Sojusze czy gra pozorów?


Z dr. Krzysztofem Kawęckim, prezesem Prawicy Rzeczypospolitej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Za nami konferencja bliskowschodnia w Warszawie. Czy bezkrytycznie popierając Stany Zjednoczone i Izrael w ich antyirańskiej polityce, nie wyszliśmy przed szereg?

– Warto przypomnieć, że inspiratorem i pomysłodawcą konferencji bliskowschodniej w Warszawie były Stany Zjednoczone. I przebieg tego spotkania potwierdził, że to Amerykanie i ich najbliższy sojusznik – Izrael nadawały ton dyskusji, będąc najbardziej aktywnymi uczestnikami tej konferencji. I te dwa państwa w dużym stopniu mogą się czuć usatysfakcjonowane z przebiegu debaty, a zwłaszcza Izrael. W Warszawie doszło do spotkania premiera Beniamina Netanjahu i arabskich przywódców ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Arabii Saudyjskiej i Bahrajnu, i to jest jakby jedna kwestia z pewnością korzystna dla Izraela. Natomiast druga kwestia to zapowiedź planu kompromisu pomiędzy Izraelem a Palestyńczykami.

Jaką rolę na tej konferencji odegrała Polska?

– Polska była współgospodarzem konferencji, ale nasza rola była dość ograniczona, bierna. W związku z tym uzasadnione jest pytanie, czy w ogóle powinniśmy przyjąć ofertę Stanów Zjednoczonych i wziąć na siebie rolę współgospodarza i organizować spotkanie w Warszawie. Mówi się, że konferencja warszawska to przełom w polityce bliskowschodniej czy w ogóle w polityce międzynarodowej. Oczywiście dla Stanów Zjednoczonych jest bardzo wygodne mówienie o konferencji warszawskiej, a nie np. waszyngtońskiej, dlatego że pokazuje to, iż Amerykanie mają w swojej polityce poparcie swoich sojuszników, że nie są izolowani.

Ale przecież to my sami chcieliśmy przyjąć narrację, żeby spotkanie to było określane jako konferencja warszawska…      

– Owszem, ale to wszystko jest tylko grą pozorów. Nie chcę być złośliwy, ale w takim działaniu objawiają się substytuty polityki państwa, które często nie potrafi sobie poradzić z własną suwerennością, z własną podmiotowością. Idąc tym tokiem myślenia, sojusz państw komunistycznych, gdzie była absolutna dominacja Związku Sowieckiego, przecież nieprzypadkowo otrzymał nazwę Układ Warszawski, a nie Układ Moskiewski. Oczywiście nie chcę robić tego typu porównań, bo byłyby one zbyt daleko idące, ale pewne skojarzenia nasuwają się same. Nie jest też dobrze, że mamy mówić o planie warszawskim, bo de facto jest to plan waszyngtoński czy amerykańsko-izraelski, a Polska w tej rozgrywce spełnia rolę bierną.

My przedstawiliśmy tę konferencję jako pokojową, ale z przekazu Stanów Zjednoczonych, a zwłaszcza premiera Izraela, wynika coś zupełnie innego…

– Wystąpienia wiceprezydenta Mike’a Pence’a, a także premiera Beniamina Netanjahu nie pozostawiają wątpliwości, jaki charakter miała ta konferencja. Mianowicie, że była to konferencja zdecydowanie o charakterze antyirańskim, z mocnym przekazem i mimo iż końcowa deklaracja jest bardziej złagodzona, to jednak nie deklaracja jest tutaj najważniejsza, ale to, co się wydarzy w następstwie tej konferencji. Natomiast można przyjąć, że była to konferencja, która może doprowadzić czy też być zapowiedzią eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie, a nie, jak chce to przedstawiać Waszyngton, jedynie zwiększenia presji na Iran. Z kolei zapowiedzi polskiej strony przed konferencją, które po jej zakończeniu są w nieco innym duchu, były w tonie, że spotkanie to ma służyć stabilizacji, kształtowaniu pokoju na Bliskim Wschodzie itd., ale końcowy przekaz amerykańsko-izraelski jest jednoznaczny. I nie zmienia tego fakt, że w Warszawie zostały powołane zespoły merytoryczne, które mają się zająć różnymi problemami dotyczącymi sytuacji na Bliskim Wschodzie, bo konferencja w Warszawie stała się tak naprawdę narzędziem w realizacji polityki amerykańskiej.

Jeśli chodzi o Polskę, to podczas konferencji padły oskarżenia, które nie powinny się pojawić. Czemu miały służyć skandaliczne słowa amerykańskiej dziennikarki Andrei Mitchell?

– Nie sposób przejść obojętnie nad wypowiedziami, które się przebiły do prasy światowej, i to nie tylko dziennikarki Andrei Mitchell, ale również wypowiedzi sekretarza stanu Mike’a Pompeo, który w Warszawie, stawiając za wzór, przywołał postać stalinowskiego oprawcę Franka Blaichmana. Przypomnę, że był to partyzant oddziału zwalczającego Armię Krajową, następnie wysoki rangą funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa odpowiedzialny bezpośrednio za zbrodnie w okresie komunistycznym, który w swoich pamiętnikach wydanych już w Stanach Zjednoczonych szkaluje Polskę oraz oskarża AK i NSZ o antysemityzm i współdziałanie z Niemcami. Ten sam Mike Pompeo nawoływał polskie władze do podjęcia działań na rzecz restytucji mienia żydowskiego utraconego w wyniku holokaustu.

Czy takie wypowiedzi to wynik niewiedzy, niedouczenia?

