Vincent goes too Hollywood


Miałem znowu pisać o Bagsiku, ale trzeba to jednak przesunąć. Wczoraj w radio samochodowym słuchałem wywiadu z reżyserką filmu „Twój Vincent” i byłem szczerze zdziwiony jej postawą i nadziejami. Ten film, jak sami wiecie, niesłychanie dla mnie inspirujący i pod wieloma względami bardzo dobry, nowatorski i wzruszający, nie mógł dostać Oskara. Spróbuję wyjaśnić dlaczego. Otóż sprawa, która jest w tym filmie omówiona, czyli twórczość i śmierć Vincenta van Gogh jest od dłuższego już czasu zupełnie nieważna. Być może nigdy nie była istotna, a tylko nam się zdawało, że jest, albowiem w każdym prawie polskim domu wisiała reprodukcja „Słoneczników”, a reprodukcje obrazów Vincenta były u nas w każdym szkolnym podręczniku. Nie wiem jak było we Francji, w Holandii i innych krajach Europy Zachodniej, ale podejrzewam, że inaczej. Tak więc historia Vincenta zredagowana w sposób jaki widzimy w tym filmie jest ważna dla nas i dla nikogo więcej. Z Francuzami jest ponadto jeszcze tak, że oni nie będą oglądać animowanego filmu o Holendrze, który próbował z nimi konkurować, wyprodukowanego za brytyjskie pieniądze. Mowy nie ma. Możecie o tym zapomnieć. Jak ktoś tu wczoraj napisał, w Paryżu film zdjęto z dużych ekranów i pokazywano tylko w kinach studyjnych. To jest całkowicie zrozumiałe i nie wiem dlaczego producent i reżyserka nie przewidzieli takiego obrotu spraw. To znaczy wiem, tylko trochę ściemniam. Oni tego nie przewidzieli, albowiem sądzili, że robią coś naprawdę niezwykłego, czego nikt wcześniej nie zrobił. Kunszt zaś ujawniony w tej produkcji, spowoduje, że wszyscy otworzą usta z zachwytu. Nie otworzą, bo Francuzi mają w nosie kunszt, a Amerykanie i Żydzi z Hollywood muszą promować w filmach nowe technologie, żeby rynek nie trzasnął. Vincet więc był dla nich jedynie jakimś kuriozum. W dodatku niezrozumiałym na wszystkich możliwych poziomach. XIX wieczne malarstwo i jego problemy nie interesuje dziś już nikogo, nawet Japończyków. Jest ono tak samo ciekawe jak wykopywane na Syberii mastodonty i tylko w kraju aspirujących inteligentów, takim jak Polska, można jeszcze coś na nim ugrać. Tego jednak ani reżyserka, ani scenarzyści, ani biorący udział w produkcji artyści zrozumieć nie chcą, bo oni aspirują do tamtych. Proszę Państwa, wpadliście Państwo w pułapkę. Przede wszystkim nie ma sensu żadna próba robienia wrażenia na Francuzach, bo oni wiedzą, że mają wszystko lepsze. Jakiekolwiek zaś przymiarki do nowych, ciekawszych redakcji ich własnej historii są bez sensu, bo hagada wymyślona w III Republice zaspokaja wszystkie ich pragnienia i szajby. Oni wiedzą wszystko, a jeśli czegoś nie wiedzą to mają wszystko w nosie. Jedynym sposobem zwrócenia uwagi Francuzów na siebie jest zrobienie filmu o paryskich kolaborantach wydających Żydów Niemcom w czasie II wojny światowej i pokazywanie tego filmu w Niemczech.

Jeśli idzie o Hollywood, jest jak powiedziałem – technologia rządzi, już dawno zastąpiła sztukę i towarzyszące jej gawędy, zwane czasem – całkiem bez sensu – filozofią. No więc film o Vincencie jest ważny wyłącznie dla nas. To się może wydawać dziwne, ale dla wielu osób, nawet nie mających żadnej styczności ze światem artystycznym nazwisko Van Gogh jest znane. Oczywiście jest znane z filmów, popularnych gawęd i skandalu z uchem, ale jest znane. Film o Vincencie propagowany i promowany na polskim rynku miałby szansę zdobyć popularność prawdziwą. Każdy jednak wie, że także w Polsce, mimo że ta produkcja jest naprawdę fantastyczna, z promocją było słabo. Nie wierzę, by reżyserka, mocno osadzona w środowisku tych wszystkich filmowych oszustów, nie mogła zrobić nic, by poprawić dystrybucję tego filmu. Jak wobec tego faktu – słabego rozpowszechniania dzieła w kraju – można było liczyć na sukces za granicą? Ja tego nie wiem, ale widzę tu całą serię zaniechań, wynikającą, jak mniemam, z łatwości pozyskiwania pieniędzy na te projekty. Nie wykorzystano żadnej szansy, bo miał być przecież Oskar. To on miał zagwarantować nową falę popularności. No, ale nie zagwarantował.

Zainspirowany filmem o Vincnecie napisałem chyba z piętnaście tekstów, mógłbym je w zasadzie pisać nadal, ale nie mogę przecież wybiegać przed szereg i robić czegoś, co powinien robić współscenarzysta tego filmu Jacek Dehnel i reszta tej oszalałej bandy. Oni tymczasem nie robią nic. Bo nie wiedzą co powiedzieć. Za to wszyscy inni wiedzą, ale milczą. Każdy wie, że koniunktury na rynku sztuki to bańki spekulacyjne, artyści są w nie wkręcani i poświęcają swój czas i talent na to, by bańki te pęczniały. Rynek sztuki to ogromne pieniądze, pokusa zaś by łatwość produkcji dzieł doprowadzić do absurdu jest nie do zwalczenia. Tym jest to prostsze, że podstawowym warunkiem istnienia tego rynku jest nie uleganie presji odbiorcy. Tym między innymi rynek sztuki różni się od rynku żywności. Na tym drugim zdanie klienta jest kluczowe, na tym pierwszym waży niewiele. Skandale na rynku żywności dotyczą jakości produktu. Skandale na rynku sztuki dotyczą głównie życia twórców. Wszelkie uwagi dotyczące jakości produktu ucina bełkot wynajętych szczekaczy zwanych krytykami. Rynek sztuki to tradycje handlowe przekazywane w rodzinach, takich jak rodzina Vincenta. To są wszystko wątki w tym filmie niewykorzystane, które można było poruszać w dyskusji na tym obrazem. Nikt tego jednak nie czynił, z obawy, by nie wyjść na głupka, który nie rozumie dobrego malarstwa. No to macie teraz, co chcieliście. Coco, film o nieboszczkach dla dzieci, zdobył Oskara, a Vincent jedzie do domu. Nie zorganizowano w Polsce nawet żadnej standardowej dyskusji o tym filmie, dyskusji z udziałem historyków sztuki i samych malarzy. I ja wiem dlaczego nie zorganizowano. Bo nikt by nie wiedział o czym ma mówić. Tak głęboko wprasowany w mózgi jest ten fałsz. Niestety, jak napisał dawno temu poeta, świat idzie swoją drogą i ma w nosie nasze wysiłki i starania, których celem jest zwrócenie uwagi innych. Można było jednak i jestem o tym głęboko przekonany, urządzić wokół tego filmu rynek w Polsce. Tak właśnie, rynek. Ja oczywiście wiem, że musiałbym to urządzać ja sam, a na to nikt by mi nie pozwolił, bo oznaczałoby to ułatwienie dostępu do pieniędzy. Ludzie zaś pokroju Dehnela jak słyszą słowo rynek, to wykrzywiają usta w podkówkę. Powtórzę więc – wokół tego filmu można było urządzić rynek w Polsce. I to byłaby wartość taka, że za rok dwa, ktoś mógłby się z niej odbić, jak z trampoliny i dostać tego Oskara, nawet nie będąc Żydem. Niestety to się nie udało i nigdy się nie uda, albowiem twórcy, nie tylko filmowi w Polsce, rozumieją – niczym dziwki z filmów Vegi – jeden tylko komunikat – jest kasa, nie ma kasy. To wszystko. Jest mi nieprawdopodobnie przykro, że ten film nie został nagrodzony.

Dziś na stronie znajdzie się nasza nowa książka – Przez jasne wrota autorstwa Jerzego Bandrowskiego, brata Juliusza. Całkowicie zapomnianego dziś autora, opowiadająca o losach polskich żołnierzy na Dalekim Wschodzie. Jest to pierwsza książka w cyklu – nie stanowiącym edytorskiej całości – dzieł jakie wydawać będziemy w czasie roku jubileuszowego odzyskania niepodległości.

Na koniec umieszczam tu nagranie promujące książkę Hani, nominowaną do Nagrody Literackiej Miasta Stołecznego Warszawy.

Zaczynamy sprzedaż nowego, specjalnego numeru Szkoły nawigatorów, poświęconego protestantyzmowi. Numer w całości złożył i przygotował do druku nasz kolega Rotmeister. Wykonał wielką pracę. Cześć mu i chwała. Dziś w sklepie znajdzie się także książka eski o architekturze drewnianej.

Michał zaś zmontował moją pierwszą pogadankę nagraną w jego sklepie. Niebawem będzie kolejna. A potem następne. Na ile czas pozwoli oczywiście. Oto link

Przypominam, że na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl trwa promocja książek i czasopism. Baśń czeska i amerykańska po 10 zł, Baśń III po 15, tak samo Łowcy księży oraz Straż przednia. Nawigatory także po 10, ale ubywa ich w zastraszającym tempie, więc trzeba się spieszyć. Budowa jachtów po 35, Berecci, Irlandzki majdan i Kroniki klasztoru w Zasławiu po 10. Sanctum regnum po 30 zł. Na tej samej stronie dostępny już jest nowy komiks Tomka Bereźnickiego zatytułowany „Kościuszko. Cena wolności”. W sprzedaży jest już także książka „Czerwiec polski” zwana tu książką o pluskwach

Michał zmontował kolejne nagranie, które niniejszym prezentuję

 

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  5 marca 2018.

 

Więcej artykułów tego autora na naszym portalu >   >   >   TUTAJ.

  • Ilustracja tytułowa: Z filmu „Twój Vincent”, materiał prasowy. Za: Dziennik.pl  / Wybór zdjęcia wg.pco

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2 , 2018.03.05.

Autor: Gabriel Maciejewski