Czy kardynał Nycz jest jak Sai Baba? / Przeciwko komu zwieramy szeregi


Jeśli nie istnieje komunikacja w przestrzeni publicznej, a symbole i znaki zakorzenione w tej przestrzeni są lekceważone, to znaczy tylko tyle, że jest jakaś inna komunikacja i ona odbywa się gdzie indziej. Poza wzrokiem ludzi niewtajemniczonych. O tym smutnym fakcie poinformował nas kardynał Kazimierz Nycz, wydając zgodę na otwarcie w muzeum diecezjalnym w Warszawie wystawy obrazów Zdzisława Beksińskiego. Kim był Beksiński? Spryciarzem, który z najtańszych, dostępnych materiałów zorganizował sobie produkcję pieniędzy. Kariery na zachodzie nie zrobił, bo do tego trzeba mieć kontakty poważne i znać wpływowych Żydów, ale w Polsce się odnalazł i uznawany był za artystę głębokiego. Uznanie to zyskał w mediach przede wszystkim, nie słyszałem bowiem by gdziekolwiek czy to na ASP czy to w którymś instytucie historii sztuki ktokolwiek zajmował się Beksińskim. Mogę się mylić, bo świat się zmienia, ale wydaje mi się, że raczej do niczego takiego nie doszło. Beksiński to kwintesencja tandety, a w dodatku jawna. Bo on przecież nawet nie ukrywał tego, że jego obrazy to zestawienia przypadkowych, robionych na „szokujące” sytuacji i symboli.

Nawet nie próbujmy zgadywać jak to się stało, że te obrazy znalazły się w Muzeum Diecezjalnym i jaki proces decyzyjno-płatniczy został uruchomiony, żeby one tam zawisły. Porzućmy te rozważania, albowiem co innego jest ważne. Mogę się mylić, ale mam wrażenie, że komunikacja werbalna pomiędzy duchownymi diecezjalnymi a wiernymi jest tak płaska i beznadziejna jak nigdy dotychczas. Poprawcie mnie jeśli się mylę. Jest to komunikacja podobna do wsłuchiwania się w orkiestrę cygańską grającą do kotleta. I mam wrażenie, że to nie słuchacze są winni tej sytuacji. Ostatnio odnawialiśmy Ślubu Jasnogórskie, tekst redagowany przez kardynała Wyszyńskiego. To oczywiście fantastycznie, że przez niego, ale mamy też innych karydnałów, którzy – mam wrażenie – powinni ten tekst nieco poprawić. Kiedy usłyszałem, że mamy walczyć z wadami narodowymi czyli pijaństwem, lenistwem i rozwiązłością miałem ochotę wyjść z kościoła. Nie było bowiem na tej mszy ani leni, ani pijaków, być może byli jacyś ludzie rozwiąźli, ale trudno doprawdy w dzisiejszych czasach, kiedy słyszymy o tym, że trzeba akceptować naszych braci gejów, ocenić co to takiego dokładnie jest ta rozwiązłość. Ja na pewno nie będę tego definiował.

Wiem, wiem, nie powinienem krytykować hierarchii w obronie której zawsze stawałem. No, ale chyba raz mogę? Niech obecni tu duchowni ocenią. Ja się dostosuję. Mamy więc z jednej strony Śluby Jasnogórskie w redakcji prymasa tysiąclecia, które są adresowane nie do tych Polaków, którzy stoją w kościele, a prócz tego mamy dość naiwną i płytką kokieterię wobec wiernych, polegającą na opowiadaniu anegdot o artyście używającym pseudonimu Sławomir, albo innych jakichś wiców. Gdzieś pośrodku jest liturgia. A co z programem ikonograficznym kościołów – zapyta ktoś? Czasem jeszcze go widać, w dużych i zamożnych parafiach, w wielkich sanktuariach takich jak Łagiewniki, ale to wszystko. W małych, wiejskich kościółkach ma być po prostu ładnie. I tyle. Program ikonograficzny czyli wizualna komunikacja z wiernymi uchował się zwykle tylko w witrażach. Nie ma ołtarza, nie ma ołtarzy bocznych, jest krucyfiks i obrazy z wizerunkiem patrona świątyni, a także Jana Pawła II. No i droga krzyżowa. To program minimum. Ja oczywiście rozumiem, że nie ma pieniędzy, a parafie ledwo wiążą koniec z końcem. Wierni zaś wolą oglądać telewizję niż patrzeć co takiego ksiądz wystawił w kościele i dlaczego to musi być do cholery takie drogie. No i komu jest potrzebne? Odpowiadam – jest potrzebne wszystkim, albowiem kiedy nie będziemy mieli w przestrzeni publicznej rozbudowanej chrześcijańskiej ikonografii, która może posłużyć nam, na różnych poziomach i w różnych kontekstach do komunikowania się ze sobą, nie zawsze bardzo poważnego, ale zawsze istnego dla pojedynczego człowieka i dla całej wspólnoty, miejsce ikonografii chrześcijańskiej zajmie inna ikonografia. Pojawią się inne symbole, które będą wyglądały tak samo, lub prawie tak samo, ale ich znaczenie będzie całkiem inne. I to właśnie ów proces zastępowania nie istniejącej od wielu już lat w przestrzeni sakralnej ikonografii chrześcijańskiej w nowej, współczesnej redakcji, inną ikonografią, został zadekretowany przez kardynała Nycza.

W tytule zadałem pytanie – czy kardynał Nycz jest jak Sai Baba? Nie jest. Sai Baba bowiem to był wielki spryciarz, który reprezentował nieznane nam instytucje finansowe kredytujące budowę wielkich kompleksów nieruchomości, firmowanych przez jego fundację. Sai baba, jak wielu hinduskich guru, miał prosty sposób na zdobywanie pieniędzy i zwolenników. Dawał wszystkim wolność, a oni dawali mu pieniądze. Poza tym umiał czarować. Wydobywał z ust wielkie kryształowe jaja, a z palców wyczarowywał święty popiół. Sai Baba, co najważniejsze i co najwyraźniej odróżnia go od kardynała Nycza, nikogo nie kokietował. Środowiska zaś artystyczne to znaczy gwiazdy takie jak John Lennon i Yoko Ono traktował wręcz pogardliwie. Oni oczywiście się od niego odsuwali, ale było to dąsanie się obrażonych dzieci, które nie zostały pogłaskane przez dobrego wujka. I zawsze wracali. Mechanizm działania Sai Baby to była taktyka jaką wobec swoich ofiar stosują bardzo wyrafinowani zboczeńcy, tyle że zastosowana na masową skalę. Kardynał Nycz nie robi takich rzeczy, co oczywiste, on robi inne rzeczy. Zajmuje się kokietowaniem środowisk artystycznych, w dodatku takich, które nic nie mogą, na nic nie mają wpływu, mają za to wielkie aspiracje. Poza tym, w swojej nieopisanej naiwności, kardynał Nycz, a także jak mniemam, jego otoczenie uważa, że udostępniając przestrzeń sakralną artystom, którzy celowo i perfidnie używają symboliki chrześcijańskiej odwracając jej znaczenie, nawiąże kontakt z tak zwanym masowym odbiorcą. Oświadczam więc wszystkim hierarchom, jacy zechcą tu zajrzeć i przeczytać ten tekst, że to jest zła droga, która doprowadzi w końcu do katastrofy. Nie Kościół, ale polską hierarchię. Katastrofy bowiem się zdarzają i mogą obejmować różne obszary, mniejsze i większe. Ta nasza, będzie tylko nasza i poprzedzą ją specyficzne znaki i okoliczności.

Wróćmy teraz do hipotezy postawionej na początku. Fakt bezsporny – nieobecność ikonografii chrześcijańskiej, wyjąwszy program podstawowy, w świątyniach, powoduje, że ludzie nie chcą i nie mogą komunikować się z hierarchią. Bo i o czym tu gadać? O tym czy posadzka jest ładna? O tym ile za chrzest, a ile za komunię? Wszyscy wiemy, że mało, bo są nowe dyrektywy i Kościół musi się teraz tłumaczyć ze swojego ubóstwa i swojej niemożności wpływania na nic, poza oczywiście duszami wiernych. Wierni zaś są owczarnią. Owce niestety niewiele rozumieją i trzeba im pewne rzeczy tłumaczyć, komunikacja zaś nigdy nie odbywa się z dołu do góry, tylko na odwrót. Mówię o komunikacji w strukturze hierarchicznej, do której wszyscy należymy. Jeśli z samej góry dostajemy komunikat, że obrazy Beksińskiego, przypadkowe zestawienia skarykaturyzowanych symboli chrześcijańskich, mogą być obecne w przestrzeni zarządzanej przez Kościół, to wielu ludzi to oburza. Tak się jednak składa, że większości wiernych to zwisa, jest im wszystko jedno kto i co się będzie lansowało po kościołach, byle sakramenty były udzielane jak dawniej. I ten stan stwarza właśnie dziwną i nową przestrzeń do dyskusji. Kogo z kim – zapytacie? Jak to? Nie mówiłem jeszcze ? Kardynała Nycza z Sai Babą. Obaj wychodzą z różnych punktów, ale spotykają się w jednym, w tym, w którym wiara w ich szczere intencje zastępuje wszystkie inne emocje i myśli. Wiara ta oparta jest na różnego rodzaju obawach, ale także nadziejach i w zasadzie wyklucza krytykę. Choć może jeszcze nie wyklucza, bo jak mniemam nikt mnie za ten tekst z Kościoła nie wyrzuci, a ze wspólnoty Sai Baby wyleciałbym natychmiast, a za mną popędziłaby zgraja adwokatów, którzy chcieliby mnie zrujnować.

Co jest w tym wszystkim najważniejsze w mojej ocenie? Zgoda hierarchii na fałszowanie komunikatów i niechęć do tworzenia przestrzeni porozumień pomiędzy hierarchią, a wiernymi. Stwarza to z miejsca i gwałtownie inne płaszczyzny porozumienia, z innymi jakimiś ludźmi, którzy może i wiarę deklarują, ale traktują ją na tyle swobodnie, że w zasadzie jest ona narzędziem w ich ręku. Powtarzam – jeśli komunikacja pomiędzy hierarchią a wiernymi jest zafałszowana, a jest i o tym nam mówi Beksiński w Diecezjalnym, to znaczy, że istnieje jakaś inna komunikacja, pomiędzy hierarchią, a kim innym. Jej celem jest zapewne ocalenie Kościoła, takie deklaracje muszą tam padać, nie ma co do tego wątpliwości. Ja jednak – a nie czynię tego często, bo się nie znam – chciałbym przytoczyć tylko pewien cytat – kto chce zachować swoje życie, straci je.

Jest jeszcze jedna kwestia. Jak wiecie nigdy nie czyniłem tu żadnych uwag na temat Ojca Świętego. Chciałbym jednak, żeby ktoś wyjaśnił mi co to jest i przetłumaczył ten tekst:

Ja rozumiem z tego dwa słowa: medytacja transcendentalna. I wyobraźcie sobie, że wczoraj wieczorem oglądałem taki oto film, którego treścią były przygody pewnego młodzieńca z medytacją transcendentalną.

Cała medytacja transcendentalna to nowe wcielenie Sai Baby. Czy ktoś może mi wyjaśnić dlaczego Ojciec Święty przyjmuje tych ludzi na audiencji? Mam nadzieję, że za wiele nie nagrzeszyłem przy niedzieli.

Zapraszam na stronę www.prawygornyrog.pl

Przypominam, że w czwartek i w piątek jestem u Karmelitów we Wrocławiu. Ołbińska 1. W czwartek wykład – 17.30, w piątek wieczorek autorski – 19.00

 

Gabriel Maciejewski

 

W komentarzach pink panther wyjaśnia zalinkowy przez autora tekst:

W zalinkowanym materiale o Kathy Perry u Papieża Franciszka jest  informacja o tym, że „pojawiły się kontrowersje” w związku z tym, iż na „Four International Vatican Conference”, jaka odbyła się w dniach w 26-28.04.2018 w Vatican City – przemawiała m.in piosenkarka Kathy Perry. Konferencja nosiła tytuł „How Science, Technology and 21st Century Medicine Will Impact Culture and Society” (Jak nauka, technologia i XXI-wieczna medycyna będą wpływać na kulturę i społeczeństwo). Autorka artykułu pani Diane Montagna pisze m.in. w swoim artykule, że „trzeciego dnia konferencji Kathy Perry wzięła udział w dyskusji pt. „Wpływanie na zdrowie dzieci przez Medytację Globalną” wraz ze swoim mentorem Bobem Rothem dyrektorem wykonawczym Fundacji Davida Lyncha.Lynch jest także mentorem Oprah Winfrey i dr Mehmeta Oza w zakresie „Medytacji Transcendentalnej”.
W krótkich żołnierskich słowach: Kathy Perry została przyjęta na audiencji u Ojca  Św. Franciszka w towarzystwie swojego kochanka, sorry, partnera aktora Orlando Blooma (Piraci z Karaibów) i jej mamusią. Mega gwiazdą pop piosenki została m.in wykonując piosenkę
” I kissed a Girl” (Pocałowałam dziewczynę) z elementami jawnie lesbijskimi. Po protestach – wykonywała tę piosenkę obowiązkowo na wszystkich koncertach. W roku 2017 otrzymała „Nagrodę Praw Człowieka” za popieranie ruchu LGBT. Co do „medytacji transcendentalnej” to jej największym promotorem jest reżyser David Lynch, reżyser o okultystycznych zainteresowaniach i założyciel Fundacji promującej wynalazki duchowe słynnego Maharishi Mahesh Yogi, który był guru m.in Micka Jaeggera i jego koleżków oraz całej masy muzyków tej epoki. Maharishi przeniósł się do Szwajcarii i założył ruch „Medytacji Transcendentalnej”, na czym zbił niesamowity majątek dzięki swoim bogatym zachodnim „wyznawcom”.

Wśród innych ważnych uczestników konferencji był też „lekarz i prezenter telewizyjny” dr Mehmet Oz, który nie dość, że też jest wyznawcą „medytacji transcendentalnej” to dodatkowo jest wielbicielem nauk Swedeborga. Był też hinduski Amerykanin Sanjay Gupta – człowiek z administracji prezydenta Obamy oraz przedstawiciel wiceprezydenta Joe Bidena.
A jako wisienka na torcie wystąpił w niej słynny „disgraced” jak pisze pani Mategna monsignore Dario Viganò były prefekt Sekretariatu ds. Komunikacji (2015-2018 marzec).

Przeszedł on do historii tym, że przeczytał dziennikarzom list Papieża Emeryta Benedykta XVI w związku z promocją serii książek poświęconych pontyfikatowi Papieża Franciszka (5-lecie) – ale NIE CAŁY.  Pominął świadomie 2 linijki tekstu nie informując o tym słuchaczy i świata i zmieniając cały sens tego listu.  Sprawa wyszła na jaw, kiedy ktoś odcyfrował pracowicie zdjęcie  z listem Papieża elegancko położony na stosie książek. Tekst ocenzurowany brzmiał następująco:”…Pochwalam tę inicjatywę, będącą reakcją sprzeciwu wobec głupich uprzedzeń, zgodnie z którymi papież Franciszek jest tylko człowiekiem praktycznym, pozbawionym szczególnej formacji teologicznej i filozoficznej, podczas gdy ja miałbym być wyłącznie teoretykiem teologii, mało rozumiejącym konkretne życie dzisiejszego chrześcijanina. Książki ukazują Franciszka jako człowieka o głębokim przygotowaniu filozoficznym oraz teologicznym. Pomagają też dostrzec wewnętrzną kontynuację między dwoma pontyfikatami, mimo wszystkich różnic stylu i temperamentu…:.

Monsignore próbował mataczyć na swoim blogu ale dziennikarze ujawnili brakujący kawałek o treści:”…Jedynie jako przypis, chciałbym zauważyć moje zdziwienie z powodu faktu, że profesor Hünermann, który podczas mojego pontyfikatu wyróżnił wysiłkami antypapieskimi, jest również wymieniony wśród autorów. Był kluczową postacią w wydaniu “Kölner Erklärung”, które w odniesieniu do encykliki Veritatis Splendor zjadliwie zaatakowało papieski autorytet, szczególnie w kwestiach teologii moralnej. Ponadto założony przez niego “Europäische Theologengesellschaft” początkowo był pomyślany przez niego jako organizacja przeciwna papieskiemu magisterium. Później, kościelne poczucie wielu teologów blokowało tę orientację, czyniąc z tej organizacji normalny instrument spotkania wśród teologów….”.

Wyszedł z tego skandal pod nazwą „Lettergate”, w wyniku czego monsignore podał się do dymisji 21 marca 2018 r.  z posady szefa Sekretariatu ds. Komunikacji, który 2 lata „restrukturyzował”.

Ale długo nie był bezrobotny, bo natychmiast Papież Franciszek mianował go :”…radcą dykasterii do spraw komunikacji w celu kontynuowania projektu reformy Stolicy Apostolskiej…”. Czyli może demolować dalej. Ale to nie dziwota, bo on z Brazylii jest.

No i w ramach „kontynuowania reform Stolicy Apostolskiej” mamy wyznawców „trzeciego oka” i „medytacji transcendentalnej” – na miejscu, z którego nauczali Papieże. I to wywołało wstrząs.

pink panther

*

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  6 maja 2018.

*

Przeciwko komu zwieramy szeregi

Mniszysko słusznie zwrócił uwagę na to, że nasze oburzenie na kardynała Nycza z powodu wystawy Beksińskiego w Muzeum Diecezjalnym może być trochę przedwczesne. Kardynał może o tej wystawie nic nie wiedzieć, bo go to z istoty nie ciekawi, a za całą sprawą stoi pewnie dyrektor muzeum. My zaś podnosimy larum i walimy w bębny, jakby nie wiem jaka afera się rozkręcała. Ja oczywiście, mając wzgląd na opinię ojca Wincentego, będę się jednak upierał przy swoim. Nie może być Beksińskiego w Diecezjalnym i już.

Chciałbym jednak dziś zwrócić uwagę na coś innego. Na obecność fałszywych figur w przestrzeni komunikacyjnej. Jedną z nich, być może najważniejszą, jest jedność. Co niedziela modlimy się o zjednoczenie Kościoła, o to byśmy wszyscy byli braćmi i siostrami. Co to oznacza? Ja interpretuję to jako formułę otwartą, przy założeniu, że to jednak hierarchia będzie ustalać zasady na jakich funkcjonujemy. Ponieważ jednak nie mogę się pozbyć wrażenia, że ona sama podlega pewnej kreacji, zaczynam się zastanawiać kto ją kreuje, interesuje mnie także to w jaki sposób istoty podległe hierarchom potrafią zmienić okoliczności swojego funkcjonowania tak, że to one rządzą. Nie wszystko musi być przecież spiskiem. Jest w Polsce wystarczająco dużo parafii zarządzanych przez organistów, przy całkowitym ubezwłasnowolnieniu proboszcza, żeby ustanowić taką zasadę. Nie wszystko jest spiskiem, ale….Być może z muzeum i Beksińskim jest podobnie.

