Tajemnice antysemityzmu


Niesłabnący międzynarodowy atak medialny na Polskę sprawia wrażenie jakby miała ona monopol na antysemityzm i, że wszyscy Żydzi amerykańscy tak myślą. Nie tylko, że wszyscy Żydzi tak nie myślą, ale są nieraz sami ofiarą tej samej historyczno-politycznej wojny. Kara za odwagę niezależnego myślenia w sprawie Holokaustu jest dotkliwa, czego doświadczyli m.in. historycy Norman Finkelstein i Richard Lucas. Tak naprawdę, w tej wojnie nie liczą się korzenie etniczne ani religia.

Znany powszechnie George Soros ma w swym życiorysie ciemną kartę wojenną. Jako 14- letni chłopak w Budapeszcie w 1944 r. udając chrześcijanina chodził z dorosłym „opiekunem” po żydowskich domach konfiskując własność swych pobratymców szykowanych na wysyłkę do obozów zagłady. Przyznał się do tego w 1998 r. w wywiadzie dla 60 Minutes, programu telewizji CBS. Jak sam powiedział, poczucia winy nie miał. Dorobiwszy się fortuny po wojnie Soros zaczął finansować projekty nie zawsze zgodne z polityką lobby żydowskiego w USA. Nie jest on też, o dziwo, zbyt częstym gościem żydowskich konferencji. A gdy już na nich zagości, wywołuje kontrowersje w swoim środowisku, jak choćby w Nowym Jorku w 2003 r., gdy powiedział, że „w Europie narasta antysemityzm na skutek polityki Izraela i USA”.

Wywołało to gniewną reakcję działaczy żydowskich, m.in. Abrahama Foxmana, szefa ADL, który określił słowa Sorosa jako „absolutnie nieprzyzwoite” i „wpisujące się w antysemickie stereotypy”. Kilka lat później znany prawicowy komentator Glenn Beck w swym programie radiowym opowiedział o zachowaniu młodego Sorosa w wojennym Budapeszcie mówiąc, że „żydowski chłopiec pomagał wysyłać Żydów do obozu”.  Błyskawicznie zareagował na to Abe Foxman publicznie potępiając słowa Becka jako „obraźliwe i niedopuszczalne” i zarzucając mu bezczelny atak na osobę Sorosa. „Holokaust – napisał Foxman – był koszmarnym czasem kiedy wielu musiało dokonywać rozdzierających wyborów, by przeżyć. Soros otwarcie opowiedział o swym doświadczeniu z dzieciństwa i na tym należy sprawę zamknąć”. A Glenn Beck już na stałe zyskał opinię antysemity.

Kiedy jesienią 2017 r. „New York Times” opublikował demaskatorski artykuł na temat Harveya Weinsteina, światowe media zaczęły donosić o aktorkach oskarżających hollywoodzkiego producenta o seksualne przestępstwa. W tym skandalicznym serialu brakowało często poważnego pytania o to, co lub kto umożliwiał producentowi trwanie w bezkarnym procederze przez 30 lat! Media skupiały się wyłącznie na kolejnych celebrytkach ujawniających swe okropne doświadczenia z producentem. A Weinsteina kryli wszyscy:  Hollywood, media, demokraci i prawnicy.

Producent  miał powiązania z Billem i Hillary Clinton, których wspierał sowitymi darowiznami. Wśród zalewu artykułów dominowała opinia, ze to New York Times odkrył zboczeńca z Hollywood. Oficjalna linia posypała się kiedy dawna reporterka NYT ujawniła, że już w 2004 r. miała gotowy reportaż nt. seksualnych przestępstw Weinsteina, ale gazeta w ostatniej chwili zablokowała publikację. Po próbach podważenia prawdomówności reporterki, świadkowie pogrzebali linię obrony NYT. W narastającym skandalu wciąż brakowało pytania dlaczego nagle w październiku 2017 r. nowojorska gazeta dała sygnał do ataku na nietykalnego dotąd hollywoodzkiego magnata.