– Absolutnie nie. To było świadome działanie ze strony administracji waszyngtońskiej. Być może sam sekretarz Mike Pompeo mógł nie wiedzieć, nie znać szczegółów, co wcale go nie usprawiedliwia, natomiast ci, którzy przygotowywali mu przemówienie, z całą pewnością zdawali sobie sprawę z treści i wagi tych słów. Tu przecież nie chodziło tylko o przywołanie osoby Franka Blaichmana, ale również wszystkich kwestii związanych z działalnością tej postaci, która symbolizuje tę antypolską narrację, która w prasie zachodniej często wybrzmiewa czy dominuje. Dlatego absolutnie wykluczam tutaj ignorancję i uważam, że był to świadomy przekaz, celowe działanie. Podobnie jak świadoma – moim zdaniem – była wypowiedź korespondentki amerykańskiej Andrei Mitchell, jednej z bardziej znanych i doświadczonych dziennikarek, która ma swoją pozycję w świecie mediów. Nawiasem mówiąc, to ona podczas konferencji bliskowschodniej przeprowadzała z Warszawy wywiad z wiceprezydentem Mikiem Pence’em i w tej sytuacji trudno mi sobie wyobrazić, żeby taka osoba miała aż takie braki wiedzy w zakresie historii. A jeśli rzeczywiście dziennikarka ma tak ukształtowany obraz Polski, to sytuacja jest tym bardziej dramatyczna, bo pokazuje, jaki obraz Polski dominuje w Stanach Zjednoczonych. Tym niemniej sądzę, że są to działania prowokacyjne mające na celu upokarzanie Polski. Przypomnę, że swojego czasu przewodniczący Kongresu Żydów mówił o tym, że jeśli Polska nie dokona zwrotu mienia żydowskiego, i to tego bez spadkowego, to będzie upokarzana. I teraz jest pytanie, czy rzeczywiście tego typu wypowiedzi, działania, jak ostatnio w Warszawie, nie mają związku z tego typu groźbami? Trudno powiedzieć, ale wykluczyć też tego nie można.

A jeśli chodzi o wypowiedź premiera Beniamina Netanjachu, współodpowiedzialności Polski za holokaust – wypowiedź wprawdzie zdementowaną – czy można to potraktować jako element gry wewnętrznej w Izraelu?

– To jest wypowiedź, która miała miejsce w Muzeum Historii Żydów Polskich Polin, gdzie premier Netanjahu miał powiedzieć, że Polacy kolaborowali z Niemcami – mówimy, że miał powiedzieć, bo taki przekaz podał dziennik „Jerusalem Post”, natomiast kancelaria premiera Izraela później sprostowała tę wypowiedź, ale to sprostowanie też brzmi niejednoznacznie. W tym sprostowaniu mowa jest o tym, że premier Netanjahu mówił o Polakach, a nie o polskim Narodzie ani państwie polskim. Jednak skoro jest tu mowa o Polakach, to też jest uogólnianie, bo określenie „Polacy” nie dotyczy jednostkowego przypadku, ale odnosi się do zbiorowości. Przypomnę tylko, że polskie państwo wówczas nie istniało, było tylko Polskie Państwo Podziemne, a administracja była okupacyjna niemiecka i to Niemcy ponoszą odpowiedzialność za dokonane w tym czasie zbrodnie. Później było sprostowanie kancelarii premiera Izraela, że wypowiedź Netanjahu została źle zrozumiana i błędnie zacytowana, tyle że bardzo często – nazbyt często – mamy do czynienia z sytuacjami, gdzie pojawiają się wypowiedzi później dementowane, bo podobno zostały źle zrozumiane i błędnie zinterpretowane. Jednak nie możemy przechodzić do porządku dziennego nad faktami, także nad wypowiedzią Netanjahu, ponieważ wykazał się on co najmniej daleko idącą niezręcznością, a sprostowanie jego kancelarii – w moim przekonaniu – nie do końca załatwia sprawę.

Już sobie wyobrażam, co działoby się po podobnej wypowiedzi ze strony polskiej. Czy jednak sami sobie nie jesteśmy winni i nie płacimy ceny za zaniedbania w polityce historycznej?

– Przez wiele lat polskiej polityki historycznej nie było, a i dzisiaj pozostawia ona jeszcze wiele do życzenia. Niestety, przekaz prostujący różne kłamstwa na temat historii Polski jest nieskuteczny. Proszę zauważyć, że oczernianie Polski w zasadzie sprowadza się ciągle do tego samego tematu, czyli do rzekomego polskiego antysemityzmu, a z okresu II wojny światowej do wręcz współdziałania z niemieckim okupantem. Taki przekaz na Zachodzie jest przez tamte ośrodki kształtowany celowo i świadomie. W najbliższym czasie 21-22 lutego w Paryżu odbędzie się konferencja pt. „Nowa polska szkoła historii Holokaustu” z udziałem znanych antypolskich historyków, m.in. Jana Tomasza Grossa, Jana Grabowskiego oraz publicystki „Gazety Wyborczej” – osób najczęściej cytowanych przez zachodnie ośrodki medialne. Ta konferencja oprotestowana przez ośrodki polonijne będzie miała na celu utrwalanie nieprawdziwego, kłamliwego i szkodzącego Polsce przekazu.  

Dziękuję za rozmowę.    

*

Mariusz Kamieniecki    

Źródło: NASZ DZIENNIK , 17 lutego 2019.

*

Polish-Club-Online-PCO-logo-2
, 2019.02.18.

,

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci