O przygodach pijaków, uwodzicieli i bohaterów narodowych


Znałem bardzo wielu tęgich pijaków i uwodzicieli działających z niezwykłą skutecznością. Ponieważ do obydwu tych aktywności nie nadaję się wcale, albo w niewielkim tylko stopniu, próbowałem – co dla każdego jest mam nadzieję oczywiste – wielu z nich naśladować. To się zawsze kończyło dramatyczną kompromitacją, więc w końcu dałem sobie spokój i już tylko tak siedziałem, gapiąc się bezmyślnie w ścianę. W stanie tym pozostaję właściwie do dziś. Postawy jednak tu wymienione są pewną stałą wyznaczającą standardy atrakcyjności bohaterów literackich. I to jest moim zdaniem prawdziwy dramat. Ciężko jest o tym pisać, bo krytykowanie tęgich pijaków i uwodzicieli z miejsca ściąga na człowieka podejrzenie, że nie nadaje się on do niczego i czepia się tamtych, żeby sobie poprawić samoocenę, albo zwrócić na siebie uwagę. Ale niech tam, zaryzykuję…Jak wiemy problem wszystkich debiutujących w Polsce autorów, których marzeniem jest sława prawdziwa, streszcza się w zdaniu – jak być Sienkiewiczem, żeby się krytyka nie pokapowała. To jest niewykonalne. A jeśli ktoś zaś ma w nosie krytykę i chce być Sienkiewiczem tak po prostu, jak na przykład Jacek Piekara, wychodzą z tego rzeczy jeszcze bardziej upiorne i nie nadające się do niczego.

Ludziom bardzo trudno jest wytłumaczyć, że nie potrafią pisać. To jest w zasadzie niemożliwe. Jarecki napisał tu ostatnio tekst o kulcie cargo w piłce nożnej, w zasadzie to samo odnosi się do literatury. Wielu autorów szlifuje ograne i wyświechtane wątki, bo im się zdaje, że to jest doskonalenie warsztatu. Wielu autorów uważa, że w powieści musi być wątek miłosny, albo też wątek przyjaźni dwóch bohaterów, zawiązanej na śmierć i życie. Najgorzej zaś jeśli autor ma za sobą ciężkie jakieś przeżycia i usiłuje o nich opowiedzieć. Większość słuchaczy zaczyna się go bać i wprost po to, by wreszcie się zamknął i przestał, opowiada mu komplementy. To oczywiście nie skutkuje i człowiek taki zaczyna wierzyć w swój talent. Rodzą się potem z tego wielkie dramaty, oczekujące na artystę prawdziwego, ale takich w systemie kultu cargo nie ma i nie będzie. Są tylko naśladowcy wierzący, że cały rynek literacki jest imprezą serio i daje się tam szansę rzeczywiście zdolnym. Pewien kolega startujący niegdyś w konkurencji „uwodzenie kobiet” zdradził mi pewną bardzo brutalną prawdę, która opisuje ten stan. Oto, jak sam wyznał, wszystkie jego sukcesy, brały się stąd, że jedna z drugą koleżanka nie umiały się go pozbyć i do głowy przychodziła im tylko jedna formuła – dam, to się wreszcie odchrzani i sobie pójdzie. Bywało różnie, ale znajomy ten nie był terrorystą, więc przeważnie sobie szedł. Z literatami, którzy uwierzyli, że mają talent nie jest tak łatwo. Oni nie chcą odejść.

My tutaj wiemy jak wygląda sytuacja na rynku literackim, a ja nigdy przez pierwsze dwadzieścia lat pisania nie zostałem pochwalony ani razu za żaden swój tekst. Możecie mi nie wierzyć, ale tak właśnie było. Mam więc dobre samopoczucie dzisiaj i bez lęku, śmiało mogę gapić się w ścianę, albowiem całą siła, która pozwala mi pracować dzień w dzień bierze się ze mnie. Oczywiście, jak każdy lubię pochwały i komplementy, ale mogę się bez nich obejść bardzo długo. Jak wielbłąd bez wody. O tym, że teksty mojego autorstwa są dobre, poznawałem zwykle po niezadowoleniu zwierzchników i wściekłości redaktorów, którzy defasonwali je według swoich wyobrażeń o jakości. I tak jakoś dociągnąłem do dnia dzisiejszego. Nigdy do tej pory, mając świadomość nieautentyczności rynku, nie pozwoliłem sobie na napisanie długiej fabuły. Świadom bowiem jestem pułapek jakie tam na człowieka prostodusznego i naiwnego czekają. One są gorsze niż wódka i niż szyderstwo kobiet. To się mam nadzieję kiedyś zmieni, ale nie wiem kiedy. Sprawa bowiem polega na tym, że do napisania autentycznej fabuły potrzebna jest metoda, w dodatku wypracowana całkowicie samodzielnie. Czego, wiem to na pewno, nikt nie rozumie, bo każdy wie, że trzeba robić tak samo jak Sienkiewicz, Hemingway, Faulkner, Dos Passos (niepotrzebne skreślić), tylko gorzej.

Chciałem dziś powrócić do powieści „Nadberezyńcy”, chwalonej i promowanej przez ostatnie lata tak intensywnie jak nic chyba wcześniej, od czasów niesławnej książki „Popiół i diament” Jerzego Andrzejewskiego. Nie potrafię jeszcze rozpoznać wszystkich mielizn jakich nie ustrzegł się Czarnyszewicz, ale wiele już rozpoznałem. Trzeba na samym początku oddać panu Florianowi jedno – nie pokusił się o psychologizowanie, jego bohaterowie nie przechodzą żadnych wewnętrznych ewolucji i choć dojrzewają do poważnych wyborów i decyzji, jakoś nas to nie razi. Widzimy bowiem ich tragizm i domyślamy się, że wszyscy zginą, a domy ich zostaną zrównane z ziemią. To jest oczywiste i jeśli dziś spojrzymy na mapę okolic Bobrujska, łatwo zorientujemy się, że nie ma tam nic. Po prostu nic. Ani śladu po Smolarni i innych zaściankach. Ludzie zaś, którzy z nich wyszli i ocaleli, byli niczym wyrzut sumienia, albowiem ich istnienie dowodziło tego ciężkiego grzechu, jakiego się wobec nich Polska dopuściła. Formuła, którą na opisanie sytuacji za Berezyną w latach 1914 – 1920 przyjął Czarnyszewicz jest jednak dalece niezadowalająca. Kilka zaś wątków wskazuje wręcz na to, że pan Florian chciał coś przed nami ukryć. Konkretnie zaś kontakty pomiędzy zaściankiem a ziemiaństwem. Nie wiemy dokładnie jakie anse miał do ziemian Czarnyszewicz, ale jakieś musiał mieć. Wątek hrabianki, która zakochała się w Kościku Wasilewskim na to wskazuje, wspomnienie o zjeździe ziemian i szlachty zaściankowej, na której miał być obecny pan Wańkowicz (zdaje się stryj Melchiora) także. Otóż nie było tak, jak nam pisze Czarnyszewicz, że ziemiaństwo nie chciało porozumienia z zaściankiem i przez to nie powstały zabarezyńskie, polskie pułki. Nie dlatego nie powstały, że zazdroszczono sławy Kościkowi Wasilewskiemu. Powody były inne o wiele poważniejsze. Jeśli zaś idzie bo bohaterów, to dziękujmy Bogu, że Czarnyszewicz nie uczynił ich pijakami i uwodzicielami, którzy przechodzą przemianę duchową. Dzięki temu ta książka bardzo wiele zyskuje i jej uroda jest z gatunku nieprzemijających. Ja tylko, swoim starym zwyczajem, muszę się wszystkiego czepiać. Tak się składa, że za Berezyną i w ogóle w ziemi mińskiej, był jeden prawdziwy bohater, który w dodatku miał wyjątkowy wprost zmysł polityczny. On się jednak słabo nadaje do budzenia ducha w narodzie, według państwowotwórczych recept socjalistów, albowiem był biskupem. Chodzi mi rzecz jasna o księdza biskupa Zygmunta Łozińskiego, o którym wspomina Florian Czarnyszewicz w swojej powieści. Ksiądz biskup odwiedził Bobrujsk i to było dla wszystkich Polaków za Berezyną wielkie święto. Niesłychanie dziwne jest to, że wątek księdza biskupa, który dwa razy był przez bolszewików więziony i dwa razy się ukrywał, nie został przez Czarnyszewicza wyeksploatowany. No dobrze, powie ktoś, ale Florian opisywał własne przygody, po sienkiewiczowsku, opisywał swoją młodość i dramaty ludzi prostych. Ja to rozumiem, ale wobec takiego faktu do powieści tej potrzebna jest glossa. I to nie jedna. Tymczasem nikt takowych nie pisze, publikacje zaś, które towarzyszą na rynku „Nadberezyńcom” są albo lekceważone, wręcz zamilczane, albo w ogóle nie są kojarzone z czasem i miejscem akcji książki Czarnyszewicza. A tak poza wszystkim kiedy ostatnio jakieś środowisko, a niechby nawet ta cała Teologia polityczna, zorganizowało jakąś debatę na temat „Nadberezyńców”? Nigdy chyba, bo i po co? Podobnie jest z Edwardem Woyniłłowiczem, który w sposób o wiele poważniejszy i otwarty krytykuje księdza biskupa Zygmunta Łozińskiego, za jego pro-białoruską postawę. I to jest rzecz zdumiewająca – fakt, że działania na rzecz Polski opisane w książce Czarnyszewicza nijak nie są kompatybilne z działaniami ludzi takich jak Woyniłłowicz czy biskup Łoziński. Tak jakby młodzież w zaściankach realizowała inne jakieś instrukcje, podsunięte im przez nie wiadomo kogo, opatrzone od razu krytycznym wobec ziemiaństwa komentarzem.

Jestem wprost przekonany, że owe instrukcje były, a nie dość, że były to otwierały dyskusję o tak zwanej sprawiedliwości społecznej, skąd już tylko krok do zdrady i przejścia na stronę bolszewików, czego większość mieszkańców zaścianków nadberezyńskich się ustrzegła, ale wielu poszło w tamtym kierunku. Postawa zaś wojsk polskich, stojących nad Berezyną w latach 1919-1920 tylko utwierdziła tych ludzi w słuszności wyboru. Z innych zaś, z patriotów i bohaterów uczyniła pariasów systemu, a pewnie także, w dłuższej perspektywie, pijaków i uwodzicieli. Do czego zmierzam? Do tego, że należy poważniej i dokładniej zainteresować się postaciami takimi jak sługa boży Zygmunt Łoziński, o którym piękną książkę napisał ksiądz Krzysztof Irek. Książeczka ta, dostępna w naszej księgarni, jest wstępem do obszerniejszego i dokładniejszego opracowania, być może zbeletryzowanego, w którym nie będzie miejsca, ani na pijaków, ani na uwodzicieli, ani na płytkie bohaterstwo, kończące się gwałtowną śmiercią lub równie gwałtownym rozczarowaniem.

Uważam, że to jest dobra droga, jeśli idzie o wybory autorów. Opis bowiem, nawet bardzo suchy i pozbawiony ozdobników, przedstawiający księdza biskupa nocującego na dworcu w Mińsku i odprowadzającego do pociągów kolejne grupy Polaków ewakuujących się przed bolszewikami, działa na wyobraźnię. Kiedy zaś przeczytamy, że po ewakuacji ludności polskiej, ksiądz biskup, wraz z towarzyszącymi mu kapłanami, udał się do dzielnicy żydowskiej i tam spędził noc spacerując po ulicach, zaczynamy wyczuwać w nim polityczny geniusz. Po pierwszym aresztowaniu księdza biskupa, wypuszczono go bardzo szybko. Ksiądz Krzysztof Irek, twierdzi, że wskutek interwencji strony polskiej, ja zaś sądzę, że wskutek emocjonalnego szantażu, jaki ksiądz biskup zastosował wobec żydowskich komisarzy. Którzy oczywiście mogli go wywieźć na Syberię, albo zamordować, ale dobrze wiemy, że nie był to czas po temu. Żeby zlikwidować zaścianki nad Berezyną, sowieci czekali jeszcze ponad dziesięć lat. Niełatwo było więc zrobić coś hierarsze, który otwarcie deklaruje, że udał się do dzielnicy żydowskiej, żeby nie doszło do pogromów. Ludność polska, tradycyjnie, jak wiemy, antysemicka, wyjechała, któż więc mógł się tych pogromów dopuścić? Prowokatorzy, to jasne, pewnie wysłani, przez tychże samych komisarzy żydowskich, którzy potem zdumieni postawą księdza biskupa zmuszeni zostali do uwolnienia go. To jest dobry motyw literacki, nie sądzicie? O wiele lepszy niż miłość Kościka i Karusi, która wygłasza długie tyrady o społecznej sprawiedliwości, jaka nastanie w odrodzonej Polsce, a potem odmawia wyjazdu do Bobrujska, bo woli na dobre i złe zostać w Smolarni.

Zadziwiające jest to, że w powieści Czarnyszewicza pada nazwisko leśnika Arciszewskiego, a słowa nie ma o tym, że u tego człowieka ukrywał się ksiądz biskup Łoziński. O tym, że Czarnyszewicz nie koresponduje wcale ze wspomnieniami Woyniłłowicza, nie muszę chyba nadmieniać. Równie dziwne w tej powieści jest to, że w pewnym momencie Stach Bałaszewicz, gołowąs i młodziak, idzie hen, hen, daleko po zaściankach, gdzie już prawie zapomnieli polskiej mowy i próbuje, pod przybranym nazwiskiem, uczyć dzieci. To jest misja, ale my nie wiemy przez kogo zlecona. Ponieważ Stach udaje uciekiniera z Lubelszczyzny, który zjawił się na Białorusi, obawiając się niemieckich represji, sądzić należy, że misja ta została Bałaszewiczowi zlecona przez jakąś organizację z Królestwa. Jaką i przez kogo kierowaną? I kolejne pytanie – jaki stosunek miała owa organizacja do lokalnych kresowych inicjatyw niepodległościowych, a także czy była ona uczciwa wobec samego Bałaszewicza i jemu podobnych.

To są ważne pytania wobec tej, jednej z najtrudniejszych w naszej historii kwestii, wobec tej łatwości z jaką wydano na śmierć dziesiątki tysięcy ludzi zasłaniając się dziwnymi, płytkimi i wypracowanymi nie wiadomo gdzie formułami. Tym się jednak nie zajmuje literatura, która ma ambicje, by kształtować postawy, bo te muszą być tworzone według znanych recept. Problem w tym, kto te recepty pisał…Jest wiele do zrobienia dla zdolnych autorów. Ja się tylko zastanawiam, czy ci autorzy, nie powinni nosić wszyscy jak jeden sukienki duchownej. Wtedy będą z całą pewnością mogli ustrzec się pułapek, mielizn i idiotycznych pomysłów, które tu, mam nadzieję, że bez szkody dla niczyjej wrażliwości, naszkicowałem. Szkic musi być wyraźny i musi wryć się w pamięć, żeby było jasne czym nie należy się zajmować na drodze do sukcesu prawdziwego. Czego księdzu Irkowi i sobie życzę.

Zapraszam na stronę www.prawygornyrog.pl, gdzie przez parę dni jeszcze wisieć będzie pogadanka naszego kolegi Piotra o ratownictwie dzwonów. Myślałem, że jutro pojadę nagrać coś o górnictwie, ale jednak mi się nie uda. Spróbuję w piątek.

 

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź , 20 czerwca 2018.

 

  • Ilustracja tytułowa: Berezyna, Kresy – zamek Potockich (1901-1917). Fot. za: wikiwand.com / wybór wg.pco

 

   , 2018.06.21.

Autor: Gabriel Maciejewski