W internecie pojawiła się opinia, że mógł to nie być przypadek, lecz zemsta za wypowiedź Weinsteina na temat postawy Żydów podczas powstania getta warszawskiego. Znany producent miał rzekomo powiedzieć, że gdyby nie bierność Żydów, wielu z nich zdołałoby się uratować. Weinstein planował zrobić film o powstaniu w getcie na podstawie książki Leona Urisa pt. „Miła 18” (dzisiaj ówczesna ulica Miła to miejsce, w którym stoi Kopiec Anielewicza w Warszawie). Pisała o tym „The Jewish Chronicle” w sierpniu 2017r. ujawniając, że kilku krewnych Weinsteina zginęło w Auschwitz.

Sam producent mówił, że inspiracją dla zrobienia nowego filmu stała się opowieść Urisa i że zamierzał osobiście ten film reżyserować. Co było powodem, że nazajutrz po publikacji demaskatorskiego artykułu w NYT producent zaoferował przekazanie pieniędzy na fundusz zwalczania znienawidzonej przez gazetę i całą Lewicę  National Rifle Association, tj. organizacji broniącej konstytucyjnego prawa do posiadania broni? Kto uwierzy, że o takie akurat zadośćuczynienie szło sponiewieranym kobietom?

Bardziej prawdopodobne jest to, że mogła to być próba wykupienia się tym, którzy uderzyli, kiedy poważył się naruszyć pilnie strzeżone tabu. Dla środowiska NYT obrona tezy o  nieskazitelnej postawie Żydów w czasie Holokaustu i walka o odebranie obywatelom prawa do posiadania broni są niczym dwa dogmatyczne nakazy.

Nie jest tajemnicą, że publicyści i historycy odważający się głosić opinie i tezy inne niż oficjalna żydowska interpretacja Holokaustu, są atakowani i tropieni niczym zwierzyna łowna. Doświadczył tego Patrick Buchanan, amerykański historyk, autor i komentator telewizyjny, m.in. w związku ze sprawą polskich karmelitanek w Oświęcimiu, które w 1984r. zamieszkały w budynku przylegającym zewnętrznie do obozu i rozpoczęły kontemplacyjną misję modlitewną.

Reakcja żydowskich organizacji w USA była natychmiastowa. Kiedy ich ostre protesty nagłaśniane przez zachodnie media zaczęły grozić Polsce i Kościołowi poważnym kryzysem, Jan Paweł II nakazał polskim karmelitankom wyprowadzenie się poza teren Auschwitz. W mediach amerykańskich Polska miała wtedy ważnego obrońcę. Był nim Pat Buchanan. Mając świadomość konsekwencji nie wahał się pisać o sprawie karmelitanek z polskiego i katolickiego punktu widzenia. Przypominał światu, że w Oświęcimiu masowo ginęli też Polacy, więc było niesprawiedliwością nie pozwalać katolickim zakonnicom modlić się za chrześcijańskie ofiary obozu. Spotkała go za to akcja zniesławiania i określania mianem antysemity.

Niewielu ma odwagę postawić się medialnym koncernom i organizacjom promującym obowiązującą żydowską interpretację Holokaustu. Nie wszyscy spośród odważnych potrafią odnaleźć się po utracie pracy, ostracyzmie środowiska zawodowego, zniesławianiu i fali gróźb. Ceną za niezależność myśli i publikacji  jest nie tylko dożywotnia etykieta antysemity, ale nawet utrata środków do życia.

To, jak dramatyczny przebieg może mieć nagonka na domniemanego antysemitę ilustruje los Josepha Sobrana, wybitnego amerykańskiego publicysty, pisarza, znawcy Szekspira. Był mistrzem języka porównywanym do G.K. Chestertona i niedoścignionym komentatorem sceny społeczno-politycznej w Ameryce. Młodego Sobrana odkrył William Buckley, ojciec nowoczesnego konserwatyzmu. Zatrudnił go w 1972r. w „National Review”, gdzie Joe ze swą przenikliwa logiką i ciętym dowcipem błyszczał intelektualnie przez następnych 20 lat.

Wydawało się, że jego kariera jest niezagrożona, choć pewne środowiska żydowskie oskarżały go o antysemityzm. Buckley początkowo bronił Sobrana twierdząc, że był tylko antysemitą „kontekstualnym”, a nie realnym. Miało to polegać na tym, że gdyby dajmy na to Joe pisał krytycznie o wpływach lobby arabskiego lub chińskiego w Waszyngtonie, to nie wywołałoby to poczucia antyarabskich lub antychińskich napaści. W redakcji dochodziło jednak do coraz częstszych kłótni, w których Buckley wyrzucał Sobranowi niedopuszczalne sformułowania, jak np. propozycję, by zmienić nazwę „New York Timesa” na „Aktualizacja Holokaustu”.

Kłócili się też o wojnę w Iraku, którą Joe uważał za szkodliwą dla Ameryki, prowadzoną w interesie Izraela. W końcu Buckley wyrzucił Sobrana z „National Review”. Ponieważ Joe nie zamierzał składać samokrytyki i nie dawał się zastraszyć, o nową posadę nie było łatwo. Mit o jego antysemityzmie cementowały ataki wpływowych publicystów i znanych komentatorów telewizyjnych związanych ze środowiskiem neokonserwatystów. Joe stopniowo tracił możliwość zatrudnienia i zaczął mieć problemy finansowe. Na początku lat 90-tych bronił odważnie Patricka Buchanana atakowanego przez ośrodki żydowskie w kontekście polskich karmelitanek w Oświęcimiu, choć jego własne życie komplikowała coraz gorsza kondycja finansowa i zdrowotna. Próbował ratować finanse zakładając własny drukowany newsletter kolportowany wśród subskrybentów, ale nie szło mu dobrze.

Jego cotygodniowy, genialnie wnikliwy waszyngtoński komentarz zniknął z katolickiego pisma, a komunikat o chorobie Sobrana z prośbą o modlitwę niewiele mówił. A Joe się wyniszczał i wypalał. Może nie umiał zdystansować się od zajadłości wrogów? Może chciał do końca bronić swej barykady bez względu na koszty? Nie nam to osądzać. Któż z nas zna „ciężar krzyża, którego sam nie dźwiga”?

Sprawy przybrały dramatyczny obrót kiedy Sobran proszony przez kilka osób, by zrezygnował z zaproszenia dr Marka Webera z The Institute for Historical Review nie ustąpił i poszedł tam z wykładem. Szło zaś o historyka i instytut uważanych za negacjonistów Holokaustu. Na wieść o tym, wydawca The American Conservative wycofał świeżą, jedyną ofertę pracy dla Sobrana. W wygłoszonym wykładzie Sobran wyjaśniał dlaczego mimo wszystko zdecydował się przyjąć zaproszenie dr Webera. Tytuł wystąpienia, które chyba ostatecznie przesądziło o losie Sobrana, brzmiał: „Z obawy przed Żydami” i nawiązywał do sformułowania z Ewangelii św. Jana.

Autor stawiał w nim pytania i kwestie związane z etykietowaniem kogoś jako antysemity. Posługując się niedoścignioną dla innych logiką i językiem Sobran ujawniał cienkość intelektualną, obłudę i brak etyki szermierzy jedynie słusznej interpretacji Holokaustu. Ale jego błyskotliwa bezkompromisowość dotyczyła w jeszcze większym stopniu oceny komunizmu. Pytał dlaczego kwestionowanie na bazie dowodowej oficjalnych danych dotyczących liczby ofiar Holokaustu miałoby być przejawem anytsemityzmu. Analizując problem czynił porównania, które doprowadzały jego wrogów do pasji. Mówił, że „gdyby negowanie Holokaustu miało wpływ na tok wydarzeń w dzisiejszym świecie, to można by to uznać za kontrowersyjne (stanowisko), ale tak nie jest. A tak właśnie było z zaprzeczaniem przez “New York Timesa” zbrodni Stalina w latach 30-tych, przez co gazeta pomogła mu je kontynuować”!

