W OBRONIE ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH PRZED PIOTREM ZYCHOWICZEM (CZĘŚĆ II)


Przeczytaj część I.

Pamięć to zdolność przypominania sobie tego, co się nie wydarzyło, i zapominania tego, co się wydarzyło (Thomas Szasz)

Relacje naocznych świadków mogą przydać się w rekonstrukcji przebiegu wydarzeń, ale tylko jako środki pomocnicze, tymczasem Piotr Zychowicz (pisałem o tym w poprzednim odcinku Notatek), nie dysponując materialnymi śladami zbrodni, dowodami rzeczowymi i dokumentami, w praktyce gros swoich oskarżeń oparł właśnie na relacjach świadków. Gdyby je pominął, objętość jego książki Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych byłaby co najmniej o połowę mniejsza.

Relacje świadków, które są dopiero trzecie w hierarchii dowodów, po dowodach rzeczowych i dokumentach, należy zawsze, a zwłaszcza gdy są – jak to jest w przypadku książki Zychowicza – w gruncie rzeczy jedyną bazą źródłową (czy raczej quasi-źródłową), krytycznie i dokładnie przeanalizować, zinterpretować i zweryfikować zgodnie z metodą historyczno-krytyczną: wykryć nielogiczności, wewnętrzne sprzeczności, niezgodności z zewnętrznymi okolicznościami, sytuacjami i faktami, niemożliwości z punktu widzenia praw natury, sprzeczności ze ściśle określonymi warunkami technicznymi etc. Należy ustalić skąd świadkowie wiedzieli to, o czym opowiadają i czy zajmowali punkt obserwacyjny pozwalający im widzieć (wiedzieć) to, o czym opowiadają.

Historyk musi relacje i zeznania naocznych świadków traktować w sposób „bezlitosny”, zakładając m.in., że jeśli kogoś obciążają, mogą mieć swoje źródło choćby w pragnieniu zemsty. Pod żadnym pozorem i w żadnych okolicznościach nie wolno mu przyjmować z góry prawdziwości stwierdzeń na temat wydarzeń z przeszłości zawartych w relacjach świadków. Jego celem jest ustalenie prawdy przy pomocy procedur krytyki historycznej. W obliczu relacji, które mówią że coś się wydarzyło, zadaniem historyka jest ustalenie, czy to, co mówią te relacje naprawdę się wydarzyło, a jeśli się wydarzyło, to czy wydarzyło się w taki sposób, jak mówi o tym relacja. Historyk musi dążyć do tego, aby ustalić, czy to, o czym relacje mówią jako o „wydarzeniu” rzeczywiście miało miejsce, czy też narrator, który opowiada, tylko sądzi i wierzy, że miało miejsce. Procedury, jakimi posługuje się historyk, muszą być z konieczności krytyczne wobec do relacji świadków.

Historycy wiedzą doskonale, że relacje, świadectwa i zeznania świadków zależne są od wielu, wpływających na ich treść, czynników. Można tu wymienić takie czynniki jak: ograniczona zdolność zapamiętywania, ograniczona zdolność trafnej obserwacji wydarzeń, ograniczona zdolność oddania słowami zaobserwowanych zjawisk, kierowanie się emocjami i osobistymi odczuciami, subiektywizm w postrzeganiu i opisywaniu wydarzeń, wpływ jednych świadków na innych, skłonność do przesady, nadawanie nadmiernego znaczenia swojej własnej osobie, uzupełnianie własnych przeżyć cudzymi, podawanie niesprawdzonych plotek, pogłosek i informacji z drugiej ręki jako własnych naocznych obserwacji, brak całościowego oglądu sytuacji, prowadzący do błędnej interpretacji wydarzeń, podatność na sugestię, łatwowierność, brak krytycyzmu, nieodróżnianie tego, co jest prawdą od tego, co zmyślone, niewiarygodna skłonność ludzka do ulegania iluzjom, nadzwyczajna zdolność przekręcania faktów, selektywność pamięci, pomijanie istotnych faktów, wiązanie ze sobą odrębnych, niezależnych od siebie faktów, przypisywanie innym osobom cech, których nie posiadają, wkładanie im w usta słów, których nigdy nie wypowiedzieli, mylenie chronologii, niemożność dokładnego umiejscowienia wydarzeń w czasie, fantazjowanie, urojenia, skłonność do konfabulacji i dramatyzowania przeżyć własnych oraz innych ludzi, pomyłki co do podstawowych faktów i okoliczności.

Żydowski historyk Samuel Gringauz napisał w 1950 roku (zob. Gringauz „Some Methodological Problems in the Study of the Ghetto” „Jewish Social Studies”, styczeń 1950, str. 65), że relacje i wspomnienia świadków z okresu II wojny światowej cechuje skrajny egocentryzm, grafomańska przesada, chęć uzyskania dramatycznych efektów, pełne niedorzeczności wielosłowie, dyletanckie filozofowanie, kierowanie się uprzedzeniami, pseudo-liryczność.

Relacje świadków zawierają tylko niewielką część prawdy i roi się w nich od przekłamań, rzeczywistość miesza się tu z fikcją, pomyłkom towarzyszą świadome zmyślenia motywowane względami osobistymi lub politycznymi. Dlatego ocena wiarygodności tych, którzy „byli przy tym!” oraz prawdziwości ich relacji jest poważnym problemem zarówno w wymiarze sprawiedliwości, jak i w historiografii, zwłaszcza tej zajmującej się pojedynczymi lub masowymi zbrodniami. Adwokaci, prokuratorzy, policjanci, sędziowie wiedzą, jak często błędne i odbiegające od prawdy mogą być zeznania i relacje naocznych świadków („naoczni świadkowie bardzo precyzyjnie opisują to, co tylko niejasno sobie przypominają”). Nawet przesłuchiwani bezpośrednio po zdarzeniu naoczni świadkowie mylą się i podają szczegóły niezgodne z rzeczywistością. To błędne rozpoznanie sprawcy/sprawców i nieprawdziwe zeznania świadków są główną przyczyną niesłusznych skazań. W USA przebadano kiedyś 86 niesłusznych wyroków sądowych, w tym 14 wyroków kary śmierci, i stwierdzono, że trzy czwarte z nich opierało się na zeznaniach naocznych świadków. Ocenia się, że ok. 33% zeznań naocznych świadków jest fałszywe, choć są oni święcie przekonani, że mówią prawdę.

Ponieważ na zeznaniach świadków w gruncie rzeczy nie można  polegać, niektórzy specjaliści od prawa karnego uważają, że w ogóle nie powinno się  traktować ich jako dowodów, ale tylko jako poszlaki. Mogą być przydatne dla sądu czy dla historyka, ale dopiero wówczas, kiedy posiadamy inne dowody i źródła pozwalające je zweryfikować i ewentualnie potwierdzić. Ekspertyza lekarza sądowego, mówiąca, że dany przedmiot nie mógł być narzędziem zbrodni, waży więcej niż zeznania stu świadków, którzy „na własne oczy” widzieli, jak przy pomocy tego przedmiotu dokonano zbrodni.

Zważyć trzeba, że świadkowie występujący w książce Zychowicza nie są starającymi się o obiektywizm, neutralnymi, niezaangażowanymi obserwatorami, rejestrującymi możliwie dokładnie to, co się wokół nich dzieje, lecz należą do poszkodowanej grupy politycznej, etnicznej czy religijnej; są lub uważają się za ofiary. Ich relacje i wspomnienia są często bardziej wyrazem gniewu, oburzenia, nienawiści, niechęci, rozpaczy lub pragnienia zemsty niż opisem rzeczywistości. Widać w nich dążność do upiększania własnej przeszłości i oczerniania przeszłości wrogów. Prawie zawsze są to świadkowie oskarżenia – oskarżają ludzi odpowiedzialnych w ich oczach za prześladowania, śmierć i cierpienia bliskich, które mogły zresztą mieć miejsce gdzie indziej i kiedy indziej –  przed wydarzeniami, o których opowiadają lub już po nich. Identyfikują się z własną grupą, cechuje ich, często bardzo silna, stronniczość narodowa, religijna czy polityczna rzutująca na kształt i zabarwienie ich opowieści. Jako należący do grup poszkodowanych są w sposób naturalny, często nawet nieuświadamiany, zainteresowani pogrążeniem swoich prześladowców. W tym sensie ich relacje nie są wiarygodnymi dokumentami historycznymi, nie są obiektywnymi relacjami o wydarzeniach, lecz składnikiem stronniczej propagandy.

Pewna część świadków, których relacje przytacza Zychowicz, składała zeznania w ramach przygotowań do, montowanych przez Urząd Bezpieczeństwa, politycznych procesów pokazowych. Ich relacje były ponadto włączane do materiałów zbieranych przez UB dla celów propagandowych. Tacy świadkowie – niezależnie od swojej naturalnej stronniczości – mogą być poddani presji politycznej i policyjnej, a poza tym dobrze wiedzą, czego oczekują od nich śledczy, prokuratorzy i sędziowie. Powołując się na nich Zychowicz ucieka się do dość dziwacznych założeń: „Protokoły z rozmów ze świadkami masakry w Wierzchowinach przeprowadzonych przez członków komisji są autentyczne. Były to bowiem dokumenty wewnętrzne przeznaczone do archiwum, a nie do wykorzystania propagandowego. Spisywane na gorąco, zaledwie kilka dni po pogromie, stanowią niezwykle ważne źródło”. Ważne źródło? Przeznaczone do archiwum? Materiały z Wierzchowin zgromadzone przez nadzorowaną przez UB komisję są tak samo wiarygodne jak te zgromadzone przez komisję Nikołaja Burdenki. Policja polityczna nie jest od archiwizowania czegokolwiek, ale od zwalczania i unieszkodliwiania wrogów politycznych, zgromadzone (lub sfabrykowane) materiały umieszcza się w policyjnym archiwum dopiero po zamknięciu sprawy.

Czynnikiem, który należy uwzględnić przy ocenie wiarygodności relacji świadków, jest oczywiście czas, jaki upłynął od momentu wydarzeń do momentu zanotowania relacji. U Zychowicza większość relacji świadków, którzy, zauważmy, nadal są emocjonalnie czy politycznie zaangażowani „po swojej własnej stronie” i utożsamiają się ze swoją grupą etniczną, zapisana została po wielu latach. Upływ czasu, co oczywiste, zaciera wspomnienia, z każdym upływającym rokiem  kontury przeszłych wydarzeń się zamazują . Jest to ogólniejszy problem dotyczący tzw. świadków historii z różnych krajów i narodów. W ciągu wielu lat rozmawiają oni z innymi ludźmi o tym, co się wydarzyło, słuchają i czytają relacje innych, oglądają filmy dokumentalne, także te dotyczące podobnych wydarzeń z innych czasów i miejsc. Na ich własne wspomnienia nakłada się propaganda wojenna i polityczna. Nie pamiętają już jakie jest rzeczywiste źródło ich wspomnień. Im częściej są odpytywani na temat wydarzeń z przeszłości, im częściej relacjonują swoje przeżycia, tym większa jest standaryzacja wspomnień, tym łatwiej powstają pewne, reprodukowane potem, „formaty pamięci”.

Rzeczywistość dramatycznych, często przebiegających bardzo szybko, sekwencji zdarzeń jest chaotyczna, niejasna i nieprzejrzysta, widzi się tylko jej wycinki, dostrzega strzępy sytuacji ze skróconej perspektywy, natomiast pamięć lubi historie linearne, stąd też dawne przeżycia i obserwacje zamieniają się w „story”, w fabułę opowiadaną nawet po wielu latach z wielkim przejęciem. Dodajmy tu, że prawdziwości opowiadanej historii nie gwarantuje ani to, że wspomnienie jest jak „żywe” i ciągle budzi u wspominającego emocje, ani to, iż głęboko wierzy on, że opowiada o tym, co się naprawdę wydarzyło.

Świadkowie historii, którzy odgrywali i nadal odgrywają zasadniczą rolę w licznych „boomach memorialnych” ostatnich kilkudziesięciu lat, zostali niejako wyniesieni na piedestał dzięki, bujnie się  rozwijającej, tak zwanej „historii ustnej” (oral history). Ich opowieści o udziale w historycznych wydarzeniach i o własnych przeżyciach uznaje się za wiarygodne, istotne dla historiografii, źródła historyczne. Nastąpiła tak daleko posunięta „demokratyzacja” i „egalitaryzacja” tworzenia narracji historycznych, że według niektórych teoretyków pamięci świadkowie historii stali się wręcz „wrogami historyków”, a „Pamięć zwyciężyła historię”. Ma to także związek z rozwojem masowych mediów, który wywołał istny zalew wywiadów, relacji, rozmów, filmów dokumentalnych, programów telewizyjnych i audycji z udziałem świadków opowiadających o swoich jednostkowych cierpieniach i traumatycznych przeżyciach. Ich świadectwa, jak się uważa, nie potrzebują żadnego dalszego uzasadnienia lub legitymizacji, gdyż „w sobie noszą swoją wartość”.

Ponieważ w erze „Pamięci” dominują wielkie narracje martyrologiczne, trudno wątpić w opowieści świadków należących do grupy ofiar, ponieważ dostarczają oni materiału, z którego narracje te są konstruowane. Świadkowie mordów, cierpień i prześladowań niejako automatycznie zyskują wyższy status moralny, dlatego z góry zakłada się ich prawdomówność i wiarygodność, wysłuchuje z szacunkiem a nawet ze czcią. Mało kto kwestionuje prawdziwość ich opowieści i rzadko poddaje się je krytycznej analizie. Przeżyli koszmar, z czego wyciąga się wniosek, że opowieść o przeżytym koszmarze musi być prawdziwa. Krytyczne podejście i zachowanie chłodnego dystansu wobec relacji świadków z grupy ofiar budziłoby podejrzenie, że wątpiący ma „nieczułe serce”, że brak mu empatii.

