Znowu o Żydach czyli malarze i niedźwiedzie


Dziś inne sprawy odwróciły moją uwagę. Może trochę bardziej przyziemne, ale także zastanawiające. Zacznę jednak znów od Asyryjczyków. Oto w wikipedii znajduje się notka biograficzna poświęcona królowi Assurbanipalowi, największemu chyba asyryjskiemu zdobywcy. Pod notką zaś mamy taki przypis:

Należy jednak zauważyć, że te okrucieństwa były zwykle zarezerwowane dla miejscowych książąt i ich szlachty, którzy zbuntowali się i, na przykład, w przeciwieństwie do Izraelitów, którzy eksterminowali Amalekitów z czysto etniczno-kulturowych powodów, Asyryjczycy nigdy nie rozkoszowali się w ludobójstwie[8]. Asyryjczycy byli określani jako bezwzględni barbarzyńcy. Z pewnością mogliby być szorstcy i twardzi w celu utrzymania porządku, ale byli obrońcami cywilizacji, a nie barbarzyńskimi niszczycielami

Niezwykłe prawda? Też tak pomyślałem, kiedy to przeczytałem po raz pierwszy. Nie wiem jak długo ten przypis, informujący nas o eksterminacji Amalekitów się utrzyma, ale może przynajmniej do końca majówki.

My zaś teraz wprost z odległych w czasie i w przestrzeni krain przeniesiemy się teraz na nie mniej od nas wcale odległe kresy północno-wschodnie, które z takim serdecznym, a jednocześnie trzeźwym wdziękiem opisywał Hipolit Korwin Milewski. Zrobimy to także z tego powodu, że tak zwana ludność rdzenna, pomieszkująca na tych obszarach, lubi traktować Polaków, a szczególnie szlachtę, jako takich asyryjskich zdobywców, których po latach okupacji udało się wreszcie wyrzucić z granic. O tym czym jest polityka etniczna i jaki jest jej rzeczywisty charakter wiedzą dokładnie archeologowie. Historia zaś Międzyrzecza, powinna być, jak wiele innych fragmentów dziejów przedmiotem osobnego seminarium dla studentów politologii, oficerów tajnych służb i w ogóle dla wszystkich, którzy zamierzają rządzić. Kto zaczyna uprawiać politykę etniczną, ten musi wiedzieć przede wszystkim to, że każdy jej element został przećwiczony dawno temu przez ludy semickie na wschodzie. Musi też wiedzieć, że jest to polityka nader nieskuteczna i pełna pułapek. Porządki bowiem globalne wywodzą się z banku i świątyni, a nie z chaty garncarza czy tkacza. No, ale dziś ten temat zostawiamy, bo dziś zajmować się będziemy wyłącznie sztuką wysoką.

Od kiedy napisałem tu swój sławny już cykl opowieści o Van Goghu nie mogę przestać myśleć o pewnym niezwykłym malarzu, o Chaimie Soutine. Jak wiecie nie wierzę w to, że malarze z Europy Środkowej i wschodniej byli sprowadzani do Paryża dlatego, że mieli talent i trzeba było im dać szansę, nie wierzę także w to, że przybywali tam sami, uciekłszy od swoich biednych rodzin, po to, by zdobyć pieniądze i sławę. Oni tam byli sprowadzani celem spekulacji. Dokładnie tak samo, jak w dawnych czasach królowie Asyrii, Elamu czy Egiptu sprowadzali do siebie duże grupy rzemieślników, po to, by poprawić kondycję rynków wewnętrznych w swoich krajach i trochę zarobić na eksporcie. Identyczny schemat zadziałał w przypadku artystów z Ecole de Paris. Szczególnie tych pochodzących z dawnych kresów Rzeczpospolitej. Pewnie nie uwierzycie, ale Soutina zdemaskował Hipolit Korwin Milewski. Nie będę cytował fragmentu, bo jest długi, ale o nim opowiem. Wy zaś przeczytacie sobie wszystko dokładnie w pierwszym tomie wspomnień na stronach 184-185.

Na razie jednak wróćmy do Chaima. Był to znany abnegat i brudas, który żył z żebraniny. Tak go przynajmniej opisują. No, ale miał gdzie mieszkać, miał na farby i płótno, miał dużo wolnego czasu i nawet coś tam pisał. Pochodził zaś Chaim z ubogiej żydowskiej rodziny, z miejscowości Smiłowicze pod Mińskiem. Był dziesiątym dzieckiem w rodzinie, gdzie panowały głód i nędza. Chaim zaś miał marzenie, żeby zostać malarzem i dzięki swojemu uporowi w końcu nim został. Malował rzeczy straszliwe i za to go ludzie kochali. Malował zgniłe mięso, rozkładające się truchła no i generalnie paćkał po płótnie. Jak się domyślacie za życia niewiele sprzedawał, dopiero po śmierci, przedwczesnej, która nastąpiła chyba w wyniku przedawkowania alkoholu, ale dokładnie nie pamiętam, jego dzieła zaczęły osiągać wysokie ceny.

Co wspólnego z tym wszystkim ma Hipolit Korwin Milewski? Jak to co? On nigdy w życiu nie dałby się nabrać na tę dętą gawędę. My zaś, jego wierni uczniowie, podążając śladem mistrza odczytujemy raz jeszcze jego wspomnienia i znajdujemy tam takie zdanie: majątek Smolewicze, obejmujący 75000 hektarów, przeszedł w ręce mińskiego Żyda Sutina, którego duża i raptowna fortuna miała źródło prawdziwie komiczne. Był o skromniutkim pachciarzem u dzierżawcy Smolewicz…

No tak…Smolewicze to oczywiście Smiłowicze, które w czasie ostatnich pięćdziesięciu lat zmieniły nieco swoją nazwę. Hipolit zaś używa zapisu stosowanego przez pracowników Wileńskiego Banku Ziemskiego, którzy przy parcelacji dóbr księcia Wittgensteina asystowali. Historią tej parcelacji wstrząsnęła całą Litwą, a może nawet połową cesarstwa. Nie ona nas jednak dziś interesuje. Dziś ciekawi nas tylko źródło fortuny pachciarza Sutina ze Smolewicz zwanych dziś Smiłowiczami. A było to tak. Nieszczęśliwy książę Piotr Wittgenstein, nieszczęśliwy, bo skończył samobójstwem, zaprosił do swojego majątku jakiegoś zaprzyjaźnionego księcia z Niemiec. Mieli polować na niedźwiedzie. Było dobrze po przymrozkach i leżał śnieg. Niedźwiedzie spały w gawrach. Tak się jednak złożyło, że nagle przyszła odwilż, miśki się obudziły i zwiały. Księciu groziła kompromitacja towarzyska. I wtedy niczym dżin z butelki wychynął zza framugi pałacowych odrzwi ten cały Sutin. Rzekł, że załatwi sprawę i niedźwiedzie będą w oznaczonym miejscu i czasie, tuż przed stanowiskiem strzeleckim obydwu książąt. Piotr Wittgenstein się zgodził i obiecał Sutinowi taką nagrodę, jakiej ten zażąda. Żyd uśmiechnął się i wyrwał wprost z pałacu na najbliższy dworzec, tam kupił bilet do Mińska. Gdy znalazł się w mieście poleciał do cyrku, który prowadzili dwaj bracia Rosjanie przybyli z guberni Archangielskiej. Popisowym numerem w tym cyrku był występ tańczących niedźwiedzi. Sutin za niemałe przecież pieniądze kupił te niedźwiedzie i przetransportował je do Smolewicz. Tam zorganizował nagonkę, wyjąwszy miśkom wcześniej z nosów żelazne kółka. Przerażone miśki, które lasu nie widziały od chwili narodzin, bo na Litwie i w Rosji był zwyczaj wykradania małych niedźwiedzi i sprzedawania ich do cyrku, pędziły wprost pod lufy karabinów księcia Wittgensteina i jego gościa. Każdy z książąt zastrzelił swojego niedźwiedzia i sytuacja była uratowana. Sutin zaś poprosił o możliwość założenia w Smolewiczach gorzelni, z tym jednak zastrzeżeniem, że będzie mógł wszelkie potrzeby dotyczące budowy tak samej gorzelni, jak i innych niezbędnych urządzeń realizować korzystając z zasobów smolewickiego lasu, jeszcze wówczas – jak pisze Hipolit – nietkniętego. Książę oczywiście podpisał. Wkrótce okazało się, że w Smolewiczach działa nie tylko gorzelnia, ale także dwa tartaki, Sutin zaś jest najpierwszym kupcem drzewnym w całej mińskiej guberni. Potem zaś, po śmierci księcia, całe Smolewicze – 75 tysięcy hektarów – stały się, w wyniku parcelacji, jego własnością. Dziesiątym dzieckiem tego Sutina był Chaim, sławny malarz z Ecole de Paris. I co? Dalej myślicie, że on uciekł do Paryża nie mogąc znieść niezrozumienia i nędzy, które panowały w domu? Albo może, że uciekł, bo się zakochał i odmówiono mu ręki dziewczyny? Tak go opisał kiedyś Łysiak, w jednym ze swoich sławnych dzieł. Proszę Państwa, jeśli ktoś ma takie wyczucie realiów jak stary Sutin, na pewno wie co to są bańki spekulacyjne i wie także, że dobry fachowiec na dobrze sprofilowanym rynku to skarb. Wiedzieli o tym już królowie asyryjscy, egipscy faraonowie i wszyscy władcy starożytnego wschodu. Nie ów fachowiec jednak jest najważniejszy, ale ten kto kreuje rynek i ustala panujące na nim zasady. Dobre pytanie dotyczące Chaima powinno brzmieć – ile prowizji musiał zapłacić jego ojciec za umieszczenie syna w Paryżu? Drugie zaś, trochę bardziej ludzkie powinno brzmieć tak – czy ten stary oszust, co dla zysku zamordował dwa niedźwiedzie, nie mógł dawać temu chłopakowi trochę więcej grosza? Choćby tle, żeby miał na piwo i nie musiał żebrać o kufelek u kolegów. Rynek i produkcja to poważna sprawa, ale powaga ta kryje się zwykle za czymś i pozostaje w cieniu. W przypadku Chaima, jego ojca i całej Ecole de Paris, zasłoną jest historia sztuki i jej metody badawcze. My, dzięki Bogu, mamy Hipolita i możemy na te sprawy spojrzeć nieco trzeźwiej. Mamy też książkę Goeffrey’a Bibby, gdzie wyjaśnione są kwestie dotyczące wielkich przesiedleń rzemieślników, zarządzania rynkami wytwórstwa z poziomu tronu, świątyni i banku. I tego będziemy się trzymać.

Przypominam, że za tydzień mam wykład we Wrocławiu, u Karmelitów – Ołbińska 1, czwartek o 17.30, 10 maja. W piątek zaś – 11 maja, o 19, mam wieczorek autorski w tym samym miejscu. Zasady uczestnictwa takie jak poprzednio.

Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl

 

Gabriel Maciejewski

 

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  3 maja 2018.

 

  • Ilustracja tytułowa: Chaim Soutine z Ecole de Paris, autoportret – w roli kucharza. The Courtauld Gallery,  Art Museum w Londynie / Wybór zdjęcia wg.pco
 Polish-Club-Online-PCO-logo-2 , 2018.05.03.

Autor: Gabriel Maciejewski