Czy Katarzyna Bonda zgwałciła dziecko i wzięła za to pieniądze?


Wielu z nas ekscytowało się w młodości powieścią zatytułowaną „Król szczurów”. Wspominałem już o tym kiedyś, ale dziś trzeba to zrobić raz jeszcze. Oto w japońskim obozie jenieckim, gdzie panują warunki naprawdę upiorne, wszyscy, łącznie z najwyższymi stopniem oficerami zostają społecznie i osobiście zdegradowani. Próby zaś utrzymania w obozie hierarchii wojskowej zamieniają się w ponurą farsę i autor powieści wyszydza je jawnie. Są jednak ludzie, którzy instynktownie rozumieją, że w zmienionych warunkach nie można okazywać przywiązania do starych form regulujących życie społeczne. Trzeba kreować nowe i zmieniać te narzucone na swoją korzyść. Bo o to wyraźnie chodzi, o kreację nowych relacji społecznych. Człowiek, który jest bohaterem tej powieści, nic nie znaczący sierżant, urasta wśród jeńców do roli demiurga mogącego wszystko. Przyczyna jest prosta – on zauważył i wykorzystał deficyty japońskiego systemu zarządzania stadem białych diabłów. Zrozumiał przy tym, że tak sztywno i hierarchicznie urządzone społeczeństwo jest – dla dobrze poinformowanego i odważnego człowieka – niegroźne. To on wykorzystał Japończyków, a nie oni jego. Czy jeńcy, jego koledzy, uważali, że działa on w dobrej wierze? Dokładnie nie pamiętam, ale kiedy wyzwolono obóz wszyscy mieli do niego pretensje, że jest w formie, podczas gdy cała reszta wygląda jak stado żywych trupów. Nasz bohater zaś handlował z Japończykami, łowił i piekł szczury na zakąskę, narzucił całemu obozowi swój styl życia, bardzo racjonalny i ciekawy, z którym nie mogła równać się nawet japońska kultura i jej głęboko wrośnięte w serca wzory.

Czy taka sytuacja jest w ogóle możliwa? W wyizolowanym społeczeństwie nie. Stąd właśnie najważniejszą rzeczą dla każdej zorganizowanej grupy jest wyrwanie się z izolacji. Nie można być kosmitą zamkniętym w szafce i oddającym cześć zużytej karcie rabatowej z pizzerii. Obóz jeniecki w powieści „Król szczurów” nie był takim miejscem, choć mógł się nim wydawać. O braku izolacji decydował stały i chroniczny konflikt pomiędzy honorem hierarchii osadzonej, a japońskim kodeksem honorowym. Na styku tych dwóch jakości tworzyła się przestrzeń, w zasadzie pusta, w której można się było nieźle urządzić. Trzeba było tylko chcieć i mieć odwagę.

Myślę, że wszyscy cybernetycy, spece od manipulacji i penalizacji rozumieją tę prawdę od dawna. Dlatego każde więzienie dba przede wszystkim o to, by osadzonego wyizolować i oderwać od ważnych dla niego hierarchii. Najbardziej zaś poważne placówki stawiają na własną wewnętrzną hierarchię, która gwarantuje spokój i porządek za kratami. Mam tu na myśli sławne więzienne komuny. To jest w zasadzie kwintesencja herezji, ale my nie będziemy się dziś tym zajmować.

ostawmy hipotezę taką – wrogie przejęcie zaczyna się od wyizolowania pewnego obszaru, narzucenia mu fałszywych, nic poza tym obszarem nie znaczących hierarchii, a potem podporządkowania go i wykorzystania już pod odrzuceniu tych hierarchii. Na wyizolowanym obszarze z miejsca tworzy się wewnętrzna struktura będąca zaprzeczeniem powszechnie ważnych jakości, struktura ta narzuca wolę i styl wszystkim i wyciąga konsekwencje z nieprzestrzegania swoich zasad. Może to być gwałt zbiorowy, może być ciężkie pobicie, albo zwykły ostracyzm. W zależności gdzie się akurat znajdujemy.

My dzisiaj znajdujemy się na polskim rynku książki. Obszarze wyizolowanym, poddawanym naciskom zewnętrznym, z narzuconą hierarchią, która nie jest istotna nigdzie poza tym właśnie obszarem. Z polskiego rynku książki nie ma ucieczki, a rządzą na nim gangi, które widzą już co prawda, że nadchodzi koniec, ale tym bardziej nie zamierzają ustępować, albowiem muszą wycisnąć dla siebie jak najwięcej korzyści z tej sytuacji. Rynek książki jest w całości finansowany przez państwo i w zasadzie nie powinien być nazywany rynkiem. To jest plac targowy na plantacji niewolników, gdzie ludzie tam zatrudnieni, a zredukowani do roli bydła roboczego, mogą, po znacznie zawyżonych cenach, kupić sobie całkiem im niepotrzebne rzeczy i mieć z tego chwilę iluzorycznej bardzo radości.

