Czy państwa małe mogą prowadzić politykę globalną?


Obiecuję, że że od soboty wracam do czytania „Korzeni totalitaryzmu”. Dziś i jutro nie mogę, mamy tu wysyłkowy horror po urlopie, a pewnie jeszcze będę musiał wyjechać dziś i jutro. Przed sobotą nie dam rady. Pogadamy więc o czymś innym. Wróciłem właśnie z Dolnego Śląska, który, od zawsze właściwie, jest dla mnie krainą wielkich inspiracji. Powrócę dziś znowu do polityki Prus i ich sukcesu. Chciałbym, żebyśmy omówili jedną, ważną składową tego sukcesu, która nam, mam wrażenie, umyka. Chodzi o brytyjskie gwarancje. Każde państwo, które rozpoczyna karierę polityczną musi mieć gwarancje światowej potęgi, a one są czymś okupione. Gwarancje Prus okupione były kredytem na technologię i stworzeniem na terenach podbitych rynku na brytyjskie produkty. W XVIII wieku nikt jeszcze nie myślał, o tym, że wokół Prus mogą zjednoczyć się całe Niemcy, a państwo to było przez Anglików traktowane jako jeszcze jeden przeciwnik Francji na kontynencie. Żeby skłonić Brytyjczyków do wycofania gwarancji dla Prus, trzeba było zrobić coś naprawdę spektakularnego. Obiecać im na przykład oddanie Niderlandów. Mam tu na myśli austriackie Niderlandy, czyli Belgię, które cesarz Leopold II miał rzekomo oddać Francuzom, jeśli Brytyjczycy nie wycofają swojego poparcia dla Prus. Tak to tłumaczy wiki, opierając się zapewne na pismach jakiegoś mędrca. Nie wiem jak cesarz Leopold mógł w ogóle myśleć o oddaniu dzisiejszej Belgii rewolucyjnej Francji, ale mniejsza o to. Musiał coś obiecać Anglikom czy to w formie szantażu czy też w formie oferty. Zagrywka ta przedstawiana jest zwykle jako sukces dyplomacji austriackiej i samego cesarza. I mało kto widzi, że dwa lata po zawarciu rozejmu w Reichenbach, które to miasto dziś nazywa się Dzierżoniów, cesarz zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Bardzo trudno jest konkurować z polityką sprzedażową oferującą kluczowe dla potęgi państw technologie. I zawsze jest to obłożone ryzykiem.

Doświadczenia polityki brytyjskiej w Europie Środkowej, zebrane w stuleciu XVIII i XIX zaowocowały, moim zdaniem, jednym wnioskiem – pod żadnym pozorem mocarstwa światowe nie mogą dopuścić do tego, by obszar ten został zjednoczony pod czyimkolwiek panowaniem. I nieważne czy chodzi o Rzeczpospolitą, Prusy, Austrię, czy Rosję, choć ten ostatni wariant wydawał się dla wszystkich światowych graczy najkorzystniejszy. Nie mogę sobie przypomnieć momentu, w którym serio traktowałbym gawędę o tym, że Rosja jest dla Europy realnym zagrożeniem. Mam na myśli Europę Zachodnią. Rosja jest zagrożeniem wyłącznie dla Europy Środkowej i ta konstatacja powinna całkowicie zmienić politykę krajów leżących w tej części świata.

Podział jednak środka Europy, krainy bogatej, żyznej i pełnej pracowitych ludzi, mających głębokie i żywe tradycje, także niesie ze sobą pewne kłopoty. Każdy bowiem z krajów tu położonych może być rozgrywany osobno, przez kraje dążące do dominacji globalnej. Destabilizacja zaś Europy Środkowej pożądana jest tylko w kilku bardzo ściśle określonych momentach – kiedy jeden ze globalnych graczy szuka rynku zbytu dla technologii – wtedy inwestuje w jakąś lokalną organizację, albo kiedy wszyscy globalni gracze szukają obszaru taniej produkcji i wydobycia surowców napędzających światowe koniunktury. Mam wrażenie, że żadnej z opisanych przypadków nie zachodzi dzisiaj. Czym wobec tego może stać się Europa Środkowa? Zapleczem logistycznym i produkcyjnym dla wojen peryferyjnych. I to jest nie najgorsze wyjście moim zdaniem, każdy bowiem inny wariant oznacza wprost katastrofę. Zaplecze wojen peryferyjnych oznacza, że uruchomiona tu produkcja nie musi być wcale prymitywna, nie musimy wytwarzać półproduktów i tekstyliów przeznaczonych do dalszej obróbki i masowej sprzedaży. Nikt nam jednak – mam na myśli Polaków – nie pozwoli zająć dominującej pozycji w regionie. To są mrzonki. Nikt też nie pozwoli zająć tej pozycji Niemcom i to jest wiadomość dobra. Nie oznacza ona jednak, że Europa Środkowa nie zostanie spenetrowana w jakiś sposób przez Rosjan. Oni bowiem, co by się nie mówiło, są przez graczy globalnych, w tym Brytyjczyków, postrzegani jako mniejsze zagrożenie niż Niemcy. Nic zaś na tym świecie nie może się odbywać bez gwarancji. Kiedy więc czytam w gazowni lamenty nad tym, że na Słowacji organizacja zwana nocnymi wilkami założyła sobie paramilitarny obóz zwany dla niepoznaki muzeum sprzętu wojskowego, to pewien jestem, że nie odbyło się to, bez czyichś gwarancji. Czyich? Nie mam pojęcia, ale wiem, że nie może istnieć coś takiego jak niepodległa Słowacja. Instrument ten służy bowiem tylko do dyscyplinowana sąsiadów Słowacji. Pytanie teraz których sąsiadów? Z tego rzekomego muzeum najdalej jest w sumie do granicy polskiej, więc pewnie nie chodzi o nas. Nie wiem jednak jak ono jest oddalone od dróg prowadzących znad Bałtyku na południe, nad Morze Czarne. Ktoś powie, że nie ma co panikować, to tylko kilku starszych panów założyło sobie obóz dla zabawy. Panikować rzeczywiście nie ma co, ale nie można też ufać ludziom, którzy mają jednego tylko bohatera w całej historii i jest nim Jura Janosik, bandzior spod ciemnej gwiazdy. Pewnie już to pisałem, ale jeszcze powtórzę. Wiecie jaki jest szczyt odwagi na Słowacji? Trzeba wejść do karczmy w Terchowej, gdzie się Janosik urodził i powiedzieć głośno, po czesku, że Janosik był Węgrem, a do tego Żydem. Zastanówmy się teraz co zrobiłby Fryderyk II, gdyby Rosjanie zamontowali w Saksonii, albo w Czechach, jakąś swoją agenturę? Wkroczyłby tam pod byle pretekstem i zlikwidował tę instytucję, wraz z przyległościami. No, ale on miał gwarancje brytyjskie opiewające na stworzenie rynku high tech. My zaś mamy coś innego – mamy pozwolenie na instalowanie obcych technologii, których nikt nam nie sprzeda nawet na bardzo wysoko oprocentowany kredyt, i na ich obsługę. Jak wobec tego powinniśmy się zachowywać, ale nie tylko my, także Węgrzy i Czesi, wobec prób nachalnej penetracji terenów Europy Środkowej przez Rosję, która najwyraźniej ma na to czyjeś pozwolenie. Ostrożnie. My musimy być szczególnie ostrożni, albowiem w przeciwieństwie do Słowaków i Czechów, którzy mają głębokie tradycje współpracy z Moskwą, w przeciwieństwie do Węgrów, którzy obecną politykę opierają na cichym sojuszu z Putinem, postrzegani jesteśmy jako główny nieprzejednany. Wszystkim tym, którzy uważają, że zmiana w relacjach polsko-rosyjskich jest możliwa, chcę przypomnieć, że Rosja nie ma innych niż protekcjonistyczne tradycji traktowania Polski. Rosja udzielała nam zawsze gwarancji, a te zawsze są czymś okupione. W naszym przypadku cena była zawsze wysoka i chodziło po prostu o życie kilku roczników. Musimy więc pilnie obserwować co dzieje się w regionie, a także mieć plan na politykę globalną. Mam tu na myśli politykę informacyjną, o której sam mogę coś rzec, bez obaw, że palnę jakieś głupstwo. Nie wiem bowiem jak prowadzić politykę globalną, mając za punkt wyjścia obszar położony poza cieśninami bałtyckimi, na wielkiej równinie, bez dobrych szlaków komunikacyjnych z północy na południe, dobrych to znaczy należycie zabezpieczonych przed zerwaniem w jakimś kluczowym punkcie, na przykład na Słowacji. Jestem jednak głęboko przekonany, że polska polityka powinna mieć charakter globalny, nawet jeśli chodziłoby tylko o propagandę. I nie mam tu na myśli filmów a la Hollywood, czy sprzedaży jabłek Chińczykom, czy innych, podobnych „sukcesów”. Myślę, o czymś bardziej złożonym, ale chyba na darmo, bo jeśli my tutaj nie opracujemy globalnego planu polityki propagandowej Polski, to nikt tego nie zrobi. Jestem o tym przekonany. Miałem dziś dziwny sen – śnił mi się prezes Kurski, ale jakoś tak odmłodzony trochę, jakby po liftingu. Siedział za biurkiem i patrzył mi głęboko w oczy, a ja coś mu zawzięcie tłumaczyłem. Nie pamiętam jednak o czym mówiłem…Może to i lepiej…na dziś to tyle, wracam do wysyłek, które zamieniły się w koszmar.

Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl

 

Gabriel Maciejewski

 

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  26 lipca 2018.

 

  • Ilustracja tytułowa: Globalne szachy. Fot. za: Dreamstime   / Wybór zdjęcia wg.pco

 

  , 2018.07.27.

Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski