Niemcy dla Europy czy Europa dla Niemiec? (1. i 2.)


Część 1.

Nikt chyba nie może już zaprzeczyć, że Niemcy są najsilniejszym państwem Unii Europejskiej i jej nieformalnym liderem. Inną sprawą natomiast jest ocena tego stanu rzeczy. Jedni widzą w tym widmo niemieckiej hegemonii czy też niemieckiego imperializmu, inni natomiast liczą na to, że Europa wreszcie, pod niemieckim przywództwem, będzie mogła wyemancypować się spod wpływów hegemonii amerykańskiej.

Dominacja Niemców w Unii Europejskiej przejawia się głównie w dwóch aspektach. Po pierwsze, chodzi oczywiście o ich gospodarkę, która jest najsilniejszą europejską gospodarką. Po drugie, chodzi o agendę progresywistyczną, której nasi zachodni sąsiedzi są w tej chwili najbardziej prominentnym wyrazicielem. Te dwa czynniki wyznaczają też oś podziałów i najważniejszych stanowisk reprezentowanych na europejskiej scenie politycznej odnośnie tego kraju. Pierwsza grupa to progresiści, którzy życzą sobie niemieckiej dominacji gospodarczej, gdyż dzięki temu kraj ten będzie mógł być sprawnym narzędziem realizacji agendy progresywistycznej.

Druga grupa to część intelektualistów prawicowych, tradycjonalistycznych i konserwatywnych, którzy z takich czy innych powodów odczuwają głęboką niechęć do USA i marzą o tym, by niemiecka gospodarka dosłownie wykurzyła Amerykanów z Europy i umożliwiła naszemu kontynentowi ostateczną emancypację spod władzy Ameryki Północnej. Trzecia grupa intelektualistów to klasyczna lewica marksistowska, która już od 150 lat walczy z niemieckim imperializmem i uważa, że to właśnie ta gospodarka jest największym zagrożeniem dla pokoju w Europie. Czwarta grupa odrzuca zarówno wizję niemieckiej dominacji gospodarczej, jak i ideologicznej, należy do nich inna część przedstawicieli środowisk konserwatywnych, katolickich i narodowych. Przyjrzyjmy się bliżej wszystkich tym pozycjom.

Z politycznego punktu widzenia najbardziej istotna jest pierwsza grupa, gdyż ze wszystkich trzech wymienionych kategorii ma ona bardzo realny wpływ polityczny. Przedstawiciele tej formacji skupieni są przede wszystkim w Grupie Spinelli oraz w Progresywnym Aliansie Socjalistów i Demokratów (Progressive Alliance of Socialists and Democrats, S&D). Zanim powiemy coś więcej o tych organizacjach, musimy się na chwilę skupić na kwestii tego, dlaczego europejscy – ale nie tylko – progresiści tak bardzo stawiają na silną niemiecką gospodarkę. Celem agendy progresywistycznej jest stworzenie globalnego i wielopoziomowego systemu rządzenia światem, w którym nie będzie już miejsca na suwerenne państwa narodowe.

Drogą do niszczenia państw narodowych jest tworzenie ponadnarodowych struktur gospodarczych. Z punktu widzenia takich gospodarek ponadnarodowych istnienie narodowych struktur gospodarczych oczywiście staje się przeżytkiem. Globalizacja ekonomiczna jest więc dla zwolenników progresywizmu podstawowym argumentem przeciwko istnieniu suwerennych państw narodowych. Europejskie państwa narodowe ciągle istnieją, co jest poważnym problemem dla progresywistów. Ich strategia polega więc na tym, by jedna gospodarka, a konkretnie niemiecka, była siłą napędową niszczenia granic gospodarczych w Europie.

To jest istota sprawy! Niemcy mają podporządkować sobie gospodarki poszczególnych państw: Polski, Węgier, Czech, Słowacji, Włoch, Grecji, Portugalii itd. oraz mają silnie związać z sobą gospodarki Holandii, Belgii, Francji i Skandynawii. Dzięki takiemu „jednoczeniu” Europa stanie się jednolitym organizmem ekonomicznym, w których Niemcy będą odgrywać rolę „lokomotywy”. Niemcy są więc głównym narzędziem progresywistów do tego, by dokonać centralizacji i koncentracji gospodarczo-politycznej w Europie.

Strategia ta – wprawdzie nie wprost, ale można ją wydedukować – została m.in. opisana w bardzo ciekawej publikacji wydanej przez Kolegium Europejskie pod redakcją Jerzego Tomaszewskiego pt. „The people’s democracies after Prague: Soviet hegemony, nationalism, regional integration? Les deemocraties populaires aprees Prague: Heegeemonie sovieetique, nationalisme, inteegration reegionale? (Bruges: De Tempel, 1970).

