Rządy klanu liberałów: efekt Frankensteina (2)


Przeczytaj część 1.

Może do Polaków wreszcie dotrze, że termin „prywatyzacja” nie jest terminem ekonomicznym. Po raz pierwszy termin ten został zdefiniowany w słowniku Webstera dopiero w 1983 roku, zaś przedtem był luźno zastosowany przez Roberta W. Poole w badaniach nad polityką społeczną.

Likwidacja i sprzedaż państwowych aktywów majątkowych nie była oczywiście czymś nieznanym historykom gospodarczym,  podobnie jak grabież wojenna. Lecz  na ogół historycy gospodarczy raczej interesowali się finansowymi i prawnymi przesłankami tych operacji majątkowych (jak spłata zadłużenia państwa, nierentowność konkretnych przedsiębiorstw państwowych, zwrot bezprawnie przejętych nieruchomości, straty wojenne , wrogie przejęcia etc.).

Natomiast  „prywatyzacja” stała się nadrzędną dyrektywą dla polityki gospodarczej w Polsce, co radykalnie zmienia postać rzeczy. Rozwój sił wytwórczych narodu nagle okazał się czymś niepotrzebnym i niezrozumiałym. W tym sensie „prywatyzacja” była zaprzeczeniem tradycyjnej polityki gospodarczej  i podważaniem  wieloletniego doświadczenia historycznego, a jej uzasadnienie stało się czysto ideologiczne, a zatem tendencyjne. Na miejsce polityki gospodarczej stopniowo wkracza idiotyzm.

 Pozwólmy sobie na kilka żartobliwych uwag. Czy przekazanie zakładów karnych na własność mafii mieści się w zakresie „prywatyzacji”? Czy przekazanie oświaty w ręce analfabetów jest sprzeczne z prywatyzacją? Czy wreszcie sprywatyzowanie rządu nie byłoby najlepszy sposobem rządzenia ? Takie pytania nie przychodziły do głowy ideologom prywatyzacji.

Dlatego trzeba wyraźnie podkreślić, że „prywatyzacja” jest terminem sensu stricte ideologicznym. Podobnie jak komunistyczna „nacjonalizacja” zachowuje ona pozory racjonalności ekonomicznej, ale w praktyce przyjmuje charakter rabunkowy, co z racjonalnością ekonomiczną nie ma nic wspólnego. Są to sprawy oczywiste, więc tylko może budzić olbrzymie zdumienie, że tak łatwo udało się wmówić znacznej części opinii publicznej, że „prywatyzacja” sprzyja rozwojowi gospodarczemu. A może tylko na miejsce opinii publicznej podstawiono skorumpowane media i polityków?

Rzuca to snop światła na funkcjonujący w Polsce klan liberalny. Jakby się jego członkowie nie starali, ideologami przemian ustrojowych stać się nie mogli, a to z prozaicznej przyczyny, ze była to ideologia obca (czyli ideolodzy znajdują się gdzie indziej). Współczesne Ideologie jest ofertą zdesakralizowanej wiary,  potrzebującą  kapłanów, inkwizytorów i organistów. Żadna z tych ról nie pasuje do takich ludzi, jak Lech Wałęsa, Janusz Lewandowski czy wspomniany ostatnio Aleksander Kwaśniewski. To podrzędne figury wykonawców  zewnętrznych wytycznych.

Opatrujemy termin „prywatyzacja” cudzysłowem dlatego, aby zaznaczyć, że  tego zjawiska nie traktujemy serio. 

Bez uwzględnienia ideologicznych przesłanek „prywatyzacji”, a przede wszystkim bez rozpoznania ideologów i beneficjentów prywatyzacyjnej ideologii, wszelkie rozważania na temat przekształceń własnościowych w Polsce  skazane są na porażkę. Niestety, w tym zakresie zrobiono niewiele, czego oczywiście nie należało oczekiwać od ludzi zamkniętych w przestrzeni liberalnej. Zrobiono więcej , aby skutecznie zamknąć usta adwersarzom i wyeliminować ich z życia publicznego, w skrajnych przypadkach – fizycznie.

 W tym miejscu, dla umożliwienia śledzenia dalszego toku rozważań zaznaczymy jedynie, że chodzi o odprysk ideologii neoliberalnej i jej najwyższych  kapłanów oraz najpotężniejszych beneficjentów tworzących globalny system finansowy (światową oligarchię finansową). Ważne jest zaznaczenie, iż nie chodzi o Stany Zjednoczone, Niemcy czy inne kraje, lecz o system ponadnarodowy, wykorzystujący zasoby tych krajów w nie mniejszym stopniu, aniżeli w Polsce. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że klan liberalny  w Polsce nie sięga wyżyn światowej oligarchii finansowej nie sięga, a jego uzależnienie jest mocno powikłane.

I jeszcze jedno spostrzeżenie: upadek neoliberalizmu nieuchronnie pociąga za sobą upadek klanu liberalnego, czemu obecnie towarzyszą sceny dantejskie.

Zatrzymamy się nad dwoma wypowiedziami z 1992 roku, stanowiącymi zapowiedź tego nieszczęścia: Obecny stan gospodarki pozwala stwierdzić, że proces prywatyzacji poprzedzony został procesem dewastacji przedsiębiorstw państwowych. Dźwigniami tej dewastacji było nadmierne obciążenie dywidendą, utrzymywanie stałego kursu dewiz w warunkach inflacji złotego oraz wysokie oprocentowanie kredytu i progresywny system naliczania odsetek, a także przedwczesne wycofanie się państwa z zabiegania o zewnętrzne rynki zbytu. W rezultacie nawet nowe przedsiębiorstwa, z nowoczesnymi technologiami, miały deficyt finansowy na tzw. własne życzenie osób odpowiedzialnych za sterowanie gospodarką” (poseł Stanisław Węgłowski, geodeta). Węgłowski stwierdza stan faktyczny. Nikt nie protestuje.

Druga wypowiedź również z 1992 roku jest następująca: „… proponuję sięgnąć do roczników GUS – są tam zawarte wręcz rewelacyjne informacje. Otóż za I półrocze tego roku średnia rentowność sektora publicznego, czyli tzw. przedsiębiorstw państwowych, wynosi 4,4%, natomiast średnia rentowność sektora prywatnego jest dziesięciokrotnie niższa – wynosi 0,4%” (Wiesława Ziółkowska, ekonomistka). Dodajmy, że takich rewelacyjnych informacji GUS-u jest więcej, mimo, iż od 1990 roku oficjalna statystyka jest mocno naciągana.  

Z perspektywy trzydziestu lat, ukazana przez Węgłowskiego wiedza o mechanizmie dewastacji przedsiębiorstw państwowych,  została znacznie wzbogacona. Wówczas o dewastacji zasobów kapitałowych wiedziano  niewiele. Dopiero w 2004 roku doszliśmy do tego, aby rozróżnić takie zjawiska , jak przejmowanie oraz wywożenie zasobów kapitałowych z kraju od ich dewastacji. Kolonialna eksploatacja powoduje destrukcję.  Dlatego warto wiedzieć, że dewastacja jest wtórnym efektem wspomnianych zjawisk, gdy wskutek plądrowania zasobów pieniężnych realnej gospodarki dochodzi do dekompozycji kapitału przedsiębiorstw, instytucji publicznych i gospodarstw domowych. Brakuje im kapitału obrotowego, co potęguje efekty niszczenia lub przejmowania tych zasobów. Mówiąc najprościej, wywołany przez przejęcia i wywóz kapitału niedobór środków finansowych uniemożliwia wykorzystanie posiadanych mocy produkcyjnych, zaniechanie inwestycji odtworzeniowych i stanowi ograniczenie postępu technicznego. Tutaj żaden wolny rynek nie pomoże (patrz np. Artur Śliwiński, Dewastacja zasobów kapitałowych, w „Życie wśród łupieżców, s. 204-210).

Dla niektórych Czytelników wyjaśnienie może wydawać się zbyt specjalistyczne, co jednak nie umniejsza jego znaczenia. To jest horror, na myśl którego przedwojenni politycy – wiedząc co on oznacza dla przyszłości kraju – dostawali dreszczy. Rozwiały się (ale nie do końca) opinie, że sygnalizowane przez Węgłowskiego zjawiska muszą nieuchronnie towarzyszyć przemianom ustrojowym, które z upodobaniem były lansowane przez przedstawicieli i zwolenników ówczesnych władz politycznych. Węgłowski słusznie temu zaprzecza, wskazując, że dokonywały się one „ na własne życzenie osób odpowiedzialnych za sterowanie gospodarką”.

Wypowiedź posłanki Ziółkowskiej konfrontuje ideologię z faktami. Również w długim horyzoncie czasu analogiczna konfrontacja obraca się przeciwko ideologii neoliberalnej. Przypomnijmy miażdżące wyniki analizy „prywatyzacji” Patrika Hamma i zespołu obejmujące lata 1990-2000, przeprowadzone w 3.550 przedsiębiorstwach funkcjonujących w 24 krajach postkomunistycznych. Rezultaty badań daleko odbiegają od wersji ideologicznej; programy masowej prywatyzacji spowodowały ogromny szok fiskalny i pogłębiły recesję transformacyjną.

Wrogie przejęcia

W potocznym wyobrażeniu „prywatyzacja” polega na sprzedaży nierentownych przedsiębiorstw państwowych lub udziałów w państwowych spółkach w obszarze, który umownie nazywamy rynkiem kapitałowym. Dzięki „prywatyzacji” mają one  poprawić  rentowność i zyskać na wartości. Zupełnie tak samo, jak na straganie z warzywami. Z tylko różnicą, że w czarodziejski sposób w bajce o kopciuszku, dynia zamienia się w karetę. Na straganie z warzywami taka zamiana raczej się nie zdarza.

Wyobrażenie to najłatwiej zilustrować wypowiedzią wygłoszoną w Sejmie RP dwa dni przed sylwestrem 1992 roku : „Kwestia słabości struktur rządowych. To widać najwyraźniej, niestety, w tych wszystkich procesach dotyczących negocjacji handlowych. Jest tak, że biznesmen, który chce kupić jakieś dobro w Polsce, jest skoncentrowany wyłącznie na tym jednym elemencie. On jest bardzo doświadczonym negocjatorem w takich kwestiach i bardzo często (najprawdopodobniej bardzo często) jest po prostu lepszym negocjatorem od negocjatora, który działa w imieniu skarbu państwa. I tak, Wysoka Izbo, będzie. Musimy się, niestety, pogodzić, że w jakiejś mierze ten proces, także i z tego powodu, będzie chromy”. Czyli rzekomo świetni negocjatorzy z Ministerstwa Przekształceń Własnościowych , wsparci przez rzekomo profesjonalną i hojnie opłacaną armię zagranicznych firm konsultingowych, łatwo ulegali nabywcy „jakiegoś dobra w Polsce” , ponieważ był on bardziej doświadczonym negocjatorem. Handel kwitnie, ale nie każdy ma takie same zdolności kupieckie. Jedni sa lepsi, inni gorsi. Nie ma w tym ekonomii za grosz, ale co to szkodzi?

 Tymczasem istotą „prywatyzacji” są wrogie przejęcia, zorganizowane na skalę masową. W większości krajów zachodnich wrogie przejęcia są prawnie zakazane i karane, ponieważ są to praktyki ewidentnie oszukańcze. Przejęcia te polegają bowiem na doprowadzeniu „obiektu przejęcia” do trudnej sytuacji finansowej (głównie przez zadłużenie), aby w ten sposób obniżyć jego wartość, a następnie  niemal za bezcen przejąć na własność. Można zatem powiedzieć, że są one najważniejszą technologią stosowaną w zarządzaniu dystrybucją majątku narodowego, która zapewniała beneficjentom dystrybucji najkorzystniejszy transfer majątkowy.

Pytanie, kim są beneficjenci i jakie są ich cele?

Złudzenia co do natury „prywatyzacji” ostatecznie prysły w 2010 roku, kiedy w ramach tzw. memorandum Grecja została zmuszona do „prywatyzacji”, jako warunku uzyskania pożyczki finansowej na pokrycie zadłużenia. Przymus nie tylko wyklucza dobrowolność, lecz również jasno pokazuje, z czym mamy do czynienia.

Skoro w latach 1991-2001 prywatyzację uznano za cel strategiczny, talenty liberalnego klanu ześrodkowały się na wprowadzaniu ułatwień dla wrogich przejęć przedsiębiorstw państwowych.

Ułatwienie klasycznych wrogich przejęć pochodzi z ustawy o przyjemnie brzmiącym tytule: „Ustawa o restrukturyzacji przedsiębiorstw i banków oraz o zmianie niektórych ustaw”. Dwa elementy uwzględnione w tej ustawie  składają się na całość. Jednym z nich jest dostrzeżony w toku dyskusji na projektem ustawy nowy element: Nowym elementem w ustawie jest mechanizm handlu długami. Korzyści z tego mechanizmu są wyłącznie teoretyczne. W praktyce może on uruchomić zjawisko znane jako afera FOZ, tyle tylko że na mniejszą skalę”(Stanisław Węgłowski). Drugim elementem jest  potężne zadłużenie wewnętrzne: Skala zjawiska zadłużenia jest olbrzymia. Zadłużenie między podmiotami, bankami i budżetem państwa przekracza 400 bln zł. Przyczyny tego zadłużenia, to ewidentne błędy w polityce gospodarczej. Błędy w polityce gospodarczej! Jedną z przyczyn jest również sytuacja budżetu państwa, który nie płaci swoich zobowiązań. Z roku na rok te zobowiązania się zwiększają. Budżet państwa nie płaci jednostkom budżetowym, jednostki budżetowe nie płacą podmiotom gospodarczym i kółko się zamyka” (Wiesława Ziółkowska). Najkrócej mówiąc, banki stosujące wysokie oprocentowanie (tj. restrykcyjną politykę kredytową) , sprowadzają zadłużone przedsiębiorstwa państwowe i prywatne do parteru, a skupujący od nich długi „wierzyciele” niemal za bezcen przejmują przedsiębiorstwa. Tak wygląda model teoretyczny. W praktyce natomiast ma dochodzi do tego założenie, że banki nie są sępami, że wierzyciele wyłącznie martwią się o odzyskanie należności, że inwestorzy powinni być bezwzględnie szanowani etc.

Inwestowanie powinno oznaczać, że kredytodawca lub inwestor ponosi nakłady oraz wystawia je na ryzyko, ponieważ oczekuje zwrotu z inwestycji finansowej  przewyższającego poniesione nakłady. Do tego dochodzi założenie, że kredytodawcy i inwestorzy przestrzegają obowiązującego w danym państwie prawa, postępują zgodnie z obowiązującymi procedurami administracyjnymi i nie wpływają na prawo i administrację państwową. Inne spojrzenie na ich działalność wynika ze znajomości historii gospodarczej. Zachowanie kredytodawców-sępów lub inwestorów- sępów zostało przetestowane w historii rozwoju mocarstw kolonialnych, w której łamanie praw lokalnych i procedur administracyjnych, niszczenie kultury i brak skrupułów moralnych stanowią trwały rys ich działalności biznesowej.

A właśnie idealistyczne założenie o dobrej woli kredytodawców czy inwestorów było z uporem maniaka forsowane przez ministra Janusza Lewandowskiego. Przykładów jest wiele, ale ograniczymy się tutaj do jednego:”… wspólnie rozwiązujemy problem zadłużenia przedsiębiorstw, proces ten przebiega w dobrym tempie i zapowiada się niejako nowy strumień zmian własnościowych w 1993 r., przejmowanie udziałów przez banki. Problem tylko polega na tym, aby były to banki raczej prywatne czy podlegające procesowi prywatyzacji, a nie państwowe, gdyż jeżeli będą to banki państwowe, trudno będzie ten proces nazwać procesem rzeczywistej prywatyzacji”. Nie byliśmy pewni, czy u źródeł podobnych przekonań leży idealizm; wyglądają one raczej jako przejaw cynizmu i oszustwa. Później to wyjaśnimy.

„Wspólnie rozwiązujemy problemy zadłużenia” – ten sygnał o istnieniu wzajemnej zgody (w ramach mieszanki konkurencji i współpracy) sprowadza nas znowu do zajęcia się przestrzenią liberalną. Wśród  rodowych cech członków klanu liberalnego „prywatyzacja” jest najbardziej eksponowanym celem polityki gospodarczej.

Rzeczy tkwi nie w braku krytyki „prywatyzacji”, lecz w sposobie tej krytyki. Przynależność do przestrzeni liberalnej wyznaczała pozytywny stosunek do „prywatyzacji”, ale z licznymi, sprzecznymi, neutralizującymi się wzajemnie zastrzeżeniami. Za dużo czy za mało, za szybko czy za wolno, można było lepiej czy gorzej etc. Przestrzeń liberalna była nasycona takimi kontrowersjami, ale kierunek marszu -„prywatyzacja” był niezmienny. „Prywatyzacja” stała się tabu, którego naruszenie groziło wyrzuceniem z przestrzeni liberalnej. Po pogardliwym stosunku do pracy oraz po apologetyce „wzorcowych” gospodarek rynkowych, stała się trzecią siła sprawczą „przemian ustrojowych” w Polsce.

Nie zdążyliśmy wyjaśnić związku między pogardliwym stosunkiem do pracy i apologetyką „wzorcowych” gospodarek rynkowych. Ogniwem spajającym pozornie niezależne nastawienia był miraż łatwego i szybkiego dobrobytu, osiąganego bez wieloletniego, żmudnego wysiłku, w trybie hazardowym. Dzięki wykorzystaniu wszystkich szans, z wyjątkiem jednej – wytężonej pracy. Oślepienie było tak wielkie, że przestrzeń liberalna zaczęła wypełniać się najbardziej nieoczekiwanymi figurami.

Od lat 70-tych ubiegłego wieku stosowane były kryteria racjonalności ekonomicznej w sektorze państwowym, w szczególności rachunek korzyści i strat społecznych. W taniej publicystyce ekonomicznej lat dziewięćdziesiątych (i później) lansowano tezę, iż ocena korzyści gospodarczych z prywatyzacji jest trudna do przeprowadzenia, skomplikowana, lub wątpliwa, gdy tymczasem w Polsce leżały gotowe standardy rachunku korzyści i strat społecznych, uwzględniające tzw. efekty zewnętrzne, czyli społeczne skutki decyzji gospodarczych rządu. Standardy te nie były ekskluzywne w tym sensie, że  ich zastosowanie było dostępne tylko dla krajów wysoko rozwiniętych gospodarczo (były stosowane także w Egipcie), ani tak kosztowne, aby przelicytować koszty zatrudnienia zagranicznych firm konsultingowych.

Było to bodaj największe oszustwo prywatyzacyjne; podstawienie prywatnego rachunku ekonomicznego pod społeczny rachunek ekonomiczny. Na to dali się nabrać ideowi zwolennicy wolnego rynku, którym zabrakło wyobraźni i rozumu, aby rozróżnić zasady funkcjonowania sektora prywatnego i publicznego. W tym przypadku brak elementarnej wiedzy ekonomicznej jest szokujący, ale bardziej szokujący jest cynizm tych ekonomistów, którzy znali różnice między tymi sektorami i starali się je zagmatwać. Po raz drugi odwołujemy się do bajek dla dzieci: jedni wcielają się w rolę babci, a drudzy w wilka w bajce o czerwonym kapturku. Ludzie, którzy trafili do przestrzeni liberalnej znaleźli się przed wielkim sprawdzianem: czy potrafią zmądrzeć, czy do reszty zgłupieją. Sprawdził się wariant drugi.

„Prywatyzacja” była podstawowym powołaniem  liberalnego klanu. Zarządzanie dystrybucją majątku narodowego nazwano przekształceniami własnościowymi lub „prywatyzacją”, ukrywając pod tymi terminami rzeczywiste cele i sens działania.

Bardzo ważne jest następujące pytanie. Jaki jest związek między „prywatyzacją”, a niechęcią i pogardą dla pracy? Kluczowym elementem odpowiedzi są koszty społeczne „prywatyzacji”, które nie mają bynajmniej wyłącznie buchalteryjnego, lecz są realnym obciążeniem dla milionów Polaków. Z historii omawianego okresu na plan pierwszy wysunęły się dwa obszary dławione tymi kosztami.

Pierwszym z nich jest obszar bezpieczeństwa socjalnego, w którego w ramach zachodzi degradacja pracy, bezrobocie  i pogorszenie warunków pracy. Były to (i są niestety nadal)  procesy najbardziej niszczące społeczeństwo polskie. Kto się tym przejmował?

 Dopiero za tym idzie demoralizacja władzy, skandaliczny brak odpowiedzialności polityków i funkcjonariuszy publicznych, zakłamanie publiczne, etniczne i religijne, uleganie fałszywym perspektywom wzrostu gospodarczego etc.. etc.     

Drugim obszarem kosztów społecznych „prywatyzacji” jest obszar bezpieczeństwa narodowego.

Te dwa zabagnione obszary polskiej rzeczywistości nie zostały do tej pory osuszone. I nikt się do tego nie kwapi.        

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Polecamy: Europejski Monitor Ekonomiczny – Европейский Экономический Moнитop – European Economic Monitor .

Więcej artykułów  prof. Artura Śliwińskiego na naszym portalu >   >   >   TUTAJ .

  • Ilustracja tytułowa: Reformatorzy polskiej gospodarki: Balcerowicz, Tusk i Lewandowski. Fot. Inter.

Polish-Club-Online-PCO-logo-2

2019.02.16.

  

Artur Śliwiński

Autor: Artur Śliwiński