“Humanizm”, czyli niewolnictwo


W trwającym od wieków konflikcie brutalnej siły i sumienia Kościół katolicki zawsze brał stronę słabszych. Na tym fundamencie została zbudowana cywilizacja europejska.

W 1954 r. Asger Jorn (właściwie Asger Oluf Jorgensen), duński malarz awangardowy i jeszcze przedwojenny komunista, założyciel grupy COBRA i wynalazca trójstronnej piłki nożnej, spotkał się z Guy Debordem, francuskim nowym marksistą i twórcą Międzynarodówki Lettrystycznej. Skutkiem spotkania było połączenie kilku grup około- artystycznej awangardy w Międzynarodówką Sytuacjonistyczną – jedną z najważniejszych organizacji Nowej Lewicy, która kierowała rewoltą studencką 1968 r. jednak ruch sytuacjonistyczny od początku lat 60. XX w. szedł w kierunku czynnej walki politycznej i Jorn zakończył współpracę z sytuacjonistami (chociaż w dalszym ciągu finansował ich działalność z dochodów osiąganych ze sprzedaży swoich ekspresjonistycznych obrazów) i zajął się sprawami jego zdaniem ważniejszymi. W 1961 r. Jorn, wspólnie z Peterem Globem i Wernerem Jacobsenein z Duńskiego Muzeum Narodowego oraz Holgerem Arbmanem ze szwedzkiego Uniwersytetu w Lund, założył Skandynawski instytut Wandalizmu Porównawczego. Trzeba wspomnieć, że jakkolwiek Jorn był uznanym malarzem awangardowym, to miał również – a może przede wszystkim – ambicje filozoficzne i historiozoficzne, polemizował z Kierkegaardem i Nietzschem, stworzył własny system nazwany triolektyką, próbował bronić bez powodzenia doktoratu z filozofii na kopenhaskim uniwersytecie i rekonstruować filozofię z punktu widzenia artysty. Jorn był jednak przede wszystkim komunistą, który chyba najpełniej rozumiał znaczenie wałki kulturowej w toczącej się po II wojnie światowej wojnie ideologicznej. Historia wandalizmu porównawczegonajlepiej wyjaśnia, o co naprawdę w tej ideologicznej wojnie chodziło i chodzi. W latach 1961-1965 Jorn podróżował po Europie z wynajętym fotografem i dokumentował zabytki architektoniczne, dzieła sztuki i artefakty archeologiczne, tworząc zbiór ponad 20 tysięcy fotografii nazwany „10 tysięcy lat nordyckiej sztuki ludowej“. Na ich podstawie Jorn wydał serię książek, których celem było wykazanie, że w Europie przez całe wieki trwała i rozwijała się miejscowa sztuka nordycka, niezależna od wpływów tradycji nazywanej „klasyczno-łacińską”.

W przełożeniu na zrozumiały język: tradycja klasyczno-łacińska to tradycja prowadząca od klasycznego antyku do rzymskiego katolicyzmu, natomiast tradycja nordycka to tradycja barbarzyńskich Germanów z okresu Wędrówek Ludów.

Mit „twórczej destrukcji”

Co oznaczało użyte przez Jorna pojęcie wandalizmu? Otóż wandalizm w języku potocznym oznacza ślepą żądzę zniszczenia. Pojęcie powstało W XVIII w., ale wywodzi się od germańskiego ludu Wandalów, który w okresie Wędrówek Ludów wywędrował prawdopodobnie z terenów dzisiejszej Polski, przez Galię, Hiszpanię i północną Afrykę dotarł w V w. do Kartaginy, a w 455 r. pod wodzą Genzeryka zdobył i splądrował Rzym, co rozpoczęło ostatnią fazę upadku Cesarstwa Zachodniego.

W tekstach Jorna pojęcie wandalizmu ma jednak współczesne znaczenie „twórczej destrukcji”. Pojawiło się ono już w Manifeście komunistycznym, pracach Bakunina i Nietzschego i w pracy niemieckiego socjologa Wernera Sombarta pt. Wojna i kapitalizm z 1913 r., a w języku ekonomii spopularyzowane zostało przez austriackiego ekonomistę Josepha Schumpetera w książce z 1942 r. pt. ‘Kapitalizm, Socjalizm, Demokracja jako zasada ekonomicznej innowacyjności’. „Twórcza destrukcja” jest również chyba najistotniejszym elementem krytycznej mentalności neomarksistowskiej. Oznacza ono wewnętrzną cechę procesów polegającą na niszczeniu status quo przez różnego rodzaju innowacje.

