O wstydzie i żydowskim pochodzeniu Krzysztofa Kamila


O takich sprawach chyba jeszcze nie pisaliśmy, ale myślę, że warto. Oto co jakiś czas ogłasza się, że któryś z polskich bohaterów, albo poetów, albo w ogóle ktoś ważny ma żydowskie korzenie. Sprawa nabiera chwilowego znaczenia, po czym gaśnie i za jakiś czas podejmowana jest na nowo. Zdumiewające w tym wszystkim jest to, że w stosunku do owego pochodzenia, twórczość i dokonania bohatera czy poety pozostają drugorzędne i nikt się nimi specjalnie nie przejmuje, uznając, że to co napisano w podręcznikach w zupełności wystarczy. Inaczej jest z poetami, którym żydowskiego pochodzenia udowodnić nie sposób, tak jak Janowi Kochanowskiemu. Jego życiorys nie jest zbadany nawet pod kątem poszlak, za to twórczość omówiona jest w dziesiątkach tomów tak dokładnie, że nie można tego przyjąć tak po prostu, bez zdziwienia.

Wczoraj zaczął się kolejny huczek, tym razem związany z Magdą Ogórek, która zdaje się zaczęła służyć jako detonator petard na twitterze. Najpierw napisała coś o Marku Borowskim i jego nazwisku, a potem zaczęła wychwalać nowe wydanie poezji Baczyńskiego. No i się zaczęło, bo ktoś przypomniał, że ojciec Baczyńskiego zmienił nazwisko z niemieckiego na polskie. A może także był Żydem? Tego przecież nigdy nie wiadomo… Chodzi z grubsza o to, że Magdalena Ogórek, która jak wiemy od dawna już jest „nasza”, znowu popełniła myślozbrodnię umieszczając w kolejnych twitterowych wpisach Borowskiego-Bermana i Baczyńskiego, krytykując przy tym tego pierwszego i podpinając się pod drugiego.

Mnie twitterowe przepychanki nie interesują jakoś szczególnie, ale ciekawi mnie ten mechanizm wybierania pomiędzy lepszą a gorszą polskością. Ta lepsza związana jest oczywiście z pochodzeniem żydowskim, a ta gorsza nie jest zdefiniowana, ale i tak wszyscy wiedzą o co chodzi. To nie jest jednak koniec recepty na lepszą polskość, bo jak pamiętamy, prócz pochodzenia żydowskiego, mamy jeszcze formułę Józefa Piłsudskiego, który mówił, że Polska jest jak obwarzanek. Po brzegach same wartościowe rzeczy, a w środku dziura. Ten rodzaj pogardy i lekceważenia towarzyszy nam już tak długo, że w zasadzie wszyscy się już do niego przyzwyczaili i nikt nie próbuje z tym polemizować. No, ale spróbujmy, to jest w zasadzie dość proste jeśli przyjmiemy za punkt wyjścia program nauczania historii i języka polskiego w szkole. Geniuszy urodzonych w środkowej Polsce jest sporo i ja ich tu wymienię po kolei: Jan Kochanowski, Henryk Sienkiewicz, Fryderyk Chopin, Cyprian Kamil Norwid. Zwróćmy uwagę, że to są bohaterowie terenów położonych przy Wiśle. Co prawda dwór gdzie przyszedł na świat Norwid położony jest od Wisły najdalej, ale to jest ciągle teren ciążący ku rzece. A co w takim razie z Wielkopolanami, Ślązakami i mieszkańcami Pomorza? Tam też, według definicji Piłsudskiego nie pojawił się nikt wartościowy? Może inaczej – nikt na tyle wartościowy by można było o nim wspomnieć w podręczniku. Definicja marszałka ma jeszcze jeden hak. To Piłsudski unieważnił kresowe ziemiaństwo, stawiając na ich miejscu, na tym podium zwycięzców nie wiadomo właściwie kogo, chyba siebie i Wieniawę, bo nikt inny nie przychodzi mi do głowy. No, może jeszcze Żeligowski. Przy tak spozycjonowanej jakości nie pozostaje już nic innego, jak tylko zaaplikować reszcie zastrzyk z poczucia wstydu, że nie są Żydami i załatwione. Taki jest jak mniemam mechanizm sprowadzania do parteru wszystkich przeambicjonowanych tubylców. A żeby żyło im się lepiej, co jakiś czas wyciąga się z pawlacza jakiegoś charyzmatycznego przywódcę w typie Mariana Kowalskiego, żeby każdy prawdziwy Polak miał się z kim utożsamiać. I niech spróbuje jeden z drugim protestować, że mu się Marian nie podoba…..Kobiecą wersją Mariana jest oczywiście Magda Ogórek.

Ktoś powie, że to niemożliwe, by te sprawy układane były w sposób tak prymitywny. A dlaczego niby nie? Na plenerze czytelniczym w Gdyni mieliśmy cały przegląd figur, które służą właśnie do tego, by sformatować przekaz w sposób jawnie degradujący czytelnika: Daukszewicz, Przybylik, Biedroń i cała reszta. A żebyście widzieli jak ten czytelnik był z tej degradacji zadowolony, jak brał się pod boki i jak rechotał….nie można było na to patrzeć. Dlaczego to działa? Ponieważ starannie dopiera się repertuar i nic ponad nędzę, kłamstwo i tandetę nie może się w tym repertuarze znaleźć. Nawet jeśli będzie ideologicznie słuszne, ale jakościowo dobre, odpadnie, bo wszyscy wiedzą, że to jest program dla tych gorszych, co nie są brzegiem obwarzanka, ale dziurą, dla tych co ich dziadek nie zmienił nazwiska na polskie, żeby ustrzec się antysemityzmu. Pora zastanowić się dlaczego ten dziadek zmieniał nazwisko? Do niedawna było to absolutnie jasne i nikt nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Jeszcze na studiach słyszałem szyderczą anegdotę o profesorze Stanisławie Lorencu, który opowiadał, że jego rodzina wcale nie pochodzi z Niemiec, ale ze Szwecji i był nawet w domu Lorenca jakiś szwedzki talar, który miał o tym zaświadczyć, ale niestety gdzieś zaginął. Stanisław Lorenc, człowiek wiekowy, który zmarł w roku 1990, sprzedawał podwładnym i studentom te dyrdymały, albowiem dobrze pamiętał, że w Polsce niemieckie pochodzenie to był powód do wstydu. Tak właśnie, do wstydu. Dziś zaś cała machina propagandowa, z literaturą na czele pracuje nad tym, by wektory tego wstydu odwrócić, by to polskie pochodzenie było powodem do wstydu. Robotę tę zaczął, mam wrażenie, że przez wrodzony idiotyzm całkowicie bezwiednie, Stefan Żeromski. Z jego szkoły wyrastają dziś te wszystkie Twardochy i Chutniki, którym się zdaje, że poprzez swoje demaskatorskie publikacje czynią ludzi lepszymi. Na końcowy efekt tej pracy nie trzeba będzie długo czekać. Widać go było już w Gdyni. Ja nawet mam bardzo obrazową i niesłychanie smutną metaforę, która opisuje wysiłki tych wszystkich ludzi i ich końcowy efekt. W zasadzie nie jest to metafora, ale spostrzeżenie. Spacerowaliśmy po plaży, a ja zwróciłem uwagę na dziwne, pełzające bez celu po piachu, duże owady z przezroczystymi skrzydłami. Owady nie mogły wzbić się do lotu, niektóre były martwe, a inne próbowały gdzieś dojść, ale tylko kręciły się w kółko. Jak wiecie w rozpoznawaniu owadów mam pewne sukcesy, ale nie mogłem zgadnąć co to takiego. Dopiero kiedy podniosłem jeden okaz z piasku zrozumiałem co to jest. To wielkie ćmy niedźwiedziówki, które przepoczwarzyły się nocą w lesie i nie świadome zagrożenia wyleciały wprost nad morze. Były ich setki, a ludzie deptali je i nie zwracali na nie uwagi. Myśleli pewnie, że to jakieś dziwne morskie stwory. Słona woda najpierw zmyła im pyłek ze skrzydeł, a potem te silniejsze, które nie utonęły, zostały wyrzucone przez fale na brzeg. Tam je odnalazłem, pełzały, kręciły się w kółko i nie wiedziały co zrobić. W zasadzie trzeba by je było wszystkie pozabijać, żeby nie cierpiały, ale przecież nie mogłem latać po plaży w tę i z powrotem i mordować zdegradowanych motyli bez wzoru na skrzydłach. Pozostawiłem je tam… pewnie jeszcze niektóre łażą po tej plaży.

Zapraszam na stronę www.basnjakniedzwiedz.pl Michał idzie na urlop, więc FOTO MAG będzie na razie zamknięty. Zapraszam jednak do Tarabuka, do księgarni Przy Agorze w Warszawie. Do antykwariatu Tradovium w Krakowie, do sklepu Gufuś w Bielsku Białej, do sklepu Hydro Gaz w Słupsku i do księgarni Konkret w Grodzisku Mazowieckim.

 

Gabriel Maciejewski

 

 

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI, 9 sierpnia 2017.

 

  • Ilustracja tytułowa: Krzysztof Kamil Baczyński z psem Fredem, ok. 1931-1932, fot. Aleksander Jalosinski / Forum/ Wybór zdjęcia wg.pco

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2 , 2017.08.09.

Autor: Gabriel Maciejewski