Jeśli obszar jest finansowany przez państwo, to czy oznacza ów fakt, że decydującą rolę odrywają na nim urzędnicy państwowi? Nie. Podobnie jak w południowoamerykańskich więzieniach, urzędnicy jedynie przyglądają się z daleka, jak wewnętrzna hierarchia rozprawia się ze wszystkimi przejawami niezależności. Wszelkimi – powiadam – a to oznacza, że jeśli wewnętrzna hierarchia zakaże smarkania w chustkę czy rękaw i wyda nakaz smarkania w palce, to za każde odstępstwo od tej reguły grozić będzie najsurowsza kara. Więzienie to w końcu więzienie, a nie sanatorium. W więzieniu nie ma wolności – żadnej wolności. W tym kierunku zmierza sytuacja na rynku książki w Polsce i ja to zrozumiałem w czasie ostatniej rozmowy z Dariuszem Jaworskim, dyrektorem Polskiej Izby Książki.

Rynek książki w Polsce to dynamiczna symbioza wewnętrznych, więziennych gangów skupionych wokół Gazety Wyborczej z urzędnikami i politykami dobrej zmiany lub organizacji nieformalnych z dobrą zmianą kojarzonych. Kłopot polega na tym, że masa zredukowana do roli roboczego bydła, odmawia uczestnictwa w grze i to powoduje, że sytuacja jest całkiem nieciekawa. Nie pomagają dotacje, nie pomagają krzyki i bicie, na gwałt zbiorowy jeszcze się towarzysze geje nie zdecydowali, ale może i do tego dojdzie.

W zasadzie nic nie pomaga, dlatego trzeba przez więzienny radiowęzeł trąbić, że Polacy nie czytają książek, że są głąbami i leniami i nie chcą poznawać nowych, ciekawych ludzi, a także dalekich krajów. Nic ich nie interesuje i niczego nie są ciekawi. To jednak też nie pomaga, a bez ludzi, którym można narzucić swoją wolę i którzy reagują na wszelkie bodźce, od pochwały począwszy na ciężkim pobiciu kończąc, nie ma mowy o rządzeniu. Można za to mówić o izolacji, a czym się kończy izolacja dużych grup, to my już wszyscy wiemy.

Skoro nie ma mowy o rządzeniu, bo tłum nie reaguje tylko patrzy tępo w ścianę i milczy, trzeba zmienić metodę, odłożyć pałę z napisem – „za antysemityzm” i zacząć to co zwykle czyni władza formalna i nieformalna w takich razach, czyli nieudolną i tandetną bardzo kokieterię.

I oto przed naszymi oczami rozwija się scenariusz wodewilu, którego nie powstydziłby się Jakub Offenbach. Największe tuzy segmentu literatury kryminalnej, czyli tego kawałka targowego placu na plantacji, gdzie sprzedają niedopieczone szczury z resztkami włosów na pyskach, wmawiając przy tym ludziom, że to pieczone paszkoty i ortolany, zapałały ku sobie uczuciem. Tak, tak, żartów nie ma – Katarzyna Bonda i Remigiusz Mróz – sie kochajo. Trąbi o tym radiowęzeł już od przedwczoraj, ale my tutaj możemy się do sprawy odnieść dopiero dziś, albowiem mieliśmy poważniejsze rzeczy na głowie.

Cóż to może oznaczać, taki chwyt? Moim zdaniem tylko jedno – Biedronka chce się wycofać ze współpracy z wydawcami. Nie może być inaczej. Poza wszystkim – patrzymy na tę Bondę i widzimy co ona ma w oczach. Ja tu nie będę tego opisywał, choć mógłbym, bo niejedno widziałem i, jak to mi powiedział kiedyś prof. Grzegorz Kucharczyk – widzę, że pan z niejednego pieca chleb jadł. To prawda, z niejednego.

Patrzymy na Mroza i widzimy tylko nieogolone dziecko, które nie potrafi składnie opowiedzieć żadnej, nawet najprostszej historii ze swojego własnego życia. Dziecko kompletnie pogubione, jakoś tam zmanierowane, a może nawet rozwydrzone, ale z całą pewnością nie gotowe do konfrontacji – na żadnej, pardon, płaszczyźnie – z kimś takim jak Bonda. To jest nie do pomyślenia. A mało tego, mamy jeszcze w naszym więzieniu, gotowe przykłady tego, czym może się zakończyć tak idiotyczna promocja i tak głupia próba utrzymania autorów na rynku.

Jeśli ktoś nie wie o czym mówię, niech sobie przypomni pisarza Kuczoka i jego „zakochanie” a także ślub z pisarką i dziennikarką Agatą Passent. To była próba zaaranżowania rynkowego małżeństwa, która miała zakończyć się karnawałem sprzedaży, a zakończyła się kompromitacją i rozwodem.

Jeden rzut oka na panią Passent wystarcza, by stwierdzić, że Kuczok nie ma czego szukać u jej boku, bo to jest próba pożenienia krokodyla z kurczakiem, pardon – z kurczokiem. No, ale na łapczywość nic się nie poradzi. Na głupotę również. Można się tylko przyglądać i kręcić głową.

