Pieniądz oparty na wierze, pieniądz oparty na F-16 i co nas czeka.


Długie i nudne.

Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że pieniądze, którymi posługujemy się na co dzień są nic niewarte. Niewiele to zmienia o tyle, że ci, którzy zdają sobie z tego sprawę posługują się nimi dokładnie tak samo jak wszyscy inni. Ani nie wydają tych pieniędzy lepiej, ani gorzej. Faktem jest jednak, że wszystkie waluty świata, zarówno te, które ludzie trzymają w portfelach, jak i te, które mają w formie elektronicznej, na kontach bankowych, mają wartość jedynie dlatego, że ludzie wierzą w to, że mają wartość, oraz dlatego, że nie mają wyboru.

Wiara w wartość banknotu i monety.

Gdy mamy w ręku papierowy banknot z gry w Monopoly wiemy, że ma on jakąś wartość jedynie wtedy, gdy siedzimy z rodziną przy stole i handlujemy domami, hotelami, ulicami i usługami publicznymi w Paryżu, Warszawie, Londynie czy w Nowym Jorku, w zależności od planszy, po której przesuwamy pionki. Nie przyszłoby nam do głowy pójść do piekarni i próbować kupić za taki banknot bułki. Nawet wczorajszej.

– Co pan mi tu daje? Co ja mam z tym zrobić? Proszę mi dać dwa czterdzieści, w złotówkach – zawoła piekarz.

No bo kto by uznał papierki z Monopoly za prawdziwy środek płatniczy? Z całą pewnością nie ktoś, kto zna wartość pieniądza…

Ale tu pojawia się problem – dlaczego dziesięciozłotówka ma wartość, a dziesięciodolarówka z Monopoly nie? Dlaczego za jeden papierek kupimy chleb, a za drugi co najwyżej ulicę na planszy gry i to tylko na czas rozgrywki?

Głupie pytania, na które, jak się okazuje, mnóstwo osób nie potrafi odpowiedzieć. Nie potrafi, bo w szkole uczy się obliczania pola trapezu, ale nie tego skąd biorą się pieniądze i jak działają banki.

Oto odpowiedzi. Są dość proste i łatwe do zrozumienia.

1. Banknot dziesięciozłotowy ma wartość dziesięciu złotych, a w sklepie kupimy za to kawałek sera, kiełbasy czy owoców dlatego, że cena podana jest w złotówkach, a zarówno my jak i sklepikarze wierzą, że banknot dziesięciozłotowy ma wartość dziesięciu złotych.

Gdyby sklepikarz z jakichkolwiek przyczyn przestał nagle wierzyć, że banknot dziesięciozłotowy, który mu podajemy nie ma wartości dziesięciu złotych, to by odmówił nam sprzedaży towaru i nie przyjął go. Łatwo to sprawdzić – wystarczy znaleźć gdzieś na dnie szafy pradziadka banknot dziesięciozłotowy i spróbować nim zapłacić w sklepie.

Nie jest to zabawkowy papierek z gry planszowej – to prawdziwy banknot! A jednak od razu wiemy, że to się nie uda. Nie uda się, bo sklepikarz nie wierzy w to, że taki banknot ma wartość dziesięciu złotych, to znaczy nie wierzy, że ktoś inny od niego przyjmie ten banknot i też uzna, że wart jest dziesięć złotych…

(Skądinąd akurat w przypadku takiego banknotu sklepikarz popełniłby błąd, bo w sklepie numizmatycznym dostałby za niego co najmniej 5 razy tyle, ale to już całkiem inna historia…)

Sklepikarz NIE WIERZY, że jego banknot zostanie przyjęty przez dostawcę kiełbasy, ale co najważniejsze sklepikarz nie wierzy, że będzie mógł tym banknotem zapłacić podatki! Bo z pieniędzmi wiele spraw, czy nam się to podoba, czy nie, kończy się w Urzędzie Podatkowym.

2. Banknot dziesięciozłotowy ma wartość dziesięciu złotych, bo jest na nim napisane, że jest on prawnym środkiem płatniczym. Oznacza to, że państwo ZMUSZA NAS do posługiwania się tymi właśnie pieniędzmi, w sklepie, w restauracji oraz w taksówce. Czyli w skrócie, że państwo będzie od nas żądało zapłaty podatków właśnie w tych banknotach, a nie w jakichś innych! Państwo zastosuje przemoc wobec nas, jeśli nie zapłacimy należnych podatków we wskazanych przez nie banknotach, włącznie z zamknięciem nas do więzienia i odebraniem nam wszystkiego, co posiadamy. I to bez względu na to, że będziemy udowadniać, że na tym przedwojennym banknocie też jest napisane, że jest prawnym środkiem płatniczym w Polsce. A wszystko dlatego, że Urząd Skarbowy nie wierzy w wartość tego banknotu…

Oto, jak wielka jest siła wiary!

Wszędzie na świecie ludzie wierzą też w wartość dolara. Czemu? Skąd wiara w to, że dolar jest najlepszą walutą? No bo przecież wiara ta jest powszechna. Większość cen na rynkach światowych podawana jest w dolarach, rozliczenia międzypaństwowe odbywają się w tej właśnie walucie. Czemu akurat w dolarach, a nie w rublach, albo w naszych złotówkach?

Przyczyn jest mnóstwo. Jeśli zainteresujemy się historią to odkryjemy, że upowszechnienie dolara jako waluty rozliczeniowej w handlu międzynarodowym pojawiło się po Drugiej Wojnie Światowej. Wówczas to ustalono, że dolar będzie walutą rozliczeniową w stosunkach międzypaństwowych, a po to, by oprzeć jego wartość na czymś stałym i niezmiennym ustalono, że za jednego dolara będzie można nabyć 1/35 uncji złota. Złoto było o tyle dobrym punktem odniesienia, że nie da się go łatwo wyprodukować i jest go ograniczona ilość na Ziemi. Dodatkowo jest ono dobrym „nośnikiem” wartości, bo od dobrych paru tysięcy lat ludzie przyzwyczaili się do tego, że złoto jest cenne i chcą go mieć jak najwięcej DLA NIEGO SAMEGO, żeby je posiadać, bez względu na to, co można z nim zrobić.

I to działało. W latach 50 i 60 ubiegłego wieku dolar zapisał się w świadomości ludzi jako coś tak wartościowego jak złoto, wszyscy chcieli go posiadać, a państwa robiły zapasy dolarów, które uważane były o tyle lepsze od złota, że były o wiele łatwiejsze w użyciu. 1/35 uncji złota to mniej niż jeden gram – trudno jest przechadzać się z takimi mniej niż jedno-gramowymi sztabkami złota w portfelu (nie mówiąc już o centach) natomiast papierowego dolara i miedziaki łatwo jest nosić w kieszeni i nimi operować.
Niestety natura ludzka jest bezwzględna. Chciwość jest ważnym elementem natury ludzkiej.

Amerykańscy politycy dość szybko (prawdopodobnie od samego początku) zorientowali się co do korzyści, jakie mogą osiągnąć z istnienia systemu, w którym dolar jest walutą rezerwową i rozliczeniową świata. Otóż kontrola nad dolarem dała USA możliwość praktycznie nieograniczonego deficytu. Co to znaczy? To znaczy, że władze USA mogły wyprodukować dowolną ilość dolarów wiedząc, że na każdą sumę znajdą się na świecie chętni, bo to dolarem się za wszystko płaci, a jak się nie płaci, to wszyscy chcą mieć jak największe jego zapasy.

No bo jak to działa?

Wyobraźmy sobie, że rząd USA postanawia wybudować lotniskowiec. Koszt budowy takiego okrętu to 5 miliardów dolarów. To dużo pieniędzy, więc żeby nie uszczuplać budżetu rząd amerykański pożycza pieniądze wypuszczając bony skarbowe. Wszyscy, którzy mają jakieś oszczędności, a nie za bardzo ufają swojej, lokalnej walucie, rzucają się na te bony skarbowe i je kupują, bo wiedzą, że za każdym dolarem stoi 1/35 uncji złota oraz ogrom gospodarki Stanów Zjednoczonych. Jednym słowem jest to najpewniejsza forma przechowania wartości. Pieniądze, które wyłożyliśmy na zakup bonów skarbowych USA, czyli faktycznie obietnicy zwrotu wyłożonych pieniędzy wraz z oprocentowaniem za 2, 5 czy 10 lat, zostają wykorzystane na budowę lotniskowca. Gdy przychodzi czas zwrotu wartości naszych bonów, to rząd USA sprzedaje kolejne bony skarbowe, żeby pieniędzmi ze sprzedaży zapłacić za poprzednie (z procentami) i tak można w nieskończoność.

Uważny czytelnik z pewnością zauważy, że coś tu nie gra. Że przecież jeśli za jednego dolara można kupić 1/35 uncji złota, to bez względu na to jak niewielka jest to ilość, nie można drukować nieskończonej ilości dolarów, bo nie będzie wystarczająco złota by każdemu, kto tego zażąda wydać go tyle tych 1/35 uncji, ile ma dolarów. I uważny czytelnik będzie miał rację. Nie można drukować nieskończonej ilości dolarów mających pokrycie w złocie.

Rządy wielu państw zorientowały się w połowie lat 60 że władze USA oszukują i drukują tyle dolarów, że nie ma na całym świecie wystarczająco złota, które by mogło tym dolarom odpowiadać. Pierwsza zareagowała Francja odbierając od USA swoje, zdeponowane w Fort Knox złoto i żądając wydania złota odpowiadającego części rezerw dewizowych. Francja przewiozła swoje złoto przez Atlantyk w konwoju chronionym przez lotniskowiec i okręty podwodne, po czym dostała zapewnienie, że Waszyngton wyda złoto za dolary będące w posiadaniu Francji. Oczywiście obietnica nie została spełniona, dziwnym trafem zbiegło się to z zamieszkami w maju 1968, które mogły doprowadzić do upadku rządu Francji, po czym prezydent de Gaulle odszedł ze stanowiska. Ale być może te sprawy nie miały ze sobą związku.

W każdym razie gdy się okazało, że już wszyscy wiedzą, że rząd USA robi wszystkich w konia, w 1971 roku prezydent Nixon faktycznie zlikwidował oparcie dolara na złocie. Nie przypadkowo zbiegło się to z wybuchem pierwszego kryzysu naftowego, gdyż rząd Stanów Zjednoczonych chcąc utrzymać dotychczasową, nadzwyczajnie wygodną sytuację, w której deficyt budżetowy państwa finansowany jest faktycznie przez inne państwa, a w zasadzie przez WSZYSTKIE inne państwa, postanowił się zabezpieczyć. Otóż doprowadził do tego, że całość światowego handlu ropą naftową mogła odbywać się jedynie w dolarach.

Było to sprytne zagranie, które zapewniło Waszyngtonowi faktycznie kolejne prawie pół wieku dominacji. USA mogły nadal finansować swój deficyt pieniędzmi innych państw, bo wiadomo, że ropa naftowa jest potrzebna wszystkim bez wyjątku. Jeśli więc musi być opłacana w dolarach, to Stany Zjednoczone mogą być spokojne, że na świecie będzie wciąż zapotrzebowanie na zielone banknoty, a wzrost gospodarczy i wzrost aktywności przemysłowej zapewnia ciągły wzrost tego zapotrzebowania. Amerykański deficyt mógł spokojnie się pogłębiać – reszta świata zrzuci się na jego sfinansowanie.

Oczywiście były próby wyłamania się z tego nowego systemu. Pierwszy spróbował to zrobić Saddam Husajn. Otóż postanowił on spróbować sprzedawać swoją ropę naftową nie za dolary, tylko za euro. Skończył na stryczku, a państwo którym rządził zostało w zasadzie zlikwidowane. Po nim podobną próbę zrobił Mu’ammar al-Kaddafi w Libii. Postanowił sprzedawać swoją ropę za złoto. Został rozstrzelany, a jego państwo – najbogatsze, najbardziej rozwinięte państwo w Afryce – rozbite. Gdy chodzi o darmowe finansowanie deficytu budżetowego Stanów Zjednoczonych jak widać żartów nie ma.

To, że dolar nie opiera się już od ponad 45 lat na złocie nie oznacza, że nie ma żadnego zabezpieczenia. Oczywiście ma. Są nim amerykańskie lotniskowce, samoloty i Marines. W przypadku dolara nie chodzi tylko o wiarę w to, że sklepikarz pod domem wierzy tak jak i ja wierzę w wartość banknotu. Gdy banknotem jest dolar, to stoi za nim amerykańska potęga wojskowa.

Pomimo natychmiastowej reakcji Waszyngtonu na pomysły Iraku i Libii lawina jednak ruszyła. Coraz więcej państw na świecie decyduje się na unikanie dolara. Póki co dzieje się to wciąż jeszcze lokalnie, najczęściej w stosunkach między dwoma państwami. Dogadują się one, że wymieniają się, po określonym kursie, swoimi walutami – na przykład Rosja dogaduje się z Chinami i oba państwa przekazują sobie pewne sumy (idące oczywiście w miliardy) swoich walut. Następnie Chińczycy kupują od Rosjan płacąc im rublami, zaś Rosjanie kupują od Chińczyków płacąc juanami. W ten sposób całość operacji handlowych odbywa się z całkowitym pominięciem dolara.

Równolegle Chińczycy, ale i Rosjanie, gromadzą maksymalnie dużo złota bo spodziewają się, że obecny system finansowy na świecie już długo nie pociągnie. Wiele wskazuje na to, że postępują słusznie.

Ocenia się, że dziś ok. 30% operacji w handlu międzynarodowym odbywa się z pominięciem dolara.