Współczucie dla ofiar powoduje, że u współczującego powstaje psychologiczny opór, zakazujący mu podważania ich świadectw. Zwrócić tu trzeba uwagę na fakt, że o ile w procesie karnym naoczni świadkowie (oskarżenia) wzięci są w krzyżowy ogień pytań a celem obrony jest podważenie ich wiarygodności i prawdziwości ich zeznań, o tyle historycy, publicyści i dziennikarze historyczni, najczęściej nie kwestionują relacji „martyrologicznych” świadków, nie zadają im podchwytliwych pytań mających na celu zweryfikowanie prawdziwości opowiadanej historii; po prostu notują, zapisują czy nagrywają ich wypowiedzi– utrwalają to, co słyszą, uczestnicząc tym samym w procesie produkowania własnych źródeł.

Tymczasem na relacje świadków, przede wszystkim tych, którzy opowiadają swoje historie po latach, należałoby spojrzeć także z perspektywy badań nad ludzką pamięcią.  Ich pionierką była amerykańska badaczka Elizabeth Loftus analizująca zeznania naocznych świadków, które doprowadziły do – w wielu przypadkach niesłusznego – skazania oskarżonych. Ona i inni badacze zajęli się też syndromem fałszywych wspomnień, wspomnień rzekomo „odzyskanych”, wspomnień wzbudzanych, wywoływanych i wykreowanych. Eksperymenty dowiodły, że możliwe jest wszczepienie ludziom fałszywych wspomnień i stworzenie pełnego wspomnienia o traumatycznym przeżyciu, które nigdy się wydarzyło. Uczestnicy eksperymentów coraz dokładniej przypominali sobie coś, co nigdy im się nie przytrafiło, przyznawali się nawet do niepopełnionych przestępstw.

Z badań nad ludzką pamięcią wynika nie tylko to, że można nią świadomie manipulować i celowo wywoływać „fałszywe wspomnienia”. Pozwalają one też na wyciągniecie bardziej ogólnego wniosku: kwestią nie jest, czy nasze wspomnienia są prawdziwe, lecz w jakim stopniu są fałszywe. Wszystkie wspomnienia, oczywiście przede wszystkim te odnoszące się do odleglejszej przeszłości, są „fałszywe”, nie tylko w tym sensie, że „zapominamy” o czymś co się wydarzyło, ale też „dopamiętujemy” coś, co w ogóle się nie wydarzyło albo wydarzyło inaczej niż w rzeczywistości.

Jak podkreślają badacze pamięci, wspomnienie nie jest wideokopią przeszłości, ale zawsze jej rekonstrukcją. Pamięć to nie rodzaj filmowego archiwum, gdzie sobie spokojnie leżą rolki zmagazynowanych wspomnień, po które sięgamy w razie potrzeby. Nasze wspomnienia zmieniają się pod wpływem tego, co dzieje się z nami później, nasza teraźniejszość jest rzutowana wstecz. Wspomnienie przypomina obraz, który stale zamalowują na nowo niezbyt utalentowani malarze, jedne fragmenty znikają, inne powstają w nowych barwach. Za każdym razem, kiedy cofamy się pamięcią do tych samych wydarzeń, obieramy inną drogę, aby do nich dotrzeć i powracamy z mniej lub bardziej zmienioną historią. Nasz umysł nigdy nie wspomina dwa razy tak samo, przy każdym odwołaniu się do pamięci wspomnienie rodzi się na nowo, za każdym razem jest nieco inne, ponieważ, jak twierdzą neuropsycholodzy i kognitywiści, za każdym razem używamy innych połączeń neuronowych w mózgu. Nic zatem dziwnego, że kiedy amerykańscy weterani wojny nad Zatoką Perską wypełniali kwestionariusze dotyczące ich przeżyć wojennych, prawie 90 % z nich za drugim razem (po kilku latach) zmieniło odpowiedzi.

Nasza pamięć jest plastyczna i krucha, nasze wspomnienia chwiejne i niestabilne, selektywne i wartościujące. Umysł cały czas przerabia wspomnienia, każde przypominanie je modyfikuje. Nasza pamięć jest kreatywna, uzupełnia luki zmyśleniami, nie tylko przekształca i zniekształca wspomnienia, dokonując zmiany szczegółów, ale potrafi je całkowicie przekonstruować. To co uważamy za nasze wspomnienia jest częstokroć tylko iluzją przeszłych wydarzeń, zapamiętana przez nas przeszłość jest w dużej mierze fikcją. Mogą istnieć wspomnienia jedynie wyobrażone, wspomnienia, będące szczegółowo opowiedzianymi złudzeniami. Podkreślmy, że nie chodzi tu o intencjonalne zmyślenia, o kłamstwa na temat własnej przeszłości, o fałszywe autobiografie, ani nawet o przejawy pseudologia fantastica, lecz o wspomnienia, w które wspominający szczerze wierzy. Granica pomiędzy wyobrażeniem, fantazją, złudzeniem a wspomnieniem okazuje się płynna. Bez niezależnego potwierdzenia nigdy nie możemy być pewni czy wspomnienia są fałszywe czy prawdziwe.

Rozróżnienie pomiędzy zmyśleniem a fałszywym wspomnieniem bywa rzeczą bardzo trudną. W 2008 roku ówczesna senator Hillary Clinton opowiadała o tym, jak 12 lat wcześniej po wylądowaniu jej samolotu w Bośni biegła razem z córką Chelsea przez pas startowy do samochodu pod ciągłym ognia snajpera. W rzeczywistości nie było żadnego ostrzału, a tylko dziewczynki wręczające jej kwiaty i recytujące wierszyki. Czy Hillary Clinton kłamała, by udramatyzować własną biografię? Być może tak, jednak wcale nie jest wykluczone, że  – mając w pamięci ostrzał lotnisk w trakcie wojny na Bałkanach, informacje o snajperach itp. – wierzyła,  iż naprawdę jej się to przytrafiło.

Tygodnik „Sieci” (2018 nr 17-18) opublikował rozmowę Jacka Karnowskiego z Radosławem Jóźwiakiem, lokalnym historykiem badającym dzieje Węgrowa, miejscowości leżącej na pograniczu Mazowsza i Podlasia. Jednym z naocznych świadków deportacji Żydów z Węgrowa i towarzyszących temu wydarzeń był Fajwel Bielawski. Jóźwiak odkrył, że we wczesnej, tużpowojennej relacji Bielawski podaje, iż był przechowywany w piwnicy, natomiast w relacji spisanej po latach – na strychu. Ta zmiana miejsca musiała nastąpić, ponieważ z piwnicy nic by nie widział. Ze względów, by tak rzec, narracyjnych przeniósł się na strych, gdzie wprawdzie łatwiej było go zauważyć, ale za to mógł stamtąd obserwować, co się dzieje ( mimo iż jak twierdzi Jóźwiak, inny budynek i tak zasłaniałby mu widok), aby potem móc o tym opowiedzieć. Nie oznacza to jednak, iż Bielawski kłamie – widział wszak filmy dokumentalne, oglądał fotografie, czytał i słuchał relacji innych ludzi, aż w końcu stało się to częścią jego własnych wspomnień.

Tak czy inaczej żadne świadectwo i żadna relacja świadków nie mogą być z góry uznane przez historyka za prawdziwe. Musi je weryfikować i analizować krytycznie, musi zachować wobec nich sceptycyzm, podchodzić do nich z należytą ostrożnością, zaufanie do nich powinno być znacznie ograniczone, zwłaszcza, kiedy nie mają potwierdzenie z innych źródeł.

Należy jasno powiedzieć, że Piotr Zychowicz do większości relacji świadków pochodzi bezkrytycznie, można wręcz odnieść wrażenie, że przyswoił sobie zasadę sformułowaną przez Jana Tomasza Grossa na temat „nowego podejścia do źródeł”: „Nasza postawa wyjściowa do każdego przekazu pochodzącego od niedoszłych ofiar (…) powinna się zmienić z wątpiącej na afirmującą. Po prostu dlatego, że przyjmując do wiadomości, iż to, co podane w tekście takiego przekazu, rzeczywiście się wydarzyło i że gotowi jesteśmy uznać błąd takiej oceny dopiero wtedy, kiedy znajdziemy po temu przekonujące dowody – oszczędzimy sobie znacznie więcej błędów niż te, które popełniliśmy zajmując postawę odwrotną” (por. Gross, Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka, Sejny 2000, str.100). Zychowicz zdaje się kierować tym „imperatywem metodologicznym”, zamiast trzymać się zasady dokładnie odwrotnej: nigdy nie ufać świadkom historii, choćby opowiadali o swoich cierpieniach i krzywdach jak najbardziej przekonująco, zajmować postawę wątpiącą a nie afirmującą. Powinien zawsze mieć w pamięci pannę Murple, która, kiedy ktoś mówił jej, że „X robił to i to”, doprecyzowywała: „Nie, X nie robił tego, on mówił, że to robił”.

Zychowicz krytykując „nacjonalistyczne zacietrzewienie” polskich autorów piszących o Żołnierzach Wyklętych, nie dostrzega, że jego bezkrytyczną akceptację składanych po wielu latach i nie mających niezależnego potwierdzenia w dowodach rzeczowych i dokumentach, relacji świadków, można by potraktować  jako przejaw „zacietrzewienia antynacjonalistycznego”. Zaś z drugiej strony można mu zarzucić, że ganiąc, całkiem słusznie, „polską stronniczość” przy pisaniu historii, popada zarazem w „stronniczość białoruską, ukraińską czy litewską”.

Za mistrza patronującego jego pisarstwu uważa Zychowicz Józefa Mackiewicza. Przytoczmy więc fragment listu autora Kontry do redaktora londyńskich „Wiadomości” Mieczysława Grydzewskiego z 11 sierpnia 1955 roku: „Po ostatniej wojnie, którą przebyłem w kraju pod okupacją i widziałem wszystko własnymi oczyma, a teraz mogę przed własnym sumieniem i Bogiem stwierdzić, że 85% wydrukowanych relacji stanowi jakieś hypnotyczne, masowe łgarstwo, z którym walczyć jest fizycznym niepodobieństwem, gdyż 1.000 świadków przysięgnie w każdej chwili, że było tak, jak – nie było… – nie wierzę w żadne źródła polskie!” Gdyby Zychowicz rzeczywiście chciał postępować zgodnie z zaleceniami Mackiewicza , to powinien odnieść jego ocenę polskich świadków do świadków, których relacje przytacza w swojej książce: „85% wydrukowanych relacji ukraińskich, litewskich i białoruskich stanowi jakieś hypnotyczne, masowe łgarstwo, z którym walczyć jest fizycznym niepodobieństwem, gdyż 1.000 świadków przysięgnie w każdej chwili, że było tak, jak – nie było… – nie wierzę w żadne źródła ukraińskie, litewskie, białoruskie!”

Skłonność Zychowicza do dawania wiary relacjom świadków zdaje się nie mieć granic, o czym świadczy przytoczenie przezeń relacji „cudem ocalałego” chłopca, który po latach opowiada: „Matkę wygnali w mroźny ranek styczniowy ze mną na rękach (tylko w kaftaniku) i siostrą 7-letnią przed dom, gdzie dokonali straszliwego mordu. Siostrze połamali nogi i rozcięli brzuch. Matce wycięli język, połamali prawą rękę i rozcięli brzuch czterema pchnięciami bagnetu. Pocięli nogi. Ja, cudem ocalały, żyłem pod zwłokami matki. Po tej masakrze wrócili z lasu mój 13-letni brat z wujkiem. Wujkowi zamordowali całą rodzinę”. Świadek pamięta nawet , że odmroził sobie kończyny i pośladki. Miał wówczas – uwaga!– osiem miesięcy. Z tego okresu (do trzech lat), rzecz prosta, dorosły człowiek nie ma żadnych wspomnień. Nadmienić należy, że u Zychowicza, pomijając dziewięciomiesięcznego chłopczyka, występuje wielu świadków,  wspominających  to, co przytrafiło im się i co widzieli gdy byli  dziećmi. Na przykład dorosła kobieta przypomina sobie czas, kiedy była czteroletnią dziewczynką, opowiada o rozmowie duchownego z pewną kobietą, przytacza zapamiętane słowa jednego z polskich „bandytów” („Zostaw ją, i tak się stąd nie ruszy, nie da rady. Przyjdziemy po nią nad ranem, zabierzemy do lasu”), pamięta, że matka modliła się przed ikoną, że powiedziała jej, aby zdjęła buciki, i że sama zdjęła buty itd. itp.

Od czasu do czasu Zychowicz ostrożnie wyraża pewne wątpliwości, pisząc na przykład, że dana wersja wydarzeń jest „przerysowana”. Niestety nie wyjaśnia, dlaczego ta akurat wersja jest „przerysowana”, skoro niczym nie różni się ona od wersji „nieprzerysowanych” służących mu jako źródła. Po masakrze Polaków w Gliniciszkach  „do polskich partyzantów dotarła bardzo przerysowana wersja wydarzeń”: litewscy oprawcy „rozstrzeliwali mężczyzn z miejsca, ale kobiety zabijano kolbami, dzieci rozbijano głową o mur i wrzucano do rowu przydrożnego” – pisał porucznik Wiktor Wiącek „Rakoczy”. „Jeszcze bardziej makabryczną opowieść usłyszał Edward Pisarczyk »Wołodyjowski«. Jemu z kolei powiedziano, że gdy litewscy policjanci wrzucali do rowu ciała polskich dzieci, te jeszcze trzęsły się w przedśmiertelnych drgawkach”.   Dlaczego ta wersja wydarzeń jest „bardzo przerysowana”, a nie ta traktowana przez Zychowicza jako całkowicie wiarygodna: „Świadek widział polskiego oprawcę, który wziął niemowlę za nogi, wyrzucił przez zamknięte okno na jezdnię. Dziecko, brocząc we krwi, wiło się z bólu i tak zakończyło życie”. Albo inna relacja o akcji oddziału Narodowej Organizacji Wojskowej w Piskorowicach: „niemowlęta zabijano na miejscu. Brano je za nóżki i rozbijano główki o ścianę budynków lub koła u wozów, które stały na podwórzu. Wszystko to działo się na oczach ojców i matek”. Przerysowana wersja, czy nie przerysowana?

