O sposobach opisywania miłości i seksu


Kiedy przyjęli mnie na stanowisko redaktora w kolorowym kobiecym tygodniku, dostałem do obrabiania także kolumnę zatytułowaną „Seks”. Była to jedna z czterech kolumn, które miałem pod swoim nadzorem. Każdy kto pracował kiedyś w redakcji wie co to znaczy być odpowiedzialnym za jedną kolumnę i wie także co to znaczy być odpowiedzialnym za cztery kolumny. Największy kłopot był oczywiście z tą kolumną „Seks”. Tygodnik był bardzo przyzwoity i nie można tam było tak po prostu wstawić jakichś kawałków z obsceną. Poza tym były to dość wczesne lata ekspansji kolorowej prasy z zachodu i mowy nie było o takich materiałach jakie dziś latają w internecie. No i najważniejsze – tygodnik przeznaczony był dla gospodyń domowych, nie można było więc publikować tam rzeczy jakoś szczególnie ekstrawaganckich. Moje zwierzchniczki popatrzyły na mnie wymownie, ale bez nadziei, bo ja się słabo kojarzę w z wymienionymi w tytule aktywami. Byłem jednak jedynym frajerem, który zgodził się na obrabianie tej nieszczęsnej kolumny. Nie miałem żadnej pracy, a chciałem mieć pracę „piszącą”. Do tak zwanej normalnej redakcji nikt by mnie nie przyjął, a jeśli nawet to na zasadach nie dających szans na utrzymanie się w Warszawie i wynajęcie mieszkania. Pozostawały więc wydawnictwa niemieckie i ja się do jednego załapałem wprost z ogłoszenia. Poszukiwali młodej, zdolnej dziennikarki. Zadzwoniłem i powiedziałem, że nie jestem co prawda młodą i zdolną dziennikarką, ale za to jestem bardzo fajny. Dało to pewną nadzieję naczelnej i kierowniczce działu, bo jasne jest, że jak ktoś wyskakuje z takim tekstem przez telefon, to ma pewnie i inne ciekawe pomysły.

Każdy mniej więcej wie jak kto jest z tą miłością i seksem, ale większość ludzi żyje nie dającymi się spełnić na tym łez padole aspiracjami. I stąd właśnie przy redagowaniu kolumny „Seks” rodzą się zawsze problemy. Koleżanki pokazały mi wcześniejsze teksty umieszczane w tej rubryce i ja je przeczytałem. One zaś rzekły – tak nie możesz pisać. Ja się zgodziłem, bo też i nie miałem zamiaru tak pisać. Pewnie ciekawi Was co tam było napisane. Za chwilę dokonam prezentacji, albowiem przypadkiem znalazłem w sieci fragment tekstu o miłości i seksie, jakby żywcem wyjęty z tego tygodnika, zanim ja się w nim pojawiłem. Oto on:

Siedzę (nie teraz oczywiście, kilka godzin temu) w restauracji „Browarmia” na Krakowskim Przedmieściu i jem sznycel cielęcy, popijając piwem. Przede mną, przy długim stole, a właściwie ustawionymi rzędem stolikach, siedzi spora grupa młodzieży płci obojga, tak około 15 osób. Mimo to przy stole panuje cisza, bo wszyscy, albo pojedynczo, albo najwyżej parami, wpatrzeni są w swoje smartfony. Co najwyżej ktoś pokaże swój aparat drugiemu mówiąc „popatrz na to”. Zważywszy, że rzecz dzieje się w sali podziemnej, gdzie nie dochodzi światło dzienne i jest dosyć ciemno, te migające światełka w tym grobowym nastroju sprawiają wrażenie, jakby – z przeproszeniem – „polityczni protestanci” zebrali się ze świeczkami w dłoniach pod gmachem sądu. Nie rozumiem takich form życia towarzyskiego. A może to ja jestem już tak zgrzybiały i niedzisiejszy, że pora kłaść się do trumny?
Ależ NIE, bo oto spoglądam uważniej jeszcze raz i dopiero wtedy dostrzegam, że na rogu tego stołu siedzi para – On i Ona, śliczna, czarnowłosa, taka w typie Małgosi – i nie gapią się w smartfony, tylko patrzą sobie czule w oczy. On zanurza dłoń w bujnej gęstwinie jej włosów, Ona przymyka oczy i przez dłuższą chwilę na jej buzi maluje się rozkosz, potem bierze jego dłoń w swoją, dotyka do swoich ust i delikatnie ją muska. A więc jest jeszcze życie na tym świecie i jest miłość. Oddycham z ulgą i zamawiam kieliszek wiśniówki.

Zanim powiem kto jest autorem powyższego tekstu, muszę Wam opowiedzieć jak niezwykłym doświadczeniem jest praca w kobiecym tygodniku. Tam dziewczyny w zasadzie nie muszą niczego i nikogo udawać. Oczywiście coś tam odgrywają jedna przed drugą, ale jak ktoś na to popatrzy z boku, to tak zwana prawda ukazuje mu się w całej swojej upiornej prostocie. Nie mówię, żebym był jakoś szczególnie przeciw, chodzi mi tylko o to, że nie ma w tym pozy, a skoro nie ma pozy to one szukają już jedynie kogoś takiego, kto odwali za nie całą czarną robotę, żeby nie musiały myśleć o rzeczach głupich i niepotrzebnych, a skupiły się na tym co jest najważniejsze – na sobie. Do takich rzeczy właśnie zostałem wynajęty i oznajmiono mi to z nadzieją i lekką obawą w głosie właśnie w czasie omawiania kolumny „Seks”. – Tak nie pisz – powiedziała Gośka, a ja pokiwałem głową. Wiedziałem, że mam tak nie pisać, bo to jest coś, czego dziewczyny nienawidzą najbardziej na świecie, nawet jeśli się do takich głodnych kawałków uśmiechają. Praca tam była, jak powiadam, doświadczeniem niezwykłym, które pozostało ze mną do dziś. Pora teraz zdradzić kto jest autorem zacytowanego tekstu. Otóż opublikował go na swoim profilu fejsbukowym profesor Jacek Bartyzel. Czy ja się zdziwiłem? Trochę tak, ale zaraz mi przeszło. Cóż on bowiem mógł biedny napisać? Chciał uzyskać niezbędną dla sprowokowania poważnych rozważań głębię i wybrał taki właśnie sztafaż, okoliczności niby prawdziwe, sznycel, piwo, piwnica i faceci ze smartfonami…a obok wielka miłość i kieliszek szlachetnej, opalizującej wiśniówki. Po napisaniu czegoś takiego wyleciałbym z roboty jak nic. No, ale ja pisałem dla kucharek, w profesor dla istot o innej zupełnie wrażliwości. Oczywiście szydzę, ja pisałem przede wszystkim dla koleżanki kierującej działem i dla naczelnej. One zaś musiały dostać coś takiego na biurko, od czego nie rozbolałby ich zęby i co nie spowodowałoby u nich gwałtownych skurczów twarzy. Tak więc fraza – zanurzył dłoń w bujnej gęstwinie jej włosów – była absolutną dyskwalifikacją.

Powiecie, że nie mogę w ten sposób drwić z profesora. Otóż mogę i zaraz wyjaśnię dlaczego. Sukces na rynku treści osiąga ten, kto właściwie rozpozna emocje i oczekiwania czytelników. Ja od razu zorientowałem się, że nie piszę dla kucharek, choć na to wskazywałby tytuł tygodnika. Ja pisałem dla Gośki i jej koleżanek, a to była rzecz o wiele poważniejsza, niż wszystkie problemy z którymi zmaga się w swoich tekstach profesor Bartyzel. Czy on w ogóle wie dla kogo pisze? Mam wrażenie, że nie, że nie zna ani myśli, ani planów, ani serc swoich czytelników, a przekonuje mnie o tym zdanie – Ona przymyka oczy i przez dłuższą chwilę na jej buzi maluje się rozkosz, potem bierze jego dłoń w swoją, dotyka do swoich ust i delikatnie ją muska.