W pojęciu tym najistotniejsze jest jednak samo słowo „destrukcja”, jest ono bowiem szczególnym opisem procesu zmiany, która może przecież następować bez „destrukcji”. Np. sama idea ewolucji zakłada zmiany przez przystosowanie. jeśli chcemy wymienić krzesło na nowe, to możemy stare po prostu zdemontować, zutylizować itp. – i najczęściej zdrowemu psychicznie człowiekowi nie przyjdzie do głowy, żeby je „niszczyć”, tzn. w pocie czoła, rycząc z wściekłości, kopać, łamać i poniewierać.

W istocie wandalizm jest w tym przypadku synonimem napaści i grabieży, a więc metod zdobywania bogactwa nie w wyniku własnej pracy, ale takiej czy innej formy eksploatacji innych ludzi. I trzeba podkreślić, że była to metoda właściwa nie tylko pogańskim barbarzyńcom, ale i klasycznym Grekom i Rzymianom, których wartości uważamy za fundamenty Europy. Nicholas G.L. Hammond w Dziejach Grecji zauważa, że antyczny Grek wolność rozumiał wyłącznie jako prawo do zniewalania innych, a wycinanie w pień mężczyzn podbitych miast było antyczną normą. Imperium Aleksandra było wynikiem podboju, podobnie jak Cesarstwo Rzymskie, którego podstawę ekonomiczną stanowiły grabież i praca niewolników. A czym były wojny XX wieku?

Instytut Wandalizmu Porównawczego Jorna postawił sobie za cel wykazanie, że mimo wielowiekowych łacińskich wpływów zachowała się nieskażona, prawdziwa kultura europejska i że to ona stanowi kwintesencję pojęcia „Europa”. Od jakiej to więc „klasyczno-łacińskiej” tradycji chciał się odciąć europejski ekspresjnimsta-komunista? I dlaczego akurat w 1965 r.?

 

Europa nie potrzebuje chrześcijaństwa”

Jeszcze do niedawna przeciętnie wykształcony człowiek (czyli maturzysta) potrafił wyrecytować z pamięci, że fundament europejskiej kultury tworzą grecka filozofia, rzymskie prawo i chrześcijańska etyka. To bardzo pojemne pojęcia, ale na ogół obejmowały one idealizm Platona i realizm Arystotelesa, cały szereg rzymskich „lexów” uporządkowanych w czasach justyniańskich, natomiast chrześcijańska etyka obejmowała, w zależności od kraju, odmianę katolicką lub protestancką, które, poza odwoływaniem do wspólnych korzeni, nic nie łączy. Dzisiaj po wpisaniu w Google hasła „korzenie kultury europejskiej” pojawiają się jeszcze ogólniejsze pojęcia „Antyk” i „Biblia”, przy czym to drugie tworzy konstrukt tzw. judeo-chrześcijaństwa, nie mający historycznego desygnatu, co zresztą nie przeczy faktowi żydowskich korzeni chrześcijaństwa.

Kwestia wyboru tradycji, do jakiej nawiązywać ma Unia Europejska, stała się przedmiotem ostrego sporu przy opracowywaniu przez Konwent kierowany przez byłego prezydenta Francji Valerego Giscarda d’Estaing (w latach 2002-2003) projektu Traktatu o Konstytucji dla Europy. Jedną z przyczyn kontrowersji był właśnie wybór tradycji wpisanej w preambułę konstytucji, z której usunięto tzw. invocatio Dei, czyli odwołanie do Boga jako najwyższej instancji i źródła zasad, zastępując je najpierw odwołaniem do tradycji antyku i Rewolucji Francuskiej, a potem – w kompromisowej wersji – do kulturowego, religijnego i humanistycznego dziedzictwa Europy. Sprzeciw wyraziły kraje tradycyjnie katolickie: Polska, Irlandia i Włochy oraz Kościół Rzymskokatolicki i Rada Kościoła Ewangelickiego w Niemczech. Jednak jeszcze w 2000 r., gdy Polska dopiero aspirowała do członkostwa we Wspólnocie Europejskiej, odbył się III Zjazd Gnieźnieński, w którym udział wzięło pięciu prezydentów Europy Wschodniej. Podczas tego zjazdu, którego istotę stanowiło uczczenie millenium synodu gnieźnieńskiego, ówczesny prezydent Niemiec Johannes Rau miał powiedzieć, że „Europa nie potrzebuje już chrześcijaństwa”.

