POLISH FIGHTING TEAM W KAMPANI AFRYKAŃSKIEJ


Zgodnie z  polsko-brytyjską umową wojskową z  5 sierpnia 1940 w ramach tworzonych Polskich Sił Powietrznych, oprócz organizowanych dywizjonów myśliwskich i bombowych, miała również powstać jedna jednostka lotnicza współpracy z  wojskiem lądowym. Tymczasem kolejne dwa lata wojny obfitowały przede wszystkim w operacje prowadzone zarówno w obszarze powietrznym Wielkiej Brytanii jak też nad akwenem Kanału La Manche i wybrzeżem francuskim. Wyraźną zmianę przyniósł dopiero 1942.

Wiązało się to z przeniesieniem działań aliantów na kontynent afrykański, gdzie przeciwko wojskom Włoskim i niemieckiej ekspedycji w Tunezji skierowano głównie siły brytyjskie. Co prawda wojna pustynna trwała już wcześniej, ale zdecydowany zwrot na korzyść Sprzymierzonych miał nastąpić właśnie w maju tegoż roku.

 

UTRZYMAĆ TEMPERAMENT

Rozszerzenie walk w  trudnych warunkach wojny manewrowej w Afryce Północnej wymagało specjalnego przeszkolenia załóg lotniczych. Nie zabrakło w  nich również Polaków. Zanim jednak doszło do zaangażowania polskich pilotów na tym teatrze działań wojennych, należało wcześniej dokonać gruntownej analizy ich przydatności w odmiennych od europejskich realiach klimatycznych i bytowych.

Nie była to sprawa łatwa, tym bardziej, iż dotychczas brytyjskie dowództwo lotnictwa całą uwagę skupiało na działania swoich wojsk lotniczych bez współpracy z  armią lądową. To właśnie dopiero walki powietrzne nad pustynią w 1942 dostarczyły pierwszych doświadczeń w zakresie współdziałania tych dwóch rodzajów sił zbrojnych.

Mjr pil. Stanisław Skalski z por. pil. Władysławem Dreckim (z prawej) wśród żołnierzy alianckich.

Podobnie zareagowało dowództwo Polskich Sił Powietrznych. W celu zdobycia doświadczenia w zakresie taktycznej współpracy z wojskami lądowymi postanowiono utworzyć ochotniczą grupę pilotów myśliwskich, którzy mieli wesprzeć walczącą w Tunezji brytyjską 8. Armię. Taka praktyka miała zdaniem polskich sztabowców duże znaczenie dla planowanej w przyszłości inwazji na kontynent europejski. Z  inicjatywą w  tym zakresie wystąpił oficer łącznikowy przy dowództwie brytyjskiego lotnictwa myśliwskiego płk pil. Stefan Pawlikowski. Wystosował on do Inspektora Polskich Sił Powietrznych, czyli naczelnego dowódcy polskiego lotnictwa w  Wielkiej Brytanii gen. bryg. obs. Stanisława Ujejskiego pismo, w  którym zaproponował utworzyć polską ekipę myśliwską złożoną z  grona doświadczonych pilotów. Dodatkowym argumentem przemawiającym za powołaniem takiego zespołu polskich lotników miała być zaszyfrowana depesza z brytyjskiego Ministerstwa Lotnictwa do dowództwa RAF na Bliskim Wschodzie następującej treści: Polskie dywizjony myśliwskie są najlepsze w  FighterCommand, ale stosunkowo mała aktywność na tutejszym froncie w zimie oddziałuje ujemnie na ich temperament, wymagający stałej walki.

Moglibyśmy wybrać i wytrenować zespoły składające się z  12 do 15 prawdziwych asów i wysłać do was kolejno, na jakieś dwa miesiące każdy, jeżeli zechcecie ich przyjąć. Musieliby mieć możliwość latania razem i musieliby latać Spitfire’ami… Problem jednak w  tym, że wykorzystywane w  tym czasie brytyjskie samoloty myśliwskie Spitfire Mk V ulegały pod względem osiągów niemieckim Focke-Wulfom Fw 190 i Messerschmittom Bf 109G2. Zdecydowanie lepszym był produkowany już wówczas nowszy Spitfire Mk IX, ale produkcja tej wersji ledwo zaspokajała potrzeby na Wyspach Brytyjskich.

 

POLSKI ZESPÓŁ WALCZĄCY

Po wielu deliberacjach w  różnych dowództwach i sztabach lotniczych ostatecznie powzięto korzystną dla Polaków decyzję zorganizowania spośród 68 zgłaszających się ochotników na ten pustynny zew, 15 doborowych pilotów. Wybranej ekipie nadano nazwę Polski Zespół Walczący (Polish Fighting Team – PFT). W tej też formie figurował on we wszystkich dokumentach sztabowych. Oficerem łącznikowym przy brytyjskim Dowództwie Lotnictwa Myśliwskiego a powołanym zespołem został p/o  ppłk pilot Tadeusz Rolski, były dowódca 1. Polskiego Skrzydła Lotniczego, zaś faktycznym dowódcą operacyjnym PFT mianowano wybitnego już w tej wojnie asa lotniczego kapitana Stanisława Skalskiego, któremu przyznano w  związku z  nową funkcją aktywność angielskiego stopnia majora – S/Ldr.

Lotnicy polscy wyglądający z namiotu. Od lewej w górnym rzędzie: kpt. Wacław Król, por. Bohdan Arct, chor. Władysław Majchrzyk. W dolnym: chor. Mieczysław Popek, por. Ludwik Martel, por. Władysław Drecki

W skład tej doborowej grupy oprócz Skalskiego weszli następujący piloci: kpt. Eugeniusz Horbaczewski, kpt. Wacław Król, kpt. Karol Pniak, por. Ludwik Martel, por. Bohdan Arct, por. Władysław Drecki, por. Kazimierz Sporny, por. Mieczysław Wyszkowski, ppor. Jan Kowalski, chor. Bronisław Malinowski, chor. Władysław Majchrzyk, chor. Mieczysław Popek, st. sierż. Kazimierz Sztramko, st. sierż. Marcin Machowiak.

Odznaka pamiątkowa PFT zaprojektowana przez por. pil. Bohdana Arcta

Chociaż formalnie PFT został przydzielony jako eskadra C do 145 Dywizjonu wchodzącego w skład 244 Skrzydła Myśliwskiego (działającego na korzyść 8. Armii brytyjskiej dowodzonej przez gen. Bernarda Montgomery’ego), to jednak stanowił on pododdział całkowicie samodzielny pod względem operacyjnym. Polegało to na tym, iż miał otrzymywać i  wykonywać zadania bezpośrednio z  dowództwa 244 Skrzydła, podlegając dywizjonowi jedynie w zakresie technicznym i zaopatrzenia. Co ważne, w składzie tegoż dywizjonu dowodzonego przez Amerykanina S/Ldr (majora) Lance’a Wade’a znalazła się prawdziwa mozaika pilotów pochodzących z różnych krajów: Wielkiej Brytanii, Irlandii, Australii, Kanady, Nowej Zelandii, Rodezji, Argentyny a  nawet jeden z… Trynidadu! W tej sytuacji zwarty zespół Polaków skupionych w jednej eskadrze stanowił jednolite grono wśród obcokrajowców.

 

DO TUNEZJI

13 lutego 1943 cała polska grupa zebrała się na odludnej stacji RAF-u West Kirby aby poczynić ostatnie już przygotowania do podróży w kierunku Afryki. Po pobraniu w magazynach odpowiedniego ekwipunku tropikalnego, a  także załatwieniu niezbędnych formalności, wszyscy piloci zostali zaszczepieni przeciw żółtej febrze i zaokrętowani na brytyjskim statku Letitia wyruszającym w składzie konwoju do Oranu. Przez kilka następnych dni podróż wiodła – różnymi środkami transportu – do Algieru, Maison Blanche i Kairu, by wreszcie zakończyć się na lotnisku Bou Grara w Tunezji. Warunki egzystencji na tym lotnisku nie napawały optymizmem. Jako miejsce odpoczynku służyły namioty – jeden na czterech pilotów. Wytyczony nad brzegiem morza pas startowy był co prawda wyrównany ale przemieszczające się samochody czy teżstartujące Spitfire’y wznosiły tumany kurzu. Cała okolica pozbawiona była roślinności w wyniku nadmiernego zasolenia morskiego. Również uproszczone menu, składające się głównie z  twardych sucharów i  konserw wołowych oraz słonawej herbaty z  dodatkiem sproszkowanego mleka nie zaspokajało dosyć wyrafinowanych gustów lotników przybyłych z Europy. Jednakże nawet w tych spartańskich warunkach nie brakło humoru i zapału do walki.

