Morderstwo księdza Jerzego. Ofiara i kaci (Część III.)


Przeczytaj          Część I,        Część II.

W rocznicę zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki. Ofiara i kaci (Część III.)

 

„Jestem gotowy na wszystko”

 

Pytanie: Jaką rolę ma obecnie do spełnienia Kościół?

– Sytuacja Kościoła zawsze będzie taka sama, jaka będzie sytuacja ludzi. Przecież Kościół to nie tylko hierarchia kościelna, ale cały lud Boży, te milionowe rzesze ludzi, którzy tworzą Kościół w bardzo szerokim pojęciu, i kiedy ludzie cierpią, kiedy ludzie są prześladowani, to i Kościół również odczuwa to na co dzień.

Misja Kościoła to bycie z ludźmi na co dzień, uczestniczenie w ich radościach, w ich bólach, cierpieniach. Oczywiście, że kiedy ksiądz Prymas czy biskupi mają na uwadze troskę o wszystkich ludzi i dlatego konieczna jest czasami na wysokim szczeblu pewna dyplomacja, by uchronić ludzi od cierpień i poniewierki tam, gdzie można to zrobić. Może to czasami budzić niezrozumienie i sprzeciw ze strony ludzi, którzy chcieliby, aby Kościół bardzo zdecydowanie stanął przeciwko władzy. Jednak nie jest to zadanie Kościoła. Kościół upominał się wielokrotnie i upomina się o poszanowanie godności ludzkiej, która nie jest przecież szanowana, o uwolnienie uwięzionych. Poprzez Kościół i istniejący przy nim Komitet Pomocy Więzionym pomoc trafiała do tych najbardziej prześladowanych. To wszystko daje chyba jak najlepsze świadectwo Kościołowi, że swoje zadanie, swoje posłannictwo w czasie stanu wojennego spełnił.

Pytanie: Czy zawieszenie stanu wojennego coś zmieniło w sytuacji społeczeństwa?

– Na ten temat właściwie jednoznacznie wypowiedziałem się kilkakrotnie z ambony, kiedy chociażby w końcu lipca, opierając się na oficjalnych wypowiedziach Kościoła, stwierdziłem, ze przy zniesieniu stanu wojennego, o co tyle razy upominali się biskupi, nie wykorzystano jeszcze jednej możliwości do pojednania z narodem, ponieważ amnestie potraktowano jako jednostronnie korzystny wybieg. A tymczasem naród miał przecież prawo oczekiwać, że amnestia puści w niepamięć wszystkie wykroczenia stanu wojennego i krzywdy, zwłaszcza moralne, zostaną naprawione. Przecież do tej pory nasi bracia, demokratycznie wybrani, za którymi stoją miliony rodaków, pozostają w więzieniach. Zresztą ci, którzy z amnestii korzystają, muszą czasami się czuć jak zakładnicy, ponieważ jest to amnestia warunkowa. Musza podpisywać deklaracje niezgodne z ich sumieniem. A przecież i Ojciec Święty wypowiadał się na temat wolności sumienia – sumienie jest taką świętością, że nawet sam Bóg sumienia ludzkiego nie ogranicza. I dlatego ograniczanie sumienia przez takie czy inne wymuszone deklaracje jest wykroczeniem przeciwko prawu Bożemu.

Zniesienie stanu wojennego, które jest obwarowane tyloma nowymi przepisami, musi powodować u przeciętnego Polaka wrażenie, że kajdany, częściowo zdjęte z rąk, zacieśniają się coraz mocniej na duszach i sumieniach. Wiele nowych przepisów powstało, które jeszcze bardziej w wielu przypadkach ograniczają wolność człowieka. I dlatego pozostaje jakiś żal, że była jeszcze jedna szansa na wspólne podanie sobie rąk i próbę wyjścia z trudnej sytuacji i tej szansy niestety nie wykorzystano. Jak można wyobrazić sobie przyszłość? Powiedziałem to na początku. Przyszłość Kościoła będzie taka, jaka będzie przyszłość społeczeństwa, ludzi. Zadaniem Kościoła jest być z tymi ludźmi w doli i niedoli, i myślę, że tego zadania i posłannictwa Kościół nigdy się nie wyprze. Natomiast ważne jest dla przyszłości to, o co apelował wielokrotnie ksiądz Prymas – by ludzie podnosili swą świadomość narodową, religijną, społeczną. Potrzebne są kursy szkoleniowe dla ludzi, wykłady z etyki zawodowej, coś na wzór uniwersytetów robotniczych z czasów międzywojennych. To jest podstawowa sprawa i Kościół powinien w tym uczestniczyć. Krótko mówiąc, chodzi o to, że kiedy nastąpi jakiś podobny zryw ludzi, zryw wolnościowy, nie tracono czasu na sprawy nieistotne, by ludzie zdawali sobie sprawę z tego, co w aktualnej sytuacji jest istotne, od czego można odstąpić, a z czego na razie można zrezygnować.

Pytanie: Jaki jest nastrój społeczeństwa?

– Bardzo trudno określić nastrój. Na pewno nie jest wrogi, nie jest przeciwko wszystkiemu, przeciwko jakiejś opozycji, która jest wśród części ludzi. Zawsze tak było, że byli liderzy, byli ci, którzy się poświęcali dla sprawy i którzy drogo płacili za to. Poświęcenie się, a w odpowiednim momencie te miliony, które zdawałoby się, nie są po niczyjej stronie, popierały to, co słuszne.

Pytanie: Co ksiądz robi?

– Dnia 29, właściwie 30 sierpnia 1980 roku, w niedzielę, śp. Prymas Kardynał Wyszyński przysłał swojego kapelana, który prosił mnie, bym pojechał do Huty Warszawa, gdzie trwał strajk wspierający strajkujących stoczniowców. Była niedziela, odprawiłem w hucie Mszę Świętą, przeżywałem te niepokoje razem z hutnikami. Widziałem, spowiadałem ludzi, którzy zmęczeni do granic wytrzymałości klęczeli na bruku i tam chyba ci ludzie zrozumieli, że są silni, są mocni właśnie w jedności z Bogiem, z Kościołem. I wtedy zrodziła się potrzeba pozostania z nimi.

Wszędzie, gdzie zaczynam coś robić, staram się albo nie robić tego wcale, albo robić to bardzo poważnie i serce wkładać w to, co robię. Pozostałem z tymi ludźmi. Byłem z nimi w czasie triumfu i za to są mi bardzo wdzięczni. Pozostałem z nimi i w grudniową czarną noc. Kiedy były rozprawy sądowe, chodziłem z ich rodzinami na rozprawy do sądu, siedziałem razem w pierwszych ławkach i oni wiedzieli, że ich rodziny są objęte opieką. Pisali mi w listach, że wiedzą, że się za nich modlę i to ich podtrzymywało na duchu. Od tamtej pory wiele ludzi przewinęło się przez ten dom, przez ten Kościół. Takim punktem istotnym stała się comiesięczna Msza Święta w intencji Ojczyzny i tych, którzy dla Ojczyzny cierpią.

Pytanie: Dlaczego stała się taka popularna?

– Chyba dlatego, że wyrasta ona ze stykania się z problemami, z wczuwaniem się w problemy ludzi na co dzień. Mówię to, co ludzie myślą i co mi wypowiadają często bardzo osobiście, a nie mają odwagi, nie mają możliwości wypowiedzenia głośno. Mówię to, kiedy uznaję, że jest to prawda, że to powinno być znane ludziom, że w tej intencji trzeba się modlić. Z kolei to mówienie prawdy w kościele powoduje, że ludzie nabierają do mnie zaufania, bo wypowiadam to, co oni czują i myślą. To wraca również poprzez sprawy duszpasterskie. Dla mnie jako księdza ważne jest, by nie dać się wciągnąć w politykę. Bo nie takie jest moje posłannictwo. A o tym, że nie jestem zaangażowany politycznie, świadczą fakty, konkretne fakty, wiele takich faktów nawróceń. Ludzie po wielu latach, często po latach 40-tu, 50-ciu, nabierają odwagi, żeby przyjść do mnie i prosić o pojednanie z Bogiem, o spowiedź, komunię świętą. Jest to przeżycie i dla mnie jako księdza wielkie i dla tych ludzi również. Nie odważyli się do nikogo pójść. Oczywiście, że nie jest to jedyna forma. Bardzo często proces nawracania się, powrotu do Boga, do Kościoła, czy odnalezienie w ogóle Boga zaczyna się od właściwej postawy patriotycznej i Bóg może wybrać różne drogi do nawrócenia. Przychodzi młody student, który mówi, że po raz pierwszy na Mszy Świętej czuł się jak w teatrze, po raz drugi czuł jakąś wspólnotę z ludźmi, którzy tak samo czują jak on. Po trzecim spotkaniu w kościele z tym tłumem ludzi przybiegł do mnie na drugi dzień rano, rzucił mi się na szyję i mówi: „Proszę księdza, ja całą noc modliłem się, głowę oparłem na rękach i ja się całą noc modliłem, coś się ze mną stało”. I po dwóch miesiącach przychodzi i mówi, że był na Jasnej Górze u komunii, u spowiedzi – jakby się na nowo odrodził. To są fakty, które można by mnożyć.

Otrzymuję całą masę listów, w których ludzie piszą, że to comiesięczne spotkanie na Mszy Świętej za Ojczyznę pomaga im uwalniać się od nienawiści, jaka mimo woli w ludziach wzrasta i to jest chyba jakaś nagroda dla księdza, który nie własnego właściwie życia, nie ma własnego czasu, a jednocześnie jest to dowód, że jest to praca duszpasterska. Wiele osób dorosłych ochrzciłem, niedawno ochrzciłem studenta, który po dwóch latach od czasu strajku na Akademii Medycznej powiedział, że wtedy w czasie strajku zazdrościł nam, że my jesteśmy wierzący, że my się gromadzimy na Mszy Świętej i mamy czego się uchwycić, jakiejś nadziei, a on czuł pustkę i to zmobilizowało go do myślenia, do szukania. I tak dobrze przygotowanego człowieka do chrztu, do przyjęcia wiary nie spotkałem. Oczywiście, że to co się robi tutaj nie będzie wszystkim odpowiadało. Władze wielokrotnie próbowały wywierać nacisk na Kurię, na biskupa, pisano listy, gdzie stawiano zarzuty, często zmyślone. Pamiętam w maju list, podpisany zresztą przez jednego z generałów milicji, że 13 maja w kościele Św. Krzyża odprawiłem Mszę Swiętą i używałem sformułowań nie licujących z godnością świątyni, tymczasem ja 13 maja siedziałem wieczorem w swoim kościele w konfesjonale, a w kościele Świętego Krzyża nigdy w życiu mszy nie odprawiałem. Ale dlaczego by, gdy biskup nie wie, nie dołożyć jeszcze czegoś na barki księdza, żeby go oskarżyć.

Ostatnio prokuratura rozesłała wiadomości po komórkach partyjnych w swojej prasie wewnętrznej, że wszczęła śledztwo przeciwko mnie za nadużywanie wolności sumienia i wyznania. Jak można nadużywać wolność sumienia? Wolność sumienia można ograniczać, ale nigdy nie można jej nadużyć – to jest niemożliwe! Dlatego bzdurne są oskarżenia, ale oczywiście, zdaje sobie sprawę, że za prawdę trzeba cierpieć. Jeżeli ludzie, którzy mają rodziny, mają dzieci, odpowiedzialność jakąś – byli w więzieniach, cierpią, to dlaczego ja jako ksiądz nie mam również dołożyć swojego cierpienia – liczę się z tym jak najbardziej. Były próby takie bardzo prymitywnego dokuczania, jak na przykład z 13 na 14 grudnia o godz. 2 w nocy, kiedy ze zmęczenia już padałem rzeczywiście, bo robiłem paczuszki dla dzieci do szpitala na gwiazdkę, ponieważ zabrakło pieniędzy w ministerstwie, żeby dzieciom, które chore zostały na święta w szpitalu zrobić jakieś paczki, dać słodycze. Miałem możliwość taką i robiłem paczuszki dla jednego ze szpitali dziecięcych. O 2-giej w nocy dzwonek do drzwi, na szczęście nie wstałem. Za chwilę – wybuch. Do mieszkania wpadła cegła z materiałem wybuchowym, wywaliło dwa okna, była zima. Dwukrotnie malowano samochód białą farbą. Dwukrotnie było upozorowanie włamania, ciągła inwiligacja. W drodze do Gdańska – właściwie nie jechałem tam z zamiarem mówienia kazania, ale oni uważali, że jadę mówić kazanie – zatrzymano mnie i przez 8 godzin trzymano na komendzie pod Warszawą. Kierowcę zatrzymano na 50 godzin. To wszystko są bardzo prymitywne próby dokuczania. Ale są sprawy większe i jestem przekonany, że to co robię, jest słuszne. I dlatego jestem gotowy na wszystko.

 

Porwanie i morderstwo

 

19 października 1984 r. ks. Jerzy Popiełuszko brał udział w spotkaniu modlitewnym w Duszpasterstwie Ludzi Pracy w parafii p.w. Świętych Polskich Braci Męczenników w Bydgoszczy. Celebrował, jak się potem okazało, ostatnią Mszę Świętą w swoim życiu.

Pomimo nalegań gospodarzy postanowił jednak wrócić do Warszawy tego samego wieczoru. Na drodze do Torunia, niedaleko miejscowości Górsk, samochód księdza Popiełuszki został zatrzymany przez umundurowanych milicjantów służby drogowej, w rzeczywistości funkcjonariuszy SB. Kierowcy księdza, Waldemarowi Chrostowskiemu, odebrano kluczyki od samochodu, zakuto go w kajdanki i posadzono w wozie milicyjnym. Natomiast funkcjonariusze, Grzegorz Piotrowski i Waldemar Chmielewski, zmusili księdza Jerzego do wyjścia z samochodu. Ogłuszyli go silnym uderzeniem w głowę, zakneblowali usta i wrzucili do bagażnika. Po jakimś czasie Chrostowskiemu udało się wyskoczyć z samochodu i natychmiast zaczął szukać pomocy.

W czasie dalszej drogi funkcjonariusze kilkakrotnie zatrzymywali się, ponieważ samochód, którym jechali był niesprawny. Kiedy ksiądz Jerzy próbował uwolnić się i zbiec pobito go ponownie pałkami aż do nieprzytomności, związano ręce i nogi, grożono bronią, zakneblowano usta, utrudniając oddychanie. Do nóg przywiązano mu worek z kamieniami. Z aktu oskarżenia wynika, że „Leszek Pękala przystąpił do zakładania księdzu Popiełuszce pętli na szyję. Pętlę założył w ten sposób, że jej końcówki, które biegły wzdłuż grzbietu, przywiązał do podkurczonych nóg ks. Jerzego Popiełuszki. Taki sposób założenia pętli powodował, że przy próbie prostowania nóg zaciskała się ona na szyi”. Ksiądz Jerzy jeszcze żył. Oprawcy zastanawiali się co dalej zrobić. Grzegorz Piotrowski postanowił, że ksiądz zostanie zatopiony przy tamie we Włocławku. To właśnie uczynili, nie sprawdzając nawet, czy do wody wrzucają żywego człowieka czy jego zwłoki. Lekarze nie byli w stanie ustalić, czy ksiądz Popiełuszko przed wrzuceniem do wody jeszcze żył.

20 października w wieczornym wydaniu Dziennika Telewizyjnego podano informacje o porwaniu księdza Jerzego. W kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie zebrali się ludzie by czuwać i modlić się. Tego samego wieczoru odprawiono mszę św. w intencji uratowania księdza. Odtąd modlitewne czuwanie trwało dzień i noc, aż do dramatycznej chwili poznania tragicznej prawdy, a potem pogrzebu.

W MSW powołano grupę operacyjną do spraw poszukiwania uprowadzonego księdza Jerzego Popiełuszki, jak na ironię z Władysławem Ciastoniem i jego podwładnymi: Zenonem Płatkiem, Adamem Pietruszką, Grzegorzem Piotrowskim na czele oraz innymi. Zbigniew Pudysz był wówczas dyrektorem Biura Śledczego, Władysław Ciastoń był szefem SB, Zenon Płatek dyrektorem IV Departamentu, a Adam Pietruszka był jego pierwszym zastępcą, natomiast Grzegorz Piotrowski był kierownikiem jednego z wydziałów tego departamentu. Mordercy otrzymali więc szansę i okazję, by zacierać ślady, np. przez zmianę liter rejestracyjnych samochodu z WAB 6031 na WAE 3061, gdyż WAB 6031 był odnotowany w Bydgoszczy. Ten samochód był w dyspozycji MSW. W tym też czasie usunięto z samochodu numery namierzone pod kościołem w Bydgoszczy. Pietruszka i Piotrowski utrudniali prowadzenie śledztwa, aranżowali anonimowe telefony żądające okupu itp. Piotrowski zapewniał sobie alibi i poprosił sąsiadkę, by potwierdziła, że był u niej wieczorem 19 października.

23 października, w 4 dni po uprowadzeniu, Grzegorz Piotrowski w rozmowie z Kiszczakiem nie przyznawał się w ogóle do winy i z zimną krwią powiedział: „Obywatelu Generale, wszystko, co miałem do powiedzenia, napisałem i powiedziałem. To polega na prawdzie, ja z tą sprawą nie mam nic wspólnego, w rejonie kościoła znalazłem się przypadkowo, byłem w tym rejonie na grzybach”.

Najprawdopodobniej 22 lub 23 października 1984 roku, Służby Specjalne (polskie SB, MSW bądź KGB) zamordowały podczas bestialskich tortur ks. Jerzego Popiełuszkę. Dopiero 30 października podano informację o odnalezieniu w Wiśle zwłok ks. Popiełuszki. Dlaczego tak długo trwały poszukiwania ciała?

W ciągu miesiąca, który upłynął od chwili zamieszczenia artykułu przez Jerzego Urbana (Jan Rem) w „Tu i teraz” do chwili zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki, nie były publikowane żadne informacje dotyczące ekspertyz prawniczych, w których udzielono by odpowiedzi na pytanie dotyczące zakresu elementów zniesławiających księdza Popiełuszkę przez Urbana, zawartych w tym artykule (czyli takie, które w myśl art. 178 par. 1 kodeksu karnego mogą poniżyć w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności), elementów oszczerstwa (art. 178 par. 2 K.K.) lub obrazy (art. 181 K.K.). Wymienione przestępstwa są ścigane z oskarżenia prywatnego i ulegają przedawnieniu z upływem trzech miesięcy od czasu, gdy pokrzywdzony dowiedział się o osobie sprawcy (art. 105 par. 2 K.K.). W chwili śmierci księdza Popiełuszki nie upłynął jeszcze ów zagwarantowany prawem termin do wniesienia oskarżenia prywatnego, ale kto mógł wnieść oskarżenie, jeżeli ksiądz Popiełuszko już nie żył. Jedynie BBC określiło Urbana, jako tego, który szczuł do morderstwa. Na konferencji prasowej 13 listopada Urban skomentował wypowiedź BBC następująco: „chytrze poproszę kierownictwo Interpressu, żeby zastanowiło się, czy przedstawiciel BBC powinien uczestniczyć w konferencjach prasowych z osobą, którą sekcja polska jego radiostacji nazywa podżegaczem do morderstwa”.

30 listopada 1984 r. zginęli w wypadku samochodowym pod Białobrzegami funkcjonariusze MSW, którzy wracali z Krakowa i Tarnowa, gdzie ustalali powiązania Grzegorza Piotrowskiego. Wypadek zdarzył się kilka minut po godzinie 6.00, na trasie E7, w pobliżu kolonii Sucha w gminie Białobrzegi w województwie radomskim. Fiat 125 p, należący do MSW, którym wracali do Warszawy po wykonaniu zadania służbowego, zderzył się z samochodem ciężarowym Jelcz z przyczepą, należącym do PKS Ostróda. Śmierć na miejscu ponieśli: płk Stanisław Trafalski, który był naczelnikiem wydziału w Biurze Śledczym MSW, mjr Wiesław Piętek, starszy inspektor, oraz kierowca Piotr Andrzejczuk. Kierowca Jelcza nie odniósł żadnych obrażeń.

Śmierć funkcjonariuszy MSW odbiła się szerokim echem w Polsce i w prasie zagranicznej. Wzbudziła poruszenie i zaniepokojenie, gdyż zbierali oni materiały dotyczące zbrodni dokonanej na ks. Jerzym Popiełuszce. Jak podano w informacji prasowej, zebrane przez nich materiały zostały zabezpieczone. Wobec 22-letniego kierowcy Jelcza, Edwarda Łozińskiego, prokurator rejonowy w Grójcu zastosował areszt tymczasowy. Zarzucono mu, że kierując samochodem ciężarowym z przyczepą „nie upewnił się podczas manewru omijania stojącego częściowo na jezdni samochodu marki Tatra, czy ma wolną drogę, przez co doprowadził do czołowo-bocznego zderzenia z prawidłowo jadącym z przeciwnego kierunku samochodem osobowym marki Fiat 125 p, należącym do MSW. Na okoliczność nie przesłuchano kierowcy Tatry.

Jerzy Urban na zwołanej 4 grudnia 1984 r. konferencji prasowej odpowiadał m.in. na pytanie postawione przez dziennikarkę zachodnioniemieckiej agencji DPA, autorkę publikacji na temat wypadku. Urban przypomniał, że w tej publikacji „autorka zadaje różne pytania, tak jak: czy wracający funkcjonariusze nie wiedzieli zbyt wiele o inspiratorach porwania ks. Jerzego Popiełuszki, czy może być przypadkiem, że to właśnie naczelnik wydziału w Biurze Śledczym płk Stanisław Trafalski i jego współpracownik, który był przypuszczalnie w posiadaniu informacji na temat powiązań Grzegorza Piotrowskiego, nie mogą już nic powiedzieć? W odpowiedzi rzecznik rządu wyjaśnił, że wszystko to są „spekulacje niczym nie uzasadnione” i pomniejszył rolę oficerów MSW w prowadzeniu śledztwa, gdyż powiedział, że „Oficerowie, którzy zginęli, zajmowali się już ubocznymi okolicznościami sprawy, jeździli do Tarnowa, ponieważ jeden z oskarżonych tam kiedyś pracował. Wszystkie materiały, które posiadali powracający z podróży służbowej funkcjonariusze, zostały zabrane z samochodu. Wypadek ten jest ponad wszelką wątpliwość wydarzeniem przypadkowym, którego nikt w taki sposób, nawet gdyby chciał, nie mógł zaprojektować i zrealizować. Kierowca, który spowodował wypadek, znajduje się w areszcie i w tej sprawie nie ma niczego tajemniczego”.

Na tej samej konferencji prasowej korespondent BBC „nawiązał do wypowiedzi przedstawicieli władz polskich o możliwości istnienia inspiratorów, a nawet protektorów tej zbrodni, którzy być może chcieliby wiele zrobić dla uchronienia prawdziwych sprawców tego zabójstwa. To właśnie w jakiś sposób usprawiedliwia detektywistyczne podejście do wypadku drogowego funkcjonariuszy MSW”, powiedział korespondent brytyjskiej rozgłośni.

 

Parodia procesu

 

Proces zabójców księdza Jerzego Popiełuszki rozpoczął się w Sądzie Wojewódzkim w Toruniu 27 grudnia 1984 r. W czasie tego procesu oskarżeni zostali zobowiązani do zachowania tajemnicy służbowej i państwowej, czyli nie mieli prawa ujawniać spraw nie związanych z zabójstwem i spraw, które nie przeszkodzą ich obronie. Chodziło o to, żeby nie ujawniali w procesie, kto z ludzi Kościoła współpracował z SB, kto był rozpracowywany, kto skompromitowany, u kogo był podsłuch, podgląd itp. Jeżeli oskarżeni byli związani tajemnicą państwową, to w procesie musieli kłamać, gdyż właściwie o niczym nie mogli mówić. Władza tajemnicą służbową i państwową zakneblowała im usta. Oprócz tego niebawem okazało się, że władze komunistyczne starannie przygotowały też przebieg samego procesu tak, by oskarżeni w nim funkcjonariusze, którzy z jakichś powodów przyznali się do winy, otrzymali możliwie jak najmniejszy wymiar kary oraz, by nigdy nie wyszły na jaw nazwiska, a być może i narodowość rzeczywistych oprawców księdza Jerzego. W ich zamyśle miał to być proces przeciwko Kościołowi, a nie mordercom. Za przyzwoleniem sędziów, często zmieniał się on w „sąd nad księdzem”. Padały oszczerstwa.

Bezdusznie zezwalano na bezczeszczenie pamięci o ofierze. Szczególnie arogancko zachowywał się główny oskarżony, Grzegorz Piotrowski. Nie było w nim nawet śladu skruchy. Wystąpił on z twierdzeniem, że „gdyby prawo było prawem dla wszystkich”, to on nie siedziałby na ławie oskarżonych. Twierdził, że wystąpił w celu ratowania wyższego dobra, jakim jest prawo, które bezkarnie łamał ks. Jerzy Popiełuszko w swoich kazaniach. Według niego, zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki było mniejszym złem od zła w postaci łamania prawa. Już w swoich początkowych wyjaśnieniach Grzegorz Piotrowski podkreślał: „Wydawało mi się, że mniejsze zło dla zapobieżenia większemu jest potrzebne. Będę miał czas się oduczyć. Nie twierdzę, że byłem całe życie człowiekiem bez skazy, który żył z kodeksem w kieszeni, ale razem z Chmielewskim i Pękałą nie znalazłbym się na ławie oskarżonych, gdyby prawo było prawem dla Jerzego Popiełuszki”. Również Leszek Pękala już w drugim dniu procesu dowodził: „byłem pewny, że działam w wyższym celu”, oraz „sądziłem, że biorę udział w realizacji zadania, które ma najwyższa rangę polityczną”. Oto doszło do niesłychanej sytuacji. Oprawcy całkowicie przerzucają odpowiedzialność za popełnioną zbrodnię na ofiarę zbrodni. To nie oni mają być sądzeni, ale ks. Jerzy Popiełuszko.

Pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych adwokat Krzysztof Piesiewicz w tej kwestii wypowiedział się następująco: „…Jeden z oskarżonych postawił tezę o działaniu bezprawnym, by ratować prawo. Powiedział on „gdyby prawo było prawem dla wszystkich, nie znalazłbym się na ławie oskarżonych”. Forsuje więc tezę brzmiącą w tej sprawie absurdalnie, lecz forsuje ją. Potraktujmy to przez moment poważnie. Otóż pytanie podstawowe: jakie to wartości chcieli uratować oskarżeni maltretując ks. Popiełuszkę i porywając Waldemara Chrostowskiego? Jaki nowy, wspaniały świat chcieli kreować swym przestępczym działaniem? Stan wyższej konieczności jako obrona? Czy można choć na moment wejść w ten absurd? Czy wobec szacunku dla ludzkiego istnienia taka obrona ma tutaj jakąkolwiek wartość? Czy nie jest przerażające, że jedna z najbardziej humanitarnych instytucji prawa karnego materialnego, jaką jest stan wyższej konieczności, zostaje wprowadzona dla osłony czystego, zaplanowanego przestępczego działania? Jaką wartość chcieli uratować, narażając życie dwóch osób i wstrząsając opinią społeczną? Wartością tą miały być, proszę Sądu, wiara w swą totalną nieomylność i władzę – my tu jesteśmy sędziami i prawem. W nocy pałkami regulujemy stosunki społeczne”.

Oskarżeni mówili też na procesie, że mieli zapewnione gwarancje bezkarności. Leszek Pękala zapytany wprost, jakie to były gwarancje odpowiedział, że nikt nie miał być przesłuchiwany, nikt nie miał być okazywany Waldemarowi Chrostowskiemu, a ze względu na jego szczególną sytuację osoby, która była w mieszkaniu ks. Jerzego Popiełuszki w czasie przeszukania, jemu zmieni się nazwisko, mieszkanie, zabezpieczy wyjazd za granicę. Wyjaśniał: „Wyrobiłem sobie przekonanie, że nie zostanę pociągnięty do odpowiedzialności karnej, że to zostanie w resorcie”. Z kolei Grzegorz Piotrowski wskazywał na swoje przypuszczenie, że „czynniki tak pokierują śledztwem, aby nie dopuścić do ujawnienia sprawców”. Przed Sądem Najwyższym prokurator w przemówieniu stwierdził, że Grzegorz Piotrowski, Leszek Pękala i Waldemar Chmielewski „byli pewni bezkarności”, że „udzielono im takich gwarancji”. Sąd Wojewódzki w Toruniu wskazał na to ,że zapewnienie bezkarności uzyskał Grzegorz Piotrowski od Adama Pietruszki, a Leszek Pękala i Waldemar Chmielowski od Grzegorza Piotrowskiego. Uznał jednak „za oczywiste”, „iż chodziło o taką sytuację, w której nie będzie się podejmowało specjalnych kroków dla ustalenia sprawców czynu skierowanego przeciwko J. Popiełuszce i ewentualnie towarzyszącym mu osobom, a nie o taką sytuację, kiedy będą oczywiste dowody pozwalające na ustalenie sprawców”.

W tym procesie godzono nie tylko w dobre imię nieżyjącej ofiary, ale też w stosunku do żyjącej ofiary zbrodni, Waldemara Chrostowskiego. Oskarżenia wysuwano również pod adresem osób znajdujących się w ogóle poza sprawą i rozprawą, a przede wszystkim przeciwko członkom Episkopatu Polski. W związku z tym 1 lutego 1985 r. w imieniu Episkopatu Polski arcybiskup Dąbrowski, sekretarz Episkopatu, wystosował pismo, w którym „Z zażenowaniem i oburzeniem” zaprotestowano przeciwko „tym wypowiedziom oskarżonych, niektórych świadków i urzędu prokuratorskiego, które godzą w Kościół i jego przedstawicieli”. W piśmie tym wskazano również na to, że „haniebny czyn zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki staje się sprawą niejako drugorzędną, schodząc w tym procesie na plan dalszy”.

Sąd Wojewódzki w Toruniu, co prawda, wydał w dniu 7 lutego 1985 r. wyrok skazujący Grzegorza Piotrowskiego i Adama Pietruszkę na 25 lat, Leszka Pękałę na 15, a Waldemara Chmielewskiego na 14 lat pozbawienia wolności, ale czy te wyroki mogły być zadośćuczynieniem tej okrutnej zbrodni? Proces nie odpowiedział na najważniejsze pytanie: kto wydał rozkaz zamordowania księdza Jerzego? Od wyroku Sądu Wojewódzkiego w Toruniu obrońcy wszystkich oskarżonych wnieśli rewizję do Sądu Najwyższego w Warszawie. Sąd Najwyższy 22 kwietnia 1985 r. utrzymał zaskarżony wyrok w mocy.

W książce „Ksiądz Jerzy w rękach oprawców” Krzysztof Kąkolewski wysuwa hipotezę przebiegu wydarzeń. Według autora, ksiądz Jerzy Popiełuszko po porwaniu, został przetransportowany do Warszawy helikopterem i przetrzymywany był oraz bestialsko torturowany w jednym z budynków SB lub MSW. Wskazuje na to choćby, nieujawniony w czasie zeznań lekarza przeprowadzającego autopsję fakt, że podczas tych tortur wyrwano mu język. Jakże to charakterystyczne dla stosowanych przez stulecia carskich, a potem i sowieckich metod torturowania więźniów politycznych. Gdyby prawdziwe były wydarzenia skonstruowane na potrzeby procesu toruńskiego, coś takiego nie mogłoby mieć miejsca. W czasie procesu nie podano także informacji o analizie składu chemicznego wody znajdującej się w płucach ofiary. Dlaczego? Takich pytań, wątpliwości i zaskakujących odpowiedzi jest w książce bardzo dużo. Celem porwania, według Kąkolewskiego, była nie śmierć księdza Jerzego lecz próba, oczywiście nieudana, zastraszenia i następnie „zwerbowania” go do współpracy przeciwko Solidarności i hierarchii kościelnej. Prawdopodobnie jednak ksiądz Jerzy Popiełuszko, ze względu na swoje wątłe zdrowie, nie przetrzymał tych bestialskich tortur.

Kąkolewski uważa, że śmierć księdza Jerzego datuje się na 22 lub 23 października, a więc na kilka dni po porwaniu, i że martwe, zmaltretowane ciało kapłana wrzucono najpierw do Jeziorka Czerniakowskiego w Warszawie, skąd wydobyto je 29 października, przywieziono i wrzucono do Wisły na tamie pod Włocławkiem.

Uczestnicy pogrzebu księdza Jerzego, a były ich dziesiątki tysięcy, mieli świadomość, że była to jedna z największych zbrodni jakich dokonał reżim moskiewski w Polsce. A przecież to nie oprawcy zwyciężyli. To ksiądz Jerzy swoją śmiercią zadał cios terroryzmowi i fałszowi komunistycznemu. 7 sierpnia 1991r. w homilii wygłoszonej podczas mszy św. we Włocławku, Papież Jan Paweł II powiedział: „Kulturę europejską tworzyli męczennicy trzech pierwszych stuleci. Tworzyli ją także męczennicy na wschód od nas – i u nas – w ostatnich dziesięcioleciach. Tak! Tworzył ją ksiądz Jerzy. On jest patronem naszej obecności w Europie za cenę ofiary życia, tak jak Chrystus”.

Wyrok Sądu Najwyższego zapadł 22 kwietnia 1985 roku, a już 24 września 1986 roku trzem sprawcom złagodzono wymierzone kary. Adamowi Pietruszce karę 35 lat pozbawienia wolności zmieniona na 15 lat, Leszkowi Pękale karę 15 lat pozbawienia wolności na 10 lat, Waldemarowi Chmielewskiemu karę 14 lat pozbawienia wolności na 8 lat. 17 grudnia 1987 r. trzem wyżej wymienionym sprawcom ponownie złagodzono kary. Adamowi Pietruszce karę pozbawiania wolności złagodzono na 10 lat, Leszkowi Pękale karę pozbawienia wolności złagodzono na 6 lat, Waldemarowi Chmielewskiemu karę pozbawienia wolności złagodzono na 4 lata i sześć miesięcy, Grzegorzowi Piotrowskiemu zmieniono karę 25 lat pozbawienia wolności na 15 lat.

Jakby tego było jeszcze mało, to już 1 lipca 1988 r. weszła w życie ustawa z 17 czerwca 1988 r. o zmianie niektórych przepisów prawa karnego i prawa o wykroczeniach (Dz. U. RP nr 20, poz. 135). Zmieniała ona art. 91 par. 1 kodeksu karnego dotyczący warunkowego zwolnienia z zakładu karnego. Mogła ona nastąpić już po odbyciu przez skazanego co najmniej połowy kary (a nie, jak dotąd, po upływie dwóch trzecich) po warunkiem, że sprawca odbywa ją po raz pierwszy. Wszyscy sprawcy morderstwa ks. Jerzego Popiełuszki odbywali po raz pierwszy karę pozbawienia wolności. Rozpoczęli jej odbywanie już w październiku, a Adam Pietruszka w listopadzie 1984 r. Połowa kary, już po wcześniejszych ich złagodzeniach, wynosiła: wobec Grzegorza Piotrowskiego 7 lat i 6 miesięcy, wobec Adama Pietruszki 5 lat, wobec Leszka Pękali 3 lata, wobec Waldemara Chmielewskiego 2 lata i 3 miesiące pozbawienia wolności.

Agnieszka Holland nakręciła film „Zabić księdza”, w którym w zasadzie głównym bohaterem nie jest ks. Jerzy Popiełuszko ale Grzegorz Piotrowski. Sam tytuł filmu był prowokacyjny, bowiem z plakatów reklamujących film tytuł jakby zachęcał do zabicia księdza.

 

Stanisław Bulza

 

Przeczytaj więcej artykułów Stanisława Bulzy na naszym portalu  >   >   > TUTAJ .

 

  • Zdjecie główne: Kościół p.w. Świętych Polskich Braci Męczenników w Bydgoszczy. W kościele tym, 19 października 1984 r. ks. Jerzy Popiełuszko brał udział w spotkaniu modlitewnym w Duszpasterstwie Ludzi Pracy. Celebrował, jak się potem okazało, ostatnią Mszę Świętą w swoim życiu. Dzisiaj jest tam Sanktuarium Nowych Męczenników. Fot. Wikipedia.org / Wybór zdjęć wg.pco

 

   , 2015.10.19 / 2018.10.24.

Autor: Stanisław Bulza