materiale Maciej Walaszczyk stwierdził, że tłem rozłamu w Unii Polityki Realnej w połowie lat 90-tych był stosunek do lustracji. Walaszczyk przypomniał, że Jabłoński poparł „sprzeciwiającą się lustracji” grupę, która pragnęła wyeliminować JKM, aby przejąć po nim kontrolę nad partią. W obliczu takiego zainteresowania redaktorów telewizji publicznej wydarzeniami sprzed ćwierć wieku, wypada wrócić do zgłoszonej w Sejmie przez JKM uchwały o „ujawnieniu agentów UB i SB” i do „przewrotu” w UPR.

Kompletnie niezrozumiałe jest twierdzenie JKM, że grupa, do której należał m.in. Jabłoński, próbowała dokonać przewrotu „po zgłoszeniu przeze mnie [JKM] Uchwały Lustracyjnej”. JKM zgłosił uchwałę w maju 1992 roku, zaś „przewrót” odbył się w grudniu 1995 r., zatem owo „po” trwało 3,5 roku! JKM: „Nie wiem więc, czy p. Jabłoński organizował pałacowy przewrót w UPR na polecenie jakichś służb – czy też po prostu uważał, że lustracji nie powinno się było dokonywać” – toż to ewidentny absurd: dlaczego Jabłoński miałby na „polecenie służb organizować” (w rzeczywistości nie należał on do „przywódczego jądra” frakcji zwalczającej JKM) w 1995 roku „przewrót pałacowy”, po tym jak JKM 3,5 roku wcześniej złożył w Sejmie o „ujawnieniu agentów” a Antoni Macierewicz znakomicie ją wykonał? Dlaczego jakieś „służby” miałyby Jabłońskiemu i innym kolegom z UPR, którzy, według JKM, mieli z nimi takie czy inne „powiązania”, zlecać obalenie w grudniu 1995 r. prezesa UPR, skoro nie miało to już żadnego praktycznego, politycznego znaczenia w kontekście „ujawniania agentów”? Jedyne wyjaśnienie takiego zachowania to przemożna chęć „agentów” i „służb”, aby po latach zemścić się za straszliwy cios, jaki im zadał JKM zgłaszając swoją historyczną uchwałę, ale i ono jest nietrafne – zob. niżej). Co innego, gdyby „służby”, zwiedziawszy się jakoś, że największy zwolennik „deagenturyzacji” w III RP planuje złożenie groźnej dla nich uchwały, zleciły swoim „agentom” w UPR zadanie usunięcia go z prezesury w połowie maja 1992 roku, a więc jeszcze zanim ją złożył, aby mu w tym przeszkodzić. Wówczas miałoby to jakiś polityczny sens, natomiast w 1995 roku to, czy ktoś w UPR miał „prolustracyjne” czy „antylustracyjne” poglądy, nie miało już żadnego znaczenia, ponieważ „mleko się rozlało” 3,5 roku wcześniej. W 1995 roku JKM nic w kwestii „ujawniania agentów” zrobić nie mógł, na żadne działania „pro” czy „antylustracyjne” nie miał najmniejszego wpływu. Trzeba tu jeszcze wyjaśnić, że wewnątrzpartyjna opozycja wobec przywództwa JKM zaczęła się formować na wiele miesięcy przed majem 1992 roku i nie miała nic wspólnego ze „sprzeciwem wobec lustracji”; zainicjował ją zresztą najbliższy (od połowy lat 80.) współpracownik JKM, współzałożyciel Ruchu Polityki Realnej i Unii Polityki Realnej. Nadmieńmy w tym miejscu, że pierwszą próbę pozbawienia JKM prezesury UPR podjęła w 1990 roku grupa Sławomira Jarugi, a historia UPR po 1995 roku to historia odchodzenia JKM z prezesury i powrotu na fotel prezesa, zdejmowania go z prezesury, historia kolejnych „przewrotów” i rozłamów oraz powoływania przezeń coraz to nowych bytów politycznych, których prezesem się obwoływał. Jako wieczny prezes czegoś tam JKM niewiele zdziałał, natomiast jego indywidualna kariera rozwinęła się nadzwyczajnie – jego bon moty z Parlamentu Europejskiego powtarza się od Lizbony po Kamczatkę, od Alaski po Patagonię.

Podobnie jak wcześniejsze i późniejsze próby pozbawienia JKM prezesury, „przewrót” z 1995 roku nie miał nic wspólnego ze „sprzeciwem wobec lustracji”. Przypomnijmy, że przed 29 maja 1992 roku w UPR żadne spory na temat „ujawnienia agentów” się nie toczyły, kwestia ta nie była poruszana w programie partii czy innych dokumentach partyjnych, nigdy nie była przedmiotem wewnątrzpartyjnej dyskusji. Trudno zresztą, żeby było inaczej, skoro, jak wyznaje JKM (w co chętnie wierzę): „na pomysł wpadłem w ułamku sekundy, po entuzjastycznym poparciu przez Kolegów, zwłaszcza przez śp. Lecha Pruchno-Wróblewskiego, decyzję podjąłem po paru sekundach, napisanie zajęło nam parę minut”. Tak tworzy się historię!

O tym, że prezes Korwin-Mikke zgłosił uchwałę o „ujawnieniu agentów”, jego przeciwnicy w partii dowiedzieli się po fakcie. Wszyscy oni zgodnie uznali ją szkodliwą i głupią, niezależnie od tego, jaki był ich ogólny pogląd na „ujawnianie agentów” czy też metodę tego „ujawniania”. Krytykowano to (zob. mój komentarz „O lustracji raz jeszcze”, „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” nr 19, 1993), że tak ważna politycznie i dalekosiężna w skutkach uchwała nie była wcześniej przedmiotem dyskusji w statutowych gremiach partii, nigdy nie obradowała w tej sprawie Rada Główna Unii. Żadnych zaleceń w tej sprawie nie wydawał Konwentykl. Zgłoszenie w Sejmie uchwały nie było więc inicjatywą partii, ale prywatną inicjatywą posła Korwin-Mikkego oraz jego kolegów z Koła Poselskiego UPR i wyłącznie tak powinna być traktowana. Jak pisałem w swoim komentarzu, wyrażając poglądy frakcji antykorwinowskiej, zgłoszenie uchwały przyniosło negatywne konsekwencje dla UPR-u: „Unia zaczęła być przez wielu postrzegana nie jako konserwatywna partia o liberalnym programie gospodarczym, ale jako UPL – Unia Polityki Lustracyjnej. Straciła swoją niezależną, odrębną pozycję na scenie politycznej. Wplątana została w walki frakcyjne [na centroprawicy – TG], które w ogóle nie powinny jej interesować. Przyciągnęła ludzi, dla których kwintesencją prawicowości jest jak najgłośniejsze ujadanie na Czerwonego. Realną politykę zastąpiły mętne frazesy, moralniacka retoryka i tzw. antykomunizm, który uniemożliwia stosowanie zawsze takich samych kryteriów przy ocenie ludzi, ich politycznych działań i decyzji”. Chodziło o „wywołanie w niej [UPR] podziałów, zepchnięcie na drugi plan zasadniczych kwestii politycznych i ideowych, rzucenie Unii do wyniszczającej i bezsensownej walki politycznej”.

Oczywiście w latach 1993-1995, kiedy wewnętrzna walka o władzę w UPR coraz bardziej się zaostrzała, krytyka JKM za jego samodzielnie zgłoszoną, „głupią i szkodliwą” uchwałę była – rzecz to najnormalniejsza w świecie – jednym z elementów walki propagandowej przeciwko niemu, wykorzystywanym czysto instrumentalnie, wszak obalenie JKM niczego w „sprawie ujawnienia agentów” by nie zmieniło. Zresztą kwestia nieszczęsnej uchwały z 1992 r. w sposób naturalny – po prostu przestała być nośna politycznie – schodziła na dalszy plan i kiedy walka o władzę nad partią wchodziła w kulminacyjną fazę, w ogóle się pojawiała. O wiele ważniejsze była np. kwestia jasnego rozdzielenia finansów partii i wydatków osobistych prezesa. Walka toczyła się na programy partyjne a nawet na projekty konstytucji – zwolennicy JKM mieli swój projekt, jego przeciwnicy – swój. Potem doszły kwestie stricte polityczne, czyli sprzeciw wobec startu JKM w wyborach prezydenckich w 1995 r. a w drugiej turze poparcie dla Lecha Wałęsy, co było także po części reakcją na poparcie przez JKM Aleksandra Kwaśniewskiego.

W grudniu 1995 roku, już po przegranej Wałęsy, JKM w ramach wewnątrzpartyjnej walki o władzę w UPR zawiesił w prawach członka partii ludzi z frakcji mu przeciwnej, co de facto równało się wykluczeniu ich z partii. Oni oczywiście tego nie uznali i w głosowaniu odwołali JKM z funkcji prezesa. On tego oczywiście nie uznał, i tak rozpoczął się, zakończony fiaskiem, „pałacowy przewrót”.

Powróćmy jeszcze do wiekopomnej uchwały o „ujawnieniu agentów”. W 20 rocznicę tamtych wydarzeń w artykule „Upadek rządu Olszewskiego a lustracja”, Teresa Bochwic napisała, że rząd Olszewskiego szykował już dawno ustawę o lustracji osób z życia publicznego, z zapewnieniem trybu odwoławczego itd. Ale „29 maja Janusz Korwin-Mikke nagle wniósł pod obrady Sejmu projekt uchwały o lustracji z terminem wykonania paru dni. Trudno, żeby partie popierające ten rząd głosowały przeciwko niej. Była obarczona wieloma nieprzemyślanymi rozwiązaniami, dawała niesłychanie krótkie terminy, w rezultacie zmobilizowała przeciwników lustracji w sejmie, głównie uwikłanych we współpracę, ale nie tylko, przyczyniła się do skompromitowania idei lustracji w oczach wielu Polaków”. Skutki były więc odwrotne do zamierzonych. Nota bene twierdzenie Teresy Bochwic, że „trudno, żeby partie popierające ten rząd głosowały przeciwko niej”, jest dość dziwaczne. Niby dlaczego prorządowe partie w Sejmie musiały poprzeć taki prawno-polityczny bubel, skoro była przygotowywana przez rząd w miarę normalna ustawa lustracyjna?

Równie (samo)krytycznie do uchwały o „ujawnieniu agentów” ustosunkował się po 20 latach jej inicjator i autor Janusz Korwin-Mikke. Ba, żałował on poniewczasie, że ją zgłosił („Żałuję, że zgłosiłem Uchwałę Lustracyjną”). JKM napisał:

„Antoni Macierewicz (co dwukrotnie publicznie przyznał – nie podając wszakże powodów) ujawnił na swojej liście tylko tych TW UB i SB, którzy już nie pracowali dla UOP. Czyli ujawnił agentów kompletnie nieważnych, być może zmuszanych moralnie do współpracy, z którymi SB się rozstała. Tymczasem 4/5 byłych TW SB – tych najcenniejszych – nadal pracowało dla UOP i nadal pracuje dla ABW (jeśli oczywiście nie są na emeryturze lub cmentarzu zasłużonych). Pamiętać też należy, że Macierewicz nie miał dostępu do akt współpracowników WSI (znacznie cenniejszych), do akt ze speczbioru, no i tych, którzy byli in pectore p. gen. Czesława Kiszczaka. Podsumowując: szkoda, że Antoni Macierewicz nie powiedział otwarcie, iż nie wykona Uchwały Lustracyjnej. Bo dziś ja żałuję, że ją w ogóle zgłosiłem. Wrzód trzeba albo wycisnąć do imentu, albo zostawić w spokoju – nacięcie spowodowało ropienie trwające do dziś. A ponadto TW – z których każdy myślał, że jest sam – teraz się zwąchali, poczuli siłę i stanowią potężną siłę polityczną. A wszystko przez to, że myśleliśmy, iż Antoni Macierewicz naprawdę dokona lustracji”.

W oświadczeniu z marca tego roku w sprawie Ireneusza Jabłońskiego JKM powtórzył swoją opinię: „Zawsze byłem dumny z przeprowadzenia ze śp. kol. Lechem Pruchno-Wróblewskim i kol. drem Andrzejem Sielańczykiem Uchwały Lustracyjnej. Gdy teraz widzę, jaki użytek robi się z lustracji, to żałuję, że tę Uchwałę zgłosiłem”.

Okazuje się więc, że uchwała mająca „ujawnić agentów” – słychać tu szyderczy chichot historii – w rzeczywistości to „ujawnianie” zahamowała i opóźniła uchwalenie ustawy lustracyjnej o 5 lat. Wielki Lustrator JKM doprowadził do tego, że – jak uważa Teresa Bochwic –przeciwnicy lustracji się zmobilizowali a sama lustracja została skompromitowana. JKM z całego serca pragnął „oczyścić życie polityczne z agentów”, a „spowodował ropienie trwające do dziś”, chciał raz na zawsze agentów „unieszkodliwić”, a tymczasem dzięki jego uchwale „zwąchali się, poczuli siłę i stali sie potężną siłę polityczną”. Można zasadnie przypuszczać, że zarówno oni, jak i ich „oficerowie prowadzący”, zakrzyknęli radośnie: Two cheers for JKM!

JKM podejrzewa, że większość członków frakcji w UPR, która chciała go usunąć ze stanowiska, miała takie czy inne powiązania za „służbami”. Bierze też w rachubę, że Jabłoński „organizował pałacowy przewrót w UPR na polecenie jakichś służb”. Osobiście nigdy nie ośmieliłbym się podejrzewać, że JKM zgłosił uchwałę o „ujawnieniu agentów” dlatego, że takie otrzymał polecenie ze „służb”, z którymi był „powiązany”, a które przewidywały realne, korzystne dla nich, skutki uchwały (i dokładnie takie skutki przyniosła). Poruszający się w politycznej dżungli jak pijane dziecko we mgle JKM tego nie przewidział, on po prostu chciał dobrze. Niestety, nie wyszło. W cytowanym wyżej komentarzu z 1993 roku pisałem: „Trudno oprzeć się wrażeniu, że członkowie Koła Poselskiego UPR-u odegrali w całej sprawie rolę «pożytecznych idiotów»”. Tę opinię i dziś w pełni podtrzymuję.

JKM zgania całą winę na Macierewicza, który „nie wykonał” uchwały. Ufny w dobroć polityków JKM zaufał Macierewiczowi, człowiekowi o gołębim sercu, wierząc głęboko, że ten z pewnością „wykona uchwałę” wedle jego wskazówek. A tu Macierewicz taki mu numer wyciął! Oszukał go, wstręciuch jeden! Tymczasem Macierewicz dokonał „ujawnienia agentów” tak jak to jemu było wygodnie (krytykowanie go za to jest dziecinne), a mógł to zrobić, ponieważ JKM dał mu instrument do ręki, nad którego wykorzystaniem nie miał już potem żadnej kontroli. JKM nie pozostawało nic innego, jak bezsilnie przypatrywać się temu, co Macierewicz „wyprawia” z jego uchwałą (JKM powinien wiedzieć, że minister zawsze wyprowadzi w pole zwykłego posła). JKM biadoli dziś, że Macierewicz nie dotrzymał słowa, a powinien biadolić nad sobą, że dał się wykiwać jak przedszkolak. Jeśli ktoś dał z siebie zrobić durnia, to wyłącznie do siebie powinienem mieć pretensje, a nie do politycznego spryciarza, który go przerobił, politycznie wykorzystał i zostawił na lodzie.

Akcja „ujawnienia agentów” zainicjowana przez JKM i wykonana przez Macierewicza przyspieszyła upadek rządu Olszewskiego i utorowała drogę nowemu układowi sił politycznych: wybory parlamentarne w 1993 r. zakończyły się pełnym zwycięstwem partii „antylustracyjnych” (SLD, PSL, Unia Demokratyczna, Unia Pracy) i totalną klęską partii „prolustracyjnych”. Do Sejmu udało się jeszcze wejść Konfederacji Polski Niepodległej, której prezesem był Leszek Moczulski umieszczony przez Macierewicza na „liście agentów”. A w 1995 r. „Bolka” zastąpił „Alek” i rządził sobie spokojnie przez 10 lat. [*]

„Nie wiem – pisze JKM – czy p. Jabłoński organizował pałacowy przewrót w UPR na polecenie jakichś służb – czy też po prostu uważał, że lustracji nie powinno się było dokonywać”. Zatem JKM bierze pod uwagę możliwość, że Jabłoński „organizował przewrót” na polecenie „służb”, z którymi – jak uważa – także większość członków wrogiej mu frakcji w UPR, „miała takie czy inne powiązania”. Według JKM „przewrót” w 1995 r. mógł być sterowany przez „służby”, które – nie wiadomo właściwie dlaczego – strasznie się na niego zawzięły i postanowiły rękami „agentów” zrzucić go ze stanowiska prezesa. Motyw zemsty nie wchodzi w grę, bo przecież, jak się okazało, swoją uchwałą sprawił im radość. Po co miałyby się na nim mścić po latach, skoro grał z nimi do jednej bramki? Raczej były i są mu wdzięczne za jego, po mistrzowsku przeprowadzoną, akcję polityczną. Czy to nie dziwne, że rzekomo inspirujące i popierające jego przeciwników „służby”, okazały się zbyt słabe, by zapewnić im zwycięstwo nad JKM? Gdyby przyjąć logikę JKM, to można by dojść do wniosku, że, skoro pokonał swoich wrogów, to najwidoczniej musiały za nim stać jeszcze potężniejsze „służby” niż te stojące za nimi, kto wie może te działające w skali kontynentalnej lub nawet globalnej. Prawda jest jednak taka, że żadne mityczne „służby” ani za nimi, ani za nim nie stały. Wrogowie JKM przegrali walkę o władzę nad partią, ponieważ byli od niego słabsi. Walka toczyła się w dobrze znanej z historii politycznej konstelacji: „arystokracja”, „baronowie” podnieśli bunt przeciwko „monarsze”. Zagrożony „monarcha” odwołał się do średniego aparatu partyjnego (mniejszych „baronów”), ostrzącego sobie zęby na stanowiska buntowników w najwyższych gremiach partyjnych, oraz zmobilizował przeciwko buntownikom „lud” (masy członkowskie), który go wielbił, podziwiał i czcił. Był to rzeczywiście typowy „przewrót pałacowy”, zorganizowany przez nieliczną „starą gwardię” UPR-u. Dlatego został stłumiony, a „stara gwardia” wyrżnięta. [**]

Wszystko to są sprawy należące już do historii. Ożywają tylko dlatego, że ktoś dzisiaj wraca do nich nie jako do wydarzeń historycznych, ale po to, by używać ich w całkiem aktualnych rozgrywkach politycznych. Zawsze należy próbować rozpoznać „w kogo in concreto godzi to hasło, to słowo, to pojęcie, ta teoria, kogo przy ich pomocy neguje się, zwalcza i odrzuca” (Carl Schmitt). Ujawnienie „agenta Jabłońskiego” ma więc całkiem współczesny wymiar. Rozsiewanie podejrzeń, że Jabłoński działał jako „agent” w środowiskach polityczno-intelektualnych, w których obracał po 1989 roku, automatycznie rzuca cień na te środowiska jako manipulowane i sterowane z zewnątrz. One również znalazły się na celowniku „Gazety Polskiej”.

Należy tu wymienić Centrum im. Adama Smitha, będące niezależnym ośrodkiem intelektualnym i eksperckim, z którym Jabłoński jest od wielu lat związany. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Centrum z rosnącym przerażeniem przygląda się gospodarczej i fiskalnej polityce obecnego obozu rządzącego, utrwalającego system, który zwalczało od początku swojego powstania. Przy pomocy „ujawnienia agenta Jabłońskiego” pragnie się osłabić think-tank coraz bardziej krytyczny wobec polityki gospodarczej obozu rządzącego.

Przypomnijmy też, że na czele zbuntowanej przeciwko JKM, „powiązanej ze służbami”, grupy, do której należał Jabłoński, stał ówczesny wiceprezes UPR Mariusz Dzierżawski, obecnie jeden z najbardziej znanych polskich aktywistów prolajferskich. Oznacza to, że „Jabłońskim” uderza się w Dzierżawskiego i radykalny ruch antyaborcyjny niewygodny dla mainstreamowej prawicy.

Wspomnieć można wreszcie środowisko od prawie dwudziestu lat spotykające się corocznie na Sympozjonach Europejskich w Długopolu-Zdrój, w których Jabłoński, także jako prelegent, wielokrotnie uczestniczył. Jest to środowisko politycznie marginalne, ale jako ośrodek niezależnej myśli ideowo-politycznej, może być solą w oku tych, którzy dążą do intelektualnego ujednolicenia prawicy i wprasowania środowisk niezależnych w prawicowy mainstream.

Tomasz Gabiś

PS

Niezależnie od tego, iż w trakcie „przewrotu pałacowego” staliśmy po przeciwnych stronach barykady, i że JKM swoich dawnych kolegów obsesyjnie podejrzewa o „związki ze służbami” (do upadku UPR-u musieli doprowadzić „agenci”, bo On przecież znakomicie partią kierował) jestem do dziś wdzięczny Mu za to, że w połowie lat. 80. XX wieku i później otworzył mi oczy na prawdziwy wymiar wielu kwestii politycznych, społecznych i historycznych, że skierował mnie na trop właściwych lektur i zwrócił uwagę na konserwatywnych i liberalnych myślicieli polskich i obcych, za jego ówczesne i późniejsze felietony, za to, że przez kilka lat (1986-1990) mogłem z Nim współpracować przy wydawaniu i redagowaniu „Stańczyka”, za inspirujące rozmowy i dyskusje podczas spotkań w Jego domu w Józefowie. Dziękuję (dawny) Mistrzu!

Przypisy

[*] Po latach w „Kronice samobójstw” („Stańczyk. Pismo postkonserwatywne”, nr 33, 1998) pisał Realista:
„…jak Macierewicz zrobił «lustrację», to od razu było widać, że to po partacku rozegrał, mógł walnąć w posłów, oszczędzając Wałęsę, albo walnąć w Wałęsę, oszczędzając posłów, miałby jakieś pole manewru, a tak się zjednoczyli i całkiem słusznie posłali go w diabły, on się tylko tłumaczył, że wcale nie chciał zrobić zamachu stanu, pewnie, że nie chciał, za miękki jest na taki numer, ale mógł porządzić przez parę lat, a tak poszedł w odstawkę przy pierwszej rozgrywce, tamci go oskarżyli o zamach stanu, żeby go ośmieszyć, zresztą jakie on mógł mieć poparcie w centrali, jak tam z Olszewskim jeździli, to się spotykali z Polonią, a od Polonii to mogli wyrwać trochę zielonych, a to jest całkiem co innego niż poparcie polityczne z centrali na zrobienie zamachu stanu, Olszewski chciał się jakoś ratować, więc zaczął rozpowiadać, że był masonem, na co on liczył, przecież układ masoński jest dziś bez znaczenia, paru endeków starszej generacji albo napalonych zetchaenowców młodszego pokolenia może się dać nabrać na te bzdury, bo to tradycjonaliści, wydaje im się, że żyją w XIX wieku, nawet gdyby ropowcy się nie rozpadli, to i tak Waszyngton by po nich nie sięgnął, naczelny mi opowiadał, że Macierewicz był u niego w gościnie pod koniec lat osiemdziesiątych, gwarzyli sobie przy winku, okazało się, że on zna Erazma Piltza i innych realistów politycznych, ale się nie trzymał ich wskazań, więc ma za swoje”.
[**] A tak w tym samym tekście rekonstruował Realista kulisy i przebieg „przewrotu” oraz niektóre okoliczności jego klęski:
„… przez swojego człowieka puścił informację, że Mikuś bierze lewą kasę od jednego aferzysty, czyli championa wolnego rynku z Poznania, naczelny, M. i pozostali się wkurzyli, że są odcięci od forsy, więc na jakiejś partyjnej nasiadówce M. naskoczył na Mikusia, dlaczego forsy nie daje na partię, tylko przeznacza na cele reprezentacyjne, czyli na swoje wydatki, Mikuś wyczuł, że to nie przelewki, liberalizm liberalizmem, a tu idzie o poważne sprawy (…). Mikuś, podpuszczony przez Mi. zareagował nerwowo i ich zawiesił, więc oni nie mieli wyjścia, musieli pójść na całość, obalić Mikusia, i za wszelką cenę zrobić rozłam, narobić maksymalnego huku, okupować lokal, żeby media się zainteresowały, i żeby jakiś mały kapitał polityczny na tym zrobić,(…) pamiętam oblężenie lokalu UPR, świetnie było zorganizowane, jak w marcu w 68, agitatorzy puszczali plotki, że Mikusia biją, w ogłupiały tłum upeerowców, którzy nie wiedzieli, co jest grane, i myśleli, że walczą o swojego guru, a za kulisami już Mi. sprawy przejął, to było dobre, skandowanie na komendę, transparenty, okrzyki, machanie flagami, jakieś męty z czerwonymi nochalami udające wielbicieli Mikusia i liberalizmu, musieli dać im wódki, wtedy był grudzień, naczelny i jego paczka siedzieli w środku, więc mieli ciepło, a ci z upeeru, młode, ideowe chłopaki z prowincji, marzli na zewnątrz, Mi. z tym drugim, co go konserwatyści nazywali Kafar z powodu inteligencji, rozegrali to wzorowo, Kafar, jak się okazało, miał więcej oleju w głowie niż naczelny i M., nie docenili go, Mi. i Kafar szli na ostro, bo musieli jak najszybciej uwolnić Mikusia, obawiali się, że jak mu nerwy puszczą i się załamie, to zacznie różne rzeczy wygadywać, nie przeznaczone dla publiczności, Mikuś wytrzymał presję, zresztą przerobił konserwatystów na cacy, oni go odcięli od telefonów, a on się ze swoimi protektorami e-mailem kontaktował, jak się robi zamach, to się trzeba znać na technice”.

Tomasz Gabiś
http://www.tomaszgabis.pl

Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/ .

 

Źródło: Nowa DEBATA, 14 kwietnia 2017.

 

Więcej artykułów dr. Tomasza Gabisia na naszym portalu   >    >    >   TUTAJ .

 

  • Na zdjęciu tytułowym:   Poseł Janusz Korwin-Mikke zgłasza uchwałę lustracyjną. (1992). Fot. namzalezy.pl / wybór zdjęcia wg.pco

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2
, 2017.05.18.
Tomasz Gabiś

Autor: Tomasz Gabiś