Zdaniem Zychowicza „bardzo wątpliwa” wydaje się również wzmianka w raporcie komisji przybyłej do Wierzchowin o „wypadkach przypalania rozpalonym żelazem i wydłubywania oczu”, ponieważ, jego zdaniem, oddział „Szarego” nie miałby czasu na tak wyrafinowane tortury. Dlaczego ta wzmianka jest wątpliwa, a już relacja Hanny Harasiuk z Piskorowic, która była naocznym świadkiem, jak polscy oprawcy siedemnastoletniemu chłopcu „wyłamali ręce i widłami wykłuli oczy” oraz  „widłami wyjęli wszystko z brzucha”, nie jest?

Zychowicz cytuje naocznego świadka: „Zobaczywszy w kołysce trzymiesięczne dziecko, jeden z żołnierzy przebił je bagnetem i ostentacyjnie podniósłszy w górę, nosił po pokoju, dopóki dzieciątko nie przestało machać rączkami i nóżkami”. I tak komentuje: „Ten ostatni opis zapewne jest przesadzony”. Ten opis jest „przesadzony”, ale inny, przytaczany przez autora, już nie: „Mamę z siedmiomiesięcznym bratem i siedmioletnią siostrzyczką dogonili na podwórzu. Mamie podcięli język, całe ciało pokłuli bagnetami. Siostrę też zakłuli bagnetem (…). Ciężko ranna Kateryna Tomasz — na jej oczach żołnierze zakłuli trójkę jej dzieci”. Przesadzony byłby zapewne dopiero wtedy, gdyby żołnierze tryumfalnie nosili dzieci nabite na bagnety.

W Pawłokomie prawosławnego duchownego nie dość, że – jak opowiadają świadkowie – okręcono drutem kolczastym, to na dodatek przywiązano do konia, którego następnie puszczono galopem wokół cerkwi. Ta ostatnia wersja wydaje się Zychowiczowi „przesadzona”. Dlaczego relacja o duchownym przywiązanym do konia jest „przesadzona”, a nie są przesadzone inne relacje świadków przytaczane przez autora: „Niektórych z nich dobijano kołkami, innych wrzucano i zakopywano jeszcze żywych”, „Wielka banda Polaków otoczyła wieś i zapaliła ją pochodniami i pociskami zapalającymi (…). Gdy znaleźli ukrytych w jamie lub lochu, to wrzucali płonącą słomę i dymem dusili ludzi”; „było osiem osób, w tym jedna kobieta w ciąży. Kiedy innych z tej rodziny pomordowano, sama ta kobieta wciąż jeszcze się długo rzucała. Doły były już wykopane, nie czekano na nią, zakopano żywcem”.

Pisząc o akcji „Szarego” w Wierzchowinach Zychowicz podaje, że niektórzy historycy bezkrytycznie traktują wzmiankę w raporcie komisji o „odrąbanej głowie” jednej z ofiar, mimo iż zachował się protokół pobieżnej ekshumacji i oględzin dwóch wykopanych ciał, zgodnie z którym śmierć obu osób nastąpiła wskutek strzału w głowę. Co ciekawe, całkowicie bezkrytycznie przytacza relację świadka o akcji Armii Krajowej w Sahryniu: „Była we wsi ośmioosobowa rodzina Michajła Segeły. Podczas pogromu bandyci zabili wszystkich, odrąbali głowy i poukładali przy jamie, z której wcześniej wywlekli ofiary”. Czyli bestialscy akowcy odrąbali głowy całej rodzinie, w tym jak wolno sądzić, kilkorgu dzieci. Jedynie ekshumacja mogłaby to potwierdzić, ale w tym przypadku Zychowicz żadnych dowodów nie potrzebuje, po prostu bez zastrzeżeń wierzy świadkowi, który na własne oczy widział osiem odrąbanych głów.

W większości przypadków autor Skaz na pancerzach traktuje relacje świadków niczym jakieś święte teksty, nie chcąc dostrzec oczywistych sprzeczności i niemożliwości, jakie zawierają. Na przykład świadek, wówczas mała dziewczynka, opowiada po wielu latach, że polscy sprawcy przestrzelili jej szyję. Po ich odejściu schowała się w stodole. Po pewnym czasie na miejsce przybył kapłan katolicki, który – pisze Zychowicz – „uratował przed wykrwawieniem ranną w szyję pięcioletnią Teresę”. Ksiądz relacjonował: „Idę do Gylisa. Tam już cały stos trupów. Na ławce siedzi dziewczynka z przestrzelonym ramieniem, taka jakby zdrętwiała, rzuciła mi się w objęcia”. To co w końcu jej przestrzelono, szyję czy ramię? Niech się autor zdecyduje.

Zychowicz aż na sześciu stronach przytacza („ze względu na jej olbrzymią wagę”) relację wspomnianej wyżej Hanny Harasiuk, która miała 15 lat, kiedy do Piskorowic przybył oddział NOW pod dowództwem Józefa Zadzierskiego „Wołyniaka”. Harasiuk mówi, że jej rodzina nie poszła do szkoły, w której następnie miało dojść do masakry, po czym spokojnie opowiada, co tam się wydarzyło. Jako narratorka a zarazem bohaterka opowieści przebywa w wielu różnych miejscach, szybko się przemieszcza, spotyka wielu ludzi, którzy jej opowiadają, co widzieli, słyszy (i zapamiętuje) słowa, wypowiedzi i rozmowy, jest uczestnikiem i obserwatorem najrozmaitszych scen np. w pewnym momencie znalazła się „na jednym podwórzu”, na którym leżała ciężko ranna kobieta. Hanna Harasiuk widziała, że kobieta „męczyła się podwójnie, bo właśnie rodziła dziecko”. Kiedy tak przypatrywała się rodzącej kobiecie, usłyszała, że prosi ona „katów”, aby ją dobili. Przysłuchuje się rozmowie „katów”, z których jeden chce dobić kobietę, a drugi nie. Potem Harasiuk najwidoczniej oddaliła się, gdyż mówi: „I nie wiem, czy zmarła sama, czy kaci ją dobili”. Po jakimś czasie wróciła i na własne oczy zobaczyła, że kobieta „była martwa i dziecko też martwe leżało koło niej”. Czyli przed śmiercią zdążyła sama urodzić; nie wiemy tylko, czy urodziła martwe dziecko, czy też od razu zabili je „kaci”. Z Chałupek, gdzie była świadkiem tego niecodziennego porodu, Harasiuk poszła razem z bratem do Piskorowic. Schowali się w piwnicy, podczas gdy „kaci poszli do innego domu”. Po czym, mimo że siedzi w piwnicy, opowiada, co działo się w tym domu, w którym oprawcy znaleźli dwóch siedemnastoletnich chłopców, widzi jak ich męczyli (jednemu „widłami wykłuli oczy i wyjęli wszystko z brzucha”). Zajmując punkt obserwacyjny w piwnicy jest w stanie dostrzec, że „poprowadzili jednego w jedną a drugiego w drugą stronę i wrzucili do rzeki na skraju wsi”. Opuszcza z braciszkiem piwnicę, ale jeden z katów go łapie , Harasiuk wyrywa ręka brata z ręki kata, i ucieka z nim w pole, nikt ich nie goni. Tymczasem nadbiega chłopiec, jej kolega ze szkoły, nazwiskiem Wasylko Wołos – najwidoczniej Harasiuk wróciła z pola, bo relacjonuje: „Zatrzymawszy nas, bandyci spytali go, kim jest”. Wasylko odpowiedział, że Ukraińcem, więc go zastrzelili. Harasiuk udaje Polkę, więc darowują jej życie. „Poszłam dalej i spotkałam katów, jak prowadzili jakiegoś mężczyznę. Kazali mu stanąć na czworaka, jeden siadł na nim, dwóch założyło mu sznurki na szyję. Jeden szarpał w jedną, a drugi w drugą stronę, a trzeci jechał. Kazali mężczyźnie szczekać jak pies, reszta biła go i kopała. Twarz miał tak zbitą, że z trudem poznałam naszego dobrego sąsiada Mychajła Pucyłę. I tam go dobili”. Pod koniec relacji pojawia się motyw „literacki”: „Nad mogiłami krążyły kruki”. Całość to dość typowa relacja quasi-„naocznego świadka”.

Stasys Lisauskas „po wojnie w taki sposób przedstawił tę mrożącą krew w żyłach scenę”: „ A ja umknąłem do kąta między łóżkiem i ścianą i przykryłem się wilczym futrem. Tymczasem Polacy wpadli do środka. Znalazłszy śpiącą rodzinę strażnika Rinkevićiusa i goszczącego u nich brata żony, zastrzelili mężczyzn. Potem puścili serię do leżącej na innym łóżku żony z dzieckiem w wieku jakichś dwóch lat. Kule zniosły kobiecie połowę głowy. Potem ją i dziecko ze złością kłuli bagnetami. Na ciele kobiety znaleziono siedem ran kłutych. Zobaczywszy w kołysce trzymiesięczne dziecko, jeden z żołnierzy przebił je bagnetem i ostentacyjnie podniósłszy w górę, nosił po pokoju, dopóki dzieciątko nie przestało machać rączkami i nóżkami”. Jak Stasys Lisauskas mógł to wszystko widzieć, jeśli był razem z głową nakryty wilczym futrem? Swoją drogą musiało to być ogromne futro, skoro oprawcy Lisauskasa nie zauważyli.

Świadek opowiada: „Ksiądz polski w Dylągowej, gdyby chciał, mógłby to wszystko powstrzymać, ale z tego co wiem, to on błogosławił ludzi, którzy szli mordować”. Skąd świadek wie, że katolicki ksiądz błogosławił morderców? Był przy tym? Czy też jest to „literacka” wstawka ? Ksiądz z Dylągowej błogosławił morderców a „ksiądz w Tarnawcu podczas spowiedzi powiedział, że za Ukraińca nie ma grzechu”. Skąd świadek wie, co komu ksiądz powiedział na spowiedzi?  To nie jest ważne, ważny jest efekt: obaj duchowni stają się złowrogimi  indywiduami podżegającymi do mordowania.

Zychowicza nie zastanawia, dlaczego akowcy z oddziału porucznika Józefa Bissa „Wacława”, czyli Polacy-katolicy mieliby – jak twierdzą świadkowie –, wycinać mieszkańcowi Pawłokomy krzyż na piersi. Logiczne byłoby, gdyby wycięli mu tryzuba, czyli naznaczyli symbolem jego własnej grupy. Przypomnijmy tu, że propaganda nowego reżimu rozpowszechniała informację, iż żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych chłopom biorącym „pańską” ziemię z reformy rolnej, czyli „komunistom”, wycinali nożem sowiecką gwiazdę na piersiach. Widać, że komunistyczni propagandyści mieli więcej wyczucia polityczno-symbolicznych zależności niż zwykły mieszkaniec Pawłokomy.

Gdyby Zychowicz był bardziej skrupulatny i chciał zweryfikować niektóre relacje , to powinien zwrócić się do lekarza sądowego , który oceniłby, jak długo może przeżyć pięcioletnia dziewczynka trafiona kulą w szyję. Czy może z przestrzeloną szyją dobiec do stodoły, a potem, po pewnym czasie, wrócić na ławkę przed domem i czekać na ratunek. Co powiedziałby lekarz sądowy na taki opis: „Strzał i kula przeszyła moje ubranie, lekko zadrapując lewą pierś. Upadłem, udając trupa. Zaraz potem dostałem kulę w gębę. Przebijając usta, utkwiła pod skórą, wryta częściowo w kość, jakieś dwa centymetry nad skronią.(…) Mnie widocznie nie posądzili, że żyję, bo z ust i gęby leciała krew”. Szkoda też, że się dowiedzieliśmy, kto i jak wydobył temu świadkowi kulę z czaszki.

Inny ciekawy przypadek medyczny: „W głowę postrzelony został starszy mężczyzna na nazwisko Papa. Nie dostrzelili go, powiedzieli, że szkoda na niego kuli, i tak już zdechnie. Leżał nad Sanem dwa tygodnie. Prosił, żeby go zastrzelić, nie chciał się dłużej męczyć. Wreszcie umarł i został pochowany na cmentarzu”. Ile czasu przeżyje ktoś postrzelony w głowę? Czy na pewno aż dwa tygodnie?

Zychowicz cytuje naocznego świadka: „Słyszałam, że któryś z nich mówił, że trzeba go zabić, słyszałam, jak inni oświadczyli, że nie mają z czego. Natomiast jeden z nich powiedział: – A ja mam. Wyjął pistolet i strzelił z boku w skroń. Nie zabił męża, bo kula przeszła przez oczy, wybijając je. Mąż przeżył”. I nie tylko przeżył: „Mimo przerażającego bólu ciężko ranny Białorusin przysłuchiwał się, jak stojący nad nim polscy partyzanci dyskutują, co z nim zrobić. W końcu jeden z nich powiedział: – Szkoda naboju, sam dojdzie”. Kula „wybijająca oczy” po strzale w skroń to chyba dość rzadki przypadek w medycynie sądowej, podobnie jak człowiek, który z przestrzeloną głową i „wybitymi oczami” jeszcze przysłuchuje się dyskusji i potrafi zapamiętać, kto co mówił.

W kolejnej relacji czytamy: „Nasza siostra Marysia chciała podnosić ojca z ulicy, po strzale. Wtedy jeden z bandytów podbiegł i strzelił jej w usta, z bliska. Siostra, wyjąc z bólu, zdołała przebiec ulicę i upadła przy wierzbie. W strasznym bólu gryzła sobie paznokcie, wygrzebała nogami doły przy brzozie. Kolejny bandyta podbiegł i dobił siostrę”.

Pytania do lekarza sądowego: jak daleko przebiegnie człowiek trafiony kulą w usta? Czy człowiek trafiony kulą w usta może krzyczeć z bólu? Czy człowiek trafiony kulą w usta może gryźć paznokcie? Czy człowiek trafiony kulą w usta, może wygrzebać nogami doły?

Inny przykład: „Ktoś niewysoki podszedł do nas i strzelił z bliska do brata w skroń. Kula wyleciała mu przez oko”. Brat przeżył. Jak zareagowałby medyk sądowy na tego typu stwierdzenie? Jakie szanse przeżycia ma człowiek, któremu strzelono w skroń? Czy kula wystrzelona w skroń może wylecieć okiem?

Albo taka relacja naocznego świadka: „Tych bitych brali na ukraiński cmentarz, położyli w dołach, a gdy zasypali, to mogiła do góry się podnosiła, jakby te trupy na sam koniec jeszcze życia dostały”. Czy trupy mogą „dostać życia na sam koniec”? Co na to medycyna? Czyżby chodziło o „życie po życiu”?

Naoczny świadek relacjonuje: „Kat wystrzelił tej kobiecie prosto w serce. Marusię, schowaną za plecami mamy, dobiegła ta sama kula. Trafiła prosto w głowę. Obie upadły”. Kula przebija więc na wylot ciało matki i trafia dziewczynkę w głowę. Następnie dzieją się różne rzeczy, świadek słyszy rozmowę chłopczyka imieniem Mychaś z polskimi oprawcami, którzy strzelają do niego i zabijają. Potem znowu następuje sekwencja zdarzeń i po jakimś czasie świadek wraca na miejsce zbrodni. Okazuje się, że Marusia z kulą w głowie i zabity Mychaś ciągle żyją i „jeszcze ruszają nogami”. Dopiero polski kat musiał ich dobić.

Dowiadujemy się od Zychowicza, że w Puchałach Starych krążyła wersja, iż partyzanci „Burego” w sadystycznym szale zatłukli wozaków na śmierć. Wersję tę wsparł jeden z ocalałych furmanów Prokop Iwacik: „Iwacik opowiadał sąsiadom i znajomym niestworzone historie. Twierdził między innymi, że egzekucja odbyła się na jego oczach. Żołnierze rzucili się na furmanów, ściągnęli z nich ubrania, razem z bielizną. Zaczęli mordować furmanów, bijąc ich obuchami siekier i kłonicami wziętymi z furmanek po głowach. Po egzekucji »Bury« rzekomo rozkazał »zmasakrować twarze furmanów, tak aby rodzona matka ich nie rozpoznała«”. Przez wiele lat obowiązywała ta wersja wydarzeń. Obaliła ją dopiero pełna ekshumacja, dokonana w roku 1997, oraz zakończone w 2005 roku śledztwo Instytutu Pamięci Narodowej. Ustaliło ono ponad wszelką wątpliwość, że w egzekucji użyto wyłącznie broni palnej, zaś Iwacik wraz z kilkoma innymi furmanami uciekł, zanim doszło do masakry. Nie mógł więc być naocznym świadkiem egzekucji.

Zatem gdyby nie dokonano ekshumacji i nie przeprowadzono śledztwa „niestworzone historie” Iwacika mogłyby nadal służyć jako źródło historyczne, ponieważ niczym szczególnym  nie różnią się od historii opowiadanych przez innych świadków. Pytania, jakie  powinien zadać sobie Zychowicz brzmią: ilu jeszcze takich Prokopów Iwacików jest w grupie świadków, których relacje wykorzystał? Jak często skonfrontowanie relacji świadków z dowodami rzeczowymi i materialnymi śladami zbrodni, wykazałoby, że nie odpowiadają one prawdzie?

Z relacji świadków wynika, że przedmiotem jakiejś wręcz szatańskiej  nienawiści Żołnierzy Wyklętych były dzieci: niemowlę wyrzucone przez zamknięte okno na jezdnię, wije się z bólu i umiera brocząc we krwi, zastrzelone kilkuletnie dzieci, zastrzelona dwuletnia dziewczynka, rozstrzelana trójka dzieci, pięcioro dzieci zastrzelonych, jedno miało dwa latka, siedmioletnia dziewczynka zakłuta bagnetem, dzieci zakłute bagnetem na oczach matki, dziecko nabite na bagnet, jedenaścioro dzieci zabitych, między innymi dwie trzyletnie dziewczynki, pięcioletni chłopiec i pięcioletnia dziewczynka, zastrzeleni dwaj chłopcy ( pierwszy dwa latka, drugi – roczek), trzyletnie dziecko zastrzelone i wrzucone do ognia, zastrzelona sześcioletnia dziewczynka trzymana przez matkę na rękach ( dostała dwie kule w klatkę piersiową), dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym (najmłodsza ofiara miała dwa tygodnie) zastrzelone lub spalone, dzieci żywcem wrzucane do ognia, kilkumiesięczna dziewczynka, której nie nadano jeszcze imienia, zabita w kołysce, żywcem spalony siedmiodniowy noworodek, zastrzelone kilkumiesięczne niemowlę trzymane przez matkę na rękach, dzieci z odrąbanymi główkami, nienarodzone dziecko zabite w łonie matki serią z karabinu.

Opowiada świadek: „Zabici ludzie leżeli jak snopy. W jednym sadzie było tak gęsto, że aż się przestraszyłam. Na drodze przed sadem leżało jeszcze dwoje ludzi. Znałam ich. To było małżeństwo Prytułów. Między nimi leżało dwutygodniowe niemowlę. Nagusieńkie. I dla niego nie pożałował bandyta kuli. Pośrodku czoła widać było malutką dziurkę”. Polski bandyta nie pożałował kuli (malutkiego kalibru) dla dwutygodniowego niemowlęcia. To co wyprawiali Żołnierze Wyklęci, żołnierze Armii Krajowej czy żołnierze LWP było prawdziwą dziecięcą hekatombą, polscy Herodzi dokonywali dosłownie rzezi niewiniątek. Bestialstwo polskich oprawców nie znało granic np. w Sahryniu „maleństwa brali za nóżki i rozbijali główki o drzewa, a innych żywcem wrzucali do ognia”, zaś w Piskorowicach „niemowlęta zabijano na miejscu. Brano je za nóżki i rozbijano główki o ścianę budynków lub koła u wozów, które stały na podwórzu”. Przypomnijmy tu, że już w czasie pierwszej wojny światowej w propagandzie wojennej pojawił się motyw rozbijania główek dziecięcych o mur przez żołnierzy niemieckich – mieli to podobno już robić dawni Germanie. Być może topos ten ma swoje źródło w Psalmach Salomona (Psalm 137):

Córo Babilonu, niszczycielko,
szczęśliwy, kto ci odpłaci
za zło, jakie nam wyrządziłaś!
Szczęśliwy, kto schwyci i rozbije
o skałę twoje dzieci.

W Pawłokomie polscy oprawcy rozstrzeliwali dzieci metodą katyńską – pojedynczymi strzałami w głowę nad dołami śmierci:

„A część rozstrzelano razem z dorosłymi na greckokatolickim cmentarzu. Jedno z nich – Włodzimierz Fedak – cudem przeżyło bestialską egzekucję i po latach o niej opowiedziało: »Kiedy skończyli już ze starymi, wzięli się za nas, za dzieci. Brali pojedynczo. Kiedy dziecko miało ładne ubranko albo buty, kazali wszystko zrzucić z siebie. Potem stawiali takie dziecko na brzegu jamy, po obu bokach której stało dwóch bandytów z automatami – pepeszami. I oni po kolei, raz jeden, raz drugi, pojedynczymi strzałami posyłali kolejną ofiarę do tej jamy. Wszystko to działo się na naszych oczach. Słyszeliśmy i widzieliśmy, jak po każdym strzale kolejna ofiara wpadała do jamy« ”. Zarówno ta egzekucja,  jak i inne zbrodnie okrutne „polskich bandytów” popełnione na dzieciach są wyłącznie makabrycznym składnikiem opowieści świadków, nie mają żadnego potwierdzenia ani w dowodach rzeczowych, ani w materialnych śladach zbrodni, ani w dokumentach. Można w nie jedynie wierzyć.

Opis dziecięcego Katynia, urządzonego przez polskich sprawców w Pawłokomie powinien skłonić Zychowicza do zastanowienia się nad problemem punktu obserwacyjnego, jaki musiał zajmować dziecięcy świadek – musiał być blisko egzekucji dzieci, a nawet znajdować się w grupie zabijanych strzałem w potylicę, aby wszystko dokładnie widzieć i słyszeć a jednocześnie musi pozostać niezauważony przez katów i „cudem” przeżyć, aby móc nam wszystko dokładnie opowiedzieć. Dotyczy to wielu innych relacji przytaczanych przez Zychowicza, który traktuje je z pewną naiwnością jako przezroczyste opowieści o rzeczywistości, nie zauważając, że posiadają one pewną narracyjną strukturę, którą najpierw należy rozpoznać.

Łatwowierność autora Skaz…, brak systemowego sceptycyzmu wobec relacji świadków wynika zapewne z jego przemożnej chęci podważenia kultu Żołnierzy Wyklętych i zakwestionowania ich „białej legendy”. To relacje świadków opisujące niesłychaną brutalność, bestialstwo i sadyzm Żołnierzy Wyklętych budują ładunek negatywnych emocji mający czytelników przerazić i wstrząsnąć ich sumieniami. Gdzie tylko można, Zychowicz maksymalizuje grozę przytaczając np. opis „żołnierza wyklętego” o pseudonimie „Twardy”, zamieszczony we wspomnieniach żołnierza AK Stefana Dąmbskiego zatytułowanych Egzekutor:

„Szczególnie »Twardy«, który miał własne, osobiste porachunki z Ukraińcami, przechodził samego siebie. Gdy wchodziliśmy do ukraińskiego domu, nasz »Wilusko« dostawał dosłownie szału. Zbudowany jak dobrze rozwinięty goryl, gdy tylko zobaczył Ukraińców, oczy wychodziły mu na wierzch, z otwartych ust zaczynała mu kapać ślina i robił wrażenie człowieka, który dostał obłędu. »Twardy« rzucał się na skamieniałych ze strachu Ukraińców i krajał ich na kawałki. Z niesłychaną wprawą rozpruwał im brzuchy lub podrzynał gardła, aż krew tryskała po ścianach. Silny niesamowicie, często zamiast noża używał zwykłej ławy stołowej, którą gruchotał czaszki, jakby to były makówki”.

Na marginesie nadmieńmy, że we wspomnieniach Dąmbskiego, mających zresztą w dużej mierze charakter fikcji literackiej, pojawia się też znany topos: „niemowlęta brali za nóżki i rąbali ich małymi główkami o ścianę”. Jednak tym razem niemowlęta są polskie, a oprawcami – Ukraińcy.

Zapytajmy na koniec, czy świadkowie mogą wnieść coś do wiedzy o tamtych wydarzeniach, ustalonej na podstawie ekshumacji, umożliwiających ewentualne zidentyfikowanie ofiar, określenie ich rzeczywistej liczby, wieku, płci i rodzaju śmierci oraz na podstawie stuprocentowo autentycznych i właściwie interpretowanych dokumentów. Mogą, ale pod warunkiem, że wykluczy się spośród nich świadków typu Prokop Iwacik, którzy „byli przy tym”, ale w zupełnie innym miejscu. Trzeba wykryć i odrzucić wszystkie występujące w relacjach świadków niemożliwości, nieprawdopodobieństwa, wewnętrzne sprzeczności, ewidentne zmyślenia, wielokrotnie przesadzone obrazy. Wyeliminować należy wszystko co jest „Greuelpropagandą”, czyli pozbawić relacje świadków horrorystycznego naddatku, oczyścić je z makabrycznych scen, na które nie ma żadnych, nawet najmniejszych, dowodów. Co ciekawe, taką metodę  przyjął nie kto inny, jak….Piotr Zychowicz. Niestety, tylko na samym początku, kiedy pisze, że po masakrze Polaków przez Litwinów w Glinciszkach zaczęły krążyć na ten temat „fantastyczne plotki”: „historia gehenny Polaków przekazywana z ust do ust stawała się coraz bardziej przerażająca, coraz bardziej okrutna. Każdy kolejny opowiadający dodawał kolejne – wyssane z palca – szczegóły”. Dokładnie tą samą metodę zastosować należy w odniesieniu do relacji świadków o wydarzeniach w Wierzchowinach, Zaleszanach, Piskorowicach, Pawłokomie itd. To znaczy usunąć z nich „fantastyczne plotki”, „coraz bardziej przerażające i coraz bardziej okrutne” opowieści oraz „wyssane z palca szczegóły”.

Kiedy zbierzemy w całość wszystkie elementy pozwalające zrekonstruować „czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych”, odsłoni się wówczas zarys ówczesnych wydarzeń, do których należały akcje prewencyjne, odwetowe i represyjne, egzekucje, pacyfikacje, jak również akty czysto kryminalne czy na poły kryminalne. W ich rezultacie śmierć poniosła pewna, na razie nieokreślona, liczba ludzi – zarówno winnych (w oczach żołnierzy podziemia antykomunistycznego), jak i całkiem niewinnych, czasami przypadkowych. Zdarzały się przypadki bezwzględnego, brutalnego a niekiedy okrutnego traktowania ludności cywilnej. To jest realne historyczne jądro tamtych wydarzeń, jednakże uzyskany obraz historii pozostanie bez wyrazistych konturów, będzie chaotyczny, niepełny, pełen dziur, luk i niejasności. Nie jest to obraz historii przydatny dla emocjonalno-moralno-politycznej strategii przyjętej przez Piotra Zychowicza w książce Skazy na pancerzach. Ani czyjejkolwiek innej.

Tomasz Gabiś

Źródło: „Opcja na Prawo”, nr 3-4/152-153, grudzień 2018 r.

Za: Tomasz Gabiś (03.14.19).

Artykuł opublikowany za zgodą Autora.

  • Ilustracja tytułowa: Brygada Wileńska Armii Krajowej. Fot. za „Opcja na prawo”.

Więcej artykułów dr. Tomasza Gabisia na naszym portalu  >  >  >  TUTAJ.

 , 2019.03.15.

  Podziel się:
Tomasz Gabiś

Autor: Tomasz Gabiś