Ekonomia a polityka (cz.2)


EEM-Europejski_Monitor_Ekonomiczny_

Z naszych dotychczasowych rozważań wynika, że związki między polityką i ekonomią są mocniejsze, aniżeli się na ogół sądzi. Fakt, że przez drzwi obrotowe do rządów wchodzą i wychodzą prominentni bankowcy, nie wyjaśnia szeregu kwestii. Jaki jest charakter tych związków? Jakie one mają znaczenie? Jak rozpoznać  i ocenić konsekwencje fuzji polityki i ekonomii? Pytania brzmią łagodnie i nie zapowiadają szokujących odpowiedzi.

Współczesna polityka (lub dzisiaj raczej geopolityka, bo do takiej rangi awansowała działalność polityczna) jest połączeniem dwóch przeciwstawnych pomysłów. Pierwszy z nich opiera się na założeniu, że polityka polega na dalekosiężnym planowaniu i kontroli. Tutaj zasadnicze znaczenie ma przekonanie, że planowanie i kontrola gwarantują wykonalność koncepcji politycznych. To wzięło się z wojska. Już sam ten fakt powinien wywołać ostrożność, ponieważ większość strategii opracowanych w sztabach generalnych okazywała się nierealna; przegranych zawsze było najwięcej.  Negatywne doświadczenia planowania strategicznego akcji militarnych są udziałem nie tylko krajów militarnie słabych, co łatwo można  usprawiedliwić. Są to również godne zastanowienia współczesne porażki militarne, najpierw Związku Sowieckiego, teraz Stanów Zjednoczonych. Lista przegranych przez mocarstwa konfliktów wojennych jest spora, ale nimi się tutaj nie zajmujemy.

Drugi pomysł jest natomiast głęboko zakorzeniony w ekonomii liberalnej. To idea spontanicznego rozwoju. Pisaliśmy o tym wcześniej: „Apologetyka wolnego rynku oznacza, że bez zastrzeżeń akceptuje się wizję świata, w którym podstawowe procesy gospodarcze przebiegają spontanicznie czy nieplanowo, czyli nie są wynikiem z góry założonych projektów politycznych” (patrz: Kryzys ekonomii, Biuletyn EEM nr 4/2018 (55)[na PCO tutaj/wg.pco].

Przekonanie o skuteczności „globalnego” planowania i kontroli nie ma wiarygodnych przesłanek. Pozornie przeczy temu innego rodzaju apologetyka: globalizacji, jako nieuchronnego kierunku rozwoju politycznego i gospodarczego. Podzielamy raczej opinię, że im większe ambicje i im większa skala projektu politycznego, tym ma on mniejsze szanse powodzenia. Globalizacja jest absurdalnym projektem politycznym, co nie byłoby może godne uwagi, gdyby nie fakt, że jest to projekt najbardziej szkodliwy dla narodów. Oczywiście jest to nasza subiektywna opinia, ale nie jest gorsza od zadufania w nieograniczone możliwości planowania i kontroli. Sądzimy również, że im projekt jest bardziej „dalekosiężny”, to prawdopodobieństwo jego powodzenia proporcjonalnie maleje.

 

Ten fragment warto zapamiętać. Dalekosiężne i ambitne projekty „globalne” stały się towarem modnym i pożądanym. Cała Europa kręci się wokół  takich projektów, chociaż nic dobrego z nich nie wynika. Stany Zjednoczone, a nawet Rosja,  także nie chcą się rozstać ze złudzeniem, że dzięki „strategii globalnej” mogą odwrócić bieg historii. Problem polega na tym, że wiele zjawisk chętnie wymyka się spod kontroli. W szczególności, chęć wymknięcia się spod kontroli jest niepodważalnym atrybutem wszystkich państw i narodów.

 

Planowanie i kontrola polityczna odzwierciedlają różne i nazwyczaj sprzeczne ambicje. W miarę realistyczne ambicje ograniczają się do planowania i kontroli rozwoju gospodarczego własnego kraju oraz korzystnej współpracy międzynarodowej. Kontrola procesów zachodzących w danym systemie jest nieporównywalnie bardziej realna, aniżeli kontrola otoczenia systemu. Na długą metę otoczenie zawsze wymyka się spoza zasięgu kontroli.

 

Brak realizmu pojawia się  zazwyczaj wtedy, gdy do głosu dochodzą ambicje totalitarne i ekspansjonistyczne. Jest to przejaw braku realizmu, ponieważ duża cześć aktywności ludzkiej jest poświęcana wydostaniu się spod narzucanej z zewnątrz kontroli. Planowanie i kontrola polityczna jest traktowana jak niebezpieczna pułapka, czemu nie należy się dziwić. Im bardziej się nasila i przeradza w totalny system inwigilacji, ingerencji i represji, tym silniejsza jest kontrakcja.

 

Uwzględnienie tego pozornie czysto teoretycznego stanowiska jest niezwykle ważne, ponieważ zabezpiecza przed przecenianiem znaczenia globalnych projektów politycznych, na których promocję są wydawane miliardy dolarów, jak również przed poczuciem braku szans wydostania się z pułapki zniewolenia, a przede wszystkim przed rezygnacją – w obliczu rażącej nierównowagi sił – z własnych, narodowych aspiracji. Zagadnienie nie jest bynajmniej nowe. 

John Kenneth Galbraith: Pierwszy poważny sygnał o ewolucji ustrojowej w Stanach Zjednoczonych pochodzi od Galbraitha. Zaprzecza on, jakoby neoklasyczna teoria ekonomii była opisem rzeczywistości oraz kwestionuje rolę wolnej konkurencji jako „fundamentu” amerykańskiego życia gospodarczego. Galbraith skupia uwagę na roli, jaką spełnia kadra kierownicza wielkich korporacji (określana przez niego mianem technostruktury): „energicznie dąży do  niezależności od państwa, z wyjątkiem przypadków, gdy państwowe przedsięwzięcia są dla niej niezbędne”. Jakkolwiek nie wskazuje bezpośrednio na korporacyjny charakter dokonujących się od 1960 roku przeobrażeń gospodarczych i politycznych w Stanach Zjednoczonych, to jednak ukazuje jeden z zasadniczych momentów korporacjonizmu, który określa mianem „biurokratycznej symbiozy”.  Pisze, iż „bardzo rzadko technostruktura prywatnych korporacji i biurokracja państwowa nie znajdują jakichkolwiek obszarów, w których nie mogliby współpracować dla obopólnych korzyści. To jest prawdziwe także tam, gdzie technostruktura i biurokracja państwowa formalnie zajmuje przeciwstawne pozycje”.

 

Innym istotnym elementem rozważań Galbraitha jest kwestionowanie spontanicznego charakteru stosunków ekonomicznych. Przeciwstawia im „system planujący” jako synonim realizacji długofalowych interesów technostruktury. Tak więc, jakby mimochodem, ukazuje dwa istotne elementy ewolucji ustrojowej. Po pierwsze, ewolucji tej nie uważa za proces naturalny. Jest to proces świadomego projektowania i forsowania przemian ustrojowych, czyli nie dający się sprowadzić do ewolucjonizmu. To wyjaśnienie będzie miało tutaj niebagatelne konsekwencje, ponieważ podważa idee samoczynnego lub spontanicznego formowania się współczesnych rozwiązań ustrojowych. Dla osób żyjących w ustroju komunistycznym takie wyjaśnienie jest czymś oczywistym. Bezsporne jest bowiem, że ustrój ten nie pojawił się w sposób naturalny, lecz był określonym projektem politycznym. Ale o tym szybko  zapomniano. Po drugie, Galbraith odrzuca myśl, że nabierające coraz większej siły korporacje działają w sposób niezorganizowany czy pojedynczo. Kluczowe pojęcie „technostruktury” zakłada  tworzenie swoistej platformy dla współpracy korporacji w sferze społecznej, gospodarczej i politycznej. Jednak także Galbraith nie dostrzega niczego złego w takim kierunku zmian (powstawania ustroju korporacyjnego), a w konsekwencji lekceważy negatywne aspekty omawianych przez siebie przemian ustrojowych. Przeciwnie, zafascynowany tymi przemianami, bezwiednie staje się ich promotorem. Zarazem zwraca uwagę na niezgodność obowiązującej koncepcji „rynek versus państwo” z charakterem technostruktury. Do Galbraitha należy głośne stwierdzenie, że władza przechodzi od konsumenta do producenta. Mit władz konsumenta jest nadal podgrzewany, chociaż staje się coraz mniej wiarygodny. 

Joseph Schumpeter: Zupełnie odmienne stanowisko wyrażają (bardziej obecnie popularne) poglądy ekonomiczne Schumpetera lub szerzej –  jego zwolenników, którzy w ciągu pół wieku po śmierci ich guru  zdołali przeobrazić te poglądy w dominującą doktrynę ekonomiczną. Nie jest tajemnicą, że jest to doktryna nowoczesnego darwinizmu społecznego.
 

Schumpeter również uwzględnia w swych publikacjach ewolucję ustroju społeczno-gospodarczego. Ale dokonuje tego w niecodzienny sposób. Po prostu odrzuca dotychczasowe pojęcie wolnej konkurencji rynkowej i zastępuje go bardziej pojemnym, zasadniczo wykraczającym poza obszar rynku pojęciem walki konkurencyjnej „bez ograniczeń”. Innymi słowy, rozszerza pojęcie konkurencji na wszystko, co staje na drodze rozwoju przedsiębiorczości. A to oznacza, że wszystko może być ofiarą ekspansji biznesu: tradycja, państwo, religia etc. Co więcej, formułuje (a ściślej biorąc, zapożycza od filozofów) agnostyczną ideę „kreatywnej destrukcji”, usprawiedliwiającą brak odpowiedzialności za konsekwencje takiej ekspansji, a poniekąd nawet nadającą jej walor racjonalności i postępowości. Oto mamy gotową ideologię „zachłannego kapitalizmu”, który niszczy wszystko, co staje mu na drodze.

Kondriatiew zauważa, że Schumpeter w „Teorii rozwoju gospodarczego”  popełnił kilka zasadniczych błędów. ”On widzi miejsce dla dynamiki tylko tam, gdzie jest twórcze działanie przedsiębiorców, dostarczających nowe kombinacje elementów działalności ekonomicznej, a miejsce statyki tam, gdzie obserwuje się panowanie tradycji” – Kondratiew dotyka sedna sprawy wypominając Schumpeterowi bardzo wąskie ujęcie dynamiki gospodarczej , co czyni jego teorię całkowicie bezpłodną.

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Za: Europejski Monitor Ekonomiczny – Европейский Экономический Moнитop – European Economic Monitor , 2019-01-25.

Zdjęcie tytułowe: Prof. A. Śliwiński, fot. za: DzN/MN.

Więcej artykułów  prof. Artura Śliwińskiego na naszym portalu  >   >   >   TUTAJ  .

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-22019.02.02.

Artur Śliwiński

Autor: Artur Śliwiński