O hierarchiach ukrytych


Wyobraźcie sobie taką sytuację; rzemieślnicze strzechy, czyli warsztaty przyjmują od wielkiego miasta zlecenie na budowę olbrzymiego kościoła. Budowla ma być wyrazem potęgi miasta, króla, Kościoła, ma powstać na chwałę Bożą, ale ma też wyrażać potęgę pieniądza. To znaczy każdy ma widzieć jakie obroty osiągały okoliczne jarmarki, że udało się podnieść kraj cywilizacyjnie, wznieść takie wielkie kościoły i każdy jeszcze żył jak panisko, z wyjątkiem leni i agentów królestw obcych zwanych zbuntowanym ludem. Majstrowie kierujący strzechami zawierają umowy na konkretne zlecenia, mając w nosie cały plan. Nie ogarniają go i nie mają na to czasu. Nikt nie wie przecież ile będzie żył, a praca musi być wykonana. Osobno kontraktuje się prace ziemne, osobno konstrukcyjne, osobno detal. Nad wszystkim czuwa główny architekt, minister królewski i książęta Kościoła. Nic nie może iść źle, choć wiadomo, że wszystko w ręku Boga i zdarzają się wypadki. A to się strop zawali, a to zły kamień przywiozą, a to drewno na rusztowania i szalunki okazuje się za słabe. Czasem też się zdarzy, że ten i ów majster zamiast dobrego pachołka od tłuczenia kamieni zatrudni jakiegoś gamonia, który zmarnuje materiał. Wyszydza się wtedy takiego osła publicznie i okłada karą pieniężną, a potem przepędza. Tu nie ma miejsca na pomyłki i nie ma czasu na nie. Każdy z wykonawców jest wysokiej klasy specjalistą i w zasadzie jest nie do zastąpienia. Dlatego wiedza na temat wykonawstwa poszczególnych prac, nieraz bardzo drobnych i pozornie nic nie znaczących jest chroniona omertą. Z wielkim zaskoczeniem przywitano by w tych okolicznościach kogoś, kto podnosiłby kwestię lepszego uposażenia robotników, a także lepszego ich traktowania. Sami kamieniarze powiesiliby go na rusztowaniu z obawy, żeby nie wysypał przed innymi kamieniarzami ich tajemnic, a także, by połączywszy się z kilkoma takimi jak on nie pozbawił ich pracy i nie rozciągnął nad nimi swojej władzy. Jak się w języku współczesnym nazywa takie rozciąganie władzy nad robotnikiem wykwalifikowanym zapewne wiecie. Nosi ono nazwę zakładania branżowego, albo międzyzakładowego związku zawodowego. Twierdzę iż manewr taki nie był w ogóle możliwy w czasach kiedy panowała zdrowa rywalizacja, a każdy warsztat starał się robić rzeczy możliwie najlepsze.

To się zmieniło, albowiem zmieniła się organizacja pracy. Ta zaś wynaturzyła się wskutek umasowienia produkcji wszystkiego, nie tylko tekstyliów. Herezja zwyciężyła, a władzę nad nią przejął bank. Ponieważ jednak u samych źródeł herezji znajduje się fałszywa troska o los robotnika, trzeba było wynaleźć narzędzie kontroli tych robotników. Mam tu na myśli rzesze robotników niewykwalifikowanych, których przyuczało się w fabrykach do prac najprostszych. Tym narzędziem był i jest nadal związek. Hierarchia związkowa nie służy ludowi pracującemu, służy temu, by lud ten pracował i nie szemrał. Albowiem związek spełnia całkiem fałszywy, czynny jedynie w rzeczywistości heretyckiej postulat ochrony człowieka pracy. Tego zaś chroni się zwykle jak nie kwitem na węgiel, to darmowymi trzewikami ze stalowym noskiem. To jest zaspokajanie potrzeb, które w warunkach normalnych każdy by załatwił we własnym zakresie. I na tym też polega mechanizm herezji – żeby z dóbr podstawowych i teoretycznie łatwo dostępnych uczynić luksus i rarytas. Dystrybuowany w dodatku kontrolowanymi kanałami. I teraz wyobraźcie sobie, że taki związkowiec pojawia się przy strzechach pracujących w XII wiecznym Paryżu przy budowie katedry. Co o nim myślą ci ludzie? Ludzie mający zdrowy odruch i nauczeni czegoś konkretnego, czegoś, czego nie można im zabrać, bo jest to powszechnie ważne i potrzebne. Ci na samej górze – minister królewski, książęta Kościoła myślą, że to cesarski agent, w najlepszym razie wenecki. Architekt myśli, że to oszust, a robotnicy i majstrowie wprost chcą go zlinczować, bo dla nich jest jasne, że to złodziej now how. Im prędzej zawiśnie tym lepiej. My zaś uważamy, że przywódcy związkowi to ludzie z charyzmą, którzy nadają się wprost do tego, by robić politykę. Wierzymy w to, albowiem odjęto nam wiarę w siebie i we własne umiejętności. W możliwość wykonania czegokolwiek własnymi rękami i własnym umysłem. To jest największy kłopot z jakim musimy się borykać i ja tego doświadczam wielokrotnie kiedy rozmawiam z autorami. No, ale nie o książkach dziś piszemy, a o fałszywych hierarchiach. Związki w ostatnich dwóch stuleciach, w czasach totalnego umasowienia produkcji, stały się narzędziem kontrolującym tę produkcję i kontrolującym rynek. Niby się tego pozbyliśmy, ale dobrze wiemy, że to tylko chwilowe. Za jedną, dwie dekady, kiedy okaże się, że Chiny nie chcą już produkować tanio, a praca najemników z Azji podrożeje, historia zatoczy koło i znów staniemy w tym samym miejscu, w którym ludzkość stanęła przed pierwszym, wielkim, masowym strajkiem, który dał związkom władzę na rynkiem i polityką, a także stworzył fałszywą, odległą od naturalnej, wewnętrznej – zauważcie, że nie piszę tajnej – hierarchii wśród pracowników najemnych. Hierarchii opartej na jakości i umiejętności. Przy wielkich budowlanych inwestycjach średniowiecza, nikt pochopnie nie zdradzał swoich zawodowych tajemnic. Ktoś powie, że później też ich nie zdradzał, bo tajemnice produkcji były zawsze. No tak, ale propaganda socjalistyczna pełna była postaci dobrotliwych majstrów, którzy sobie tylko znanym sposobem, potrafili wykonać coś, czego zagraniczny koncern nie mógł sobie nawet wyobrazić. Jakiś detal, albo śrubkę, albo coś innego…I każdy widział, że robotnik to łepski gość i sroce spod ogona nie wypadł.

I teraz zastosujmy opisaną tu schemat budowania fałszywych hierarchii do opisania innych obszarów ludzkiej działalności, w zakresach opiewających na sprawiedliwość społeczną, dobrostan i temu podobne dyrdymały. Czy wiecie jak można zdefiniować wybory samorządowe? To jest powtarzana co cztery lata, walka pracowników resortów siłowych o budżety samorządowe. Taką definicję proponuję tu dzisiaj, a opisem konsekwencji przyjęcia takiego oglądu spraw zajmiecie się już Wy, mili czytelnicy, w komentarzach. Jeśli jest tak jak opisałem, cała hierarchia samorządowa jest fałszywa i nie ma najmniejszego sensu się nią przejmować. Są na mapie kluczowe punkty, kluczowe budżety i o nie toczy się walka, między ludźmi zasłużonymi. Dla kogo? Tego już nie wiemy. Wiozłem rano dziecko do szkoły i włączyłem jak zwykle radio. Mówili coś o ministrze koordynatorze służb specjalnych. Od razu przypomniałem sobie tego gościa w powyciąganym swetrze co to go Buzek mianował tym koordynatorem. Warum – pomyślałem – taki gamoń nim został? Bo ktoś musiał. Buzek tą nominacją wyraził treść następującą – oddajemy wam towarzysze ten sektor, róbcie sobie co chcecie, ale sami rozumiecie, że nominowany na stanowisko być musi. Proszę bardzo oto on, macie dowód, a jest nim jego gamoniowatość oraz brak przygotowania do wszystkiego, że ja premier rządu polskiego jestem wobec was lojalny i nie zamykam wam drogi penetracji różnych miejsc i budżetów na zarządzanym przeze mnie obszarze. To jest tylko sugestia z mojej strony i wcale tak nie musiało być. Mogło być przecież inaczej – pan w sweterku, który rozgromił Grom, był w rzeczywistości przebranym na niedojdę kosmitą z planety krwiożerczych gadów, który – wespół z premierem Buzkiem – postanowił zrobić wreszcie porządek w Polsce. Dlaczego nie zrobił? Spytajcie może Mariana Krzaklewskiego.

Przed nami wybory samorządowe, które będą tym właśnie, co opisałem wyżej – kolejną odsłoną wielkiej budowy ukrytych hierarchii, w których nie wiadomo kto jest kim i kto przed kim ma przyklękać na jedno kolano. Ludzie przywiezieni w teczkach nie wiadomo skąd, będą ubiegać się o urzędy i miejsca w radach na terenach, których nigdy wcześniej nie odwiedzili, nie mieli nawet takiego zamiaru. My zaś, jak zwykle czekać będziemy, żeby nam ktoś wręczył kwit na węgiel, albo parę trzewików ze stalowym noskiem.

Kiedy wracałem ze szkoły, już bez dziecka, zacząłem słuchać wywiadu, jakiego Mazurkowi udzielił nowy rzecznik prezydenta, tej jakiś Błażej. To jest naprawdę niezwykłe, kiedy człowiek słyszy, jak rzecznik głowy państwa podlizuje się nędznemu dziennikarzynie, który wypytuje go o pieniądze. O to ile zarabiał w wodociągach w Tomaszowie Mazowieckim i dlaczego zgodził się na mniejsze zarobki u prezydenta. Tak jakby nie wiedział, że gentelmani o pieniądzach nie rozmawiają. No, ale celem Mazurka było coś innego, mianowicie rozsierdzenie i rozgrzanie blogerskiej tłuszczy, żeby sama z siebie rzuciła się na tego biednego Błażeja. To się nie udało, przynajmniej tutaj. A skoro już jesteśmy przy pieniądzach, może ktoś by kiedyś ujawnił ile zarabia Mazurek i jaką on hierarchię reprezentuje, że nie można go za jasną cholerę usunąć, choć nie jest ani śmieszny, ani bystry. Może Wy zgadniecie?

Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl

 

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  11 września 2018.

 

  • Ilustracja tytułowa: Jan Himilsbach. Fot. za: wikipedia.org  / Wybór zdjęcia wg.pco

 

  , 2018.09.15.

Autor: Gabriel Maciejewski