Nacisk jaki Kościół kładzie dziś na jednoczenie chrześcijan jest moim skromnym zdaniem zbyt mały, by cokolwiek uzyskać. Nie ma, mam wrażenie poza deklaracjami, żadnego programu, jest za to dużo ciekawości dla tak zwanego życia w najrozmaitszych jego przejawach, a także sporo chęci by polemizować ze światem na zasadach przez ten świat proponowanych. To mnie trochę dziwi, ale nie oburza, a dlaczego opowiem niżej. Teraz będzie o zdziwieniu. Mając bowiem do dyspozycji teksty, liturgię, władzę, budżety i nieruchomości Kościół nie musi przyjmować niczyich zasad by prowadzić polemikę z kimkolwiek. Kościół może i powinien takie zasady narzucać. Jeśli tak się dzieje, chętnie się ze swojego stanowiska wycofam, ale byłem ostatnio w Niepokalanowie po książkę „47 lat życia”. Jest nowy nakład, ale nie ma okładki. To znaczy ta okładka jest, bo ją Jarek zaprojektował, ale nie ma decyzji, czwarty chyba z kolei miesiąc. Ja rozumiem, że kościelne młyny mielą powoli, ale tu mamy do czynienia z newralgicznym bardzo odcinkiem. Nie dość, że chodzi o promocję ważnej postaci, to jeszcze o handel.

Przyjmijmy, że ten Beksiński to nie jest deal jaki dyrektor muzeum robi ze swoimi kolegami, ale próba takiej właśnie, naiwnej polemiki ze światem, na zasadach przez świat proponowanych. Warczymy na to. Toyah, bo znał młodego Beksińskiego, a ja bo uważam, że to jest najgorsza tandeta, jaka powstała w Polsce od czasów Stacha Szukalskiego. Nie wierzę też do końca w to, że hierarchowie nie wiedzą o co chodzi. Nawet jeśli nie wie nic na temat wystawy sam kardynał Nycz, to w sekretariacie wiedzą na pewno, a skoro wiedzą i się godzą, to – moim zdaniem – robi się kłopot. Gorszy niż w przypadku festiwalu Unsound, bo tam można było koncerty zablokować decyzją samego proboszcza. Tutaj zrobić się tego nie da i mowy nie ma, by ktokolwiek z hierarchów wziął serio naszą tutaj wykładnię tego wydarzenia. Beksiński jest jak obrazek na psiej konserwie w sztuce Mrożka pod tytułem „Emigranci” – po to, żeby było ładnie. I na tym dyskusja się kończy. To zaś co widać na tych obrazach jest sprawą drugorzędną i przeznaczoną do dyskusji, a jeśli w pobliżu księdza kardynała Nycza znajdzie się jakiś obrotny gawędziarz, to już mu wytłumaczy, że wszystko jest okay i nie ma się o co droczyć. Poza tym artysta nie żyje, jego syn nie żyje, żona chyba też. Warto więc przypomnieć tę niezwykłą postać. Swoją drogą ciekawe kto jest właścicielem większości tych obrazów i gdzie one „na co dzień” są przechowywane?