Czy Bonda i Mróz rozumieją cokolwiek ze swojej sytuacji? Myślę, że nic. To głąby o czym wszyscy wiemy. A jak ona wygląda, ta sytuacja? Wyjaśnił nam to w czasie ostatniej rozmowy dyrektor Polskiej Izby Książki Dariusz Jaworski.

Nie ma żadnej możliwości, by polskie książki znalazły się – obudowane kampaniami promocyjnymi – na rynkach zagranicznych. Nikt nie wie jak je tam wprowadzić, bo nikt nie rozumie, że książka to element wrogiej i agresywnej propagandy, którą uprawiają kraje silne i silne organizacje, przeciwko słabszym przeciwnikom.

W Polsce większości ludzi wydaje się, że książka to opowiadanie ciekawych historii z suspensem. To nieprawda. Książka to polityka i propaganda, trafiająca wprost do duszy pojedynczego człowieka. Stąd tak silny nacisk zawsze kładziony jest na segmentację rynku – żeby dać ludziom złudzenie wyboru.

Polska książka nie może trafić na rynki obce, jeśli autorzy, tak jak Marek Krajewski, nie podporządkują się działającym na tych rynkach zasadom. Nie może tam trafić albowiem nikt w Polsce nie ma żadnego pomysłu na promocję książki. Głównie z tego względu, że ludzie zajmujący się książką używają jej do wyrównywania własnych deficytów i traktują – z grubsza rzecz biorąc – jako przedmiot, który zniweluje ich niepowodzenia w sporcie i u dziewczyn. Tak to niestety wygląda na poziomie emocji podstawowych i nie chce być inaczej. To jest katastrofa.

Ludzie zajmujący się książką w Polsce ustępują jedynej organizacji, która profesjonalnie zajmuje się lansowaniem swoich treści na rynkach obcych czyli Gazecie Wyborczej. Nie potrafią jednak z działań tej organizacji wyciągnąć żadnych wniosków, ani nie potrafią z nią konkurować. Mogą tylko patrzeć jak tamci urządzają rynek według swoich zasad i próbują promować tak zwaną klasykę, czyli powszechnie nieważne hierarchie na czele których stoją Żeromski z Gombrowiczem.

Nie ma mowy o tym – a powiedział nam to wyraźnie dyrektor Jaworski – by polska książka znalazła się na rynkach wschodnich. To jest niemożliwe, albowiem oznaczałoby, że Polska ma jakieś roszczenia wobec serc i umysłów mieszkańców terenów dawnej Rzeczpospolitej. Nie można do tego dopuścić. Na import książek nałożone są więc cła zaporowe. Lansowanie polskich książek na rynkach odległych jest oczywiście możliwe, ale to z kolei kłóci się z ambicjami urzędników, którzy chcieliby sprzedawać polskie książki w USA, gdzie rynek jest bardzo pilnie strzeżony, albo w Wielkiej Brytanii, gdzie w ogóle nie może być o tym mowy. Co robić? Moim zdaniem trzeba dogadać się z Hiszpanami i Włochami. No, ale trzeba mieć dla nich ofertę. Ta, która jest nie ma znaczenia, bo składa się z samych fejków. I nie ma znaczenia czy mówimy o Gombrowiczu czy o Mrozie i Bondzie.

Jeśli ktoś nie rozumie globalnych trendów promocji treści i sądzi, że skoro Gombrowicz mieszkał w Argentynie, to można sprzedawać jego książki przetłumaczone na hiszpański, ten chyba zwariował. Przecież nie o to w tym interesie chodzi.

Promocja książki czy autora to poważna strategia, rozpisana na głosy i instytucje, gwarantowana autorytetem akademii i wielkich mediów. To pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Kłopot w tym, że nie wystarczy je wydać. Trzeba jeszcze wiedzieć gdzie je wydać.

Moim zdaniem dla polskiej literatury otwarte są tylko rynki krajów hiszpańskojęzycznych i rynek włoski. Reszta to zabetonowana agresja. Musimy to zrozumieć, zanim tamci – mam na myśli Anglików, Niemców i Rosjan – nie zajmą tych rynków. Zresztą, może już zajęli i nie ma tak naprawdę żadnego wyjścia, poza udawaniem, że Bonda i Mróz się kochają, co może zwiększyć sprzedaż ich kolejnych tytułów. Jeśli tak jest, trzeba czym prędzej zamknąć wszystkie instytucje promujące książkę w Polsce i poza Polską. Czym prędzej. Niech je wszystkie trafi szlag.

Na dziś to tyle. Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl i przypominam o promocji. Do końca marca niektóre nawigatory są dostępne po 10 zł, a niektóre po 15.

Gabriel Maciejewski 

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  22 marca 2019.

  • Ilustracja tytułowa za: Inter / wybór zdjęcia wg.pco

*

, 2019.03.23 .

Autor: Gabriel Maciejewski