Tomasz Sakiewicz czyli zawodnicy drugiej linii


Największym niebezpieczeństwem dla głębokich i korzystnie rokujących intuicji są nieuzasadnione, wypracowywane przez lata antypatie bądź sympatie. Weźmy na przykład mnie, pewnych kwestii jestem pewien na sto, a nawet dwieście procent. I próbuję je wcielać w życie. I wtedy pojawia się ktoś kto mówi – no weź, musisz mi wyjaśnić dlaczego podejmujesz taką decyzję. A ja nie potrafię, wiem, że trzeba, ale nie potrafię, a jak próbuję to wyglądam całkowicie niewiarygodnie. Dlatego też zawsze z wielkim trudem zdobywałem zwolenników i wszystko w zasadzie musiałem robić własnymi rękami. Dopiero jak było gotowe niektórzy kiwali głowami i mówili – no tak, no tak, ale to czy tamto można by było poprawić. Jasne, wszystko zawsze można poprawić. Nie ma rzeczy doskonałych, problem w tym, jak zacząć w ogóle cokolwiek tworzyć. Potrzebna jest metoda. Ona musi być tania i niezwykle skuteczna. Żeby znaleźć dobrą metodę szukamy wzorów najlepszych, to znaczy politycznych, bo w polityce wszystko idzie serio i my także chcemy być serio. Wyznaczyliśmy więc obszar poszukiwań, a teraz musimy znaleźć taką organizację, która osiągnęła sukces bezwzględny, a zaczynała właściwie od zera. Musi być to w dodatku organizacja, która jest lub była położona w miarę blisko naszych wyobrażeń, a także taka, której metody dotyczyły nas bezpośrednio. Moim zdaniem, a mam w tym momencie głęboką intuicję, dzieje państwa pruskiego, powinny stać się przedmiotem naszych głębokich studiów. Studiów nad metodą. To są dzieje organizacji, która wyciskała pieniądze z kamienia. W odróżnieniu od dziejów Rosji, które są dziejami organizacji topiącej miliardy w szambie. Być może przez moje przyrodzone ograniczenia i niski oraz wąski horyzont, bardziej odpowiadają mi metody tej pierwszej organizacji. Wczoraj, już prawie po meczu valser zadał mi ważne pytanie – czy nie można bez Fryderyka? Ja rozumiem tę antypatię, ale ona jest nieuzasadniona. Nie można, albowiem Fryderyk, przećwiczył wszystkie błędy na sobie, studia zaś nad jego metodą polegają właśnie na wyśledzeniu tych błędów. Poza tym Fryderyk, działając wśród skrajnych zupełnie ograniczeń, potrafił wykorzystać je twórczo i przetrwać. Napisałem wczoraj, że rozwój lokalnych ośrodków władzy tworzy pokusę likwidacji ośrodka centralnego. To samo jest z autorytetami. I tutaj prof. Kucharczyk także podsunął mi pruski przykład. Słabość i ograniczenia Wilhelma II połączone z wojną światową wykreowały Hindenburga, a stąd był już tylko krok do Hitlera. Niby to samo – i tu i tam jest władza centralna – ale jednakowoż nie to samo. I wszyscy chyba to rozumieją. Za jednego i drugiego Fryderyka takie rzeczy jak Hindenburg czy Hitler były nie do pomyślenia. Dlatego mylił się głęboko doktor Goebbels sugerując Niemcom, że Fritz był pierwszym członkiem NSDAP. To byłoby nie do pomyślenia, za czasów Fritza Goebbels zostałby przepędzony przez kije. Dla dobra domu panującego rzecz jasna.

Kolejna kwestia – czy ja nie mogę znaleźć mniej odstręczającego przykładu? Proszę Państwa, myśmy się tu zebrali nie po to, by nasładzać się wzajemnie wspominkami o dawnej świetności, ale by wspólnie osiągnąć pewien cel. To zaś jest pierwszym i najważniejszym ograniczeniem, z którym musimy się liczyć. Drugim jest geografia. Znajdujemy się w miejscu, z którego pozyskuje się różne potrzebne światowym potęgom dobra – ludzi, zboże i inne produkty. Znajdujemy się w miejscu, gdzie dawniej były Prusy i to wymusza na nas pewien sposób myślenia. Nie rozumiemy tego do końca, albowiem nasze aspiracje są inne. No, ale geografia nas ogranicza i system narzucony przez obce potęgi. Nie możemy więc myśleć i działać w skali niedostępnej, wręcz nie istniejącej. Poza tym zamiary światowych potęg wobec Europy Środkowej są niezmienne i choć jawne, zawsze starannie ukrywane. One były identyczne w czasach Fryderyków, ale oni jakoś sobie poradzili. Nam może się ta sztuka nie udać. Profesor Grzegorz Kucharczyk już na samym wstępie naszej rozmowy wspomniał o pewnej stałej w polityce Prus wobec Polski. Chodzi o wyraźne rozgraniczenie pomiędzy Rzeczpospolitą a dworem królewskim i o penetrację agenturalną tego pierwszego obszaru. No i rzecz jasna o całkowitą bezradność Rzeczpospolitej wobec tej penetracji. Ja od siebie dodać mogę jeszcze tyle, że ta penetracja nie była wymysłem wielkiego elektora, on ją odziedziczył po Albrechcie i Georgu der Fromme, naszych ulubionych bohaterach historycznych, a postać Ahasverusa vob Brandt powinna otwierać wielką księgę pamiątkową pruskich szpiegów. Teraz ważna konstatacja – metody polityczne się dziedziczy, one są zapisane w testamentach politycznych i o tym także mówił mi profesor Kucharczyk. A jeśli dziedziczy się metody, to dziedziczy się także sukcesy. I teraz kolejna ważna kwestia – jakie metody odziedziczyliśmy my i jakie sukcesy? Do czego chcemy nawiązywać tworząc służby państwowe i w jakiej tradycji chcemy je wychować? W fikcyjnej całkowicie tradycji romantycznej? Czy może w zanegowanej przez geografię tradycji I Rzeczpospolitej? Nie ma takiej tradycji, ale ona się tworzy na naszych oczach. Na razie kiełkuje wolno i choć jest dobrze już widoczna, nikt nie traktuje jej serio, bo wszyscy myślą, że to takie żarty. Tradycją Polski i Polaków, tradycją sukcesu naszego narodu, staje się po prostu tradycja współpracy z Żydami. Wszystkie aspekty tej współpracy zostaną wkrótce uwypuklone, odpowiednio obrobione przez propagandę i podsunięte do wierzenie dzieciom w szkołach i studentom na uczelniach. Wszystko zaś inne zostanie unieważnione. Stanie się tak, albowiem w drugiej linii pracują nad tym intensywnie propagandyści tacy jak Tomasz Sakiewicz. I teraz ważna rzecz – z jakich narzędzi oni korzystają? Istotnych i bardzo kokieteryjnych. To ludzie tacy jak Sakiewicz mają carte blanche na używanie symboli i gawęd patriotycznych i to oni mogą w dowolnych ilościach używać tego pavulonu, celem usypiania biednych, wzmożonych narodowo i patriotycznie ludzi. Przekaz jest oczywiście tak spłaszczony, żeby sam redaktor go zrozumiał, a wszyscy dobrze wiemy jakie on ma ograniczenia. Duże. To z miejsca czyni jego misję słabo skuteczną, ale odwrotnie niż w przypadku Fryderyków, Sakiewiczowi pomaga nieuzasadniona sympatia. On, poprzez to, że ma pozwolenie na eksploatowanie patriotycznych legend z miejsca zdobywa sobie sympatię i trzeba wielu lat ciężkich rozczarowań, żeby ludzie zorientowali się kto to jest i o co mu chodzi. Wtedy jednak całość firmowanego przezeń projektu jest już w innej fazie realizacji i nikt się nie przejmuje emocjami rozczarowanych wariatek. Nad czym pracuje Pan Tomasz i jemu podobni patrioci chorzy na Polskę? Nad wykreowaniem tradycji skuteczności politycznej. I to było widać wczoraj, kiedy napisał on na twitterze, że Jarosław Kaczyński oraz Bibi Netanjahu powinni byli dostać pokojową nagrodę Nobla. Tego nie wymyśliłby doktor Goebbels proszę Państwa, stary Fritz za taką antypaństwową herezję kazałby Sakiewicza przepędzić przez kije dwadzieścia razy. Cóż to bowiem jest? To jest stwierdzenie wprost zmieniające przeszłość i stawiające Polaków w roli historycznych zbrodniarzy. Taką formułę mogli wymyślić politycy w Berlinie przed I rozbiorem. Sugeruje bowiem Sakiewicz, że pomiędzy Polakami i Żydami istniał jakiś straszliwy konflikt, ten stał się przyczyną strasznej krzywdy Żydów, albowiem inna krzywda jest w ogóle nie do pomyślenia, a teraz dzięki geniuszowi dwóch ludzi już wszystko będzie dobrze i za to „dobrze” powinni oni otrzymać pokojowego Nobla. W kategoriach skuteczności politycznej, ograniczonej geografią oraz troską o istnienie Rzeczpospolitej, która nie wymiera nigdy, to jest przykład bardzo subtelnej zdrady. Oto Sakiewicz przenosi na nas odpowiedzialność za mgliste bardzo i nieokreślone przewinienia, które należało regulować na poziomie liderów politycznych państw. Ja tylko przypominam, że on nawiązuje do porozumienia z Camp David, które czym było każdy mniej więcej wie.

Przy tej sugestii, wynikającej wprost z nieopanowanych i rozlewających się po mózgu pana redaktora ograniczeń, proponuje nam on, podobnie jak premier i inni politycy PiS, byśmy za jedyną skuteczną tradycję państwową uznali tę, która nas najściślej łączy z Żydami. Jest to tradycja socjalistyczna, którą jak raz my tutaj odrzuciliśmy. I co teraz? Odrzuciliśmy, bo jesteśmy pewni, że prowadzi nas ona do zguby. Próbujemy szukać innej i nie czynimy tego bynajmniej po omacku. Mamy teksty ojców założycieli naszej tradycji – Hipolita Milewskiego i Edwarda Woyniłłowicza, mamy także metodę, którą sobie niezobowiązująco wypożyczamy od Fryderyka. Możemy to zrobić, albowiem chodzimy po tej samej ziemi, na której on kazał sadzić kartofle. Twórczo łączymy odległe obszary, które pozornie są nie do połączenia i oczekujemy, na naszym małym eksperymentalnym poletku, dobrych wyników. Sakiewiczowi zaś pokazujemy tak zwanego wała.

Teraz pora na demaskację. Jaką tradycję reprezentuje w istocie Tomasz Sakiewicz? Socjalistyczną to jasne, no ale ona ma pewne stopnie gradacji i one wprost prowadzą do piekła komunizmu, po drodze zaś narażają ludzi na tysiączne upokorzenia. To nie koniec jednak. Sakiewicz w praktyce reprezentuje tradycję nie rosyjską nawet, ale ruską, w najgorszym tego słowa znaczeniu – tradycję topienia miliardów w błocie. Tradycję samowoli samozwańczych autorytetów i przymusowego składania hołdów tymże autorytetom, bez zadawania pytań i bez wyjaśnień dotyczących przyszłości, także tej najbliższej. Tradycja współpracy z Żydami na poziomie organizacji czy też jak wolicie państwa, to tradycja socjalistyczna. Przykłady zaś wcześniejsze są jeszcze gorsze, bo wtedy możemy już tylko mówić o tradycji dzierżawy monopoli. Możecie więc sobie wybrać co Wam bardziej odpowiada – politruk z naganem czy bankier z miejskimi pachołkami.

I doprawdy nic nie szkodzi, że ani Sakiewicz, ani żaden poważny Żyd nie będzie z nami rozmawiał. Nie w dialogu bowiem jest siła, ale w testamentach, a mam na myśli testamenty polityczne. Akurat kilka niewykorzystanych wala się wokoło. Można sobie któryś wybrać i póki nie widać na horyzoncie politruka, spróbować zastosować w praktyce zawarte w nim treści.

To nic, powiadam, że nie będą z nami rozmawiać. To nawet lepiej, ważne że mamy sposób na pozyskiwanie i obrót informacją w sferze jawnej. Nic więcej się tak naprawdę nie liczy. Przypomnę jeszcze tylko jeden aspekt polityki Fryderyka Wilhelma I – otóż on zabraniał szlachcie jeździć za granicę. W przeciwieństwie do szlachty polskiej, ta z Prus siedziała na tyłkach w domu. I co? Ktoś im zarzucał, że są nie dość europejscy? Nie. Dlaczego tak? Ponieważ król obawiał się, że zostaną przewerbowani, a poza tym miał jeszcze głęboką pewność, że wszystko co dla nich najważniejsze dzieje się na miejscu, w ich kraju. Czy taką pewność mają politycy polscy? Nie. Oni mają co innego w głowach, a polska tradycja politycznej publicystyki i gawędziarstwa historycznego utrzymuje nas w przekonaniu, że to co najważniejsze jest zawsze gdzie indziej. To błąd z gatunku zbrodniczych, za który nikt jeszcze, póki co nie został przepędzony przez kije.

Teraz słowo o zawodnikach drugiej linii, do których należy Tomasz Sakiewicz. Wszyscy, którzy widzieli wczorajszy mecz Hiszpanii z Rosją zorientują się natychmiast o co chodzi. Mecz był wydrukowany, a załatwili go zawodnicy drugiej linii. Przez pierwszą połowę nazwisko Costa, nazwisko czołowego napastnika nie pojawiło się w komentarzach ani razu. No raz może, w kontekście mocno krytycznym. Hiszpanie z drugiej linii nie podawali do swojego lidera, a on nie oddawał strzałów na bramkę. Sędzia najpierw nie zauważył skandalicznego zachowania Rosjan w polu karnym, zachowania które się na nich zemściło, bo jeden rozpychający się obrońca strzelił bramkę swojej drużynie. Potem zaś ten sam sędzia podyktował rzut karny za to, że hiszpański napastnik podniósł za wysoko rękę. Nie wiem ile takich karnych trzeba byłoby podyktować w tych mistrzostwach, ale nikt się wcześniej jakoś nie kwapił. Uzasadnianiem tej hucpy, której oglądanie przerwałem w końcówce drugiej połowy, zajmowali się polscy komentatorzy. Jeden z nich bez przerwy opowiadał o tym, z jakich to biednych, ale szczerze oddanych sprawie sportu, rodzin pochodzą zawodnicy rosyjscy. Jeden spod Irkucka, a drugi z biednej dzielnicy Moskwy itp., itd…Bredni tych nie dało się słuchać Mimo zaangażowania drugiej linii hiszpańskiej, mimo pomocy sędziego i zdjęcia z boiska – bez sensu zupełnie – Costy, Rosjanie nie potrafili strzelić gola. Wygrali w karnych. Nie wiem jak zachowywał się hiszpański bramkarz, ale wiem, że od tego meczu Mundial w Rosji zamienił się w konkurs Eurowizji. Wygrała Ałła Pugaczowa, wielki głos, wielka artystka, wielka kobieta…. Niech żyje. Hiszpanie jadą do domu.

My niestety nie możemy nigdzie wyjechać, bo nasz dom jest tutaj, a metafory sportowe zadziwiająco ściśle przylegają do polityki. Musimy więc uważać na zawodników drugiej linii, na sędziego i komentatorów. Trener, nawet najlepszy, nam nie pomoże, tak jak wczoraj nie pomógł Hiszpanom. Tylko tak patrzył smutno w dal. Nie możemy dać się uwodzić smutnym spojrzeniom i żadnym żałośliwym gawędom. Niech sobie to wszyscy wybiją z głowy. Musimy mieć komisje, które mają władzę nad czymś, w naszym przypadku najłatwiej zdobyć władzę nad informacją jawną. I do tego będziemy dążyć. Amen.

Zapraszam wszystkich na portal www.prawygornyrog.pl

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź , 2 lipca 2018.

 

  • Ilustracja tytułowa: Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, z otrzymanym medalem od Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. 11.11.2014. Zdjęcie za: Inter. / wybór wg.pco

 

Więcej tekstów Gabriela Maciejewskiego na naszym portalu   >   >   >  TUTAJ...

 

   , 2018.07.04.

Autor: Gabriel Maciejewski