Tera flu vs Osram albo jak topielec z wisielcem czyli modus operandi


Oglądałem wczoraj cały wieczór publicystykę polityczną i reklamy. Myślę, że człowiek, który wymyślił nazwę lekarstwa na odblokowania górnych dróg oddechowych, pisaną jako Thera flu, a brzmiącą po prostu tera flu jest bliski nazwania środka na przeczyszczenie słowem zapożyczonym od znanej, niemieckiej fabryki żarówek. Dlaczego tak? Albowiem to daje mu gwarancję, że przekaz podprogowy i nadprogowy trafią właśnie tam, gdzie on chce – do pustego łba klienta, którego on sobie w swoim marketingowym laboratorium wymyślił. Cała polska publicystyka polityczna emitowana w telewizji mieści się pomiędzy tera flu a osram. I jest dokładnie tak, jak to słyszycie, jeden zwrot zawiera duży ładunek entuzjazmu, a drugi jest po prostu ostrzeżeniem. I tak patrząc wczoraj na program „Minęła 20” oraz jego gości widziałem dokładnie, jak Rabiej zawadiacko zrywał się z krzesła i wołał – tera flu, a pokazywany w przebitkach Leszek Miler, co zmontował koalicję z Radkiem Sikorskim miał na twarzy wypisane ostrzeżenie – osram, na miły Bóg osram…Do tego jeszcze pokazywali tam człowieka nazwiskiem Żalek, który wprost, na zimo, licząc na to, że będzie pokazywany w telewizji częściej niż Kopaczowa powiedział, że Miler, Cimoszewicz i reszta koalicji powinni już dawno tkwić w formalinie. Ten z kolei człowiek, choć precyzyjniej byłoby powiedzieć „pacjent” nie rozumie na czym polega budowanie sławy w Polsce i jak działa jej modus operandi. Otóż na szczycie jest miejsce tylko dla kilku osób i nie ma żadnego znaczenia, czy one są tam obsypywane kwiatami na tym szczycie, czy może obrzucane efektem zastosowanie nadmiernej dawki środka przeczyszczającego. Ważne, że są i że się o nich mówi. Dla nikogo więcej miejsca tam nie ma, bo na szczyt trzeba być wprowadzonym. Pobyt zaś tam jest stymulowany przez zachowania – całkowicie darmowe i niepłatne – różnych aspirujących Żalków, którym się zdaje, że jak Kopaczowa powiedziała o dinozaurach w naftalinie, to można teraz zarzucić wica o formalinie i człowiek też będzie sławny. Nie. To tak nie działa. Modus operandi, o którym pisze został zapożyczony z rynku literackiego, na którym kreowane są dwie trzy gwiazdy w każdym segmencie, a reszta poprzez swój jałowy i nie dający satysfakcji trud podtrzymuje tylko ich znaczenie oraz nadaje nędznym ich książkom wagę, na którą nie zasłużyły. Ja się wczoraj, podczas swojej wizyty w hurtowni, upewniłem ostatecznie co do działania tego mechanizmu. Zaraz o tym napiszę, ale jeszcze słów kilka o Żalku. Do sławy człowiek jest wyznaczony przez organizację. Jeśli sam chce sławy, takiej oddzielnej, musi mieć własną organizację i własny rynek. Do innych rynków i sław nikt go nie dopuści. Do sławy można kogoś wyznaczyć, żeby robił propagandę. I tak jest z Mrozem, Bondą i Twardochem. A wielu myśli, że jak będą pisać o dobrych Żydach bijących złych Polaków, to też będą sławni. Żalkowi zaś wydaje się, że jak przebije naftalinę formaliną to zajmie cenne minuty w wiadomościach. Nie zajmie, bo chodzi o to, żeby dać nauczkę PO i do tej właśnie funkcji, która wiąże się ze swoiście rozumianą sławą wyznaczono Ewę Kopacz. Wszyscy się zastanawiają o jakie dinozaury jej chodziło. Ja wiem o jakie. Konkretnie o Godzillę przecież.

Zwierzę się Wam z pewnej wątpliwości. Nie wiem czy Ewa Kopacz jest dobrym kawałkiem mięsa na grillowanie, bo mam wrażenie, że ona się nie usmaży nigdy i może się okazać, że z całej zemsty nici. Ona – jak wczoraj entuzjasta Rabiej – będzie wychodzić na mównicę dalej i dalej mówić o przekopanej na metr ziemi i o naftalinie i dinozaurach. Powieka jej przy tym nie zadrga, bo wie, że nie o to chodzi co kto opowiada z mównicy. W sejmie i polityce w ogóle działa inny modus operandi niż w mediach i na rynku literackim. Tego mechanizmu z kolei my nie potrafimy zrozumieć, ale przyznać trzeba, że bardzo się staramy. Nie wiem czy wiecie kto będzie obrońcą Niesiołowskiego w sądzie. Jak oglądaliście wiadomości to wiecie, ale na wszelki wypadek powiem – Ryszard Kalisz. Tak właśnie, ten sam Ryszard Kalisz, którego Niesiołowski publicznie nazwał pornogrubasem. Dziś jednak nie ma to już żadnego znaczenia, albowiem pan Kalisz, bardzo skuteczny prawnik, reprezentuje jak się okazało te same wartości co pan Stefan. Widzimy więc jasno, że co innego jest grane, a co innego pokazywane. Kiedyś było takie przedstawienie, zmontowane w latach sześćdziesiątych jeszcze, gdzie na scenie występował zespół góralski, a pod to była podłożona bardzo nowoczesna muzyka, chyba jazz. I miała z tego wyjść jakaś sztuka. Wyszła kakofonia i cyrk. Teraz też wychodzi, ale póki nikt nie powiedział „sprawdzam” uczestnicy występu uważają, że jest okay, można dalej zachowywać się jak do tej pory i nic się nie stanie. Moim zdaniem stanie się i to wiele. Uważam, że władza PiS zostanie utrwalona na lata, o ile Jarosław Kaczyński czy ktoś z jego otoczenia nie popełnią głupstwa i nie zaczną się godzić i bratać z Godzillą i tymi co reklamują tera flu oraz środek na przeczyszczenie o nazwie Osram. Mam jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Przejdźmy teraz do modus operandi mediów. To jest niezwykłe, jak wdrukowane w mózgi instrukcje i nawyki uniemożliwiają człowiekowi skuteczne i obliczone na przetrwanie działania. Wczoraj gazeta wyborcza dała na pierwszej stronie zdjęcie Roberta Nowaczyka i tytuł – Srebrna jak worek afer. To jest maniera zapożyczona wprost z malezyjskiego tabloidu, ale oni tego nie chcą przyjąć do wiadomości, albowiem są wleczeni na śmierć – jako tytuł, jako środowisko i jako pewna tradycja. Idą do likwidacji, a jedyne co przychodzi im do głowy w takim momencie to najgrubsza z możliwych manipulacji. To niezwykłe moim zdaniem i bardzo pouczające. Ja wiem, że człowiek spadający z wysoka ma ciągłe złudzenia, ale ciągłość ta trwa niezwykle krótko. Niech sobie wszyscy w gazowni przypomną film „Spaleni słońcem”. To jest właśnie opis modus operandi, który oni dziś stosują. Tamtemu z wąsem też się wydawało, że jak ma telefon do Stalina to wszystko może. Mylił się. Teraz słówko w sprawie modus operandi Stefana i pana Nowaczyka. Temu ostatniemu wydaje się chyba, że jest głównym bohaterem filmu „Ostatni don”, ale ja patrzę na niego i nie mogę się opędzić od myśli, że to jest jednak przyszły topielec. Tak jak patrząc na Stefana mam odczucia takie z kolei, że to jest przyszły wisielec. Bardzo wszystkich przepraszam, ale nie mogę się pozbyć tych natrętnych myśli. Obydwu panom życzę oczywiście najdłuższego życia, nawet jeśli miałoby ono płynąć za kratami.

Teraz opowiem o modus operandi rynku książki, podobnie demaskatorskim mechanizmie jak ten w wyniku którego Kalisz ma bronić Niesiołowskiego. Oto byłem w znanej z uczciwości hurtowni. Miałem zamiar zaproponować właścicielom pewien układ, a do tego jeszcze zacząć współpracę od umieszczenia w ich ofercie kilku naszych produktów. Pierwszą rzeczą jaką mi zaproponowano było przejęcie mojej dystrybucji. Tak właśnie. Wielu wydawców oddaje dystrybucje wielkim hurtowniom, bo tak jest wygodniej. Rzeczywiście, dla tych co biorą dotacje, tak jest wygodniej, ale nie dla mnie, bo ja mam swój rynek, swoją sławę i swoje hierarchie. I to jest ważniejsze niż wszystkie pieniądze. Albowiem po oddaniu tego w pacht, ja jako autor staje się kimś, kto musi aspirować do pozycji Mroza i Bondy. I z założenia jest stawiany niżej od nich. To sprawa pierwsza. Druga jest taka, że hurtownie zabierają ponad 50 proc. ceny egzemplarza, a z tego co zostaje wydawca, który nie bierze dotacji, musi opłacić autorów, drukarnie i promocję. Hurtownik bowiem nie zajmuje się promocją. On się zajmuje umieszczeniem książki w sieciach i z tymi sieciami dzieli się tym procentem ceny egzemplarza, który oddał mu wydawca. Jest się czym dzielić powiem Wam, a kosztów tego podziału nie ma żadnych. Podobnie jak nie ma żadnych starań, poza manipulacją cenami, żeby książka sprzedawała się lepiej. Tym się zajmują wyłącznie ci, którzy kreują dwóch trzech autorów mających robić propagandę literacką. I to w zasadzie wszystko. Tak więc autor i wydawca istnieją w Polsce po to jedynie, by pośrednicy mogli – biorąc za pretekst książkę – przejmować budżety organizacji kreujących propagandę. Tę zaś stymuluje się bajaniami o sławie i nagrodach literackich. Na żadne przejęcie dystrybucji się nie zgodziłem, bo to by było tak, jakbym Was wszystkich sprzedał Jankielowi Basowi i Małce. Bohaterom powieści „Pająki” napisanej dawno temu przez Klemensa Junoszę. Czekam jednak na to co powie hurtownia w sprawie dystrybucji naszych produktów. A jest to naprawdę uczciwa hurtownia. Ciekawe co by było gdybym poszedł do takiej, co ma słabszą nieco opinię. Odpowiedź będę miał w poniedziałek. O wszystkim Was poinformuję.

Na razie zapraszam na stronę www.prawygornyrog.pl

Gabriel Maciejewski Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  2 lutego 2019.

  , 2019.02.05.

Autor: Gabriel Maciejewski