Czy wszyscy poeci to pederaści albo kapusie?



Wiele interesujących kwestii na zawsze pozostanie poza naszym zasięgiem, a wynika to wprost ze skrzywionego obrazu przeszłości jaki wtłoczyła nam w głowy tak zwana humanistyka, czyli pokolenia systemowo wychowywanych oszustów, którzy udawali naukowców. Kręcę się, jak nie powiem co, wokół pewnych kwestii i wiem, że nigdy ich nawet nie ugryzę, nie mam ani narzędzi, ani metody. Wszystkie zaś dostępne narzędzia i sposoby służą tylko manipulacji. Mam przed sobą książkę Kaliksta Morawskiego zatytułowaną „Dante Alighieri”. Napisana jest ona w dobrze nam znanym, „humanistycznym” duchu i nie nadaje się właściwie do czytania. Zawiera w zasadzie wyłącznie opinie innych badaczy na temat Dantego i jego poezji, a do tego jest poprzetykana informacjami encyklopedycznymi opisującymi życie we Florencji schyłku XIII i XIV wieku. Czytanie jej to udręka, gorsze jest chyba tylko czytanie książek Marii Janion. W kilku jednak miejscach Kalikst Morawski potrafi nas zaskoczyć. Pisze na przykład, że człowiek, który był poetyckim protektorem Dantego najpewniej był sodomitą. Książka jest stara i Morawski używa właśnie takiego wyświechtanego wyrazu. Potem zaś pisze rzecz dla niego oczywistą, a dla laika takiego jak ja całkiem niespodziewaną. Ani ja, ani zapewne Wy, nie zastanawialiśmy się nigdy jak to było z debiutami poetyckimi w czasach kiedy nie było gazet, nie wspominając o internecie. Jak zostawało się wielkim poetą? Bardzo prosto. Trzeba było napisać poemat i rozesłać go w kilku kopiach do najbardziej znanych poetów w rodzinnym mieście. W mieście, w którym wszyscy się znali, w którym zwalczały się różne koterie i które prowadziło poważną politykę, a także interesy na wielką skalę. Jasne jest wobec powyższego, że deklaracje poetyckie były swego rodzaju akcesem do organizacji. Jeśli jakiś poeta ujawnił talent, to poddawany był dalszym próbom i obróbce w strukturach, do których aspirował. Jak one wyglądały do końca nie wiemy, albowiem badacze literatury robią od setek lat wszystko, by tejże literatury nie łączyć z niczym poza literaturą. Najmniej zaś z polityką i gospodarką. Literatura, w szczególności poezja, służyły li tylko temu by uwodzić różne Beatrycze i Laury. Takie wypreparowane zależności – poezja i miłość, są fikcyjne z istoty, albowiem zaprzeczają codziennemu doświadczeniu. Musi chodzić o coś innego. Dziewięcioletni Dante spotykający dziewięcioletnią Beatrycze, to nie jest figura miłosna, ale jakaś inna, której nie rozumiemy i niestety nie zrozumiemy. To samo musi być z Petrarką, a także z innymi poetami, albowiem talent poetycki to jest coś, co ma wszelkie cechy dziedziczności, ale nie takiej zwyczajnej tylko nadprzyrodzonej, mistycznej. Przy czym mistyka daleka jest od mistyki katolickiej. Nie ma jednak tych cech w istocie, bo nie ma czegoś takiego jak dziedziczność talentu, nawet „mistyczna”. Jest tylko pragnienie, by ona istniała. Ono jest realizowane poprzez organizację opartą na kilku filarach. Pierwszym, nie najważniejszym bynajmniej, jest deprawacja. To znaczy poeta musi być zdeprawowany, żeby w ogóle być akceptowanym przez innych poetów. Bez tej akceptacji zaś nie ma mowy o sukcesie. Oni muszą go w jakiś sposób wyróżnić i wskazać jako tego właściwego. W okolicznościach politycznych i gospodarczych jego talent rzeczywisty nie ma przy tym znaczenia, liczy się tylko zręczność w operowaniu narzędziami zapożyczonymi z poezji antycznej, uchodzącej za skończoną doskonałość. Jeśli ktoś się wyuczy wystukiwania tych fraz z automatu staje się wielkim poetą. Inni zaś nie mają wyjścia, muszą klaskać w czasie jego wystąpień. To sprawa najważniejsza – opanowanie warsztatu. Potem idą kolejne związane z treścią utworów oraz jej warstwami. Dla niewyrobionego oka najważniejsze będą treści powierzchowne, traktujące o uczuciach, symbolach, alegoriach i takich tam sprawach. Z całą pewnością jednak w poezji jest drugie dno i nie dotyczy ono wyłącznie brzydkich zabaw pederastów, albowiem te są tylko wstępem do realizowania misji innych – politycznych i gospodarczych. Nie wierzę bowiem w to, że w poezji nie ma szyfrowanych informacji dotyczących handlu, obrotu, stóp procentowych udzielanych kredytów, które w średniowieczu oficjalnie uznawane są za lichwę i zabronione przez Kościół. To jest niemożliwe także z tego względu, że poeci nie byliby traktowani serio, gdyby nie zajmowali się kryptologią. Po jaką cholerę ktokolwiek miałby im płacić? Za jakieś problematyczne wzruszenia? Żarty. W Italii trwa permanentna rewolucja, która prowadzi do likwidacji szlachty i wyniesienia bogatego mieszczaństwa, kontrolującego ceny na rynku żywności, a także produkcję tekstyliów. Do obsługi polityki miast potrzeba ludzi rozumiejących mowę i pismo, a także rozumiejących różne sekrety. Poeci nie zrodzili się nagle w stuleciu XIII, istnieli wcześniej, a złudzenie dziedziczności talentu, polegające na wyuczeniu się zasad tworzenia poezji łacińskiej czyniło z nich ważną gildię, znajdującą się poza czasem właściwie. Nie dzieci bowiem poetów dziedziczyły ów talent czy talent rzekomy. To było udziałem ludzi, którzy gotowi byli przejść przez różne wtajemniczenia, te prymitywne, dotyczące seksualności i te bardziej finezyjne, czyli polityczne i finansowe. I teraz przenieśmy się w czasy późniejsze, mam przed sobą także inną książkę, napisaną przez Jorga Schulte, niemieckiego badacza, zajmującego się twórczością Jana Kochanowskiego. Jego praca nosi tytuł „Jan Kochanowski i renesans europejski” i jest tak samo niemożliwa to przeczytania jak praca Kaliksta Morawskiego. Renesans europejski jest bowiem według niemieckiego badacza zjawiskiem poza polityką, poza gospodarką, poza wszystkim w zasadzie, jego jedynym celem było doskonalenie warsztatowe na wzorach dawniejszej. W tym rzecz oczywista dantejskiej. Co zaskakujące, w książce tej cały rozdział, poświęcony jest podobieństwom pomiędzy poezją Filipa Sidneya, a poezją Jana Kochanowskiego, a także podobieństwom utworów tych dwóch do poezji Dantego.

Oto fragment:

Powróćmy zatem do układu sonetów i pieśni w Astrophil and Stella Philipa Sidneya. Tak sonety jak i zwrotki pieśni zawierają nieprzerwaną sekwencję 63 sonetów względnie strof. Po 63 sonetach otwierających cykl umieszczona została dziewięciozwrotkowa pieśń oraz sekwencja dziewięciu sonetów. Stąd zarówno sonety jak i pieśni podzielone są tak samo, na 63+9+36=108 jednostek. Stosunek 63/36 względnie 7/4 odnajdujemy między innymi w Boskiej komedii Dantego, w której Beatrycze ukazuje się po raz pierwszy w Czyśćcu XXX63 czyli dokładnie w połowie 64 pieśni Boskiej komedii, którą poprzedzają 63 pieśni (razem z pieśnią wstępną) po niej zaś następuje jeszcze 36 pieśni. Środkowa z 11 pieśni zawartych w Astrophil and Stella, pieśń szósta, zawiera dziewięć strof, to jedyna pieśń , której zwrotki składają się z sześciu wersów po sześć sylab. Środkowa zwrotka tej pieśni, czyli piąta z dziewięciu, stanowi 134 jednostkę cyklu, jej środek odpowiada zatem proporcji 133,5. W ten sposób precyzyjnie wyliczony środek szóstej, środkowej pieśni przypada na punkt złotego podziału 216 jednostek cyklu (216/  φ = 133,498)

I dalej:

Niewykluczone, że Jan Kochanowski w podobny sposób oznaczył złote cięcie w drugiej księdze swoich Fraszek, zawierającej dokładnie 108 epigramatów. Złoty podział przypada w niej dokładnie na fraszkę „O proporcyjej”, która zawiera wprawdzie sprośny żart, lecz dzieli 108 epigramatów „Ksiąg wtórych” według złotej proporcji na 67 i 41 epigramatów (108/ φ = 66,749)

Atoli patrząc na swe jajca silne

Myśliłem rzeczy moim zdaniem pilne

Jeśli mię zechce mieć szczęście w swym nierządzie,

Niech mi da wedle proporyjej mądzie…

I jeszcze jedno zdanie:

Tom Parker odkrył, że cykl liczący 108 utworów był wielokroć naśladowany w kręgu Sidneya…

Powróćmy teraz do początku – żeby zostać uznanym poetą trzeba było zgłosić akces do organizacji i zapłacić jakieś frycowe. W zamkniętym środowisku jakim była Florencja XIII wieku frycowe dotyczyło już to pederastii, już to udziału w ryzykownych przedsięwzięciach politycznych lub finansowych, albo po prostu w wendetcie. Ludzie zaś z Florencji uważali siebie za istoty najdoskonalsze narzucające sprytem, przebiegłością, inteligencją i pieniądzem swoją wolę innym. Wszyscy poza tym znali język szyfrów zawarty w poezji i mogli się nim porozumiewać bez strachu, że ktoś ich zdemaskuje. To dawało im poczucie wyższości, którego nie mogło zniwelować nic, nawet wspaniałości dworów francuskiego i cesarskiego. W czasach nowożytnych sytuacja zmieniła się nieco, albowiem to co było do tej pory komunikacją wewnętrzną Italii stało się językiem powszechnym. I Italia zamierzała dzięki propagandzie swoich finansowych i gospodarczych doktryn podbić świat. Taka zmiana zawsze odbija się na skuteczności komunikacji. Ona słabnie i żeby przywrócić tę skuteczność potrzeba nowej siły. Tak więc pojawili się inni gracze i oni zaczęli dyktować warunki. Mechanizm jednak werbunku do poetyckich gildii pozostał i ludzie w odległych rejonach świata, takich jak Królestwo Polskie, świadomie bądź nie zgłaszali swój akces do tych organizacji. Czy tak właśnie uczynił Jan Kochanowski? Ja tego nie wiem z pewnością, ale mamy taką sugestię w książce Jorga Schulte. Poeta to z definicji szpieg i człowiek znający różne wtajemniczenia. On sam deklaruje chęć przystąpienia do cechy i służenia tym, którzy akurat nim kierują. Tak to wyglądało i nie chce być inaczej.

Co nam z tego zostało dzisiaj? No tyle, że jak ktoś na studiach mówi, że chce pisać wiersze natychmiast jest obskakiwany przez bandę pedałów, a zaraz po nich przybiegają funkcjonariusze różnych służb, którzy – o ile człowiek wykazuje się jakimś zrozumieniem przedmiotu swoich zainteresowań, a nie tylko pieprzy trzy po trzy – starają się go wciągnąć do organizacji. Żeby tego uniknąć dobrze jest ostro popijać przez dłuższy czas, bo wtedy panowie ci tracą zainteresowanie i demonstrują swoje rozczarowanie oraz szczery żal.

W czasach współczesnych mamy jeszcze internet, który ci durnie uruchomili uważając, że mają kontrolę nad wszystkim. Tak jednak nie jest. Możemy więc póki co pisać i mówić co chcemy, a także zastanawiać się nad czym chcemy. I nikt nam tu żadnych propozycji składał nie będzie. Jeśli zaś idzie o dziedziczenie talentu, to zostało ono oddzielone od deklaracji wstąpienia do cechu. Talent dziedziczą dziś dzieci sławnych poetów i pisarzy, a przez to sama poezja i literatura w ogóle bardzo straciły na znaczeniu. Zastanawiam się czy te wszystkie ruchy wokół deprawacji dzieci nie są spowodowane czasem jakimś kryzysem w świecie gejów. To znaczy, oni chcą sobie wychować następców, bo to co jest tam teraz to po prostu grypsera, chamówa i dzikie bandy. Komuś się to nie podoba, a poza tym środowisko traci utrwaloną tradycją funkcję i staje się po prostu zgrają gnoi irytującą na tyle, że ktoś się kiedyś może po prostu zdenerwować i rozpocząć ich likwidację. Być może są jakieś grupy, świadome funkcji środowiska i jego tradycyjnych relacji z innymi środowiskami i domagają się jej ocalenia lub odbudowy. Nie wiem, tak tylko gdybam. Ale fraszka Kochanowskiego niezła, co nie…? I jeszcze jedno – chyba najważniesze – talent to jedna z form relacji człowieka z Bogiem. Nie dziedziczy się go, nie dostaje poprzez kooptację i dziwne praktyki. On przychodzi z góry, nie z boku, nie z tyłu i nie z przodu. Z góry. I tak już zostanie, reszta to satanizm.

Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl

Gabriel Maciejewski 

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  25 lutego 2019.

Ilustracja tytułowa:  Hieronymus Bosch, fragment obrazu. Za: Inter / wybór zdjęcia wg.pco

, 2019.02.27.

Autor: Gabriel Maciejewski