Wracajmy jednak do zwierania szeregów. Postawa Kościoła mimo iż irytująca wielu, jest moim zdaniem, w kwestii zjednoczenia, w kwestii tytułowej, właściwa czasom. Nacisk jest zbyt mały, nie widać efektów, ale jest przy tym świadomość tak zwanego drugiego dna. Nachalne i gwałtowne wzywanie do jedności zawsze podszyte jest jakimś szwindlem. My to ćwiczyliśmy wielokrotnie, mam na myśli blogerów, szczególnie prawicowych. Oskarżenie o rozbijanie jedności prawicy to był argument podstawowy przeciwko nam. Chodziło oczywiście o to, by zamknąć ludziom gęby i na czele moderowanej odgórnie dyskusji postawić jakiegoś mędrca. I w ten sposób urabiać opinię publiczną. No, ale żeby taki numer się udał, trzeba mieć argumenty, metodę i ludzi. Nie wystarczą tytuły, nawet profesorskie i nie wystarczy pohukiwanie. Tak jak nie wystarczy krzyż na obrazie Beksińskiego, by uznać jego dzieło za chrześcijańskie. Dziś kwestia jedności w przestrzeni publicznej powraca, nawołują do niej bracia Karnowscy, a chodzi o to, że wśród prawicowych publicystów nie ma jedności i nawet zdarzają się jakieś spektakularne przefarbowania polityczne. Proszę Państwa, powtórzę to jeszcze raz – żeby zwyciężyć nie wystarczy zebrać najsławniejszych rycerzy z całego powiatu, ubrać ich ładnie i kazać jeździć w te i z powrotem po polu z mieczami uniesionymi w górę. Żeby zwyciężyć trzeba zmienić obowiązującą strategię, w przypadku zaś publicystyki i mediów trzeba zmienić charakter narracji. Głodne kawałki o tym kto bardziej kocha Polskę nikogo już nie ruszają i chyba nigdy nie ruszały, podobnie jak sprawiedliwość społeczna, o której ostatnio mówił minister Antoni, stawiając ją w kanonie spraw dla Polaków ważnych, obok Matki Bożej. Aż mną zatrzęsło. To są hierarchie fałszywe, a minister Antoni bardzo brzydko się starzeje. Strach pomyśleć co będzie jak zacznie się demencja. Czy ci wszyscy nawołujący do jedności ludzie mają jakiś pomysł na zmianę narracji? Mam na myśli zmianę strategiczną? Nie. Bo kierowane przez nich media służą za paśnik dla różnych rzekomo zasłużonych osób. Pisał o tym Toyah. I lepiej nie będzie. Strategię za to mają tamci, przy milczącej zgodzie hierarchii wprowadzają satanistycznego pacykarza do Muzeum Diecezjalnego. I nikt nawet nie mrugnie. I to jest coś naprawdę fantastycznego. Ta skuteczność. Jestem pod wrażeniem.

Jest jeszcze jeden aspekt figury, o której tu piszę. Zwieranie szeregów to gawęda dla biednych i głupich. Przypomnę tylko to, o czym tu niedawno pisałem. W czasie wojny o niepodległość Niderlandów, podpora siedmiu prowincji – miasto Amsterdam cały czas dostarczało żywność dla wojsk hiszpańskich. Walka bowiem walką, ale interesy muszą się kręcić. Tak więc, każda surma, którą słyszymy z oddali, musi być sprawdzona. Musimy wiedzieć kto trąbi, jak daleko jest od nas i jakie są jego rzeczywiste zamiary. Może się bowiem okazać, że głos trąby adresowany jest nie do nas, może się okazać, że przesłanie które niesie, jest trochę albo całkiem oszukane. Uważajmy na to nie dajmy się wkręcać. Jadę dziś na cały dzień w drogę. Mam jednak prośbę, jeśli ktoś ma jakieś firmowe gadżety, notesy, długopisy, a chciałby się ich pozbyć niech wysyła je na adresowa

Lucyna Aninowska-Maciejewska
Szkoła Podstawowa nr 4
ul. Zielony Rynek 2
05-825 Grodzisk Mazowiecki

Gadżety potrzebne są na nagrody dla dzieci

Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl

 

Gabriel Maciejewski

 

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  7 maja 2018.

 

  • Ilustracja tytułowa: Gabriel Maciejewski. Fot. za: YouTube / Wybór zdjęcia wg.pco
 Polish-Club-Online-PCO-logo-2 , 2018.05.08.

Autor: Gabriel Maciejewski