Truposz opylony, Szkopy wykiwane / Czym żydowski ubek różni się od Irokeza?


Truposz opylony, Szkopy wykiwane

Bardzo rzadko zdarza mi się zaglądać na stronę gazowni, ale dziś zajrzałem. Znalazłem tam informację, że Fundacja Wolność i Pokój chce upamiętnić jakiegoś Murzyna, ale sprzeciwiają się temu narodowcy. – To niemożliwe – pomyślałem. I rzeczywiście – to niemożliwe. Okazało się bowiem, że oni rzeczywiście chcą powiesić tablicę upamiętniającą czarnego muzyka, który walczył w powstaniu. Jeśli zaś idzie o narodowców, to przywołują wypowiedź Mateusza Pławskiego z roku 2017 o separatyzmie rasowym, za którą został on pozbawiony stanowiska w organizacji. Cóż tu rzec? Trzeba się po raz nie wiem który posłużyć znanym cytatem – nachalne są te kur…y i zuchwałe…Bo co innego można powiedzieć. Mamy do czynienia z czynną przez cały czas fabryką informacji preparowanych, która swój urobek kieruje do młodzieży męskiej w przedziale wiekowym 15-17 lat. To jest próba odbudowania targetu sprzedażowego, a jej główną sprężyną jest współczucie dla biednych, kolorowych i pokrzywdzonych, a także odraza dla wstrętnych, rasistowskich popaprańców. To się młodzieży zawsze podobało i pewnie spodoba się również teraz. Co jest najciekawsze – fundacja zbiera na tę tablicę pieniądze. Ma ona kosztować 5,5 tysiąca złotych i będzie wisieć na Krakowskim Przedmieściu. Uważam, że ustawienie się w roli pośrednika przekazującego pieniądze na cele szczytne i nikomu niepotrzebne, to jest największy sukces jaki ludzie związani z gazownią osiągnęli. Nic im tak nie wyszło jak to właśnie. Ciekaw jestem ile takich tablic jeszcze powieszą i ilu kolorowych zostanie w polskich miastach upamiętnionych, z powodu samego tylko swojego zaistnienia w Polsce.

Ponieważ sprawa tego czarnoskórego muzyka jest stara jak świat i stała się ona nawet kanwą filmu, gdzie rolę główną grał Adolf Dymsza, trochę dziwne wydaje mi się, że ta banda złodziei przypomniała sobie o Murzynie powstańcu dopiero dziś. Nie pamiętam, z którego roku pochodził ten film, ale to były lata sześćdziesiąte raczej, a może nawet pięćdziesiąte. Nakręcono wtedy komedię, w stylu „Jak rozpętałem II wojnę światową”, ale nieco bardziej przejaskrawioną, jak to zwykle filmy z Dymszą. Chodziło o to, że grupka artystów-cwaniaków, w tym Murzyn, usiłuje jakoś przetrwać w okupowanej stolicy. Zajmują się generalnie handlem towarem pochodzącym z ekspropriacji dokonywanych na bocznicach kolejowych. I pewnego dnia realizują zamówienie na dostawę większej ilości delikatesów do restauracji, z tym że delikatesy nie trafiają do restauracji dla Niemców, ale w lud. Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy okazuje się, że delikatesy z przeznaczeniem na stół, to żywe żółwie. Nie pamiętam dokładnie przebiegu akcji, ale pamiętam, jak Murzyn trafił przed oblicze jakiegoś ważnego esesmana. Ten zaś rzekł – Ein Neger na cała Generalna Gubernia, to nie jest źle….Pamiętam też, że żółwie były wożone po Warszawie w trumnach, a na koniec szczęśliwy jak nie wiem co Murzyn wskoczył na scenę i odtańczył dziki taniec śpiewając piosenkę w której pojawiały się słowa – truposz opylony, Szkopy wykiwane. Dziś ludzie z gazowni, usiłują robić z tego faceta bohatera pierwszej linii barykad, który z narażeniem życia, wbrew narodowcom do tego, rzucał butelkami z benzyną w niemieckie czołgi. Prowokacyjny charakter tej akcji jest tak wyraźny, że wywołuje ziewanie. Jak już przykręcą tablicę zaczną zbierać pieniądze na chuliganów, którzy będą ją regularnie oblewać farbą i pisać tam – Jude raus. Dlaczego Jude? A dlaczego nie? Na każdorazowe czyszczenie tablicy można będzie wycharatać od frajerów nowe pięć i pół kawałka i szafa będzie grała – tuposz opylony, Szkopy wykiwane. To znaczy nie Szkopy, ale ci no….narodowcy.

W zalinkowanym do artykułu o Murzynie-bohaterze innym tekście, jest mowa o dzielnej, czarnoskórej Polce imieniem Rajel, która przyjechała do Warszawy, żeby szukać pracy. Nie wiadomo dlaczego, chciała się zatrudnić w restauracji, choć – wnioskuję ze zdjęcia zamieszczonego w tekście – powinna raczej poszukać pracy w telewizji, jako pogodynka, zastępczyni Omeny Mensaach, albo wręcz w gazowni, znanej z przychylności dla kolorowych. Mogłaby się stać, na przykład, wizytówką Wysokich obcasów. Jednak nie, ona wolała pracować w knajpie i znosić docinki rasistów. Wytrzymała dwa tygodnie i wyjechała. Jaki z tego wniosek? Prosty. Rasizm jest tylko tam gdzie znajdują się oddziały Gazety Wyborczej. To raz, dwa w całej olbrzymiej sieci jaką tworzy spółka Agora nie pracuje ani jeden kolorowy. Poprawcie mnie jeśli się mylę. Czy to nie dziwne? Moim zdaniem bardzo. Może warto złożyć skargę na gazownię, gdzieś do PE, albo czy jak wiem gdzie, nie można przecież tak po prostu nie zatrudniać kolorowych. To jest skandal. Nie można też zasłaniać się tym, że kiedyś był tam jeden Murzyn felietonista.

Opowieść Rajel jest naprawdę fascynująca. Przez chwilę myślałem, że to może jest ta dziewczyna, którą kiedyś spotkałem w polu, jadąc z miejscowości Zaświatycze pod Włodawą, w kierunku szosy lubelskiej. Opowiadałem Wam o tym? Na pewno. Lipiec, skwar, pola ozłocone, na niebie krążą duże drapieżniki, w oddali dolina Bugu, a przed nami jakaś dziwna postać w kolorze intensywnie różowym, wymachująca rękami. Podjeżdżamy bliżej, a to czarna nastolatka z różowym czubem na głowie, w różowej skórze, miniówie oraz kabaretkach i glanach. Na uszach miała słuchawki i cały czas tańczyła. Szła w kierunku tych Zaświatycz. Dookoła nie było nikogo.

Przeczytałem o tej Rajel i pomyślałem, że to może ona. Dorosła i wyruszyła do Warszawy poszukać pracy w lokalu. Okazało się, że nie, Rajel jest z Krakowa, a jej rodzice są wykładowcami akademickimi. Mama zajmuje się historią i filozofią, a tata politologią. Niesamowite prawda? Córka naukowców z Krakowa jedzie do Warszawy i tu zatrudnia się w lokalu, mieszka na Pradze i w tramwaju spotykają ją różne szykany, a ona nie pomyśli nawet o tym, żeby zatrudnić się w jakimś innym, bardziej cywilizowanym miejscu. Musi w cholerę w tej knajpie sprzątać. Gazownia jej nie przyjmie to jasne, bo bycie kolorowym to jest trochę za mało, żeby znaleźć pracę w GW. Poza tym paru starych towarzyszy mogłoby się obruszyć na takie praktyki.

Biednej Rajel nie chcieli nawet wypożyczyć książki w bibliotece, domagali się od niej zaświadczenia, że jest zameldowana. Czy to nie skandal? Ode mnie też domagali się czegoś takiego, a jak się okazało, że nie mam, kazali mi wpłacić 25 zł kaucji. Wpłaciłem i mogłem wypożyczać książki. No, ale to było na Mokotowie, gdzie pewnie tych rasistów jest mniej.

Tata Rajel został, wyobraźcie sobie, oblany kwasem, na progu własnego mieszkania. Na pytanie dziennikarki czy zostały mu blizny, Rajel odpowiada, że nie…W tym momencie w zasadzie trzeba zakończyć nasz opis. Trzeba wyraźnie powiedzieć – dość. Można jeszcze dodać, że wszystkie te złe rzeczy dzieją się ponieważ PiS dał rasistom zgodę na agresję. Nie wiadomo tylko kto dał gazowni zgodę na łganie w żywe oczy, a przyczepionym do niej fundacjom zgodę na wyłudzanie pieniędzy. Tego się pewnie nie dowiemy nigdy. Na dziś to tyle.

W czwartek i piątek jestem we Wrocku – czwartek 17.00, piątek 19.00. Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl gdzie jest już druga część pogadanki o książce „Okraina Królestwa Polskiego. Krach koncepcji Międzymorza”.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź , 12 czerwca 2018.

 

   *    *    *    *

Czym żydowski ubek różni się od Irokeza?

Taki w zasadzie tytuł powinienem nadać jutrzejszemu spotkaniu u ojców karmelitów we Wrocławiu. Nie mogę tego jednak zrobić dlatego umieszczam ten tytuł tutaj. Otóż on się różni tym od Irokeza, że ten ostatni zrywał księżom paznokcie zębami.

Pośród licznych moich zajęć, znalazły się ostatnio także przygotowania do napisania II tomu książki amerykańskiej. Powolutku zbliżamy się do tego momentu, kiedy zacznę pisać tę książkę, ale coś niecoś na ten temat chcę opowiedzieć już jutro. Mam oczywiście na myśli misje hurońskie, które zostały całkowicie zniszczone w latach – co za bieg okoliczności – 1648-1649. Misje, które nie miały nawet cienia szansy na to, by stać się tym czym stały się misje jezuickie w Paragwaju czy misje franciszkańskie w Peru. Powodów było kilka, najważniejszy z nich jednak to ten, że w Ameryce Południowej jezuici nigdy nie stali się w takim stopniu zakładnikami polityki, jak to miało miejsce w Kanadzie. Ojcowie z Paragwaju nie prowadzili ani jawnych, ani tajnych negocjacji politycznych z plemionami w imieniu cesarza, tak jak się to zdarzało jezuitom nad Wielkimi Jeziorami, także tym, którym wcześniej Irokezi powyrywali zębami paznokcie. Braki kadrowe bowiem to była główna bolączka misji i polityki francuskiej w Kanadzie. Nie było komu prowadzić tych działań, a każde powołanie było z miejsca właściwie naznaczone męczeństwem i tragedią. Dotyczyło to także sióstr urszulanek i szpitalniczek rezydujących w Quebec’u. Nie było tam co prawda zbyt wielu groźnych Indian wokoło, ale surowy klimat i choroby załatwiały sprawę. Ojcowie wybierający się z misją do osiedli hurońskich składali wcześniej przysięgę, że nie cofną się w obliczu najgorszych nawet cierpień. Dziś wszyscy, którzy w latach czterdziestych XVII wieku prowadzili misje w krainie Huronów są świętymi Kościoła Powszechnego.

Tragedia, która dotknęła Huronów w latach – co za zbieg okoliczności – w latach 1648-1649 poprzedzona została misją ojca Izaaka Joguesa, który działał wśród Huronów kilka lat wcześniej. Dostał się do niewoli irokeskiej, w której stracił końce wszystkich palców, a także kilka innych jeszcze fragmentów ciała, ale zostawił listy, pisane do innych ojców, a także do gubernatora. Z listów tych możemy wnioskować o sytuacji i planach misjonarzy, a także polityków francuskich broniących Kanady przed protestantami. W tych kategoriach bowiem trzeba rzecz rozpatrywać. Brutalna i podstępna polityka Francuzów zetknęła się w Kanadzie z nie mniej brutalną i podstępną polityką Holendrów. To oni szczuli Irokezów na osiedla chrześcijańskich Indian leżące nad Wielkimi Jeziorami, a następnie zarazili ich ospą, która zdziesiątkowała populację, ale ułatwiła ojcom jezuitom zadanie. Indianie obawiając się śmierci od nieznanej choroby, chętniej słuchali tego co mówią misjonarze. Wcześniej bowiem, żadnemu z ojców nie udało się ochrzcić ani jednej osoby w osiedlach hurońskich. Ojciec Brebeuf udzielił sakramentu chrztu jednemu tylko dziecku. Tako rzecze wiki.

Prócz epidemii ospy, która miała zniszczyć Huronów, stanowiących poważną konkurencję dla holenderskiego systemu pozyskiwania futer bobrowych, misje wśród Indian w Kanadzie były możliwe także dlatego, że w początku lat czterdziestych Francja stała się dominującym graczem w polityce kontynentalnej i Holendrzy musieli usiąść do negocjacji. Tak się jednak składa, że szczegółów tych negocjacji nie znamy, wiemy, że pokój z Irokezami przygotowywał właśnie ojciec Izaak Jogues, ten bez palców, cały pocięty nożami. Nie rozumiemy jednak dlaczego ów pokój nastąpił za czasów „brutalnego” gubernatora Nowej Holandii – Willema de Kiefta, który także poinformował Francuzów o śmierci ojca Izaaka Joguesa. Wojna zaś rozgorzała na nowo po przybyciu do Nowego Amsterdamu następcy Kiefta – „pokojowo nastawionego” Petera Stuyvesanta. Tego, który powiedział – nasza władza pochodzi od Boga i kompanii, a nie od kilku poddanych. To za czasów tego właśnie dyrektora generalnego Nowych Niderlandów doszło do ich oddania Anglikom. Było to w roku 1664 długo po zagładzie misji hurońskich.

Tak się składa, że cała historia tych misji i cała historia pogranicza kanadyjsko-amerykańskiego opowiadana jest dziś przez protestantów. Twierdzą więc oni, a można to usłyszeć w tak zwanych filmach dokumentalnych, że to jezuici zarazili Huronów ospą, że to przez nich populacja została zdziesiątkowana przez co łatwiej było Irokezom ją zlikwidować. O tym z czyjego polecenia działali ci ostatni, nikt się nawet nie zająknie. Tak jak nikt się nie zająknie słowem o męczeństwie jezuitów, którzy zginęli w latach – co za bieg okoliczności – 1648-1649. Oczywiście, wszyscy pamiętamy film „Czarna suknia”, opowiadający o wyprawie ojca Joguesa do położonych nad Jeziorem Górnym wiosek hurońskich, ale nic ponad ten film nie ma. Obraz ten jest ponadto przystosowany do wymogów dzisiejszego kina, a więc mamy tam seks i przemoc. W okolicznościach jakże malowniczych, ale nieco ujmujących owym wątkom autentyczności. Nie będę wchodził w szczegóły.

W narracji dotyczącej wydarzeń połowy XVII wieku w Kandzie, katolikom przypisuje się rolę czarnych charakterów, jeśli nie działających celowo, to na pewno ogłupiałych od nadmiaru emocji, jakie wywołuje ich dziwna religia, którą starali się narzucić Indianom. Protestanci zaś to ci, którzy starali się ucywilizować dzikich naprawdę. Co to znaczy? Jak to co? Chcieli im załatwić pracę w dobrej firmie, takiej jak Kompania Zachodnioindyjska na przykład, albo jakiejś innej. Chcieli także by dzicy pozostali przy swoich wierzeniach, albowiem to wyraźnie odróżniało ich od białych i nie stwarzało niebezpiecznych pokus, wśród których wyniesienie Indian do poziomu Europejczyków było sprawą najpoważniejszą. Nie można było do tego dopuścić.

Można zapytać – dlaczego wobec tego dziś już można i dziś wszyscy jesteśmy równi wobec siebie nawzajem. To jest rzecz do dyskusji, a jeśli obejrzycie sobie film o współczesnych Huronach zauważycie, że nie ma wśród nich żadnego autentycznego Indianina. To są biali ludzie udający Huronów. Mamy więc do czynienia z jakimś etnologicznym, protestanckim eksperymentem, którego istoty ani szczegółów nie znamy. Eksperymentem, który rozpoczął się jeszcze w XIX wieku, w czasie wielkich przesiedleń Indian i trwa w zasadzie do dziś. Na czym polega? Na budowaniu bardzo subtelnie skonstruowanych barier i nierówności, na kreowaniu wybraństwa, według zasad uwodzicielskich, ale nie do końca rozpoznanych. Mamy z tym do czynienia także w Europie, ale to jest temat na inną okazję.

Na dziś to tyle. Zapraszam na stronę www.prawygornyrog.pl

 

Gabriel Maciejewski

 

Źródło: Baśń jak niedźwiedź , 13 czerwca 2018.

 

  • Ilustracja tytułowa: Charles William Jefferys, 1869-1951, Handel Francuzów z Indianami. Biblioteka i archiwa Kanada. Obraz: olej na płótnie. Za: Library and Archives Canada / wybór wg.pco

 

   , 2018.06.14.

Autor: Gabriel Maciejewski