Dziś, gdy internet wszedł pod strzechy nietrudno zauważyć, że rośnie popularność niepoprawnej politycznie definicji antysemityzmu. Ilu jednak wie, że jej autorem był Joe Sobran? W wykładzie „Z obawy przed Żydami” mówił: „Nikt nie wie co to jest antysemityzm. Mój dawny szef Bill Buckley napisał cała książkę „W poszukiwaniu antysemityzmu”, ale nie zadał sobie trudu, by go zdefiniować. Najpierw myślałem, że to przeoczenie. Myliłem się. To słowo straciłoby swą użyteczność gdyby je zdefiniować. Mój mały wkład do jego książki polegał na wpisie: Kiedyś antysemitą był człowiek, który nienawidził Żydów. Dziś jest to ten, kogo nienawidzą Żydzi.

W wykładzie dla instytutu  dr Webera Sobran mówił też o najważniejszym sojuszniku USA: „Izrael wielokrotnie zdradził swego jedynego dobroczyńcę, Stany Zjednoczone. Ale są to rzeczy, o których nie tylko politycy boją się mówić. Podobnie większość dziennikarzy – ludzi, którzy mają być niezależni, by mówić to na co politycy nie mogą sobie pozwolić. Obawa przed Żydami – zwrot, którym posługuje się Ewangelia św. Jana – zmienił ton dyskursu i zasady współczesnego konserwatyzmu. W przedziwny sposób historia Holokaustu wywołuje nie tylko współczucie, ale i faktyczny strach przed Żydami… Nawet jeśli 6 milionów Żydów zamordowano w czasie II wojny światowej to ci, którzy ocaleli nie mają z tego tytułu prawa do popełniania najmniejszej niesprawiedliwości. Gdyby twego ojca ugodzono nożem na ulicy, to byłoby to przykre, ale to jeszcze nie wymówka, by mógł się dobierać do czyjejś kieszeni”.

Joe Sobran nie był negacjonistą Holokaustu ani antysemitą. Świadczyli o tym ci, którzy go znali i ci, którzy czytają jego pisma dokładnie, bez uprzedzeń. Jak sam mówił, jego oskarżyciele jakoś nie kwapili się, by cytować go dosłownie. Insynuacje i manipulacje miały większą siłę rażenia. Były niczym anatema rzucona na zatwardziałego heretyka.

To skuteczna metoda. Świadczy o tym chociażby brak wznowień pism Sobrana, przez co współczesne pokolenie nie wie, że XX-wieczna Ameryka przedwcześnie straciła jeden z największych swych umysłów. Ale żyje nadzieja, że któregoś dnia niestrudzony wysiłek jednej kobiety zabiegającej o uratowanie i wydanie całej spuścizny pisarskiej Sobrana okaże się silniejszy od strachu i cenzury.  Pierwsze owoce działalności Fran Griffin, bo o niej tu mowa, i założonej przez nią The Fitzgerald Griffin Foundation już są. Jest nim wydanie przez tę niewielką fundację zbioru niektórych esejów Sobrana. Pozostaje żal, że on sam nie może już napisać co myśli o bieżącym konflikcie izraelsko-polskim!

Lucyna Kondrat

 

Źródło: Polonia Christiana – pch24.pl, 27.02.2018
Za: BIBUŁA pismo niezależne, 27.02.2018.

 

  • Ilustracja tytułowa: Pamiątkowy kamień na szczycie Kopca Anielewicza przy ul. Miłej 18 w Warszawie. Fot. Adrian Grycuk, 20.08.2011, za: wikimedia.org / wybór zdjęcia wg.pco

 

  , 2018.03.04.

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci