NSZZ „Solidarność”. Moje wspomnienie.


Dzisiaj przypada 37. rocznica podpisania porozumienia w Gdańsku, które zostało podpisane 31 sierpnia 1980 r. przez Lecha Wałęsę w Sali BHP Stoczni Gdańskiej wówczas im. Lenina. 17 września w Gdańsku przedstawiciele robotników z całej Polski powołali do życia ogólnopolski Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. Rezultatem podpisanych w Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu porozumień było utworzenie i zarejestrowanie przez sąd związku.

 

Pracowałem wówczas w Przedsiębiorstwie Budowlano Montażowym Przemysłu Maszyn Rolniczych Agromet (dawne PBMPC) z dyrekcją we Wrocławiu. Firma prowadziła wiele dużych inwestycji (wcześniej byłem od 1973 r. w Hucie Katowice w budowie, na Hucie Bolesław pod Olkuszem, Klimatorze w Świebodzicach i innych) w tym dużą inwestycję w Świdnickiej Fabryce Urządzeń Przemysłowych (ŚFUP) w Świdnicy.

 

W czerwcu 1976 r. w zakładzie Klimator w Świebodzicach odbył się strajk, w którym brałem udział. Był to chyba jedyny zakład w ówczesnym województwie wałbrzyskim, który strajkował. Ulica przed zakładem na całej długości obstawiona przez milicję. W południe wybudowano trybunę, z której później przemawiał I sekretarz KW PZPR Grochmalicki. Do dzisiaj brak opracowania na ten temat. W Wałbrzychu zwieziono autobusami pracowników różnych zakładów na stadion Tysiąclecia. Przemawiał również Grochmalicki.

 

Po rejestracji NSZZ „Solidarność” w listopadzie 1980 r. odbyły się w Kierownictwie Zespołu Budów w Świdnicy zakładowe wybory na przewodniczącego związku. Ktoś podał moją kandydaturę. Wyraziłem zgodę. Zostałem jednogłośnie wybrany na przewodniczącego. Zajmowałem się sprawami socjalno-bytowymi pracowników, i od razu zostałem znienawidzony przez kierownictwo. Byłem wzywany kilka razy do Wrocławia do dyrektora firmy. Następnie zostałem przeniesiony na budowę w Jaworze do „Zakładów Kuzienniczych i Maszyn Rolniczych – AGROMET”. Budowa wchodziła w skład Kierownictwa Zespołu Budów w Świdnicy. Tam organizowałem razem z innymi działaczami z zakładu strajk ostrzegawczy po tzw. prowokacji bydgoskiej. Jak do niego doszło?

 

9 lutego1981 r. na VIII Plenum KC partii postanowiono wysunąć na premiera gen. Jaruzelskiego. Dwa dni później, 11 lutego, Sejm powołał go na stanowisko premiera (premier od 11 lutego 1981 do 6 listopada 1985, oraz w latach 1981-1989 I sekretarz KC PZPR). Następnego dnia premier złożył oświadczenie o przewidywanych kierunkach działania Rządu. Jego wystąpienie miało charakter ugodowy, prosił o zaniechanie akcji strajkowych, o 3 miesiące pracowitych dni – 90 dni spokoju. Trzeba pamiętać, że od 1974 r. rozpoczął się w Polsce kryzys gospodarczy, wzrastało zadłużenie zagraniczne. Mimo to nie wstrzymano inwestycji, które w latach 1977-78 wzrastały. Sytuacja gospodarcza Polski z roku na rok się pogarszała. Zadłużenie Polski w krajach kapitalistycznych doszło w 1980 r. do takiego poziomu, że całość wpływów z eksportu wolnodewizowego nie wystarczała nawet na bieżącą obsługę długów, nie mówiąc już o utracie możliwości spłacenia zadłużenia w jakiejkolwiek perspektywie czasowej. Strajki pogłębiały kryzys. Solidarność przyjęła wybór Jaruzelskiego na premiera życzliwie.

 

Od 16 marca 1981 r. trwały w Polsce manewry „Sojuz ‘81”, już następnego dnia, 17 marca, marszałek Kulikow spotkał się z Kanią i gen. Jaruzelskim.

 

12 marca zarząd wojewódzki rolniczej „Solidarności” w Bydgoszczy ogłosił pogotowie strajkowe. 16 marca w Bydgoszczy do zajętego przez strajkujących budynku przybyli przedstawiciele zjednoczonego (na zjeździe poznańskim 8-9 marca) NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność” z przewodniczącym Kułajem na czele. Utworzono Ogólnopolski Komitet Strajkowy. Najważniejsze z żądań dotyczyło uznania przez rząd wiejskiej „Solidarności” za „społeczno-zawodowego reprezentanta rolników indywidualnych”. Trzy dni po rozpoczęcia manewrów „Sojuz ‘81”, 19 marca 1981 r. wystąpiła tzw. prowokacja bydgoska. Milicja interweniowała brutalnie. W rezultacie trzy osoby doznały obrażeń i znalazły się w szpitalu.

 

20 marca 1981 r. brałem udział w dwugodzinnym strajku ostrzegawczym w Jaworze. Poznałem tam wielu wspaniałych ludzi z „Solidarności”. W oświadczeniu Krajowej Komisji Porozumiewawczej (KKP) zawarta była interpretacja wydarzeń bydgoskich: „Akcja, jaka miała miejsce 19 marca 1981 r. jest oczywistą prowokacją wymierzoną w rząd premiera Jaruzelskiego” MKZ w Bydgoszczy ogłosił , aby 20 marca odbył się dwugodzinny strajk protestacyjny. KKP akceptowała decyzję o strajku. Do protestu dołączył region toruński. 22 marca odbyły się rozmowy przedstawicieli rządu z przywódcami Solidarności i doradcami. Nie doszło do uzgodnień, natomiast ustalono, że ponowne spotkanie odbędzie się 25 marca. 23 marca w Bydgoszczy zebrała się KKP. Posiedzenie odbywało się w dużym napięciu. Wałęsa nie krył swego niezadowolenia z błędów popełnionych przez bydgoską „Solidarność”. Mówił, że „akcja rolników z Bydgoszczy była zaskoczeniem dla KKP, na sesję WRN zaproszenie dostało 6 osób, a przyszło dużo więcej, chyba niepotrzebnie”.

 

Dezerter?

 

Moja sytuacja w zakładzie się pogarszała. Nie chcąc wywoływać niepotrzebnego zamieszania, zwolniłem się. Właśnie z ojcem kupiliśmy gospodarstwo rolne w krośnieńskim, i tam we wrześniu 1981 r. wyjechałem. Posiadać własny dom i kawałek ziemi, to było marzenie mojego ojca, ale również i moje. W listopadzie, będąc w Dukli, postanowiłem z poczty zadzwonić do żony do pracy. Żona mi powiedział, że dostałem wezwanie do wojska, i że w domu było już wojsko. Szukali mnie. Była przerażona. Bowiem miałem się zgłosić do jednostki wojskowej w Strzegomiu, chyba 19 listopada 1981 r. Byłem posiadaczem karty mobilizacyjnej, i na każde wezwanie musiałem stawić się w jednostce wojskowej. Miałem przydział do Strzegomia. Kartę miałem wklejoną w książeczce wojskowej. Tutaj nie byłem jeszcze zameldowany. Byłem więc dezerterem, gdyż było już kilka dni po terminie. Następnego dnia pojechałem do Dukli się zameldować. Żona wymeldowała mnie z Wałbrzycha 22 listopada 1981 r. W zameldowaniu pomógł mi naczelnik z innej gminy, od którego kupiliśmy dom i gospodarstwo. Na wsi zameldowałem się 27 listopada 1981 r. Następnego dnia pojechałem do Wałbrzycha. Zgłosiłem się do Wojskowej Komisji Uzupełnień. Sztab mieścił się w barakach przed kopalnią Thorez. Padał deszcz. Z dyżurki skierowano mnie do jakiegoś pokoju. Tam przyjęła mnie kobieta, i od razu zaczęła mnie straszyć długoletnim więzieniem. Dopiero po chwili pozwoliła mi wyjaśnić moją sytuację. Opowiedziałem jej historię kupienia gospodarstwa. Dla niej podejrzane było moje zameldowanie na wsi. Powiedziała, że coś kombinuję i unikam wojska. Uznała, że jestem dezerterem. Kazała mi wyjść i czekać na korytarzu. Upłynęło parę godzin i ponownie wezwano mnie do pokoju. Tym razem przyjął mnie pułkownik. Pouczył mnie o obowiązkach rezerwisty. Cytował jakieś paragrafy. Straszył mnie. Zauważyłem, że mi nie wierzą. Trzymał w ręku moją książeczkę. Po chwili położył ją na biurku i zauważyłem, że odkleja z niej kartę mobilizacyjną. Powiedział, że jestem zameldowany w krośnieńskim, więc podlegam pod WKU w Krośnie i tam będę się tłumaczył. Udało mi się. Do WKU mnie już nie wzywano.

 

Nalot na mieszkanie

 

W stanie wojennym, w styczniu 1982 r. miałem nalot na dom. Przeszło kilkunastu milicjantów i dwóch cywili. Było to kilka dni po moim powrocie z domu. Do domu i z powrotem jeździłem ze znajomym kierowcą Sergiuszem, który robił kursy Wałbrzych-Sanok. Przed każdym miastem i za miastem były blokady wojskowe i milicyjne. Kierowca miał pozwolenie na jazdę w nocy, ja takiego pozwolenia nie miałem. Z Wałbrzycha przewoziłem między innymi materiały „Solidarności”. Po 23 godz. (godzina policyjna od 23:00 do 5:00) kierowca chował mnie do plastykowego pojemnika na pace. Miał ich kilka, które były puste. Dopiero w Sanoku ładował do nich jakieś gumowe uszczelki. Leżałem jak w trumnie. Było strasznie zimno. Kilka razy przy kontroli, kazali kierowcy otworzyć pakę. Świecili latarkami, ale do pojemników nie zaglądali. Już po godz. 5 rano za Tarnowem zatrzymał nas patrol wojskowy. Siedziałem już w szoferce. Na ulicy było pełno wojska. Mieli rozwinięte kolczatki na samochody, które by nie chciały się zatrzymać. Było zimno i grzali się przy kilku koksiakach. Wylegitymowali Sergiusza i podeszli koło moich drzwi. Nie odzywając się, stali przy drzwiach, trzymając kałachy w rękach. Pomyślałem, że zaraz będą mnie brali. Dopiero po chwili jeden z nich zwrócił się do mnie z pytaniem: czy mam papierosy, i czy mogę ich poczęstować? Oczywiście, powiedziałem. Paliłem Sporty, i dałem im dwie paczki. Potem już do samego domu mieliśmy spokój. Tak jeździłem przez cały stan wojenny.

W domu materiały (biuletyny, ulotki) Solidarności miałem w szufladzie w tapczanie. Milicjanci, jak mrówki, rozsypali się po całym budynku, łącznie ze strychem i piwnicą. Interesowało ich głównie to, dlaczego tu przyjechałem i co tu robię? Odpowiedziałem, że chowam świnie. Na ścianie na kilimie wisiała szpada. W pewnym momencie jeden z nich ją ściągnął. Wszyscy zaczęli ją oglądać. Cywil powiedział mi, że to jest broń, i oni muszą ją zarekwirować. Nie zgodziłem się na to, i powiesiłem ją z powrotem na ścianie. Powiedzieli, bym ją zawiózł na posterunek milicji do Dukli. Nic nie znaleźli i poszli. Czułem od nich alkohol. Na drugi dzień sprzedałem szpadę w Desie w Krośnie. Na posterunek MO zawiozłem kwit.

 

Spotkania przy okazji imienin

 

W Wałbrzychu w NSZZ „Solidarność” była zaangażowana koleżanka mojej żony, Jadzia. To ona dostarczała mi materiały „Solidarności”. W stanie wojennym działacze spotykali się przeważnie przy okazji imienin któregoś z członków.

Będąc na dłużej w Wałbrzychu, zostaliśmy z Jolą zaproszeni do Jadzi na imieniny w dniu 16 października 1983 r. Ja ze względu na pobyt na wsi byłem oderwany od opozycyjnych działań. Natomiast Jadzia tkwiła w samym centrum wydarzeń. O umówionej godzinie zjawiliśmy się, ja z kwiatami w ręku, u Jadzi. Było u niej już pełno ludzi, a wśród nich centralną postacią był Mietek Tarnowski, przewodniczący wałbrzyskiej Solidarności. Był też Bronek Wardawy z Lublina, członek Krajowej Komisji Solidarności Kolejarzy. Zaprzyjaźniłem się z nim, i później często nas odwiedzał. Każdego roku przyjeżdżał do sanatorium w Szczawnie. Z Lublina przysyłał mi biuletyny i znaczki Poczty Solidarność.

 

Mietek Tarnowski w chwili ogłoszenia stanu wojennego przebywał z delegacją wałbrzyskiej Solidarności w Austrii, gdzie pozostał. Powrócił do Polski 1 lutego 1983, przez następne lata wielokrotnie represjonowany przez SB, pozbawiony możliwości pracy zawodowej. Opowiadał o swoich doznanych przeżyciach na Zachodzie. Był też w Izraelu, gdzie pracował w hucie. Obecnie procesował się w Okręgowym Sądzie Pracy we Wrocławiu o przywrócenie do pracy w kopalni „Wałbrzych”. Wielokrotnie w domu nachodziła go milicja. Atmosfera spotkania była wspaniała. Wychodząc późnym wieczorem, umówiliśmy się, że następne spotkanie będzie u mnie w domu 13 listopada, w dniu moich imienin.

 

Dzień przed imieninami przygotowaliśmy z Jolą poczęstunek. Zaprosiłem też p. Tadeusza, sąsiada, który pożyczył mi kilka kuchennych taboretów. Mietek z Jadzią przyszli punktualnie. Natomiast inni goście przychodzili w krótkich odstępach czasu. Przyszedł adwokat Andrzej z żoną Elą, Jerzy Langer, Józek Zalas i inni.

 

W czasie, gdy goście się schodzili, Mietkowi zadałem pytanie, jaka jest obecnie Solidarność w skali kraju i w naszym regionie? On po namyśle odpowiedział, że „teraz można być już tylko optymistą, niezależnie od tego, co nas jeszcze czeka. Nastąpiły olbrzymie przewartościowania w świadomości społecznej, one procentują i będą procentować konkretnymi postawami ludzi. Nigdy w okresie ostatnich czterdziestu lat nie było w Polsce tak autentycznego i głębokiego zainteresowania sprawami kraju. Tylu niezależnych inicjatyw podejmowanych w warunkach ciągłego zagrożenia. Kryją się za tym głębokie przemyślenia i dramatyczne decyzje wielu z nas. To stanowi o rzeczywistej sile naszego ruchu. Solidarność okrzepła, to już nie romantyzm, nie chęć kariery, a świadoma wola okupiona konkretną ceną”. W pokoju było chyba kilkanaście osób, jedni siedzieli na tapczanie, drudzy na krzesłach i stołkach, ale wszyscy się pomieścili. Później byliśmy na imieninach u Andrzeja.

 

Po przyjeździe na stałe do Wałbrzycha (żonie odechciało się mieszkać na wsi) wróciłem do mojej firmy, i dalej z żoną zajmowaliśmy się Solidarnością. Przed wyborami 4 czerwca 1989 r. wpłaciliśmy nawet pewną kwotę na Fundusz Wyborczy Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”. Potem pożegnałem się z „Solidarnością”, bo uważałem, że zdradzono nasze ideały, choć L. Wałęsę szanuję. ŚFUP zniszczono, a Klimator sprzedano Niemcom, Hutę Katowice sprzedano za grosze Hindusowi. Kto dzisiaj pamięta Piotra Bednarza, przewodniczącego Solidarności Dolnego Śląska do stanu wojennego, który był uwięziony i nieludzko traktowany. Mieczysław Tarnowski zmarł 11 maja 1991 r. Lata 1980-1984 były najlepszymi latami w moim życiu. Poznałem wielu zacnych i szlachetnych ludzi. Po stanie wojennym, nie była już to Solidarność z lat poprzednich. Pojawili się inni ludzie. Z uchwalonego przez PiS dodatku w wysokości 400 zł nie skorzystam. Swoje zaangażowanie w Solidarność traktuję jako patriotyczny obowiązek i nic więcej.

 

  • Foto: moja odznaka.

Stanisław Bulza

 

Przeczytaj więcej artykułów Stanisława Bulzy na naszym portalu  >   >   > TUTAJ .

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2, 2017.08.31. / Akt. 2017.09.01

Autor: Stanisław Bulza