Rosjanie wciąż grożą, że zaczną sprzedawać swoją ropę i swój gaz pomijając amerykańską walutę i są to groźby jak najbardziej realne. Oczywiście Mało komu na świecie zależy na natychmiastowym upadkiem amerykańskiej waluty, bo wszyscy wciąż trzymają w niej swoje rezerwy, ale zarówno Chińczycy, jak i Rosjanie próbują się dyskretnie ich pozbywać. Proces jest na tyle poważny, że od pewnego czasu amerykański Departament Skarbu przestał publikować informacje na temat rezerw dolarowych poszczególnych państw na świecie. Można się domyślić, że dane te przestały być upublicznione aby uniknąć niepotrzebnej paniki…

Im mniej operacji będzie się odbywało w dolarach, tym bardziej będą one ludziom niepotrzebne. A mechanizm międzynarodowych finansów jest taki, że gdy nikt nie potrzebuje jakiejś waluty, to te niepotrzebne nikomu pieniądze wracają tam skąd pochodzą. Gdy miliardy ze światowych rezerw walutowych zaczną wracać do USA, to pojawi się problem nadmiaru pieniądza. Taki nadmiar prowadzi wprost do sytuacji, którą w Europie po Pierwszej Wojnie Światowej poznali Niemcy, a którą dziś mają na co dzień mieszkańcy Zimbabwe. My w Polsce też się o nią otarliśmy: HIPERINFLACJA.

Tyle, że w przypadku pojawienia się tego zjawiska w USA będziemy mieli do czynienia nie tylko z kolejnym dodawaniem zer do jedynek na banknotach. Uprzywilejowana pozycja USA powoduje, że najprawdopodobniej doprowadzi to do załamania się całości systemu finansowego świata. Nastąpi zapowiadany przez wielu specjalistów jako nieunikniony RESET. Ludzie stracą wiarę w wartość pieniądza – wszelkiego pieniądze, bo jeśli dolar straci wartość, to inne waluty tym bardziej. I nie będzie to utrata wartości o ileś tam procent – 50 czy 90. Będzie to utrata wartości CAŁKOWITA. Banknoty będą warte tyle, ile papier i farba, którą zawierają, czyli NIC.

I co wtedy?

Wtedy przyjdzie nam się zapewne przeprosić ze złotem, które od tysięcy lat ma wciąż tę samą faktyczną wartość, a które ludzie chcą mieć tylko dla samego faktu posiadania go. Zanim to nastąpi jednak, to przejdziemy przez okres całkowitego braku pieniędzy, co może spowodować niezłe zamieszanie, wszędzie. No bo spróbujmy sobie wyobrazić świat, w którym w sklepie nie ma cen, bo nie ma niczego w czym można by je określić. Jeśli taka sytuacja miałaby miejsce nawet przez kilka miesięcy, czy nawet tygodni, mogłoby to doprowadzić do totalnej katastrofy.

Jeśli ja to wiem, to oczywiście wiedzą to również ludzie decydujący o losach świata. Jednak warto się zastanowić, czy naprawdę się do katastrofy przygotowują, czy też jest to im obojętne. Tego nie wiemy i chyba będziemy musieli poczekać na złamanie się obecnego systemu, by to sprawdzić. W każdym razie warto pamiętać o tym, że systemy pieniądza opartego na wierze w to, że ma wartość, bez oparcia go o wymierne wartości materialne, czyli złoto, w historii świata utrzymywały się średnio przez ok 25 lat.

Obecny system trwa od 1971.

To nie oznacza raczej, że tym razem się uda. To oznacza, że jak się tym razem załamie, to nie będzie to lokalny kryzys jakimś miejscu na Ziemi, tylko kryzys globalny, przed którym nie da się nigdzie uciec.

Kryzys o rozmiarach takich, że ten z 1929 będziemy określać jako niewielkie zawirowanie.

 

Adam Piertasiewicz

 

Źródło:  Blokmedia.com , 20 września 2017.

 

  • Ilustracja tytułowa: 10 złotych 1924 rok. Fot. za Nimimarket.pl / wybór wg.pco

 

 

Więcej artykułów Adama Pietrasiewicza na naszym portalu >   >   >   TUTAJ.

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-22017.09.24.

Adam Pietrasiewicz

Autor: Adam Pietrasiewicz

  • Burggraf

    Komentarz do powyższego artykułu: W moim posiadaniu jest document nobilitacyjny mojego 7 pradziadka po mieczu , podpisany ”Jan Kazimierz, król Polski z Bożej Łaski dnia 20 lutego 1662 r.”. I w tym dokumencie jest m.in. taki fragment: ”… zwalnia się z podatków jego samego, jak I wszystkich jego potomków mających sie urodzić, po wsze czasy…” Dlaczego wyśmiano mnie w US gdy okazałem document podpisany ręką króla? Czy ktokolwiek odwołał ten prawa nadane przez władcę?