Dlaczego się nad nim znęcasz ty świnio – zawoła zaraz ktoś. Otóż czynię to ponieważ profesor Bartyzel jest jedną z osób, które nie mając żadnych, podkreślam – żadnych możliwości wpływania na czytelnika czyni to uporczywie. Udzieliłem wczoraj wywiadu panu Mossakowskiemu, który jest w o tyle szczęśliwej sytuacji, że nie stara się kokietować ludzi swoimi tekstami. On mnie poprosił o zrecenzowanie filmu Grzegorza Brauna i ja to zrobiłem. Dziś zaś z rana przeczytałem w jednym z komentarzy, że Grzegorz Braun promuje nową książkę młodego Krajskiego. Kochani, jeśli Grzegorz Braun, artysta prawdziwy, będzie prócz twórczości uprawiał również promocję osób o takim współczynniku artystycznego i sprzedażowego bezwładu jak młody Krajski i profesor Bartyzel, to możecie zapomnieć o wszystkim, co mówiłem w tym wywiadzie. On utonie. A przed utonięciem nie zdąży zrobić nic naprawdę wielkiego. Ja sytuację tę odnoszę także do siebie i mówię wprost, po doświadczeniach wydawniczych ostatnich lat, jeśli ktoś będzie mnie próbował z premedytacją lub wprost z głupoty, dociążyć, z nadzieją, że i jemu coś sprzedam albo go wypromuję, będę straszny. Będę dużo bardziej okrutny niż dziś wobec Jacka Bartyzela i wtedy każdy się naocznie przekona co to jest pisanie o seksie dla pań redaktorek z wydawnictwa Axel Springer. Potrzebuję bowiem ludzi, którzy mnie odciążą. Lista obowiązków, planów i zamierzeń wydłużyła się bowiem znacznie, a życia nie przybywa.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy przez ostatnie miesiące wspierali ten blog dobrym słowem i nie tylko dobrym słowem. Nie będę wymieniał nikogo z imienia, musicie mi to wybaczyć. Składam po prostu ogólne podziękowania wszystkim. Nie mogę zatrzymać tej zbiórki niestety, bo sytuacja jest trudna, a w przyszłym roku będzie jeszcze trudniejsza. Nie mam też specjalnych oporów, wybaczcie mi to, widząc jak dziennikarskie i publicystyczne sławy, ratują się prosząc o wsparcie czytelników. Jeśli więc ktoś uważa, że można i trzeba wesprzeć moją działalność publicystyczną, będę mu nieskończenie wdzięczny.

Bank Polska Kasa Opieki S.A. O. w Grodzisku Mazowieckim,

ul.Armii Krajowej 16 05-825 Grodzisk Mazowiecki

PL47 1240 6348 1111 0010 5853 0024

PKOPPLPWXXX

Podaję też konto na pay palu:

[email protected]

Przypominam też, że pieniądze pochodzące ze sprzedaży wspomnień księdza Wacława Blizińskiego przeznaczamy na remont kościoła i plebanii w Liskowie, gdzie ksiądz prałat dokonał swojego dzieła, a gdzie obecnie pełni posługę nasz dobry znajomy ksiądz Andrzej Klimek.

Zapraszam też do sklepu FOTO MAG, do księgarni Przy Agorze, do Tarabuka, do antykwariatu Tradovium w Krakowie, do sklepu GUFUŚ w Bielsku Białej i do sklepu HYDRO GAZ w Słupsku i do księgarni Konkret w Grodzisku Mazowieckim.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI, 4 grudnia 2017

 

  • Ilustracja tytułowa za: HUFFPOST, 06/02/2010  / Wybór zdjęcia wg.pco

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2 , 2017.12.07.

Autor: Gabriel Maciejewski