Piloci Cyrku Skalskiego przed samolotem Supermarine Spitfire Mk IX ZX-5

Pierwsze dni pobytu na Czarnym Lądzie wykorzystano w zaznajamianiu się z miejscowymi przepisami oraz rodzajami czekających zadań w powietrzu. Zainteresowanie Polaków – co było zupełnie zrozumiałe – wzbudzała praca innych eskadr i  dywizjonów, które już wcześniej walczyły na froncie afrykańskim. Uziemienie to spowodowane było też chwilowym brakiem samolotów, które próbowano dopiero dostarczyć.

Dowódca PFT mjr pil. Stanisław Skalski w trakcie omawiania akcji bojowej w powietrzu

W niedługim czasie przybyłych pilotów polskich wyposażono w pierwsze dziesięć samolotów myśliwskich Spitfire Mk V. Oznakowano je podobnie jak w brytyjskim 145 Dywizjonie, jednakże z taką odmianą, że po głównym symbolu ZX umieszczono nie litery lecz cyfry, a więc: ZX-0, ZX-1, ZX-2, itd… Ponadto – co było charakterystyczne tylko dla maszyn eksploatowanych w  Polskich Siłach Powietrznych na Zachodzie – malowano na kadłubie również biało- -czerwone szachownice. W tym przypadku w jego przedniej części poniżej osłony kabiny. Do technicznej obsługi samolotów zatrudniona została specjalna ekipa brytyjskich mechaników przybyłych z Egiptu. 17 marca polska eskadra rozpoczęła normalną służbę bojową. Po wykonaniu pierwszych lotów ćwiczebno-rozpoznawczych, polscy myśliwcy otrzymali zadanie patrolowania linii frontu oraz osłony wypraw bombowych na umocnione pozycje niemieckie Africa Corps, do których zdobycia przysposabiała się 8. Armia. 21 nastąpiło uderzenie wojsk gen. Mongomery’ego na ufortyfikowaną Mareth Line. Wojska niemieckie nie wytrzymały tego naporu i wycofały się na kolejną linię obrony pod Wadi Akarid. W akcji tej piloci PFT otrzymali zadanie eskorty samolotów alianckich Mitchell wykonujących nalot na lotnisko Gabes. Mimo, iż doszło do spotkania z samolotami nieprzyjaciela i wymiany pierwszych strzałów, wyraźnych sukcesów nie zanotowano.

Mjr Stanisław Skalski w kabinie Spitfire’a ZX-6

W kolejnych dniach 23 – 26 marca polska eskadra otrzymała dziewięć samolotów Spitfire Mk IX wyposażonych w silnik Rolls- -Royce Merlin o  mocy 1650 KM, mimo większej masy startowej rozwijały maksymalną prędkość 656 km/h. Oznaczało to, że były znacznie szybsze od swojego poprzednika w wersji Mk V aż o 109 km/h.

Na sukcesy nie trzeba było długo czekać, bowiem już 28 tegoż miesiąca mjr Skalski i kpt. Horbaczewski w ataku na niemieckie bombowce Junkers Ju 88 zestrzelili po jednym samolocie niemieckim. Nie dość na tym. W drodze powrotnej Skalski przelatując na miastem Sfax dostrzegł na jego ulicach pojazdy z  niemieckim wojskiem, więc otworzył do nich ogień z broni pokładowej wzniecając panikę.

W ostatni dzień marca wieczorem rozpętała się burza piaskowa znad Sahary niosąc obłoki pyłu, który dostawał się dosłownie wszędzie: do ubrań, walizek, łóżek. Ale też do nosów, uszu i włosów. W takim wypadku widoczność na lotnisku spadała do kilku zaledwie metrów, a  piasek zgrzytał w konsumowanych posiłkach. Była to – jak wspominali nasi lotnicy – najbardziej uciążliwa dolegliwość na lotnisku. W wyniku tej nawałnicy tylko cztery samoloty nadawały się do działań. Pomimo tych przeciwności czterech pilotów: Skalski, Horbaczewski, Machowiak i  Arct stoczyli już 2 kwietnia na północ od Gabes walkę, w wyniku której zaliczono pierwszym trzem po jednym Messerschmittcie Bf 109, Arctowi – jeden uszkodzony. I chociaż samolot jego został w walce ostrzelany przez nieprzyjaciela, udało mu się szczęśliwie wrócić na macierzyste lotnisko.

Mimo, że dopiero rozpoczynała się afrykańska wiosna, warunki służby bojowej na lotnisku były nie do pozazdroszczenia. Szczególnie uciążliwy dla pilotów był przyjęty w brytyjskim lotnictwie wojskowym 4. stan gotowości zwany stand by (w alarmie). Polegał on na natychmiastowej gotowości pilotów do startu na określony sygnał. W umiarkowanym klimacie północnej Europy taki dyżur nie cieszył się specjalnym uznaniem, lecz pod rozgrzanym niebem Afryki był wręcz nie do wytrzymania. W kabinie samolotu panował niesamowity upał. Pot spływał po skroniach i  całym ciele, zaś hauba (rodzaj skórzanej pilotki ze słuchawkami radiowymi) przylepiała się do włosów. Do tego dochodził rozgrzany metal kadłuba samolotu, który parzył przy każdym dotknięciu. Nic więc dziwnego, że każdy pilot chciał jak najszybciej znaleźć się w powietrzu.

Dwa dni później wznowiono loty siłami całego 244. Skrzydła Myśliwskiego. Piloci polskiej eskadry w  składzie sześciu samolotów znów stoczyli zwycięską walkę z grupą Messerschmittów 109, która osłaniała bombowce Ju 88 w okolicach miasta Gabes. Po jednym zestrzeleniu niemieckiego myśliwca zaliczono mjr. Stanisławowi Skalskiemu i kpt. Wacławowi Królowi, natomiast uszkodzenie przyznano por. Ludwikowi Martelowi.

Oczywiście cały skład osobowy eskadry, z uwagi na konieczność zachowania kondycji, odpoczynku, obsługi samolotów itp., zadania bojowe wykonywał nie zbiorowo, lecz mniejszymi grupami, głównie w formie patroli.

Pogawędka przy samolocie. Stoją od lewej: ppor. Jan Kowalski, por. Mieczysław Wyszkowski, por. Kazimierz Sporny, por. Władysław Drecki, mjr Stanisław Skalski. Na skrzydle chor. Władysław Majchrzyk. W kabinie gestykuluje por. Ludwik Martel.

Z wolna przyzwyczailiśmy się do nowych warunków życia i  pracy – pisał w  swoich wspomnieniach uczestnik tamtych wydarzeń Bohdan Arct. – Służbę podzielił Stach Skalski w ten sposób, że sześciu z nas było zajętych na lotnisku przez 24 godziny od południa (z nocną przerwą), po czym do służby przystępowała następna zmiana. Reszta pilotów była wolna, a czas przeważnie spędzaliśmy na plaży, często kąpiąc się w  ciepłym morzu. Latania było z  każdym dniem coraz więcej, zespół nasz wykonywał przeciętnie cztery loty dziennie

6 kwietnia 1943 o świcie brytyjska 8. Armia ruszyła do ataku na umocnione pozycje niemieckie Wadi Akarid. Wraz z nią również 244. Skrzydło Myśliwskie wykonało cały szereg lotów bojowych. Co ciekawe, mimo sprzyjającej pogody lotnictwo nieprzyjacielskie początkowo nie uaktywniło się. Dopiero po południu doszło do walk powietrznych, w których piloci aliantów zgłosili kilka zestrzeleń i uszkodzeń. W zwycięstwach tych nie zabrakło Polaków, bowiem wykonując w tym dniu sześć patroli, w trakcie ostatniego z nich napotkali 10 niemieckich Messerschmittów Bf 109. Pierwszym polskim pilotem, który dostrzegł wrogie maszyny był kpt. Eugeniusz Horbaczewski – nazywany przez kolegów Dziubkiem. Mimo przekazania swojego spostrzeżenia dowódcy wyprawy, ten nie zareagował. Wówczas szykując się do ataku opuścił formację i umiejscowił swój samolot za niemieckimi maszynami otwierając ogień do jednej z  nich. Strzały okazały się celne gdyż nastąpiła eksplozja i choć wrogi pilot opuścił samolot, to jednak jego spadochron się nie otworzył. Niestety w tej samej chwili maszyna Horbaczewskiego została trafiona w silnik przez inny samolot niemiecki. Wybuchł pożar. Pragnąc ratować się na spadochronie Polak zdecydowanie odwrócił samolot na plecy, jednak w trakcie tej przewrotki płomienie zostały zduszone a uratowany w ten sposób pilot dotarł lotem ślizgowym przymusowo do lotniska w Gabes. Miał szczęście, lotnisko to bowiem w tym czasie zostało już opanowane przez aliantów, zaś jego samolot był tak postrzelany, że nie nadawał się nawet do remontu.

Pozostali koledzy dostrzegając zapasy kolegi z wrogim samolotem, również przyłączyli się do walki. Por. Mieczysław Wyszkowski zaatakował tą samą maszynę, której pilot próbował zestrzelić Horbaczewskiego. Po oddaniu dwóch serii, wroga maszyna zadymiła, po czym zaczęły odpadać od jej kadłuba jakieś odłamki. Jednak dostrzegając kolejny samolot niemiecki szykujący się do ataku na niego, Wyszkowski raptownie przyspieszył uciekając w górę.

Inny polski pilot chor. Władysław Majchrzyk widząc zbliżające się frontalnie trzy Messerschmitty zaatakował od przodu jednego z nich. Po zainkasowaniu celnej serii, wroga maszyna zadymiła.

Ale wobec ukazania się dwóch kolejnych samolotów niemieckich, które niebezpiecznie nadciągały by zaatakować go z przewyższenia, Majchrzyk przerwał walkę. Po wylądowaniu Wyszkowski zgłosił jednego Bf 109 zestrzelonego prawdopodobnie; Majchrzyk – jednego uszkodzonego.

Rozpoczęta ofensywa wojsk alianckich nabierała tempa. Wraz z jednostkami wojsk lądowych, które przełamywały niemiecko-włoskie pozycje, do ataku za ustępującymi oddziałami nieprzyjaciela ruszyło również lotnictwo. Jego zadaniem – podobnie jak poprzednio – było ubezpieczanie nacierających wojsk przed ewentualnym uderzeniem wrogich samolotów.

W drodze do samolotów: od lewej: por. Mieczysław Wyszkowski, por. Władysław Drecki, kpt. Wacław Król, por. Bohdan Arct. W głębi Spitfire EN-267 ZX-5

Rankiem 7 kwietnia dyżurne cztery Spitfire’y polskiej ekipy wystartowały na sygnał o toczącej się walce sojuszniczego 601 Dywizjonu z  niemieckimi Messerschmittami. Pierwszy uderzył dwoma seriami S/Ldr Stanisław Skalski, jednak niemiecki pilot zorientowawszy się o ataku, próbować uciec z pola walki. Na szczęście – dostrzegł ten manewr chor. Bronisław Malinowski i celnym ogniem zestrzelił wrogi samolot. Drugim szczęśliwcem w tym dniu okazał się por. Kazimierz Sporny – często używający powiedzenia panie Antoś. Przypuszczając atak otworzył ogień z dystansu 200 jardów, w wyniku czego niemiecki myśliwiec z całym impetem uderzył w ziemię.

Nazajutrz bliskim zwycięstwa był chor. Mieczysław Popek. Lecąc w zespole sześciu Spitfire’ów dostrzegł dwa niemieckie myśliwce Bf 109. Po przekazaniu tej wiadomości prowadzącemu patrol i osiągnięciu wyższego pułapu, rozpoczął jako pierwszy atak na jeden z wrogich samolotów. Seria pocisków okazała się celna gdyż z części ogonowej zaczęły odpadać jakieś kawałki. W tym momencie dostrzegł nadlatujące od tyłu samoloty. Nie zorientował się jednak, że są to jego koledzy więc przestraszony przerwał atak. Korzystając z pomyłki wrogie Messerschmitty znurkowały i w pośpiechu uciekły na północ. Po powrocie na macierzyste lotnisko zaliczono mu uszkodzenie jednego samolotu.

Pasmo sukcesów pilotów spod znaku PFT obiło się szerokim echem wśród lotniczej braci alianckiej. Podkreślano zarówno ich odwagę jak i skuteczność. To właśnie już wówczas zaczęto wobec nich używać nazwę Skalski’s Circus (Cyrk Skalskiego).

Efektywność naporu 8. Armii zmusiła nieprzyjaciela do opuszczania zajętego terenu. W ślad za wycofującymi się wojskami państw Osi zdobywano kolejne pozycje. Sytuacja ta wymusiła konieczność przeniesienia również punktów dowodzenia i zaopatrzenia. Wymogi te dotyczyły także lotnictwa i 11 kwietnia całe 244. Skrzydło Myśliwskie przeniosło się bliżej frontu. Macierzysty dla Polaków 145 Squadron zajął początkowo opuszczone przez Luftwaffe lądowisko La Fauconnerie, zaś cztery dni później przeniósł się do Goubrine.

Po zainstalowaniu się na nowym lotnisku, polscy lotnicy otrzymali zadanie osłaniania samolotów P-40E Kittyhawk należących do 239. Skrzydła. Piloci tej formacji poszukiwali bowiem z kolei niemieckich transportowców Junkers 52 zaopatrujących drogą powietrzną wojska nieprzyjacielskie. W takiej właśnie sytuacji znalazł się 18 kwietnia por. Mieczysław Wyszkowski, który porzuciwszy własne ugrupowanie próbował dogonić dwa niemieckie myśliwce Bf 109. Jednak w trakcie tej pogoni został postrzelony ogniem artylerii przeciwlotniczej a następnie zaatakowany przez dwa Messerschmitty. Przymusowo lądując w strefie nieprzyjacielskiej ranny pilot dostał się do niewoli. Co ciekawe ten osobowy uszczerbek okazał się jedynym podczas całego pobytu PFT w Afryce.

Jeszcze tego samego dnia w godzinach popołudniowych lotnicy polscy natknęli się na włoskie myśliwce Macchi MC 202. Formacja ta na widok Spitfire’ów natychmiast zawróciła, ale nie uszło to uwadze por. Bohdana Arcta, który celnym ogniem zdołał trafić jedną włoską maszynę. Wyczyn ten zakwalifikowano mu jako zestrzelenie prawdopodobne.

Dwa dni później polska eskadra w składzie sześciu samolotów, dowodzona przez kpt. Wacława Króla wzięła udział w  osłonie Kanadyjczyków lecących Kittyhawkami przeciwko nieprzyjacielskiej formacji Ju 52. Polacy usytuowani w  górnej części wyprawy, naprowadzeni radiowo w  okolicach wyspy Pantelleria na wrogie zgrupowanie samolotów Bf 109 i MC 202, przypuścili błyskawiczny atak. Stał on się prawdziwym pogromem, gdyż w ciągu krótkiego czasu piloci PFT zestrzelili sześć wrogich maszyn na pewno, jedną prawdopodobnie i  jedną uszkodzili. Zwycięzcami zostali: Król, Majchrzyk i Popek (po jednym MC 202 na pewno). Arct, Martel i Drecki (po jednym Bf 109 na pewno). Ponadto Martelowi zaliczono jeszcze jednego Macchi jako zestrzelonego prawdopodobnie, zaś Dreckiemu jednego Messerschmitta uszkodzonego. Warto też chyba wspomnieć, że w trakcie tej walki został poważnie uszkodzony samolot porucznika Dreckiego, ale mimo to udało mu się szczęśliwie powrócić na własne lotnisko w Goubrine.

Ppłk pil. Tadeusz Rolski (w czapce) oraz st. sierż. pil. Marcin Machowiak przy wraku zestrzelonego samolotu włoskiego Macchi MC 202

21 kwietnia, również w trakcie osłony samolotów alianckich w rejonie Zatoki Tuniskiej polscy piloci napotkali pięć Messerschmittów Bf 109. Mimo niskich chmur kłębiastych doszło do walki, w wyniku której kpt. Wacław Król odniósł jedno zwycięstwo pewne, natomiast por. Bohdanowi Arctowi zaliczono uszkodzenie.

Nazajutrz Polski Zespół Walczący w składzie sześciu Spitfire’ów wystartował ponownie jako górna osłona samolotów – tym razem 7. Grupy Myśliwskiej USAAF. Co ważne, już wcześniej brytyjski wywiad wojskowy informował o  dostawach niemieckich przez potężne, sześciosilnikowe samoloty transportowe Me 323 Gigant, zdolne do przewożenia wielotonowych ładunków. Podczas, gdy alianckie Kittyhawki swoją uwagę skierowały na Giganty, Polakom przypadło zadanie zwalczenia myśliwców wroga. Rozgorzała zacięta walka, w wyniku której kpt. Horbaczewski i por. Sporny zestrzelili po dwa Messerschmitty Bf 109, zaś st. sierż. Sztramko jednego Bf 109 i jednego MC 202.

Kronikarz PFT por. pil. Bohdan Arct przy pracy.

I  znów polski zespół okazał się niezwykle skuteczny wzbudzając wśród lotników alianckich prawdziwy podziw. Uznanie to spotęgowane było dodatkowo faktem braku dalszych strat wśród polskiej ekipy myśliwskiej.

Pod koniec kwietnia 1943 do polskich pilotów przybył delegat Inspektora Polskich Sił Powietrznych przy Dowództwie RAF na Środkowym Wschodzie płk pil. Mateusz Iżycki. Zachęcony przez pilotów PFT wykonał pod ich opieką kilka lotów Spitfirem.

Tymczasem nieprzyjacielskie lotnictwo powoli wytracało już swoją aktywność. Jeszcze 28 tegoż miesiąca chor. Mieczysław Popek odniósł pewne zwycięstwo zestrzeliwując jednego MC 202, zaś dwa dni później st. sierż. Marcin Machowiak uszkodził Focke- -Wulfa190.

6 maja rozpoczęło się decydujące natarcie wojsk alianckich, którego celem miało być ostateczne wyparcie wroga z kontynentu afrykańskiego. W  dniu tym też doszło do ostatniej walki polskich pilotów z myśliwcami Luftwaffe. St. sierż. Kazimierz Sztramko zestrzelił na pewno jednego Messerschmitta Bf 109, zaś mjr Stanisław Skalski zgłosił jednego uszkodzonego.

Spitfire’y Cyrku Skalskiego gotowe do startu. Na pierwszym planie samolot Stanisława Skalskiego.

Tak się kończyła pustynna kampania afrykańska polskich pilotów, którzy okazali się niezwykle skutecznym zespołem myśliwskim. Uzyskał on bowiem nadzwyczajny wynik 25 samolotów zniszczonych na pewno; trzech prawdopodobnie oraz dziewięciu uszkodzonych. Co ważne tak znakomity rezultat osiągnął zespół liczący zaledwie piętnastu pilotów w ciągu niecałych dwóch miesięcy (przy stracie tylko jednego pilota w niewoli).

Po zakończeniu działań trzech oficerów byłego PFT pozostało w  Afryce gdzie otrzymali angaż w dywizjonach brytyjskich (Skalski, Horbaczewski, Drecki). Pozostali powrócili drogą morską do Wielkiej Brytanii by dzielić się swoim doświadczeniem przed inwazją na kontynent europejski. W  tym miejscu należy też wspomnieć o  pewnych faktach, które miały miejsce w  trakcie działalności bojowej Polskiego Zespołu Walczącego w  Afryce Północnej. Pragnąc zachować w pamięci ciągłość przeżywanych zdarzeń por. pil. Bohdan Arct postanowił prowadzić album-kronikę całego zespołu. On też zaprojektował odznakę pamiątkową PFT dla uczestników tej misji … jako symbol walk polskich pilotów o wyswobodzenie Afryki w 1943.

Osobista pamiątka autora. Serdeczne spotkanie z generałem pil. Stanisławem Skalskim w Centralnej Bibliotece Wojskowej w Warszawie, 8 maj 1997

Tekst ukazał się w periodyku „Skrzydlata Polska”

 

Andrzej Przedpełski
Zdjęcia: via Andrzej Przedpełski

Opublikowano za zgodą Autora

  • Ilustracja tytułowa: Naprawa samolotu Spitfire Mk IX należącego do Polskiego Zespołu Walczącego w Afryce (1943). Zdjęcie: via Andrzej Przedpełski.

 

Przeczytaj również:

 

, 2018.09.17.

Autor: Andrzej Przedpełski