Jedną z głównych kwestii poruszanych w tym opracowaniu jest pytanie, na ile Związek Radziecki próbuje integrować w jedną całość gospodarki Bloku Wschodniego. Autorzy, w tym Zbigniew Brzeziński, ze smutkiem stwierdzają, że w ogóle nie próbuje. W związku z tym uważają, że jest potrzeba stworzenia nowej strategii, tak, by państwa Europy Środkowo-Wschodniej silniej integrowały się gospodarczo. Po prawie 50 latach od wydania tamtej publikacji wiemy już, jak wygląda ta strategia. Rolę ośrodka integrującego gospodarczo ten region pełnią Niemcy.

Niemcy są także główną agendą progresywistyczną w Europie, a po przejęciu władzy w USA przez D. Trumpa – na całym świecie. Polityka Angeli Merkel w stosunku do uchodźców jest jednym z przejawów progresywistycznego misjonarstwa naszego zachodniego sąsiada.Przypomnijmy, że „słynne” Standardy edukacji seksualnej w Europie zostały opracowane przez Biuro Regionalne Światowej Organizacji Zdrowia dla Europy i niemieckie Federalne Biuro ds. Edukacji Zdrowotnej z siedzibą w Kolonii (BZgA). Warto zwrócić uwagę, że na licznych polskich prawicowych stronach pojawiła się błędna nazwa tej drugiej instytucji podawanej jako Federalne Biuro ONZ ds. Edukacji Zdrowotnej. Nie jest to Biuro ONZ, tylko czysto niemiecka instytucja, która w opracowaniu tych standardów odegrała główną rolę.

Warto też zwrócić uwagę na to, że inna federalna instytucja, a konkretnie Federalna Centrala Kształcenia Politycznego (BPB) wydaje w formie materiałów edukacyjnych wytyczne na temat tego, jak „oświecony” i „douczony” Europejczyk ma myśleć praktycznie na każdy temat. Wytyczne te są podstawą działalności większości niemieckich fundacji, stowarzyszeń czy po prostu instytucji rządowych, landowych, które prowadzą bardzo intensywną działalność propagandową na terenie całej Europy, w tym także Polski.

Pomysł jest więc prosty: Niemcy mają osłabiać potencjał ekonomiczny innych państw, w tym przede wszystkich katolickich i prawosławnych, dzięki czemu gospodarka tego państwa ma rosnąć w siłę. Dzięki temu, po pierwsze, nastąpi centralizacja polityczna i gospodarcza na kontynencie europejskim. Po drugie, państwo niemieckie będzie miało więcej pieniędzy na prowadzenie swojej dywersji ideologicznej na terenie całej Europy, w tym przede wszystkim na terenie państw katolickich. Tak ma wyglądać europejska droga do socjalizmu. Droga ta wiedzie przez Niemcy organizujące całą Europę tak, by w ostatecznym momencie progresiści mogli wprowadzić tutaj socjalizm.

Jest jeszcze jeden aspekt, dlaczego progresiści stawiają na niemiecką gospodarkę. Paradoksalnie, na drodze do stworzenia progresywnych struktur zarządzania globalnego stoi im silne i suwerenne państwo narodowe, jakim są USA. Po wyborze Donalda Trumpa państwo to zaczyna im się „urywać ze sznurka”. Ale nie chodzi tylko o samego nowego prezydenta, tylko o sam fakt, że USA są ciągle za silnym graczem i nie będą chciały stać się tylko jednym z wielu bloków kontynentalnych, obok bloku europejskiego czy południowo-amerykańskiego.

Stąd progresiści już od wielu lat pracują na rzecz zmniejszania potencjału ekonomicznego USA, co miało się dokonać m.in. poprzez coraz większą obecność kapitału niemieckiego na kontynencie północno-amerykańskim. Przejęcie Monsanto przez niemiecki koncern Bayer, zalewanie rynku amerykańskiego niemieckimi samochodami czy też ekspansja marketów Aldi (w tej chwili istnieje już 1600 amerykańskich filii tego dyskontu, ostatnio zapowiedziano otwarcie kolejnych 900, tak by Aldi stał się trzecim największym dyskontem spożywczym w USA) – to tylko wybrane przykłady realizacji tejże strategii.

Taka jest strategia i jest ona konsekwentnie realizowana przez wspomnianą Grupę Spinelli i Progresywny Alians Socjalistów i Demokratów. Jedna i druga organizacja dążą do przekształcenia Unii Europejskiej w państwo federalne, obydwie są organizacjami socjalistycznymi. Sam Spinelli był włoskim komunistą, który aktywnie działał na rzecz utworzenia Stanów Zjednoczonych Europy. Grupa Spinelli powstała w 2010 r., a jej założycielami albo adherentami byli lub są m.in. Guy Verhofstadt, Jacques Delors, Joschka Fischer, Daniel Cohn-Bendit, Andrew Duff, Elmar Brok, Ulrich Beck, Gesine Schwan, Danuta Hübner, Róża Thun, Paweł Świeboda, Jo Leinen, Amartya Sen, Élie Barnavi. Natomiast Alians powstał w 2009 r., a jednym z jego inicjatorów był Martin Schulz.

W Polsce ekspozyturą tejże agendy wcześniej byli politycy związani z SLD, teraz są to politycy związani przede wszystkim z PO oraz Nowoczesną, jak również liczne organizacje pozarządowe finansowane głównie zza Odry. Agenda ta realizowana jest także przez media należące do niemieckich koncernów. Na poziomie operacyjnym jej agenci posługują się stereotypem „prawdziwego Europejczyka”, który został skonstruowany na obraz i podobieństwo Niemców, w pełni kontrolowanych przez odgórne ośrodki władzy politycznej, ekonomicznej i kulturowej.

Przykładowo, wskażmy na to że, wspomniana Grupa Spinelli, we współpracy z niemieckim koncernem wydawniczym i think tankiem Fundacja Bertelsmann opublikowała projekt czegoś na kształt konstytucji federacji europejskiej pt. „A Fundamental Law of the European Union” (Prawo Fundamentalne Unii Europejskiej). Fundacja Bertelsmann specjalizuje się w wspieraniu szeregu progresywistycznych inicjatyw, w tym m.in. współfinansuje „węgierską” fundację Political Capital, która opublikowała niesławny raport o tym, jak to rzekomo zwolennicy tzw. tradycyjnych wartości znajdują się pod bezpośrednim wpływem propagandy kremlowskiej (tytuł raportu: „The Weaponization of Culture: Kremlin’s traditional agenda and the export of values to Central Europe”, czyli Militaryzacja kultury: Tradycjonalistyczna agenda Kremla i eksport wartości do Europy Środkowej). Wśród donatorów tejże „węgierskiej” fundacji znajdują się także trzy inne niemieckie fundacje: Friedrich Naumann Stiftung, Friedrich-Ebert-Stiftung, Heinrich Böll Stiftung.

Podsumowując tę część wywodu należy stwierdzić, że mamy do czynienia z sojuszem niemieckich decydentów politycznych, gospodarczych, medialnych i progresywistów, których łączy wspólny cel. Niemcy mają być hegemonem europejskim, który będzie innym państwom dyktował warunki gry. Różni ich tylko jedna rzecz: dla progresywistów Niemcy mają być drogą do realizacji ich wizji Europy, natomiast wielu przedstawicieli niemieckich elit uważa, że to Europa ma być drogą dla wzrostu siły i potęgi ich państwa.

Magdalena Ziętek-Wielomska
c.d.n.
Źródło: Myśl Polska, nr 33-34 (13-20.08.2017)

 

  *      *      *     *

Część 2.

 

Tak jak pisałam w pierwszej części artykułu, nikt chyba nie może już zaprzeczyć, że Niemcy są najsilniejszym państwem Unii Europejskiej i jej nieformalnym liderem. Inną sprawą natomiast jest ocena tego stanu rzeczy. Podczas gdy jedni widzą w tym widmo niemieckiej hegemonii, inni liczą na to, że Europa, pod niemieckim przywództwem, będzie mogła wyemancypować się spod wpływów USA.

Dominacja Niemców w Unii Europejskiej przejawia się przede wszystkim w dwóch aspektach. Po pierwsze, chodzi o ich gospodarkę, która jest najsilniejszą europejską gospodarką. Po drugie, chodzi o agendę progresywistyczną, której nasi zachodni sąsiedzi są prominentnym wyrazicielem. Te dwa czynniki wyznaczają też oś podziałów i najważniejszych stanowisk reprezentowanych na europejskiej scenie politycznej odnośnie tego kraju. W pierwszej części artykułu przedstawiłam progresistów, którzy życzą sobie niemieckiej dominacji gospodarczej, gdyż dzięki temu kraj ten będzie mógł być sprawnym narzędziem realizacji agendy progresywistycznej. W tej części przyjrzymy się części intelektualistów prawicowych, tradycjonalistycznych i konserwatywnych, którzy z takich czy innych powodów odczuwają głęboką niechęć do USA i marzą o tym, by Niemcy wypędzili Amerykanów z Europy i umożliwili naszemu kontynentowi ostateczną emancypację spod władzy tego państwa.

Na początku analizy chciałabym zwrócić uwagę na podstawowy problem związany z tą grupą stanowisk. Wyemancypowanie się, jak również całej Europy, spod wpływów USA jest oczywistym celem państwa niemieckiego, i to już od czasu zakończenia wojny. Jest to kwestia nie podlegająca żadnej dyskusji. Powojenny establishment naszego zachodniego sąsiada wyciągnął jednak wnioski z dwóch przegranych wojen, którym towarzyszyła otwarcie szowinistyczna i agresywna retoryka i zrozumiał, że w ten sposób nic nie zdziała. Niemcy przyjęły strategię dojścia do celu małymi krokami, unikania jakichkolwiek bezpośrednich konfrontacji i ze swoimi tymczasowymi sojusznikami, jak i przeciwnikami, budowania silnej gospodarki i tworzenia pozytywnego wizerunku w świecie jako państwa, które zbudowało wzorcową demokrację i społeczną gospodarkę rynkową.

A przede wszystkim stworzyły strategię lawirowania na wszystkie strony. W okresie zimnej wojny potrzebowały Stanów Zjednoczonych do tego, żeby wzmocnić swoją pozycję w stosunku do ZSRR, co nie przeszkodziło im jednak, żeby od czasu Willego Brandta pielęgnować coraz bardziej zażyłe stosunki gospodarcze ze Związkiem Radzieckim. Podobnie utrzymywały dobre relacje zarówno z Izraelem, jak i z państwami arabskimi oraz Iranem. Przykłady można by mnożyć.

Wspominam o tym z następującego powodu. Niemiecki powojenny establishment bardzo starannie dbał o utrzymywanie różnych zewnętrznych pozorów, na które większość obserwatorów do dzisiaj daje się nabrać. Był także przedmiotem krytyki ze strony części konserwatystów czy nacjonalistów, którym poświęcona jest ta część artykułu. Grupa ta nie dostrzegała i nie dostrzega, że chodzi o pewną zewnętrzną retorykę i autoprezentację, za którą kryje się konsekwentnie realizowana Realpolitik. Od niemieckiego establishmentu grupa ta różni się więc tym, że ten ostatni po dwóch przegranych wojnach wyciągnął określone wnioski, których nie wyciągnęli niemieccy nacjonaliści i ci konserwatyści, którzy przede wszystkim odwołują się do ideologii pruskiego nacjonalizmu. Dla uproszczenia będziemy ich nazywać niemiecko-pruskimi nacjonalistami i konserwatystami.

Żeby zrozumieć stanowisko tej grupy, musimy spojrzeć na to, co faktycznie dokonało się w Niemczech po 1945 r. Wbrew temu, co twierdzą niemiecko-pruscy nacjonaliści i konserwatyści, ich ojczyzna nie znalazła się pod pełną ideologiczną okupacją ze strony zewnętrznego agresora, który narzucił swój światopogląd całemu niemieckiemu narodowi. Tak sprawy wyglądały z punktu widzenia tradycji pruskiego nacjonalizmu, który jednakże, wbrew jej propagandzie, nigdy nie był jedyną tradycją ideową w Niemczech!

Do czasu podbicia Niemiec przez Prusy, które ostatecznie dokonało się w 1870/71 r., wcale nie było oczywistym, w jakim kierunku rozwinie się przestrzeń niemieckojęzyczna. Na polu walki stały oczywiście państwa katolickie, które sprzeciwiały się dominacji pruskich protestantów. I słusznie, co pokazał prowadzony przez Bismarcka Kulturkampf, który wbrew temu, co wie na ten temat przeciętny Polak, nie był skierowany przeciwko nam, lecz wszystkim katolikom mieszkającym w państwie rządzonym przez Kaisera. Kulturkampf w dużej mierze zakończył się fiaskiem, ale dyskryminacja katolików w II Rzeszy była faktem oczywistym i bezdyskusyjnym. Drugą grupą, która była zwalczana przez pruską władzę, byli socjaliści. Stanowili oni potężną siłę społeczną, która mimo otwartych prześladowań, coraz lepiej się organizowała i zyskiwała na znaczeniu. Także pewna grupa liberałów była na bakier z pruską hegemonią polityczną i kulturową.

Sami Prusacy, odkąd przejęli władzę nad Niemcami, zaczęli bardzo intensywnie tworzyć nową, prusko-niemiecką ideologię nacjonalizmu, która szybko przeszła w otwarty, agresywny szowinizm. Ideologia ta była skierowana nie tylko na zewnątrz, ale także do wewnątrz.

Jej celem było polityczne zneutralizowanie wszystkich wewnętrznych przeciwników, w tym przede wszystkim katolików i socjalistów. Podstawowe założenia tej ideologii były proste: to właśnie Prusom Niemcy zawdzięczają swoją wielkość, które nie tylko zjednoczyły ten kraj, ale także wyzwoliły jego mieszkańców spod „papieskiej okupacji”, a w przyszłości wyzwolą ich także od dominacji angielskich kapitalistów, jak i wszelkich obcych wpływów politycznych, ekonomicznych i kulturowych. Celem tej ideologii było przeprowadzenie totalnej mobilizacji narodu niemieckiego, który miał żyć w poczuciu ciągłego zagrożenia, co było niezbędne do przeprowadzania przez Prusy dalszych podbojów, zgodnie przecież z ich wielowiekową tradycją.

Po pierwszej przegranej wojnie światowej ideologia ta stała się na kilkanaście lat jedną z wielu, które walczyły o dusze Niemców. Republika Weimarska była polem ścierania się licznych formacji światopoglądowych, które wcześniej również istniały, ale były politycznie tłamszone przez Kaisera.

Po 1933 r. prusko-niemiecki nacjonalizm zdobył władzę absolutną w postaci ideologii narodowego socjalizmu.

Oczywiście, wielu przedstawicieli prusko-niemieckiego konserwatyzmu zaprzecza tezie o ideowym powinowactwie Prus i III Rzeszy, ale ich twierdzenie nie znajduje potwierdzenia w faktach. Narodowi socjaliści bezpośrednio odwoływali się do tej tradycji i nie były to tylko puste słowa. Także wielu niemieckich protestantów oficjalnie poparło reżim Hitlera, czego najbardziej doniosłym wyrazem było stworzenie nacjonalistycznego kościoła protestanckiego „Niemieccy Chrześcijanie” (Deutsche Christen). Dla katolików przejęcie władzy przez narodowych socjalistów oznaczało konieczność dokonania wyboru między zasadami wiary katolickiej, a wiernością państwu niemieckiemu, które jawnie i otwarcie gwałciło 10 przykazań. W państwie Hitlera nie było też oczywiście miejsca dla socjalistów.

Rok 1945, wbrew propagandzie bohaterów tego tekstu, nie był klęską niemieckiego narodu, lecz klęską zwolenników prusko-nacjonalistycznej pychy, która złamała wszelkie możliwe reguły wykształcone przez chrześcijańską Europę.

Tak to właśnie postrzegało wielu polityków, naukowców i intelektualistów, którzy w 1945 r. doszli w Niemczech do władzy, a którzy wcześniej byli prześladowani i tłamszeni we własnym państwie. I bynajmniej nie uważali się oni za przedmiot ideologicznej indoktrynacji ze strony Zachodu, bo, w przeciwieństwie do zwolenników tezy o pruskim separatyzmie cywilizacyjnym, czuli się w Europie jak u siebie w domu. Widać to wyraźnie w wielu ówczesnych publikacjach wychodzących spod pióra katolickich intelektualistów, którzy dokonywali samodzielnego obrachunku z nazistowską przeszłością własnego państwa. Ten „katolicki renesans” nie trwał jednak długo i w samej CDU/CSU z biegiem czasu coraz większy wpływ uzyskiwali protestanci. Skutki tego procesu są dzisiaj widoczne gołym okiem – światopoglądowo CDU praktycznie niczym się nie różni od SPD czy też nawet Lewicy (Die Linke).

Rok 1945 r. był także czasem, kiedy do władzy, czy też po prostu równoprawnego uczestnictwa w życiu politycznym, powrócili socjaldemokraci. I to oni w coraz większym stopniu forsowali własną koncepcję demokratycznego socjalizmu, która od 1969 r. stała się na wiele lat oficjalną ideologią RFN. Koncepcja ta nie miała nic wspólnego z amerykańską, liberalną koncepcją demokracji, lecz była oryginalnym produktem niemieckich socjalistów, do których przed wojną należeli tak prominentni przedstawiciele jak Hans Kelsen czy Gustav Radbruch. Oni i wielu innych wybitnych socjaldemokratów stworzyło własną koncepcję demokracji i państwa prawa, które w żadnym stopniu nie stanowiły „amerykańskiego importu”.

Rok 1945 r. stanowił więc klęskę określonej formacji ideowej w Niemczech, która od tamtego czasu rzeczywiście znajduje się w całkowitej defensywie. Jak wspomniałam na początku, niemieckie elity od zakończenia wojny dążą do tego samego celu, który postawili sobie pruscy nacjonaliści i konserwatyści, ale realizują ten cel innymi metodami, niż ci ostatni by sobie życzyli. I to właśnie ta grupa stworzyła narrację Niemiec jako ofiar amerykańskiej okupacji, nie uwzględniając przy tym wielu faktów zaprzeczających ich tezie. Po pierwsze, pomijają oni fakt, że Niemcy Zachodnie były realnie zagrożone przez Związek Radziecki i że Europa nie była w stanie sama się obronić przed tym wschodnim imperium.

Po drugie, ze względu na ten pierwszy fakt, rozliczenie z nazizmem było fikcją, bo Amerykanie potrzebowali sojusznika do walki z komunizmem – w Polsce osądzono znaczenie więcej zbrodniarzy niemieckich niż to zrobiła cała Europa Zachodnia razem wzięta. Po trzecie, twierdzą, że demokratyzacja i liberalizacja Niemiec była tylko i wyłącznie zachodnim importem, nie zważając na to, co już zostało powiedziane, że niemieccy katolicy, liberałowie i socjaliści posiadali swoje własne koncepcje demokracji i państwa prawa, które po wojnie, dzięki „amerykańskim czołgom” mogły zostać wprowadzone w życie. Po czwarte, przypisują oni Ameryce odpowiedzialność za rok 1968 r. i zwrot Europy w kierunku lewicy, ignorując przy tym oczywisty fakt, że to USA zostały ideologiczne podbite przez europejskich socjalistów – najpierw poprzez niemieckich emigrantów głównie żydowskiego pochodzenia, a potem francuskich intelektualistów, czyli tzw. „teorię francuską” (French theory).

Rok 1968 r. jest efektem ideologii zrodzonych w Europie, głównie w Niemczech i Francji. Po piąte, obarczają oni USA odpowiedzialnością za tzw. polityczną poprawność, nie zważając przy tym na to, że jej największymi orędownikami są „dzieci pokolenia 1968 r.”, które naczytały się głównie niemieckich i francuskich neomarksistów, a nie amerykańskich ideologów. I po szóste, notorycznie nie dostrzegają faktu, jak mocno rozpycha się niemiecka gospodarka na całym świecie, co z kolei jest przedmiotem starannych analiz dokonywanych przez niemiecką lewicę (tę antysystemową), której poświęcona zostanie kolejna część tego artykułu.

Omawiana tutaj grupa oczywiście zazwyczaj nie uznawała dokonanego w Poczdamie przesunięcia wschodniej granicy Niemiec oraz likwidacji Prus i dążyła do rewizji tamtych postanowień. Strategia miała być ta sama, jak w przypadku traktatu wersalskiego. Chodziło o wzbudzenie w Niemcach poczucia krzywdy i pragnienia rewanżu. Niemcy mieli poczuć się ofiarami Amerykanów, Anglików, Rosjan i Polaków. Antyamerykanizm tych środowisk był więc ściśle związany z ich rewizjonistyczną agendą.

Bohaterowie tego artykułu obecnie skupieni są głównie wokół takich organów prasowych jak Junge Freiheit, Zuerst!, wydawnictw Verlag Antaios, Grabert Verlag, Hohenrain-Verlage, Verlagsgesellschaft Berg, Arndt Verlag, Orion-Heimreiter-Verlag, czy też fundacji Erich und Erna Kronauer-Stiftung.

Jednym z najbardziej „płodnych” przedstawicieli niemieckiego rewizjonizmu jest Stefan Scheil, który w swoich pracach lansuje tezę o odpowiedzialności Polski za wybuch II WŚ. W książkach pt. „Polska 1939 – Kalkulacja wojenna, przygotowanie, wykonanie” (Polen 1939 – Kriegskalkül, Vorbereitung, Vollzug) oraz „Pięć plus dwa. Europejskie państwa narodowe, potęgi światowe i wspólne rozpętanie II WŚ” (Fünf plus Zwei. Die europäischen Nationalstaaten, die Weltmächte und die vereinte Entfesselung des Zweiten Weltkriegs) twierdzi, że Polska dążyła do ekspansji kosztem Niemiec i skutecznie udało jej się wciągnąć Brytyjczyków do wojny.

Całościowa strategia Scheila jest jasna: zrzucić odpowiedzialność za wybuch wojny na Polskę i Wielką Brytanię, podważyć w ten sposób uzasadnienie postanowień poczdamskich i doprowadzić do ich obalenia. W momencie, kiedy Niemcy poczują się ofiarami Anglosasów, przyjdzie kolej na to, by poczuli się przede wszystkim ofiarami Polaków. Autor jest ważny, gdyż jego prace ukazują się w bardzo prestiżowym wydawnictwie Duncker & Humblot, a nie w jednej z niszowych, prawicowych oficyn.

Próbki światopoglądu omawianej tutaj grupy dostarcza praca Manfreda Kleine-Hartlage pt. „Język RFN. 131 antysłowa i ich polityczne znaczenie” (Die Sprache der BRD. 131 Unwörter und ihre politische Bedeutung), która ukazała się we wspomnianym wyżej prawicowych wydawnictwie Antaios. Książka wpisuje się w tradycję krytycznych analiz przemian języka politycznego obowiązującego w RFN w kierunku lewicowej politycznej poprawności. Warto przytoczyć fragment recenzji tej pracy sporządzonej przez Tomasza Gabisia:

„Kleine-Hartlage stworzył swego rodzaju leksykon wyjaśniający prawdziwe znaczenie i funkcję słów, określeń, zwrotów i sformułowań, politycznych pojęć, frazesów, sloganów, komunałów, eufemizmów wszechobecnych w standardowym, obowiązującym „żargonie erefenowskiej demokracji” (Lingua Secundae Republicae). (…) Pragnie pokazać, że nie należy patrzeć na znaczenia słów sugerowane przez władzę, lecz dostrzegać ich rzeczywistą funkcję jaką pełnią w ramach zwalczania przez nią opozycjonistów, dysydentów i inaczej myślących. Chce też nauczyć mieszkańców RFN-u czytania między wierszami (wielu z nich już to potrafi, ale jeszcze nie tak dobrze jak obywatele NRD). Autor poddaje wiwisekcji łącznie 131 haseł m.in. wyzwolenie, anyfaszyzm, ludność, brunatny, Niemiec, diversity management, dialog z islamem, kultura pamięci, bezalternatywny, ekstremista, homofobia, islamofobia, teorie spiskowe, integracja, „w naszym społeczeństwie nie ma miejsca dla…“, otwartość, otwartość na świat, lepszy świat, zachodnia wspólnota wartości, pojednanie, wartości konstytucyjne, dialog, wrogość wobec kobiet, wrogość wobec obcych, dojrzały obywatel, demokracja, polityka pamięci, szeroka koalicja, nienawiść, fundamentalista, gender, szeroka koalicja, różnorodność, gender mainstreaming, globalne wyzwania, wspólnota międzynarodowa, ludzie, prawicowy populizm, imigracja, „musimy poważnie potraktować lęki obywateli”, odwaga cywilna, tolerancja, kolorowy, różnorodność.” (T. Gabiś, Metaideologia i język polityczny RFN, http://nowadebata.pl/2015/10/25/metaideologia-i-je…).

Niestety, w swojej obszernej i bardzo interesującej recenzji tej pracy Tomasz Gabiś ani słowem nie wspomniał o tym, że znajduje się tam także hasło „Napaść na Polskę” (Überfall auf Polen), w którym autor wyśmiewa tezę, że jego państwo jest odpowiedzialne za wybuch II WŚ i twierdzi, że w 1939 r. Polacy wymordowali tysiące Niemców i III Rzesza musiała przecież jakoś na to zareagować. Twierdzenie o odpowiedzialności państwa Hitlera za II WŚ także jest więc jego zdaniem tylko i wyłącznie polityczną manipulacją. Natomiast w haśle „Niemiec” (Deutscher) pojawia się oskarżenie skierowane m.in. przeciwko Polsce o rażącą dyskryminację mniejszości niemieckiej. Co ciekawe w haśle „multikulturowo” (Multikulturell) autor wyśmiewa idę wielokulturowości nie dostrzegając przy tym sprzeczności do swojego żądania ochrony niemieckiej mniejszości narodowej w państwach Europy Środkowo-Wschodniej: Niemcy mają prawo czuć się za granicą Niemcami, ale obcokrajowcy żyjący w Niemczech mają się poddać germanizacji.

Warto jeszcze wspomnieć o Manuelu Ochsenreiterze – niemieckim dziennikarzu i politologu, redaktorze czasopisma „Zuerst!”. Z osobą tą bowiem utrzymywał polityczne kontakty Mateusz Piskorski, który zapraszał Ochsenreitera do Polski. Po jednym z takich spotkań Piskorski opublikował tekst pt. „Realistycznie z Niemcami” (https://konserwatyzm.pl/realistycznie-z-niemcami/). W tekście tym czytamy m.in.: „Wspólny cel, który może przyświecać Polakom i Niemcom w perspektywie najbliższych lat, polega na próbie emancypacji Europy spod wpływów USA. Jeśli tak zdefiniowany cel udałoby się osiągnąć najpierw w Berlinie, niemieckie władze powinny podjąć cały szereg nacisków na proamerykańskie elity w Warszawie, by przywrócić Polsce polityczne miejsce w Europie. Tym sposobem – paradoksalnie – wyzwolenie spod obcej dominacji zaoceanicznego imperium przyjść może spod Bramy Brandenburskiej. Niemcy w tym scenariuszu mogą okazać się dla Polski taktycznym sojusznikiem, choć jednocześnie musimy zdawać sobie sprawę, że najpierw same musiałyby pozbyć się atlantyckich elit kształtujących ich politykę w warunkach okupacji od 1945 roku.”

Podobnie jak i Tomasz Gabiś, także Mateusz Piskorski w swojej analizie zdaje się nie przejmować problemem niemieckiego rewizjonizmu. A Niemcy oczywiście dążą do tego, by zupełnie wyeliminować wpływy USA w Europie, ale nie po to, by tym samym zwiększyła się suwerenność poszczególnych państw europejskich. Niemcy chcą dowodzić całym europejskim Großraumem i uzyskaną niezależnością nigdy się z nami nie podzielą.

Należy także wspomnieć o kwestiach dotyczących polityki historycznej. Ustanowienie w RFN nowego święta narodowego w postaci Dnia Wypędzonych, jak również budowa Centrum poświęconego „wypędzeniu” Niemców może budzić nasze zaniepokojenie. Matusz Piskorski otwarcie zresztą przyznał, iż język i sformułowania Manuela Ochsenreitera „dla każdego Polaka stojącego na gruncie obrony polskich interesów narodowych są trudne do przyjęcia”. Nie sposób tu wejść głębiej w tę problematykę, ale warto przypomnieć działalność Dietmara Muniera, wydawcy redagowanego przez Ochsenreitera czasopisma „Zuerst”. Munier czynnie wspierał po 1991 r. niemieckie osadnictwo w Obwodzie Kaliningradzkim, należący do niego „Arndt Verlag” wydał m.in. książkę pod tytułem „Dokumenty polskich potworności” dokumentujących rzekome akty „bezgranicznej przemocy”, której dopuszczali się Polacy na Niemcach w okresie między 1919 i 1939, jak również inne książki szkalujące Polskę. Mateusz Piskorski wydaje się natomiast wierzyć w to, że Niemcy po zupełnej emancypacji spod wpływów USA nie skorzystają z okazji, by ostatecznie rozwiązać „kwestię polską”.

Mateusz Piskorski, po części Tomasz Gabiś, promują niemieckich prawicowych „antyestablishmentowców” jako rzekomych potencjalnych sojuszników polskiej prawicy. W linię tę wpisują się także Konrad Rękas czy Ronald Lasecki. Wszystkim tym autorom przyświeca podobna wizja: stworzenie europejskiego imperium, które rzuci wyzwanie światu anglosaskiego. Oczywistym jest, że głównym trzonem tego imperium miałyby być Niemcy, które jednakże najpierw same muszą wyzwolić się spod liberalnej, kapitalistycznej, amerykańskiej dominacji. Koncepcje Tomasza Gabisia opierają się na – moim zdaniem – błędnej ocenie moralnej kondycji niemieckich antyliberałów, ale bez wątpienia są przykładem rzadkiego w polskiej, prawicowej publicystyce, oczytania i erudycji.

Konrad Rękas jest zagorzałym antykapitalistą i wierzy w niemiecki niemarksistowski socjalizm, którego sobie życzy także i w Polsce. Natomiast Ronald Lasecki jest rzadkim okazem zwolennika światopoglądu Juliusa Evoli, który prowadził wykłady dla SS. Solarni wojownicy, prawdziwe euroazjatyckie imperium i pokonanie zniewieściałych anglosaskich kapitalistów – to świat ideowy Ronalda Laseckiego. Ściśle jest on powiązany z tradycją niemieckiego nacjonalizmu, który – jak przykładowo Werner Sombart – głosił wyższość niemieckich wojowników-bohaterów nad anglosaskimi „handlarzami” (Händler und Helden: patriotische Besinnungen). Warto wspomnieć także o pracy Maxa Schelera pt. „Geniusz wojny i niemiecka wojna” (Der Genius des Krieges und der deutsche Krieg), która była prawdziwą apoteozą I WŚ.

Dla ludzi mentalnie zmilitaryzowanych, tak jak było to w przypadku II i III Rzeszy, a co wyraźnie widać w światopoglądzie R. Laseckiego, liberalna demokracja i kapitalizm rzeczywiście muszą jawić się jako prawdziwa dekadencja. Piskorskiego, Rękasa, Laseckiego, częściowo Gabisia z tą tradycją łączy przede wszystkim jedno: wiara w cywilizacyjną misję Niemców, którzy mają sprawić, że Europa wreszcie stanie się prawdziwą Europą. Mądrość mieszkańców naszego kontynentów ma się rzekomo przejawiać w zrozumieniu tego niemieckiego posłannictwa – trzeba się im tylko podporządkować i wszystkim będzie żyło się dobrze.

Na ten agresywny militaryzm, szowinizm i mesjanizm omawianej tutaj grupy wskazuje już od 150 lat niemiecka lewica. Analizy te w wielu kwestiach są zupełnie merytoryczne i bynajmniej nie są czystą ideologią. I to właśnie im zostanie poświęcona kolejna część artykułu.

Magdalena Ziętek-Wielomska
Źródło: Myśl Polska, nr 37-38 (10-17.09.2017) / KONSERWATYZM.pl , 9..09.2017.

Magdalena Ziętek-Wielomska na  …. Facebook’u
Blog autorski Magdaleny Zietek-Wielomskiej …   W służbie orthos lógos 

 

Więcej artykułów Magdaleny Ziętek-Wielomskiej na naszym portalu  >  >   >    TUTAJ .

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2, 2017.09.09.

Magdalena Ziętek-Wielomska

Autor: Magdalena Ziętek-Wielomska