Jak szpanować impotencją


Dowiedziałem się w środę rzeczy absolutnie strasznych. Okazuje się, że polscy badacze, pracujący na pensji na polskich uniwersytetach, kształcący polskich studentów i wyznaczający standardy polskiej nauki publikują swoje prace, jakże ważne i potrzebne w języku angielskim. Publikują je w ośrodkach zachodnich, niekoniecznie brytyjskich, ale zrzekają się przy tym praw autorskich na rzecz tych wydawnictw. To, w mojej ocenie, degraduje całkowicie polską humanistykę i czynią ją nieważną. Nie ma bowiem znaczenia nic co zostało ustalone w Polsce, w wyniku badań prowadzonych przez Polaków, albowiem ludzie ci są jedynie wynajętymi szperaczami, od których odbiera się urobek płacąc im jakieś grosze. Każdy zaś dobrze wie jak istotny jest obrót informacją, a nawet więcej – obrót hipotezami naukowymi wynikającymi z analizy źródeł. To jest jeszcze ciekawsze niż rynek antykwaryczny, który od dawna jest pod kontrolą. Teraz przyszła pora na kontrolę publikacji omawiających ważne i kluczowe tematy dotyczące historii newralgicznych rejonów świata.

Zapytałem dlaczego nie można tych książek drukować w Polsce? Bo polskie wydawnictwa nie gwarantują takiej jakości i takich recenzji. Taką odpowiedź usłyszałem. To jest załamka. Mamy te wyższe uczelnie, ten Kraków i Warszawę, a także mniejsze ośrodki i nie można tam zachować właściwych publikacjom naukowym standardów? To po jaką cholerę one w ogóle istnieją? To znaczy, że to są faktorie poszukiwaczy surowca, który przekazywany jest bardziej rozgarniętym pośrednikom. Dokładnie tak samo, jak skórki bobrowe przywożone przez Indian do punktów skupu, przekazywane były dalej, do większych centrów handlowych. Dziś Irokezi mają dla niepoznaki ponadawane tytułu profesorów, a na pytanie dlaczego sami nie sprzedają skórek odpowiadają, że tamci mają lepsze narzędzia do ich wyprawiania.

Ja oczywiście dysponuję wszystkimi narzędziami, które pozwalają mi na wydanie książki w formie tak doskonałej jak to czynią zachodnie uniwersytety. Nie mogę tylko rodzimym autorom załatwić recenzji, bo żaden profesor nie napisze mi za darmo takowej, a płacić za nie nie zamierzam. Jak się bowiem dowiedziałem, nasi luminarze nauki traktują tę robotę lekko i mają ją w nosie. Co innego ci z zachodu. Im się chce i oni rzeczywiście czytają. No i taka jest różnica pomiędzy pośrednikiem w handlu skórkami bobrowymi, a Indianinem tych skórek dostarczającym. Ten drugi nie będzie pomagał koledze we wstępnej fazie obróbki surowca, bo nie widzi w tym żadnego sensu. Jest do tego jednak przymuszany, bo faktor z fortu mówi – chłopaki, nie możecie się żreć ze sobą, bo system na tym cierpi i dystrybucja skórek, to jest chciałem rzec informacji, kuleje. Nie może tak być. No i polscy naukowcy- Irokezi kiwają ze zrozumieniem głowami i lecą dalej do swojej pracy żeby zachowywać tam pozory rzetelności.

Taki system zasysania ważnych informacji, przez ośrodki naukowe Europy przypomina żywo system zasysania starodruków wprowadzony na terenie Galicji przez Fabiana Himmleblaua, tyle, że towar jest inaczej pakowany. Jasne jest, że pozbycie się praw autorskich, niski nakład oraz praktyczna niedostępność publikacji polskich historyków, którzy drukują za granicą jest dla lokalnej nauki gwoździem do trumny. I nie mówcie mi, że każdy może sobie przeczytać po angielsku. Nie może, tak jak nie może wydać tego dzieła żaden polski wydawca. No i nie o to chodzi. Po publikacje w języku obcym degradują nasz język. Poza tym każdy chętny do zapoznania się z tymi treściami musiałby wiedzieć o jego istnieniu. A to już jest wtajemniczenie. Ja na razie nie powiem, o jakie książki mi chodzi, ale kiedy się o nich dowiedziałem byłem autentycznie wstrząśnięty. Ich autor jest profesorem, wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie i pewnie jeszcze ma poczucie dobrze wykonanej roboty i spełnionego obowiązku. Ja nie wiem jak w takiej sytuacji czują się studenci, którzy muszą, już na pierwszym roku domyślać się, że uczelnia to nie jest żaden awans, ale degradacja i werbunek, a raczej nabór najzręczniejszych do pozyskiwania skórek. Wolę nie zgadywać.

Zapytałem też o co innego. Czy naprawdę nie ma żadnych zachowanych źródeł do historii bitwy pod Batohem. Pewnie są – usłyszałem odpowiedź, ale trzeba by pojechać do archiwów w Stambule, Bukareszcie, Wenecji i Londynie. Nikt jednak tego nie robi, bo system pozyskiwania skórek funkcjonujący nad Wisłą nie przewiduje, by Irokezi udawali się w tak dalekie wyprawy. Zagaiłem o ten Londyn i okazało się, że tam dostępne są raporty brytyjskich rezydentów dotyczące najazdów tatarskich na Podole. Spisane bardzo dokładnie po łacinie. Jeden taki raport, napisany przez niejakiego Sandersona w roku 1672 mam na fotografii. Pewnie go przetłumaczymy. Takich ciekawych rzeczy dotyczących Polski jest w archiwach europejskich więcej, ale nikt nie widzi sensu, by publikować je po polsku. Po co, skoro wnioski wyciągane na ich podstawie publikowane są wyłącznie po angielsku i to jest przez autorów uznawane za awans w hierarchii naukowej. Podkreślę – awans, nie degradację. W tym miejscu chciałbym przypomnieć wiersz, który leży u samego spodu współczesnej, świeckiej, edukacji naszego narodu – niechaj to narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają. Jak się okazuje nie mają. Język Polaków nie jest wart więcej niż język Irokezów. Kiedy Polacy przestaną być potrzebni, na podstawie resztek zachowanych po nich tekstów, mędrzec jakiś spróbuje zrekonstruować tę gwarę i dowiedzieć się czego oni chcieli i o czym myśleli. I pewnie dostanie na to grant.

Teraz pointa jeszcze straszliwsza niż to co napisałem wyżej. Gadaliśmy ostatnio z Józefem o tym, że trzeba stworzyć listę wartości jednoczących Polaków. I wyobraźcie sobie, że zadzwonił do mnie właśnie Jacek, który jadąc samochodem słuchał radia. Konkretnie drugiego programu, gdzie była relacja z kongresu organizacji Polska Wielki Projekt. I tam niejaki Górski – mam nadzieję, że nie ten z kabaretu – powiedział, że on ma gotową listę wartości, które jednoczą Polaków. Są to: czyste powietrze, zieleń i cisza. Ja też jechałem dziś samochodem i też słuchałem radia. Mówili o tym, że nie dopuszczą do marszu narodowców w Katowicach, bo nie może być tak, że w przestrzeni publicznej pojawiają się jakieś faszystowskie symbole. Ciekawe kiedy zabronią idiotom pokazywania się w przestrzeni publicznej? Zgaduję, że nigdy. Wczoraj też dowiedziałem się, że powstaje czy też już powstała książka o tym, jak zrobić sukces na rynku księgarskim i sprzedać 100 tysięcy jednego tytułu. Autorami są dyrektorzy wszystkich zbankrutowanych polskich sieci księgarskich. Nie wiem czy rozumiecie gdzie się znajdujemy? Otóż znajdujemy się w zonie, w której już za chwilę za stwierdzenie prostego faktu – słońce świeci – można będzie trafić do karceru. I z tym Was zostawiam.

Zapraszam na www.prawygornyrog.pl gdzie dziś ukaże się pogadanka o książce „Tysiąc lat naszej wspólnoty”.

Gabriel Maciejewski

*

Jeden z komentarzy (wybór PCO):

delsberska, 18.05.2018 14:41

Polskie czasopisma naukowe były likwidowane po przystąpieniu Polski do Unii. Tak się złożyło, że astronomowie warszawscy wybronili polskie czasopismo Acta Astronomica.  To między innymi dlatego, że w latach 90 w Obserwatorium Astronomicznym UW stworzono Fundacje Astronomiczną imienia Mikołaja Kopernika, która przejęła cały proces wydawniczy. Fundacja jest niezależna od administracji państwowej i od Uniwersytetu, wiec nikt nie był wstanie ich zmusić, by zaprzestali wydawania Acta.  Wydawanie tego czasopisma jest działalnością dochodową, bo kupują je wszystkie biblioteki wydziałów fizyki na całym świecie. Kupują bo w Acta Astronomica było i jest publikowanych wiele ważnych prac astronomicznych.  Fundacja astronomiczna utrzymuje się wiec z prenumerat, zatrudnia małe kilka osób, które obsługują cały proces redakcyjny. Dla polskich astronomów ma też tę ogromną zaletę, że mogą szybko opublikować swoje prace. W czasopismach międzynarodowych są z tym często problemy i okres czasu między złożeniem pracy do recenzji, a opublikowaniem jest dużo dłuższy.  Dzięki temu, że Polska ma własne czasopismo, prace polskich astronomów są bardziej znane i bardziej cytowane, co się przekłada na więcej grantów.  Bez „Acta Astronomica” wiele ważnych polskich prac, nie ujrzałoby światła dziennego, bo nikt by ich nie wydał.

Ewidentnie fakt, że astronomia w Warszawie jest na poziomie światowym, nie podoba się naszemu nowemu ministrowi szkolnictwa wyższego. Już nie pamiętam, czy on sam, czy ktoś z jego otoczenia zapowiadał, że w przyszłości więcej pieniędzy będzie na zagadnienia techniczne i praktyczne, a mniej dla tych co chcą sobie pooglądać gwiazdki.  Co więcej Uniwersytet chce wyrzucić astronomów z budynku w alejach Ujazdowskich i połączyć ich z Wydziałem Fizyki (obecnie Obserwatorium Astronomiczne ma prawo samodzielnego nadawania doktoratów). W budynku obserwatorium w alejach Ujazdowskich UW chce zorganizować „Obserwatorium Społeczne”.  Co będzie robić „Obserwaorium Społeczne” można się tylko domyślać. Dodam, że będzie miało doskonałą lokalizację w samym centrum Warszawy, dokładnie na przeciwko Urzędu Rady ministrów.

Historia powstania budynku w Obserwatorium Astronomicznego w Warszawie jest ciekawa. Jak car Aleksander I przyjechał do Warszawy to warszawski astronom, którego imienia nie pomnę, przedarł się przez kordon żandarmów i złożył petycję do stóp Miłościwego Pana z prośbą o budowę obserwatorium w Warszawie. Budynek oddano do użytku w roku 1825.

*

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  18 maja 2018.

 

  • Ilustracja tytułowa: Prof. Piotr Gliński i premier Mateusz Morawiecki na Kongresie Polska Wielki Projekt. Fot. polskawielkiprojekt.pl  / Wybór zdjęcia wg.pco
 Polish-Club-Online-PCO-logo-2 , 2018.05.19.

Autor: Gabriel Maciejewski