Jeśli więc, zgodnie z preambułą, Europa ma nawiązywać do swego kulturowego, religijnego i humanistycznego dziedzictwa a nie ma w nim miejsca na chrześcijaństwo, to o jakie religijne dziedzictwo chodzi (bo o jakieś przecież chodzi)? Jaki z niego wynika system wartości europejskich?

I dlaczego chrześcijaństwo, obecne w Europie od 2000 lat, nagle stało się tak niepożądane, że trzeba je z niej usunąć?

 

Antyk panów i niewolników

Każdy żywy organizm, również człowiek rozumiany jako żywy organizm, podlegający prawom biologicznym, dąży do zaspokajania swoich potrzeb i do zdobywania potrzebnych mu dóbr w taki sposób, żeby osiągać największą korzyść możliwie najmniejszym kosztem. Taki sposób postępowania wskazuje jemu natura i „rachunek ekonomiczny”, ponieważ zwiększony wysiłek powoduje większą utratę energii, a zbytnia utrata energii powoduje śmierć organizmu. Nie wiemy, w jaki sposób kształtowały się pierwsze społeczeństwa, wiemy jednak na pewno, że ok. 2000 lat temu dominował taki model życia społecznego, w którym jedna grupa ludzi zmuszała siłą inną grupę ludzi do pracy, zabierała jej produkty tej pracy, czyli ją okradała, i tworzyła mechanizmy utrwalające taki system wyzysku. Kultury klasycznego antyku były kulturami społeczeństw niewolniczych. Cechą kultury antycznej było to, że źródłem moralności była w niej filozofia, a nie religia, która w istocie spełniała rolę spoiwa i stabilizatora struktury społecznej, ale nie miała wpływu na treść zasad moralnych. Kultura, która stworzyła szczytowe osiągnięcia ludzkiej myśli w dziedzinie filozofii (do dzisiaj spory filozoficzne są sporami między platonizmem a arystotelizmem) i sztuki, stworzyła pojęcia dobra, zła i sprawiedliwości, realizowała ustrój niewolniczy, w którym status człowieka przysługiwał wybranym, a praca była obowiązkiem tych, których za ludzi nie uważano, zaś gdy niewolnicy podejmowali próby wyzwolenia, były one brutalnie tłumione. Działo się tak w Argos (494 r. przed Chr.), w Sparcie, na Sycylii (136-132 i 104-101 r. przed Chr.), w powstaniu Aristonikosa w Pergamonie (132-129 r. przed Chr.), Saumakosa w Cesarstwie Bosporańskim (108/ 107 r. przed Chr.) czy Spartakusa w Cesarstwie Rzymskim (74-71 r. przed Chr.).

Proces emancypacji niewolników w świecie antycznym był zjawiskiem skomplikowanym, ale nie był wyrazem rezygnacji z idei niewolnictwa. Miał on przyczyny przede wszystkim ekonomiczne. Po pierwsze, jednym ze sposobów wyzwolenia było wykupienie się za opłatą, tak więc perspektywa wyzwolenia motywowała niewolników do wytężonej pracy, co było korzystne dla właściciela, a samo wykupienie się dawało mu realny dochód. Po drugie, właściciel zachowywał wiele praw wobec wyzwoleńca, który stawał się jego klientem, co przynosiło korzyść właścicielowi, ale zwalniało go z obowiązku utrzymywania niewolnika (szczególnie w starszym wieku). Stan niewolnictwa ograniczał zatem wolność, ale gwarantował niewolnikowi socjalne bezpieczeństwo. Kiedy więc Cesarstwo zaczęło tracić zewnętrzne źródła dochodu i najbiedniejsi ludzie wolni zaczynali żyć w warunkach gorszych niż niewolnicy bogatych panów, pojawił się największy fenomen starożytności: niewolnictwo pozorne. Biedni ludzie wolni przenikali – wbrew prawu – do służby bogatych panów jako niewolnicy, by żyć na poziomie, którego nie byli w stanie osiągnąć własną pracą. Wyzwolenie dawało wyzwoleńcowi niepełne prawa obywatelskie, które zdobywały dopiero jego dzieci, pozostając w warstwie społecznej byłego pana, a status „człowieka” zależał przede wszystkim od prawa stanowionego. Prawo stanowione, a nie jakieś kryteria obiektywne, np. natura, decydowało o tym, kto jest człowiekiem, a kto nim nie jest.

 

Moralność ponad siłą

Chrześcijaństwo powstało w barbarzyńskim świecie, w którym obcinanie rąk, kamienowanie i krzyżowanie ludzi było traktowane jako norma. Paweł z Tarsu mógł być wykształconym faryzeuszem, ale większość pierwszych chrześcijan była niepiśmiennymi biedakami. Chrześcijaństwo stworzyło instytucjonalny Kościół, który miał również swoją hierarchię, organizację i majątek umożliwiające wpływ na społeczeństwo, ale tworzyli go zwykli ludzie i podlegał wszelkim niebezpieczeństwom demoralizacji, jakim podlegają ludzkie instytucje. W całej historii Kościoła zdarzali się ludzie podobni współczesnemu ks. Sowie, którzy wchodzili w konszachty z kryminalną władzą albo nawet chcieli tę przestępczą władzę zastąpić.

Ponieważ Kościół zdobył ogromny wpływ na ludzkie zachowania, władza polityczna mogła go albo zwalczać, albo sobie podporządkować. Nieuchronne i konieczne związki władzy politycznej i duchownej sprzyjały korupcji i wszelkim patologiom, które miały miejsce i zostały gorliwie, a nawet nadgorliwie opisane przez historyków. Mimo to chrześcijaństwo i Kościół znalazły siły na to, by w ciągu kilku stuleci, rozwijając dziedzictwo religijne i filozoficzne, stworzyć nową antropologię i dokonać takich przemian w ludzkiej mentalności, o których teraz tylko wspomnę, a bez których współczesnej Europy by nie było.

Był to jednak proces, który zajął tysiąc lat. W mojej historii kultury europejskiej o „chrześcijańskiej Europie” można mówić dopiero od mniej więcej XI w. Wychodzę bowiem z założenia, że o jakościowej zmianie mentalności społeczeństw można mówić dopiero wtedy, gdy nowy system wartości zaczyna kształtować ludzkie zachowania silniej niż obowiązujące prawo stanowione. Chrześcijaństwo, a raczej katolicyzm (katolicki oznacza powszechny), stało się w 313 r. na mocy edyktu mediolańskiego religią tolerowaną, a w 380 r., na mocy edyktu trzech cesarzy z Tesalonik oficjalną religią państwową Cesarstwa, nazywaną od czasów soboru nicejskiego w 325 r. właśnie katolicyzmem. Religia ta powstała jako odłam ekskluzywnego judaizmu, ale od czasów soboru w Jerozolimie w 49 r. otworzyła się na gojów i w okresie prześladowań stała się religią uniwersalistyczną jako taka została uznana przez polityków za religię, która może zjednoczyć Cesarstwo rozpadające się właśnie pod naporem uchodzących przed Hunami Wandalów i Gotów.

Wydaje się, że tym, co sprzyjało jego uznaniu za religię państwową przez polityków, była – oprócz wspomnianego uniwersalizmu – zasada przedstawiona przez Ewangelistę Mateusza: „Oddajcie więc cesarzowi to, co jest cesarskie, a Bogu to, co boskie” (Mt 22, 21), która zakładała podział władzy na zastrzeżoną dla cesarza władzę świecką i należną Kościołowi władzę duchowną. Jednak konflikt między tymi władzami pojawił się w ostrej formie już wkrótce z dwóch powodów. Po pierwsze, wprawdzie opisana zasada określa podział władzy, ale dla katolików władza boska jest władzą wyższą niż władza świecka. Po drugie, w nękanej wędrówkami ludów i nieustannymi wojnami Europie władza duchowna była jedynym stałym punktem odniesienia i przy wszystkich zastrzeżeniach mogła budować swój autorytet i struktury i coraz silniej wpływać na szerokie masy społeczne. W rezultacie przez kilka wieków tworzyła coś, co można nazwać elitą intelektualno-administracyjną i legitymizując władzę świecką, zdobywała na nią znaczny wpływ. Z kolei władza świecka, wspierając ekonomicznie Kościół, starała się zdobywać wpływ na kościelną hierarchię i wykorzystywać religię do realizacji własnych interesów.

W barbarzyńskiej Europie zdarzały się wydarzenia o znaczeniu symbolicznym, ale nie mające jeszcze wielkiego wpływu na życie społeczne. W VII w. opat z Iony, św. Adomnan, wprowadził tzw. Prawo Niewinnych Cáin Adomnáin. Było to pierwsze prawo potępiające upośledzoną pozycję kobiety i przywracające jej godność jako matki ludzi, w tym męczenników, świętych, opatów i biskupów. Św. Adomnan zmusił królów irlandzkich do zaakceptowania prawa zaostrzającego kary za zabicie kobiety, grożąc im klątwą. 51 królów Irlandii, północnej Brytanii i kraju Piktów, mogących bez trudu skrócić opata o głowę, uznało to prawo w 697 r.

Według wspomnianych kryteriów prawdziwy przełom zaczął się na przełomie X i XI w., gdy w zasadzie zakończyła się główna faza formalnej chrystianizacji Europy, wraz z uprowadzeniem tzw. pokoju Bożego (989 r.) i rozejmu Bożego (1027 r.). Pierwszy roztaczał opiekę nad osobami słabymi i bezbronnymi, drugi nakazywał czasowe zawieszenie broni. Rycerstwo było wówczas stanem silnie zanarchizowanym, jednak poddało się wspomnianym prawom na mocy dobrowolnej przysięgi, której złamanie powodowało sankcje nie ze strony władzy politycznej, ale współzaprzysiężonych w obliczu Boga. W 1179 r. III Sobór Laterański włączył pokój i rozejm boży do prawa obowiązującego w całym Kościele, ale dopiero w 1258 r. Ludwik IX ogłosił własny akt prawny zabraniając atakowania pracujących woźniców i oraczy. Jednym słowem, po raz pierwszy ludzie dysponujący miażdżącą siłą poddali się moralnej zasadzie zabraniającej stosowania tej siły wobec słabszych, a więc ograniczającej prawo do realizacji własnego interesu kosztem interesu innych ludzi.

 

Neopogański renesans

Od VIII w. istniało Państwo Kościelne, posiadające terytorium i majątek, ale nie mające armii i korzystające z ochrony władzy świeckiej. Od czasów Ottona I postępował proces uzależniania papiestwa (w tym wyboru papieża) od cesarza, który mógł wykorzystywać religię w interesie korony. W 1075 r. papież Grzegorz VII podjął próbę odzyskania samodzielności, a nawet narzucenia cesarzowi swojej zwierzchności, co doprowadziło do wzajemnej detronizacji i ekskomuniki cesarza, który utracił poparcie panów feudalnych, a to z kolei zmusiło go do pokutnej pielgrzymki do Canossy, zaś papieża do przyjęcia skruchy i przebaczenia.

Od tego czasu konflikt między władzą świecką a legitymizującą ją władzą duchowną nabrał charakteru otwartej wojny i doprowadził do niewoli awiniońskiej i schizmy zachodniej. Oprócz wszystkich znanych aspektów tego konfliktu mało znany jest jeden. Otóż w panujących wówczas warunkach, gdzie podstawowym argumentem była siła fizyczna i ekonomiczna, moralność chrześcijańska stawała się coraz większą przeszkodą w realizacji interesów materialnych i politycznych głównych sił społecznych. A kiedy Kościół rzymski zaczął odzyskiwać dominującą pozycję w całym chrześcijaństwie, zagroził swobodnej realizacji interesów również Cesarstwa Wschodniego, ściśle wspieranego przez podporządkowany mu Kościół wschodni. Ograniczenia narzucane przez katolicyzm krępowały przede wszystkim szybko bogacące się mieszczaństwo, tym bardziej, że klęski XIV w. naruszyły podstawy średniowiecznego świata.

Rozwijający się w XV w. handel i rosnące fortuny otwierały przez ludźmi majętnymi perspektywę nieograniczonego mnożenia bogactwa i radosnego z niego korzystania. Próbę osłabienia, a raczej neutralizacji wpływów katolicyzmu umożliwił bizantyjski filozof Gesmistos Pleton (1355 r. / 1360-1452 r.), towarzyszący delegacji bizantyjskiej na sobór we Florencji, który doprowadził do zakończenia schizmy i uznania przez całe chrześcijaństwo prymatu papieża. Pleton prowadził wcześniej w Mistrze szkołę, w której studiował m.in. bizantyjski kardynał Bessarion i metropolita Efezu Markos Eugenikon.

W szkole tej promował nową religię pogańską, będącą połączeniem platonizmu i zoroastrianizmu. jako uczony świecki prowadził we Florencji wykłady na temat nieznanego w Italii Platona i zainspirował Kosmę Medyceusza do ufundowania w 1462 r. Akademii Platońskiej, którą kierował włoski filozof i astrolog Marsilio Ficino. Pico della Mirandola wprowadził do nowej religii elementy kabały.

W nowej, synkretycznej religii renesansowej było wszystko, co odpowiadało antycznemu ideałowi humanistycznemu, z wyjątkiem moralności mającej sankcję niezależną od człowieka. Nowy Bóg bliższy był platońskim Abstrakcjom niż katolickiemu Bogu człowieczemu i odpowiadał on potrzebom rodzącego się kapitału, który chciał mieć otwarte pole działania. Miejsce Boga zajmował człowiek – oczywiście człowiek potężny, wspaniały i bogaty. Różnicę w podejściu do rzeczywistości między tradycyjną a renesansową koncepcją władzy najlepiej ilustrują dwa dzieła z początku XVI w. Napisany w 1513 r. i dedykowany Lorenzo di Piero de Medici Książę Niccolo Macchiavelliego porównuje władcę do lwa, węża lub wilka, którego głównym problemem jest skuteczność metod osiągania celów, wśród których najlepszą jest rozsądnie stosowana tyrania. W napisanym w 1516 r. traktacie Edukacja chrześcijańskiego Księcia Erazm z Rotterdamu przedstawia władcę jako posłańca bożego, który traktuje siebie jak innych ludzi i dzięki sprawiedliwości,umiarkowaniu i zapałowi działa na rzecz wspólnego dobra.

 

Kościół w obronie człowieczeństwa

W XVI wieku religia katolicka, traktowana dzisiaj – zgodnie z marksowską tradycją – jako „opium ludu”, po raz pierwszy zagroziła nie tylko interesom, ale wręcz istnieniu europejskich monarchii, ponieważ utrudniła im zdobywanie środków na prowadzenie nieustannych wojen. Kościół znowu, w konflikcie brutalnej siły i sumienia, wziął stronę słabszych. Natychmiast po odkryciu Ameryki przez Kolumba rozpoczęła się nieopanowana eksploatacja nowych terytoriów, oparta na niewolniczej pracy tubylczych Indian. W jej wyniku np. ludność wyspy Hispaniola (Haiti), licząca w 1492 r. kilkaset tysięcy mieszkańców, spadła w ciągu niecałych 20 lat do kilkudziesięciu tysięcy, a tubylcza ludność Meksyku w ciągu XVI w. zmniejszyła się o 90%.

Przyczyną holokaustu Indian były szerzące się epidemie, ale przede wszystkim wyniszczająca praca w gospodarstwach rolnych. W obronie Indian stanął młody kolonizator Bartolomé de Las Casas, który w 1510 r. przyjął święcenia kapłańskie, w 1516 r. został wyznaczony przez władze kościelne na rzecznika praw Indian, w 1522 r. wstąpił do zakonu dominikanów i prowadził na dworze cesarskim akcję na rzecz zakazu niewolnictwa. Trzeba podkreślić, że w tamtych czasach Europa nie miała najmniejszego pojęcia o zbrodniach, jakie towarzyszyły konkwiście. Wiedzieli jednak o tym misjonarze, którzy początkowo towarzyszyli konkwistadorom jako ich „kapelani”. W wyniku działań Las Casasa w 1537 r. papież Paweł III wydał bullę Sublimis Deus, która była pierwszym i przez trzysta lat jedynym dokumentem piętnującym niewolnictwo. Oto jej fragment: „Stwierdzamy i ogłaszamy, że Indianie i wszyscy inni ludzie, którzy mogą być w przyszłości odkryci przez chrześcijan, nie są w żaden sposób pozbawieni wolności i posiadania własności mimo, że pozostają poza wiarą Jezusa Chrystusa i że mogą i powinni, swobodnie i legalnie, cieszyć się wolnością i posiadaniem własności, ani też nie powinni być w żaden sposób zniewalani. A gdyby się zdarzyło inaczej, będzie to nieważne i nie będzie mieć żadnego skutku”.

Bulli towarzyszył dokument Pastorale officium nakładający kary religijne – przede wszystkim klątwę – na chrześcijan zniewalających Indian, jednak rok później papież musiał anulować ten dokument po skargach cesarza Karola V, który uznał, że ingeruje on w jego kompetencje. Jednak – i to jeszcze ciekawsze – w 1542 r. sam cesarz pod wpływem Las Casasa wydał tzw. Nowe Prawa, zabraniające brania Indian w niewolę. W ten sposób cel Kościoła został osiągnięty, ale i kompetencje władzy świeckiej nienaruszone. Oczywiście, ponieważ kolonie były źródłem ogromnych zysków umożliwiających koronie prowadzenie w Europie wojen, prawa cesarskie nigdy nie były respektowane i w praktyce jedynym skutecznym sposobem ograniczającym niewolnictwo była odmowa przez dominikanów udzielania rozgrzeszenia właścicielom niewolników. Trzeba przy tym zaznaczyć, że niewolnictwo miało również zwolenników wewnątrz Kościoła, ponieważ część hierarchów była formalnymi właścicielami encomiendas i czerpała z nich znaczne zyski, a poza tym część duchowieństwa lojalnie popierała interesy korony, której niewolnictwo było na rękę.

Przypominam jednak, że bulla Sublimis Deus była pierwszym i przez trzy wieki jedynym dokumentem potępiającym i przynajmniej częściowo skutecznie ograniczającym niewolnictwo, którego nie zniosła nawet jakże „postępowa” rewolucja francuska. Formalnie zostało ono zniesione w 1823 r. w Chile, w 1829 r. W Meksyku, w 1833 r. w imperium brytyjskim, w 1848 r. we Francji, w 1854 r. W Peru, a W Stanach Zjednoczonych dopiero po wojnie secesyjnej w 1865 r.

Czy w którejkolwiek szkole lub na którejkolwiek uczelni mówi się coś o bulli Sublimis Deus? Tyle wiemy o prawdziwej historii walki z niewolnictwem.

 

Jezuici i ich wrogowie

Historia walki katolicyzmu z niewolnictwem miała znacznie bardziej ogniste epizody z udziałem zakonu jezuitów. Od 1549 r. król Portugalii wysyłał do kolonii jezuitów, ponieważ w akcji chrystianizacyjnej stosowali oni zasadę zachowywania charakteru miejscowych kultur i ludzkiej godności. Jezuici prowadzili akcje misyjne w tzw. redukcjach, czyli organizowanych dla Indian, ekonomicznie samowystarczalnych i samorządnych, wzorowanych na chrześcijańskich wspólnotach osiedlach. W redukcjach organizowanych m.in. w Paragwaju, Ekwadorze, Peru i Boliwii Indianie mieli własną administrację, pracowali na własne utrzymanie, zdobywali elementarne wykształcenie (zlikwidowano analfabetyzm), przede wszystkim zaś byli chronieni przez prawo przed łowcami niewolników, ponieważ podlegały one bezpośrednio europejskiej centrali, a nie władzom miejscowym. Jakkolwiek redukcje miały cel misyjny, jednak nie stosowano tam przymusowego nawracania. Np. w Gran Chaco powstało 15 redukcji zamieszkiwanych przez 17 tysięcy mieszkańców z pięciu różnych plemion, z których tylko 5 tysięcy przyjęło chrzest. Na temat tzw. zbiorowych chrztów w misjach istnieje wiele mitów i chociaż co do zasady nie można ich bronić, to warto wiedzieć, że przyjęcie chrztu formalnie chroniło Indianina przed porwaniem w niewolę przez grasujące bandy łowców niewolników. Jeśli takich masowych chrztów, czasami nawet tysiąca osób, dokonywali np. franciszkanie, to w praktyce miało to dokładnie taki sam cel i skutek, jak wystawianie przez katolickich księży w czasie II wojny światowej fałszywych metryk dla żydowskich dzieci zagrożonych wywózką do niemieckich obozów śmierci.

Oczywiście zawsze można powiedzieć, że księża nie tylko zmuszali żydowskie dzieci do konwersji, ale i na dodatek byli fałszerzami dokumentów, poza tym robili to za mało skutecznie… Ponieważ istnienie redukcji było sprzeczne z interesami kolonistów, ok. 1630 r. zaczęły się napady kończące się ich plądrowaniem i paleniem, a dziesiątki tysięcy Indian zostały porwane do niewoli lub wymordowane, dlatego jezuici wystarali się o zezwolenie od króla na tworzenie milicji chroniącej osiedla i takie uzbrojone odziały wzięły udziałw bitwach z bandeirantami, czyli łowcami niewolników.

Redukcje odniosły taki sukces, że były później wychwalane jako „święty eksperyment” m.in. przez Monteskiusza (w Duchu praw), a nawet przez Jean-Jacquesa Rousseau, ale tworzyły niebezpieczne precedensy: niezależne od władzy społeczności, potrafiące bronić swoich interesów siłą, wywołały histeryczną reakcję polityków tzw. absolutyzmu oświeconego. W 1750 r. między Hiszpanią a Portugalią zawarto porozumienie, którego celem było rozbicie systemu redukcji. Spowodowało to tzw. wojnę siedmiu redukcji, przegraną przez Indian w 1753 r., co dało asumpt do wypędzenia jezuitów z Portugalii, Francji i Hiszpanii, a następnie do likwidacji zakonu w 1773 r. Zakon jezuitów został zlikwidowany, ponieważ umożliwił południowoamerykańskim Indianom skuteczny opór przeciw niewoli i wyzyskowi przez władzę świecką. Jego likwidacja umożliwiła likwidację przez absolutystyczne państwo kościelnego systemu edukacji i wychowania. Czy w którejkolwiek polskiej szkole naucza się o takim przykładzie walki o wolność?

 

Solidaryzm społeczny przeciw grabieży

Ostatni przykład dotyczy konfliktu, w jaki wszedł katolicyzm z liberalizmem, a przede wszystkim z marksizmem. W XIX wieku masy zdemoralizowanego proletariatu były bezlitośnie wyzyskiwane przez liberalny kapitał i poddawały się rewolucyjnej ideologii marksizmu. Liberalne państwo stworzyło system kształcenia rzetelnych robotników, ale respektowało prawo kapitalistów do wyzysku. Alternatywę dla kapitalizmu w postaci społecznej gospodarki rynkowej stworzyła katolicka nauka społeczna, przedstawiona w encyklice papieża Leona XIII Rerum Novarum z 1891 r. Kościół katolicki przedstawił koncepcję solidaryzmu społecznego, w którym wszystkie grupy społeczne zobowiązane są dbać o wspólne dobro, co skłaniało pracodawców do ograniczenia wyzysku i godnego wynagradzania pracowników, a pracowników do rzetelnej pracy.

Upowszechnienie się etosu pracy spowodowało klęskę marksizmu i wymusiło istotne przekształcenia liberalnego systemu ekonomicznego, co zawiązało trwający do dzisiaj antykatolicki sojusz marksizmu i liberalizmu. Wszystkie przedstawione przykłady zostały przeze mnie dobrane świadomie i tendencyjnie, ponieważ ich znaczenia nikt nie jest w stanie zakwestionować, a jestem pewny, że są one jeszcze bardziej tendencyjnie eliminowane z powszechnej świadomości. Ilustrują one jeden, ale chyba najważniejszy rys europejskiej kultury.

Otóż kultura ta przez wieki napędzana była barbarzyńską siłą instynktów skłaniających ludzi do realizacji swoich interesów przez zmuszanie innych ludzi do niewolniczej pracy. Dla utrwalenia takiego systemu stworzyła wielką filozofię i olśniewającą sztukę, a jednocześnie uzasadnienie prawa ludzi mających siłę i władzę do decydowania o tym, kto jest człowiekiem i jakie przysługują mu prawa. Podkreślam: nic nie umniejszy filozoficznej wielkości Platona i Arystotelesa ani głębi ich refleksji nad zagadką bytu, dobra, piękna i moralności, ale w niczym nie zmieni to faktu, że dla tych wielkich filozofów niewolnik nie był człowiekiem. W całej historii europejskiej kultury jedyny system wartości, w którym status człowieka jako osoby, której człowieczeństwo nie wynika z woli czy uznania innych ludzi (nawet jeśli ci inni ludzie po tysiąckroć nazwaliby siebie humanistami), był katolicyzm. Tylko taki system wartości, którego źródło leży poza zasięgiem ludzkich manipulacji, może stanowić skuteczny hamulec powstrzymujący człowieka przed naturalnym dążeniem do realizacji własnego interesu kosztem innych ludzi.

Wszystkie odmiany tzw. humanizmu – od humanizmu renesansowego, przez oświeceniowy, po współczesny – w istocie były próbami cofnięcia ludzkości do tradycji humanizmu pogańskiego, czyli takiego, który uprawnia humanistów do decydowania o tym, kto jest człowiekiem, a kto nim nie jest. Jeśli więc Asger Jorn tworząc Instytut Wandalizmu Porównawczego chciał udowodnić, że istnieje i wciąż jest żywa kultura Europy wolnej od skażenia wpływami „łacińskimi”, jeśli prezydent Niemiec Johannes Rau twierdził w 2000 r., że „Europa nie potrzebuje już chrześcijaństwa” i jeśli dzisiaj ideolodzy nowej Europy ściągają do niej hordy, dla których prawem jest siła, to oznacza to tylko jedno: powrót do Europy pogańskiej, do Europy, której najwyższym prawem jest prawo do grabieży.

Krzysztof Karoń

Źródło: Zawsze wierni, nr 6 [193] listopad 2017 .

Za: Strona prof. Mirosława Dakowskiego (20.11.2017) / BIBUŁA pismo niezależne , 20.11.2017.

 

 

  , 2017.11.20

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci