O zarządzaniu kulturą


Zarządzenie kulturą polega na tworzeniu i kontrolowaniu, na ile można, bo nie zawsze można, koniunktur na rynkach zagranicznych. Do tego trzeba mieć pieniądze, a także determinację, znać odpowiednich ludzi, ale przede wszystkim trzeba mieć towar, który znajdzie nabywcę. Towar, który wchodzi zakres tego co nazywamy dorobkiem kulturalnym. Ponieważ ja tutaj ze sześćdziesiąt osiem razy pisałem o malarstwie III Republiki, nie zaszkodzi jeszcze raz tego wszystkiego powtórzyć, a do tego jeszcze dopisać coś nowego, ale w podobnym duchu, o innym rynku i innych walorach.

Najpierw jednak zdradzę powód ponownego podjęcia tego tematu. Już się za to zabieram, ale opowiem jeszcze dykteryjkę. O Johnnym von Neumanie krążyła w środowisku poważnych fizyków taka anegdota – Johnny stawał przed tablicą, w sali pełnej mędrców i mówił – goim udowodnili następujące twierdzenie…. po czym zaczynał pisać coś na tablicy. Przy czym goim udowadniający twierdzenie to zawsze byli jego byli koledzy z Węgier kończący tak jak on sławne gimnazjum Fasori. Ja teraz zacznę podobnie, choć przecież nie dorastam von Neumanowi do pięt – „nasi” zaczęli znów dbać o kulturę. I to jest groza prawdziwa. Przeczytajcie sobie co jest pod tym linkiem:

Pamiętam czasy kiedy cała szlachetna część polskiej publiczności korzystającej z dóbr kultury wyła z wściekłości, bo rząd SLD wyłożył kasę na periodyk o nazwie „Wiadomości literackie” dokładnie po to, by Krzysztof Teodor Toeplitz mógł sobie poredaktorować w jakimś poważnym piśmie. Sensu nie miało to żadnego albowiem ilość czytelników periodyków literackich była w połowie lat dziewięćdziesiątych znikoma, a samej literatury polskiej nie było wtedy wcale. Z tym całym „Napisem. Liryka, Epika i Dramat” będzie podobnie jak z „Wiadomościami”, zostanie z tego tylko dramat. Dlaczego ów projekt ma jedynie sens pozorny wyjaśnię poniżej.

Kiedy Francuzi sprzedawali obrazy przedstawiające współczesną im Francję bogatym Amerykanom, najważniejszym politykiem republiki był Georges Clemenceau, ożeniony z Amerykanką. Ja nie napiszę tutaj tego co się wprost ciśnie na usta – agent Waszyngtonu, ale chyba mnie zrozumiecie. Pan Clemenceau znał osobiście większość tak zwanych impresjonistów. Otworzył on, wraz ze swoimi kolegami z rządu, drogę do wielkiej kariery dla ludzi takich jak Monet, Manet, Renoir i cała reszta. Ktoś powie, że tę drogę otworzył tak naprawdę cesarz Napoleon III przed ogłoszeniem republiki. Można to tak interpretować, ale ja myślę, że cesarz jedynie wyznaczył kierunek. Nie wskazał rynku, na którym obrazy przedstawiające Francję i jej niezwykłość, będą prezentowane. Jego następcy zaś to zrobili. I teraz zobaczcie, co się stało.

Prekursorami nowego kierunku w sztuce, tworzonego przez urzędników państwowych, wbrew akademii, która w ogóle nie rozumiała o co chodzi, byli ludzie tacy jak pan Manet, syn urzędnika ministerialnego i pan Degas, członek rodziny handlarzy bawełną, który żadnym impresjonistą nigdy nie był. Pan Monet i jego zażyłość z ministrem Clemenceau pozostaje dla mnie zagadką, ale faktem jest, że ona była. O co chodzi? O to, że ludzie z rządu III Republiki tak samo jak „nasi” wiedzą, że trzeba zaczynać robotę od swoich i dać zarobić swoim. No, ale oni wiedzą też, że ci „swoi” nie mogą kantować, to znaczy mają malować naprawdę i pisać naprawdę. Mają coś tworzyć, żeby przyrastało, żeby to można było umieścić w katalogu wystawy artystów niezależnych od nikogo poza rządem, albo wystawić w teatrze, albo wydrukować w ładnej oprawie. „Nasi” zaś rozumieją tyle, że Krzysio z Jurkiem, kuzyni Grażynki, muszą wydrukować w nowym periodyku wydawanym za pieniądze ministerstwa opowiadanie o odzyskaniu niepodległości, albo o żołnierzach wyklętych.

Jeśli oderwiemy się na chwilę od naszych i popatrzymy na „onych” to zauważymy, że tamci z kolei rozumieją tyle, że Krzysio z Jurkiem kuzyni Grażynki mają napisać w kwartalniku „Brulion” opowiadanie obsceniczne o zbiorowym gwałcie młodych mężczyzn na dojrzałej kobiecie. Jedni liczą przy tym na entuzjazm publiczności, a drudzy na jej wściekłość, a oba te uczucia powinny według nich zastąpić zorganizowaną dystrybucję. Zważywszy nędzę dystrybucyjną przygotowaną dla obydwu wydawnictw efekt zawsze będzie ten sam – całkowita obojętność publiczności. Kiedy owa obojętność publiczności się ujawni, Krzysio z Jurkiem, kuzyni Grażynki wtargną do jej pokoju w ministerstwie i zrobią tam karczemną awanturę, bo wszak Grażynka obiecywała im sławę i pieniądze, a tu nie ma ani jednego ani drugiego. I jak tu żyć? Co takiego malował Manet w początkach swojej twórczości? Myślicie pewnie, że rzekę, ptaki albo obłoki. A gdzie tam – on maluje martwego torreadora. To są rzeczy dla „naszych” niepojęte – zaczynający karierę w sztuce syn urzędnika, zamiast robić w żołnierzach wyklętych, albo obscenie maluje martwego torreadora? Czy to jest w ogóle do pomyślenia w Polsce?

Wracajmy do III republiki. Kiedy otwiera się koniunkturę na jakieś produkty nie można jednocześnie zamykać jej dla „nie swoich” to znaczy nie można zaczynać od kontrolowania rynku. Krzysio zaś z Jurkiem – kuzyni Grażynki, tego właśnie się od Grażynki domagają. Chcą, żeby ona im załatwiła sławę i pieniądze, a także żeby nikt poza nimi nie miał na kreowanym przez ministerstwo rynku żadnych szans.

Czy tak się zachowywali politycy III republiki? Nie. Oni co prawda nie pomagali „nie swoim”, ale przynajmniej im nie przeszkadzali. Co robią „nasi”? I „oni” zresztą też. Pracowicie przez całe dekady dewastują dystrybucję wpuszczają w nią męty takie jak Twardoch, Żulczyk, Chutnikowa, a wcześniej Stasiuk i te wariatki, co liczyły na Nobla, a potem mają pretensje, że nikt nie czyta książek. Owszem ludzie czytają, zawsze uda się parę osób uzależnić od treści wywołujących kontrowersje lub wymioty. Nie uda się jednak zorganizować wokół tego dyskusji. No chyba, że dotyczącą tego jedynie, kto ma po artyście posprzątać. Odpowiadam – nie ja….I mamy teraz ten „Napis. Liryka, Epika i Dramat”, który będzie dystrybuowany centralnie do bibliotek, gdzie stanie na najbardziej zakurzonych półkach.

Nikt tego nie weźmie do ręki, a wywołanie dyskusji wokół nowej prozy polskiej, prozy odpowiadającej polityce rządu, czyli prymitywnie-patriotycznej zakończy się klęską.

Polityków III republiki interesowały, w zakresie polityki kulturalnej, trzy rzeczy – rozwalenie Kościoła i tym zajmowali się literaci oraz poważni akademicy, namalowanie Francji od nowa i sprzedanie jej bogatym Żydom z Ameryki, a także przyciągnięcie kapitałów tych Żydów nad Sekwanę, co miało skutkować w dłuższej perspektywie zniwelowaniem przewagi Niemiec. Czego chcą nasi? Nie wiadomo.

Grażynka chce zapewne, żeby Krzysio z Jurkiem w końcu się od niej odchrzanili i zabrali ze stołu te rzekomo kontrowersyjne śmieci, które piszą po nocach martwiąc się o swoją przyszłość. Czego chce reszta pozostaje tajemnicą. Nie ma dystrybucji, bo ta została wprost zatkana, unieważniona poprzez likwidację księgarni, wpuszczenie książek do Biedronki i wprowadzenie centralnego rozdzielnika dla bibliotek.

To miało zapewnić sukces tym właściwym artystom. Przyniosło im klęskę, na razie mało widoczną, ale już wkrótce będzie ona widoczna w całej okazałości. Będziemy obserwować tę katastrofę. Nie ma konkurencji, bo o tym kto jest pisarzem a kto nie jest decydują gremia, których nie jesteśmy w stanie rozpoznać. W dodatku gremia te maja zwyczaj szczegółowego ingerowania w pracę artysty, albo – jak ludzie z ASP oceniający te dziwne kartki zamówione przez ministerstwo – zaczynają bronić tych śmieci z pozycji akademickich szamanów.

To przeciwko takim jak oni, wkurzony Clemenceau wylansował Maneta i resztę, ale ci durnie tego nie rozumieją, bo im się zdaje, że cała rewolucja w sztuce przebiegała oddolnie, a jej celem było ustanowienie nowego kanonu, którego oni będą strażnikami. Kanonu polegającego na tym, że im większe i tańsze, pardon, gówno, będzie lansowane, tym dla nich lepiej. I przyjrzyjmy się teraz relacji pomiędzy artystą a urzędnikiem w III republice.

Cytowałem tu kiedyś pamiętniki Vollarda, szczególnie ważny ich fragment dotyczył tego, jak to na proszonym obiadku u państwa doktorostwa, paryskich burżujów, spotyka się wiceminister wyznań, decydujący o tym kto we Francji będzie biskupem, sam Vollard oraz znany artysta-skandalista Felicien Rops, rysujący gołe baby przybite do krzyża. Wszyscy oni dyskutują w najlepszej zgodzie o perspektywach rozwoju malarstwa nad Sekwaną. Jak są traktowani urzędnicy ministerstwa kultury przez ludzi z akademii? Proszę bardzo oto stosowny link:

To jest list, na który Georges Clemenceau odpowiedziałby wysłaniem żandarmów, a ci co go napisali zostali by wyekspediowani na wyspę Reunion, żeby tam pouczać miejscowych czym jest, a czym nie jest sztuka.

To są, proszę Państwa, w poważnym kraju, rzeczy nie do pomyślenia, żeby jakiś pacykarz z akademii, jakiś nie rozumiejący celów rewolucji kulturalnej zatabaczony ćwok, mówił ogłaszającemu konkurs urzędnikowi państwowemu, co jest a co nie jest wartościowym dziełem. I z tą myślą Państwa tu zostawiam.

Aha, jeszcze jedno – pisałem już o tym, ale żart ten ciśnie mi się pod palce ponownie.

W sławnym w latach osiemdziesiątych periodyku pod tytułem ITD publikowano na ostatniej stronie rysunki satyryka Sawki. Jeden z nich, moim zdaniem najśmieszniejszy wyobrażał trzy rolki papieru toaletowego. Pierwsza – gruba w kwiatki podpisana była słowem „liryka”, druga – zwyczajna, szara, ale też pełna oznaczona była słowem „epika”, trzecia, na której wisiał ledwie strzęp jakiś to był dramat… teraz już naprawdę kończę.

  • Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl gdzie po południu umieszczę wywiad z prof. Kucharczykiem.

Gabriel Maciejewski 
Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  16 grudnia 2018. 

  • Ilustracja tytułowa: Rysunek Andrzeja Czeczota, satyryka-karykaturzysty, filozofa i moralisty. Urodził się w 1933 roku w Krakowie, zmarł w 2012 w Warszawie. Absolwent krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Internowany w czasie stanu wojennego. Od 1982 do 1997 mieszkał i pracował w USA. Foto. za: Weranda.pl  / wybór zdjęcia wg.pco

 

  , 2018.12.19.

Autor: Gabriel Maciejewski